Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
1. Prolog. Zmiany.

Marek niespiesznie zamknął drzwi. Wyszedł specjalnie wcześniej, żeby przed pracą nacieszyć się pierwszym wiosennym dniem. Odwrócił się; rynek skąpany w porannym słońcu wydał mu się szczególnie piękny. Fasady budynków naprzeciwko niego mieniły się kolorami, jakich nie powstydziłby się żaden bal karnawałowy. Powoli ruszył w stronę głównej ulicy, juz nie tak barwnej, a jednak również radosnej, cieszącej się odejściem chłodnej i mokrej od brudnych resztek śniegu zimy.
Nie było jeszcze wielu przechodniów, więc nie skrywał zachwytu nad światem, jak to zwykł robić w tłumie; zadzierał głowę łapiąc odbicia promieni od błyszczących okien i nawet zatrzymał się, żeby zagwizdać na wróbla, który skrył się w gałązkach karłowatej wierzby, rosnącej w doniczce przed jakimś sklepem.
Z kiosku na rogu krzyczały gazety jakimiś czarnymi nagłówkami, ale nawet nie zatrzymał wzroku, żwawo idąc w stronę biurowca. Stukot kroków nasunął mu na myśl starą piosenkę z dzieciństwa, z czasów, gdy jeździł na obozy harcerskie.

- Witam, panie Gieniu!
- Szanowanie, panie redaktorze, ładny mamy dzień, prawda? Dobrze, że zima się w tym roku wcześniej skończyła, wziąłem dzieciaki za miasto w sobotę, trochę chłodno na wycieczkę, ale mieliśmy herbatę w termosie, a żona nagotowała jajek i było miło. Pobiegały sobie za wszystkie czasy...
- W sobotę? Panie Gieniu, w sobotę było jeszcze szaro, śnieg leżał, musiałem odgarniać, żeby bramę do garażu otworzyć.
- Ale z pana żartowniś, panie redaktorze, jak zawsze...
Wchodząc do swojego pokoju miał niejasne wrażenie, że zapomniał o czymś. O czymś bardzo ważnym.

2. Gorączka

Żar wlewał się prze otwarte na oścież okno pokoju i mimo klimatyzacji ustawionej na maksimum chłodzenia wszystko zdawało się topnieć. Nawet ekran monitora stracił wyrazistość i litery stały się obłe, śliskie, wędrowały swoimi szlakami i tracąc dyscyplinę wyłamywały się z równych rządków. Nigdy tego nie skończę - pomyślał Marek. Kogo interesuje zebranie durnej rady osiedlowej? Wszyscy powyjeżdżali na wakacje, chyba nawet kundle uciekły na północ, przeczekać ten skwar. Przecież myśli się topią od tego upału, nikt nawet nie ogląda telewizji, nie wspominając o czytaniu gazet... - ciągnął użalanie się nad sobą. W zeszłym roku tak nie było, pamiętam, było wręcz chłodno... pamiętam? Boże, nawet nie pamiętam, jakie lato było w zeszłym roku.. Chyba jednak chłodne... Uruchomił przeglądarkę, wpisał "prognoza pogody archiwum" i nacisnął guzik "szukaj". Zaciekawił go odnośnik "Globalne ocieplenie - statystyki ostatnich dziesięciu lat". Sprawdził poprzedni rok - średnia temperatura lipca - 32C, sierpnia - 34C. Zupełnie mi się miesza od tego gorąca... Przecież faktycznie - pojechałem z żoną do Szwecji... tak? A może do Hiszpanii... Chyba muszę jednak wziąć urlop. - pomyślał i wyłączył komputer.

Wracając do domu pamiętał, żeby kupić gazetę. Na szczęście kiosk był w przedsionku biurowca, więc nie musiał stać na słońcu, żeby zdecydować, jaki tytuł dziś wziąć, kogo z konkurencji dziś podpatrzeć.

- Do widzenia, panie Gieniu - krzyknął do stojącego w drugim końcu korytarza starszego mężczyzny.
- Do widzenia, panie redaktorze - odkrzyknął portier, ocierając ręką pot z czoła.

