Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ż. wyszedł po schodkach z ciemnawego wnętrza restauracji. Poczuł się, jakby za dnia opuścił kino. Słońce raziło go jedynie przez chwilę, potem oczy przyzwyczaiły się do intensywnego blasku.
Propozycje kierownika z grubsza mu się podobały, przemyśliwał tylko zmianę wystroju lokalu w Ten Wielki Dzień. Żadnych serc na ścianie, baloników i serpentyn, co najwyżej gustowne stroiki na stołach. Menu było ok. Skromne, ale z klasą. Pięć ciepłych dań, zimna płyta, ciasta, sałatki i owoce. Do tego „chleb ze śmieciami”, czyli ulubiony wieloziarnisty Ani.
Ruszył słoneczną ulicą. Przy każdym kroku chciało mu się śpiewać. Były jednak wątpliwości. Jak zareaguje drużyna wujków? Nie dość, że DJ będzie grał na przemian z grajkami, to zamiast wódki, dostaną piwo. Miał kiedyś okazję być na takim weselu. Wybuchł wielki skandal i najbardziej zacięci tradycjonaliści ostentacyjnie pobiegli po wódkę do najbliższego monopolowego. Oboje z Anią nie chcieli, by to się powtórzyło, ale jej mama postawiła sprawę jasno – albo wesele bezalkoholowe, albo z piwem. I odium najpewniej spadnie na młodych. Dobrze wiedział, że jak się nie chlapnie, to nos opada na kwintę, nogi nie chcą nosić i humor nijaki. Napić się wypada, przesadzać nie warto.
Zamyślony Ż. minął znajomego, nie zauważając, że tamten go pozdrowił. Chcąc dogodzić każdemu, można nie dogodzić nikomu. Ale jakoś będzie – pocieszał się w duchu. W końcu to ich święto, a nie zgrai ludzi, których widuje się głównie na fotografiach. Miał dla nich w zanadrzu inne niespodzianki. Marzył o tym od tak dawna, że żadne kaprysy nie mogły zburzyć tej harmonii. Młoda para będzie wchodzić na salę przy dźwiękach IX symfonii Mahlera, wnoszeniu głównych dań towarzyszyć będzie muzyka z Terminatora, a przy deserach obowiązkowo poleci temat z Władcy Pierścieni, kiedy Gandalf wjeżdża do Shire. Do tego na ogromnym telebimie, w przerwach między tańcami, reżyser uraczy gości najlepszymi kawałkami miłosnymi i weselnymi z historii kina. Znajdzie się miejsce na kościelne seplenienie Jasia Fasoli z filmu „4 wesela i pogrzeb”, perypetie weselne ze „Sami swoi”, „Wyjście awaryjne”, i „Kogiel mogel”. Będzie udawany orgazm z „Kiedy Harry poznał Sally”, scena uświadomienia płci z „Gry pozorów”, przeżycia erotyczne Johna Travolty z „Pulp fiction” i wiele, wiele innych.
Za rogiem Ż. skręcił w bramę opatrzoną szyldem Grafix Plus. Zaproszenia były gotowe. Wyglądały ślicznie i były jota w jotę takie, jakie sobie wymarzyli – kremowe z pięknym bukietem kwiatów pośrodku. Przybił piątkę z właścicielem i wrócił na ulicę. Zadzwonił telefon.
- Pipecki z zespołu „Kukuryku” z tej strony – odezwał się jazgotliwy głosik lidera zespołu – Przemyślał pan sprawę?
- Ja? To pan miał się zastanowić!
- Nic pan nie dorzuci? Po stówie na głowę będzie ok.
- Mowy nie ma!
- Przecież to pana szczęśliwy dzień!
- Nie widzę związku. Umówmy się na telefon za dwa dni. Jeżeli nadal nie znajdziecie wesela do obsadzenia, przyjeżdżacie i gracie na moich warunkach.
- Hm... skoro pan taki sztywny...
- Panie, macie tylko jeść, pić i co jakiś czas zagrać walczyka dla dziadków i wujków. Moja oferta nie jest sztywna, tylko uczciwa. Jak mówię, proszę dzwonić...
- Dobra. Bierzemy to.
- Fajnie. To do soboty.
Ż. rozłączył się, choć ten gest należał się osobie, która nawiązała połączenie. Uśmiechnął się szeroko i zanucił pod nosem aktualny przebój. Praca „Pehowca” wreszcie na coś się przydała. Negocjował twardo, jak jego klienci. Zaniósł paczkę z zaproszeniami do samochodu. Usiadł za kierownicą i przetarł dłonią zmęczone oczy. Od czwartej był na nogach, a nie załatwił nawet połowy spraw. Wyjął kartonik soku i wypił duszkiem. Nie miał czasu na śniadanie. Nastrój euforii znakomicie maskował pretensje żołądka, ale pić trzeba było. Zerknął do terminarza i odfajkował kolejne dwa punkty. Uśmiechnął się na myśl, że może właśnie w tej chwili Ania przymierza kolejną suknię, wysłuchując słynnych komentarzy swojej mamy.
