Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Możecie nazwać to jak chcecie. Załamanie, depresja, schizofrenia, a nawet pozerstwo. Całe życie wydawało mi się, że jestem sztuczny, nie zrobi to na mnie żadnego wrażenia. A może po prostu nigdy nie byłem tym, kim zawsze chciałem być. Tylko, że ja właściwie to nie wiem kim chciałbym być. Jest tego zbyt wiele. Ot... przemyślenia dziewiętnastowiecznej duszy. Wkładam maski jak aktor w antycznym teatrze. Raz jestem zły, to znów dobry; smutny lub wesoły... Czasem jestem nikim... Dobrze jest mieć chociaż po co żyć. Albo dla kogo. A co jak ten ktoś odchodzi? Co, kiedy Twoje skrajne dobro, kryte tylko dla tej jednej okazuje się być złem? Co, gdy wszystko już całkiem traci sens i logikę? Gdy rzeczywistość staje się gorsza niż sen, a czas i miejsca zacierają się jak czerń i biel tego w co wierzysz? Tak naprawdę, nie wiesz czy żyjesz. Niby pada deszcz, ale to przecież może być i sen. A jeśli to tylko mara, to co jest prawdą? Jestem przecież dziewiętnastowieczną duszą. Idę ulicą. Czyli kim jestem? Pionkiem w przestrzeni i czasie? Spotkał mnie dziś ktoś spacerującego w parku? I czy w dziewiętnastym wieku jest tu park? Może był kiedyś, ale dziś? Którego właściwie dziś mamy? Odkąd odeszła, wszystkie dni są takie same... sztuczne... znów sztuczność... łazi to za mną jak jakiś smród... jak swąd. A przecież się myję. Dziwi mnie to czasem... Czasem wszystko mnie dziwi. Jak małe dziecko, chodzę z wybałuszonymi oczami i dziwię się. Ale naprawdę ciągle dzieje się to samo. Dni zlewają się w jedną ciągnącą się szarą maź... No może prawie to samo. But mi się dziś rozwalił. Schowałem go do torby i poszedłem dalej w jednym. Co za różnica? I tak zaraz wlezę w to żelastwo. Kto to wymyślił w ogóle?... zbroja, też coś. Ale przecież zawsze chciałem zostać rycerzem, żyć prosto jak średniowieczny chłop, zabijać smoki i ratować księżniczki z wież... Znów sztuczne... jak schemat... to chyba z jakiegoś filmu. A może jakaś pieśń trubadura. Która godzina? Mam wrażenie, że żyję od wieków... taki nieskończony... Dziś znów mamy się bić z germanami. Nie lubię ich. Zabili mi matkę i zgwałcili siostrę. Dziwne to czasy. Ale pracę mam dobrą – wielu mi zazdrości. Straż przyboczna księcia. Nie byle co. Pytają o co mi jeszcze chodzi... No nie wiem... O nic... Tylko czasem czuję się, jakbym widział kiedyś Egipt, budował piramidy. A może tylko z plakatów go znam i zdjęć z gazety? Tylko z jakiej? „Monitor”? No tak, przecież nie ma jeszcze prasy i mediów. Trzeba by jakiś pergamin od franciszkanów pożyczyć i poczytać... Która to może być godzina?... Może choć słoneczny zegar? Te już chyba wcześniej wymyślili? Tylko, że słońca dzisiaj nie ma. Jakoś tak bardzo chce mi się spać... Głodny byłem ostatnio. Ale przeszło mi. Po czterech dniach organizm się przyzwyczaja. Mógłbym coś zjeść. Te hot-dogi wyglądały pysznie... i jak pachniały... mniam... Jak tak siedzę bezczynnie i czekam aż dojadę, zawsze o głupotach myślę i gapię się w to okno. Zupełnie jakbym miał coś za nim zobaczyć. Coś nowego. Czasem migną mi jakieś oczy. Tylko czyje? Jej? Chyba nie raczej. Zresztą tak naprawdę to, powinienem tylko własne oczy widzieć... Jak idę chodnikiem i mijam przechodniów, to czasem poczuję jej zapach. Przeszła chyba tędy. Tylko kto? Ta która mnie zabiła, czy ta której jeszcze nie spotkałem i raczej nie spotkam z powodu śmierci mojej? I po co mi właściwie jej oczy?... eee... pomyliło mi się chyba. To były światła samochodu. To już się ciemno zrobiło? Nawet nie zauważyłem kiedy. Ależ ten czas szybko leci. Ciekawe która godzina? W sumie to mi się nie spieszy. Bo i gdzie? Ach tak... miałem do sklepu z książkami iść. Mickiewicz wiersze wydał. Może będzie już tomik... gdzieś już go czytałem... Czasem przeżywam takie wielkie dejavu. Że moje życie już się zdarzyło kiedyś. Tylko gdzie ja wtedy byłem, kiedy ono się działo? Chyba w tym Egipcie. Te kamienne bloki pchałem. A może to było