3. Myśli

- Mario - powiedział, bowiem uważał, iż zdrobniale można mówić do koleżanek z pracy, a żona zasługuje na szczególny szacunek na co dzień. - Powiedz mi, dokąd pojechaliśmy na wakacje w zeszłym roku?
- Jak to dokąd? Do Szwecji, a co, nie pamiętasz?
- A nie do Hiszpanii?
- Do Hiszpanii? Coś ty sobie znowu umyślił? Lepiej bierz regularnie te tabletki, bo niedługo zapomnisz, gdzie mieszkasz i wrócisz zamiast do mnie, to do sekretarki naczelnego...
- Ale pamiętam, jak rozmawialiśmy o wyjeździe na południe
- Oj, Marek, naprawdę, bierz te tabletki... Coś się do Hiszpanii przyczepił? Tam nikt nie jeździ na wakacje od pięciu lat, przecież stamtąd wszyscy uciekają już w kwietniu, jak zaczyna się robić gorąco...
- Mario, źle się czuję, wszystko mi się miesza, ten upał mnie wykończy - dodał i wyszedł do swojego pokoju. W głowie miał jak żywy obraz żony w jasnej sukience w ogromne, żółte słoneczniki, siedzącej na przeciwko niego w restauracji i wodzącej palcem po Costa Brava na mapie. I jej uśmiech, że w końcu zobaczy Morze Śródziemne. Coś jest nie tak... Jak mogę pamiętać rozmowę, której nie było - zastanawiał się. Chyba z przemęczenia takich rzeczy się nie dostaje, to przecież nie halucynacje... W jego umyśle zaczęły kiełkować pewne wątpliwości.

4. Zmiany

To dziś mija drugi tydzień - pomyślał, wrzucając tabletki do toalety i robiąc tajemniczy znaczek w miniaturowym notesiku. Lekarstwo, przepisane przez znajomego lekarza powodowało pewien zamęt, lecz jego głównym działaniem było pozbawianie wątpliwości, więc pewnego dnia podjął decyzję, że nie będzie dłużej faszerować się chemią. Miał bowiem cały czas wrażenie, że powinien bardziej się skupić, że to właśnie przez te pastylki coś mu ciągle umyka. Musiał tylko bardzo się pilnować, żeby nie dać poznać po sobie, że świat, który widzi, jest inny od świata, który pamięta. Pocałował Marię i wyszedł do pracy.

- O, przepraszam bardzo - powiedział, wpadając na jakiegoś mężczyznę.
- Nie szkodzi - odparł tamten. - Coś pan redaktor dziś zamyślony... Dużo pracy?
- Niee... - to znaczy tak trochę - odpowiedział Marek, zastanawiając się, kim jest ten człowiek. - Myślę nad trudnym tematem...
- To powodzenia, a jak pan ostatnio dowalił tym ze służby zdrowia.. no, no, gratuluję, pewnie teraz szykuje pan coś naprawdę ekstra?
- Nie mogę powiedzieć, naprawdę, przeczyta pan jeszcze w tym tygodniu, niech tylko skończę - skłamał. - Przepraszam, ale się spieszę, do widzenia.
Wyminął mężczyznę, nie patrząc mu w oczy i przyspieszył kroku. Po chwili już siedział przed komputerem w swoim maleńkim pokoiku.

Kto to był? Często zapominam imiona, ale nigdy twarzy... - zastanawiał się, włączając i wyłączając na przemian Caps Lock. Czy to też ktoś, kogo nie ma w mojej pamięci, a istnieje realnie? Lepiej zabiorę się do pisania, bo szef znowu zacznie dociekać, dlaczego godzinami gapię się w ekran, a nie piszę ani linijki. Po chwili na monitorze zaczął ukazywać się tekst reportażu ze schroniska dla zwierząt.

5. Zmiany

Tego dnia widać było, że lato ma się ku końcowi, w biurze temperatura spadła poniżej 25C i dało się jakoś pracować. Miarowe klikanie klawiszy zakłócił dźwięk telefonu.
- Marek!
- Witam, szefie!
- Jak daleko jesteś z tym tekstem?
- Właśnie kończę, myślę nad konkluzją, żeby nie było za ostro...
- A co napisali inni?
- Nie wiem, nie czytałem jeszcze, ale skoczę na dół, do kiosku i kupię inne gazety
- Gdzie na dół? Do jakiego kiosku? Chcesz lecieć na Rynek?
- Nie, no tu, do naszego, obok portierni...
- U nas nie ma żadnego kiosku, znowu coś ci się miesza? Wyślę Gienka, niech kupi i ci przyniesie, a ty pisz swoje lepiej...
- Dobra, za dwadzieścia minut będzie gotowe...
Jak to nie ma kiosku? To też się zmieniło? Jeszcze rano był, przecież zerknąłem na nowy numer "Obcych wśród nas" - nie mogło mi się to przywidzieć, nawet pamiętam nagłówki... Wstał i podszedł do drzwi. Zawahał się przez chwilę i nacisnął klamkę.
Na dole, obok portierni była gładka, wyłożona - podobnie jak reszta holu - ciemnym granitem ściana, przed którą stała w donicy gigantycznych rozmiarów monstera.