Wziął następny temat z terminarza, a właściwie dwa. Jubiler i Biuro Podróży znajdowały się na tej samej ulicy. Obrączki odebrał w try miga, ale w Dream Tour kazali mu trochę poczekać. Usiadł w wygodnym fotelu i wertując aktualny katalog, rozmarzył się na temat zachodów słońca nad ciepłym morzem. Swojej narzeczonej ani jej rodziców nie wtajemniczył w swoje plany – to miała być kolejna z „niespodziewajek”, które tak uwielbiała. Ceny katalogowe urągały zdrowemu rozsądkowi, liczył jednak na łut szczęścia przy ofertach z ostatniej chwili. Wahał się między Hiszpanią, Chorwacją i Grecją. Standard nie musiał być wysoki, ale hotel musiał mieć swoją plażę. I to blisko. W końcu pani z plakietką na piersi poprosiła go do siebie.
- W czym mogę pomóc?
- Powiem wprost – odparł pewnym siebie głosem – Mam 3 tysiące na podróż poślubną.
- Rozumiem, Kiedy miałby nastąpić wylot?
- Do tygodnia. Najlepiej w poniedziałek.
- No tak – zamruczała, wertując katalogi i poprawiając co chwilę okulary – Proponują kraje rozliczające się w dolarach. Złoty jest mocny jak nigdy. Turcja lub Tunezja. O, mam super ofertę! Alanya, hotel 3+, all inclusive, 1290 złotych, do tego wiza za 20 USD.
- Ol co?
- All inclusive. Wszystko w cenie. 3 posiłki oraz napoje, również wyskokowe, ale tylko rodzimej produkcji. Może pan pić do woli.
- Nieźle. Co to za hotel?
- Szczerze powiem, że Turcy zawyżają standard. 3+ gwarantuje schludny pokój z klimatyzacją i sprzątanie raz dziennie. Hotel leży przy drodze, nad samym morzem.
- Blisko plaży?
- Jest po drugiej stronie ulicy. Prywatna. Najwyżej 50 metrów.
- Jakieś pułapki? Ukryte myki?
- Wysłałam tam kilkadziesiąt osób. Nikt się nie skarżył. Sama tam byłam.
Ż. spojrzał jej głęboko w oczy. Nie zauważył handlowych błysków. Uwierzył. Odruchowo pogłaskał ją po dłoni, którą natychmiast cofnęła.
- Przepraszam – bąknął – Czyli 2600 + 40 USD?
Sztywna do przesady sprzedawczyni nawet nie mrugnęła okiem.
- Jeśli coś pan dołoży, wystarczy na wycieczkę fakultatywną do Kapadocji lub Pammukale, a jak nie, możecie się Państwo wybrać w rejs po grotach śródziemnomorskich piratów.
- Niech będzie – rzekł pojednawczo.
Dokładnie przeczytał umowę. Nie zawierała żadnych ukrytych warunków.
- Proszę się udać z umową do Lotu – dodała pani - Dostanie pan przelot do Warszawy za symboliczną opłatą. Po co się tłuc pociągiem?
Ż. uśmiechnął się szeroko.
- Dzięki. Jak wrócę, wszystko pani opowiem.
Wrócił na słoneczną ulicę.
- Jedziemyyyy!!! – krzyknął w duchu, parodiując Marka Koźmińskiego, który przebiegł przed kamerami w Chorzowie, po wygranej z Norwegią, dającej nam przepustkę na Mundial. A potem życie. Słodkie, gorzkie, łatwe, trudne – wszystko jedno jakie, byle wspólne. Teściowie obiecali dać procenty pod kredyt mieszkaniowy, zadaniem młodych małżonków było tylko spłacać go przez następne 15 lat. Ż. na chwilę złapał żal, że jego rodzice tego nie dożyli, lecz telefon od Ani podziałał jak balsam.
- Jestem po, a ty?
- Ja w połowie.
- Przydam się?
- Zrób jedzonko. Z resztą dam radę.
- Dobra, kochanie. Buziuję w nosek.
- Ja też. Pa!
Ostatnio ciągle ćwierkali, gruchali, zmiękczali. Kiedyś denerwowałoby go to, teraz jedynie bawiło – w końcu się żenił.
Kiedy przechodził obok jednej z wiekowych kamienic, z dachu oderwał się spory kawał gzymsu. Bryła z hukiem spadła wprost na jego głowę. Ż. padł, jak pacynka porzucona przez animatora. Krew wokół rozbitej czaszki zataczała coraz większy krąg, podobnie jak gapie, których ciągle przybywało. Leżał na brzuchu. W jednej ręce trzymał telefon komórkowy, w drugiej teczkę reklamującą piękne, tureckie morze.

Opublikowano

zapomniałam!
a przestrzegałeś, że kogoś cegłą zabijesz :)

heh, świetnie się czytało, np. moment mijania znajomego rewelacyjnie opisany :)
ale naprawdę nie wiem, czy to dobrze, że go zabiłeś i do tego podsumowałeś słońcem, jakby ono czemuś winne było, (według mnie można o to zdanie ukrócić opowiadanko)
nawet polubiłam pana Ż, tylko czemu Ż? Żyrosław? Żelisław? Żytomir?... mało wdzięczna literka, chyba, że to od przezwiska bądź nazwiska, aaaalbo miała kontrastować z pewnym słowem?

Opublikowano

Nata, chciałbym, żeby słońce świeciło nadal, doskonale obojętne i niczemu nie winne. W końcu karawana zap... dalej, jak napisał Leszek. Tak oto wystartowały Szorty 2. Szorty 1 właśnie do Was jadą. A w sobotę zadebiutują na Targach Wydawnctw Niezależnych w Bunkrze Sztuki w Kraku. Ż jak żonkoś - tym razem :)))
Leszku, Pehowiec od PH - przedstawiciel handlowy...

Opublikowano

cóż mogę napisać?...podoba się-BARDZO
czytałam jednym tchem i od pierwszej chwili polubiłam Pana Ż. i jego Anię, potrafisz czytelnika przywiązać do bohaterów
co prawda, gdy tak fajnie udało się załatwić Ż. sprawę z podróżą poślubną, przeczuwałam intuicyjnie, że coś musi pierd.... ale nie myślałam, że aż tak mocne będzie zakończenie...
gratul, gratul i jeszcze raz gratul!!!

pees. też nie znałam tego skrótu -pehowiec

Opublikowano

Panowie, ja doskonale zdaję sobie sprawę co słoneczko symbolizować miało. Stwierdzam jednak, że to (mi) się przejadło. Ktoś ginie tragicznie to dopiszmy zdanie, że to niczego nie zmieniło, niczym nie zachwiało, nikogo nie przejęło, a życie toczyło się dalej. Zabrzmiało na końcu naprawdę nie tak jak powinno (tylko i wyłącznie według mnie!)