6. Zmiany. Epilog.

Do widzenia, panie redaktorze - powiedział nieznany mężczyzna w pracowniczym uniformie, uśmiechnął się i pomachał ręką.
Do widzenia - odburknął Marek i wyszedł na ulicę. To dzieje się zbyt szybko, już nie umiem odróżniać, co tylko pamiętam, a co jest rzeczywistością. Boże, najgorsze, że nikt inny tego nie zauważa, nawet z Marią nie mogę szczerze porozmawiać. O, głowę bym dał, że kamienice na Rynku były kolorowe, a nie takie sinoniebieskie...
Przyspieszył kroku, jakby starając się nie zauważać otoczenia.
- Mario - zaczął, stojąc jeszcze w progu.
- Mario? To ty masz jakąś Marię? - odkrzyknęła kobieta i wbiegła do łazienki. Najpierw usłyszał przesuwanie zapadki w zamku, a później płacz.
- Muszę ci coś powiedzieć, coś bardzo ważnego - kontynuował, z twarzą przy żółtej szybie z mrożonego szkła.
- Idź porozmawiać z Marią, wynoś się z domu - odpowiedziała cały czas łkając.

7. Zmiany. Prolog.

Wyszedł do pracy i od razu zaczął biec. Nie chciał się przecież spóźnić na kolegium redakcyjne - szef miałby pretensje, może nawet i słuszne - to byłoby już czwarte kolegium, na które się spóźnia. Odruchowo spojrzał na wystawę kiosku, wklejonego, jak niechciane dziecko, między dwie kamienice. Niewidzącym wzrokiem przebiegł po nagłówkach co bardziej kolorowych gazet i popędził do pracy.
Siadając na niewygodnym krześle w modnym ostatnio stylu - chromowe rurki i plastikowe siedzisko wielkości dziesięciogroszówki - miał nieodparte wrażenie, że o czymś zapomniał. O czymś bardzo ważnym.


Inowrocław, 4 stycznia 2004
Opublikowano

Kurka, niepokojący tekst... bardzo dobrze skrojony, skromnie i bez przesady, na zasadzie przykładów. Ale bardzo niepokojący... nie lubię modnych określeń: wyobcowanie etc., ale tutaj chyba przydałby się jakiś modny termin, chociażby scena o Marię.

Zastanawiam się czy "obcy wśród nas" nie jest zbyt jajcarskie - tzn. reszty nie odczytywałem jako wyrazu porwania przez obcych ;), doszukiwałem się raczej amnezji o podłożu ziemskim niż kosmicznym. Jak mawiał Daukszewicz, "chyba że się mylę" ;)

Fajnie, Doktorze, znacznie lepsza próbka mowy rozwiązłej od wcześniejszych, które czytałem. Nieco przezroczystsza stylistycznie. In plus.

Opublikowano

Stylistycznie text niezbyt wyszukany. Choć może pewne ubogość formy pasuje do treści. Co do tej zaś, to przewijały mi się przed oczami obrazy "Pięknego Umysłu" i "Życia, którego nie było". Nie wiem, czy to zamierzone, ale skojarzenia są dość silne. Czyżby inspiracja?

Utwór, jak już przedmówca stwierdził, niepokojący. Czy wybitny? Nie, raczej nie... raczej nie zapadnie mi w pamięć [;-)] na dłużej.

Opublikowano

No, proszę, wyrasta nam nowa gwiazda krytyki :)
A tekst uczciwym sumptem skrojony, choć bywały lepsze.
Najbardziej się cieszę, że świeży. No, i ja lubię hoolywoodzkie
filmy o kalekach, choć np. w Wyborczej nieustannie próbuja mi
je obrzydzić. Wolę je od kaleków polskich - Bogusia L. płaczącego
do kobiety samotnej, że nigdy nie było mu tak dobrze :) Ale to oczywiście
kwestia gustu, ktorego często nie mam i nie zrobiłem Kariery...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...