A opis telefonu komórkowego i tureckiego morza był tak piękny! Na tym bym poprzestała.

Powodzenia jutro na targach :)

Opublikowano

Proszę! Takie dobre opowiadanie, ale koniec jakby zaplanowany na zaskoczenie. Też to robię, ale tu jakby gruchnęło. Za mocno i krwawo. Tak myślę, sorry. Życie jest okrutne czasem, wiem, ale dlaczego w tym opowiadaniu? Czytelnik ma oczekiwania, ale nie takie, raczej na jakąś zgrabniejszą puentę (w tym opowiadaniu). Uśmiałam się z "handlowego błysku", w ogóle język fajny, jeśli mogę się tak wyrazić mało literacko. Pozdrawiam. Dobrze się czytało.

Opublikowano

Marcelo, mam nadzieję, że nie doczytałaś :)
Leszku dzięki za obronę w obliczu tematu pt. najpierw trzęsienie, a potem napięcie rośnie :)
PHowca widać chyba wymyśliłem...
Anno, musi tak być, bo to utwór terapeutyczny, a jak niedobry, to nie :)
Nata, wiesz co? Chyba masz trochę racji z tym słońcem. Jak czytam, to mnie irytuje zakończenie.
Pozdrawiam wszystkich i lece się cieszyć wydanymi Gniotami - jak mówi Bezet :)

Opublikowano

qrde Asher, wierny chlop z Ciebie, bo teksty moje czytasz, i zawsze jakiegos komenta dostane, grunt szczerego. a ja qrde fix nie mam czasu zeby siasc i poczytac Twoje i cholera mnie bierze, ale obiecuje ze poczytam bos podstawionym urzekl mnie ;)

salut

pozdrawiam

dytko

Opublikowano

Dobre.
Nie lubię bohatera, dobrze że nie żyje ( mogę tak mówić, bo to fikcja )
To jest dobrze napisane, ale naprawdę strasznie kiczowaty ten ślub i cała otoczka. Nie cierpię ślubów i też uważam, że alkohol powinien być na nich mocny...
Ale fakt, że w ogóle to przeczytałem, świadczy, że zarysowałeś wyraźnie tego bohatera. Przez trochę istniał w mojej wyobraźni, ale czy nie mógłby być bardziej nieszczęśliwy. Wprawdzie ginie, ale to trochę za mało. Nic w życiu nie idzie w try miga...

Opublikowano

hmm, memento mori?
długo sie zastanawiałam nad twoim opowiadaniem, Ash. Jest dobre, sprawne warsztatowo, napisane ciekawym językiem, po tych całych długich opisach kiczowatego szczęścia rodzinego krótkie zakończenie padło jak cięcie batem.
Ale jakoś mnie to zakończenie nie satysfakcjonuje. jakby... za łatwe. Uśmiercić bohatera i z tego wziąć pointę. Wolałabym coś, co by mnie bardziej zaskoczyło, co by było, no nie wiem, oryginalniejsze? bardziej przekonujące? może mniej nastawione na efekt?
To tyle ode mnie. Ale tekst się dobrze czyta, czyli wszystko ok.
pozdrowionka,

Opublikowano

"Swojej narzeczonej ani jej rodziców"
to wyszlo trochu dziwnie w zwiazku z imieniem narzeczonej.

jak na moje oko fajny tekst... pomimo znikomej obietosci zdazylem "przyzwyczaic" sie do boh. (opis szczescia adekwatny do sytuacji w jakiej sie znajdowal)
tekst co prawda bazuje na dosc nieskomplikowanym koncepcie, ale jak juz mowilem siwetnie napisany i dizeki temu pozostawia mile wrazenie
(watek "tesciowej" czy filmow, skutecznie odwraca uwage i kiruje podejrzliwosc czytajacego na inne tory, az tu nagle dachowka... :))

pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...