później? Najpierw chyba mieszkałem w lesie. Też zawsze chciałem. Jadłem jagody i grzyby. Jak Tarzan. Nie pamiętam skąd go znam. Ale zawsze mi się podobało, że był takim naturystą. Tak na lianach przemierzać odległość i rozmawiać ze zwierzętami. Fajnie było. Albo Robin Hood. Strzelał z łuku i zabierał bogatym a dawał biednym. Ktoś by mnie lubił przynajmniej. A tak. Jakoś tak dziwnie na mnie patrzą. Może to przez ten but?... Tylko czy im zimno w nocy nie było? Bo mi było jak spałem na kamiennych blokach – tych nieociosanych jeszcze. A wczoraj to chyba już mróz był. Dziwne bo październik dopiero. Ciekawiło mnie zawsze, skąd oni je tu przytaszczyli. Ktoś kiedyś powiedział, że piramidy zbudowali kosmici... tego kamienia chyba kosmita nie pchał. Jak taki mały, chudy, szarozielonkawy ludek o dużych oczach i głowie mógłby wepchać taki głaz? Chyba, że było ich więcej niż nas przy jednym bloku. Ale nie widziałem ich tu... Ktoś mnie „szturcha”. Nie lubię być „szturchany”. Denerwuje mnie to. Zwłaszcza jak się na mnie pchają w autobusie czy tramwaju. Mógłbym mieć w końcu samochód... Dalej mnie „szturcha” – mógłby się odczepić... aaa... końcowy już. Dalej pieszo. No daleko nie mam. Pięć minut drogi. Kiedyś się dalej wędrowało. Jak trzeba było jakąś pocztę dostarczyć. Tygodniami w górę Nilu dreptałem. A czasem i biegłem bo wielu było takich, którzy tylko czekali na kogoś takiego jak ja. Może i dziś dostanę jakąś pocztę do dostarczenia. W sumie to spacer dobrze by mi zrobił. Powietrza trochę bym zażył. Może i opalę się przed zimą jeszcze. Jak tak maszeruję sobie z tymi listami, to czas nawet mi się na chwilę nie dłuży... dziwne to. Kiedyś wyobrażałem sobie czas jako taki długi tunel albo korytarz w kształcie rury czy czegoś takiego. Potem jako wstążkę w kształcie znaku nieskończoności. A dziś?... hmm... sam nie wiem. Czas przecieka mi jak woda między palcami. Jak u Daliego. A jednak czuję w sobie tą setletniość... Jestem duszą dziewiętnastowieczną. Często wydaje mi się, że się zgubiłem gdzieś, że nie pasuję do tego świata. Może Bóg się kiedyś pomylił? A może w szpitalu się pomylili? Która jest teraz godzina? Mam wrażenie jakby była już północ. A przecież niedawno było południe... Dobrze, że mieszkam sam. Mogę spokojnie wejść do domu, zamknąć drzwi i nie martwić się, że ktoś wejdzie niespodziewanie. Może gaz sobie odkręcę? Tak zasnąć to całkiem przyjemne. Ale mógłbym wybuch spowodować. A przecież to ja chcę się zabić a nie pół bloku... No bo po co żyć? I kiedy? Gdzie? Położę się po prostu i poczekam na śmierć. W końcu przyjdzie. Nie dziś to jutro. Tylko okno najpierw okno otworzę, bo duszno tu... Dzwoni telefon... zawsze drażni mnie ten dzwonek. Zawsze go zmieniam i zawsze mnie wkurza.
- Tak? ... Co? ... A? Dobrze... Może być.... nie narzekam.... Jak dziwnie?... heh.... Jak mówią „bywa”... nie, jakoś sobie poradzę... Nie, naprawdę nie trzeba.... Ale ja lubię izolację.... A tam zwariować... znasz mnie trochę.... wiesz przecież, że taka już moja natura... No... No tak... Tak, czas... hehe.... Dobra, muszę kończyć bo obiad się przypala.... No... dzięki, że zadzwoniłaś... Miłej pracy.... Dzięki... na razie...
No i znów trzeba się tłumaczyć i opowiadać... po co oni to robią? Nie mogą dać mi spokoju? Przecież istnieją póki ja istnieję. Jeśli umrę, znikną i oni. To dobrze. Nie będą łazić za mną. Wczoraj pies za mną chodził. Śmieszny był, zwłaszcza jak go w czołgu woziliśmy... Ale na wojnie taki pies to tylko kłopot. Wróg tylko czeka na jakiś hałas. Znów Niemcy. Uparli się czy co? Co ja im przeszkadzam. Mam wrażenie, że czyhają właśnie na moje życie. Nie lubię ich. Nie podoba mi się ich język. Wczoraj krzyczał jakiś SS-man jak granatem dostał. Urwało mu nogi... Zawsze chciałem wygrać jakąś bitwę z Niemcami. Ale ich zawsze było więcej. Pan Kapitan mówi, że może jest ich więcej ale w nas duch silniejszy... Może i ma rację. Ale mi już całkiem ręce przemarzły od deszczu i karabin przemókł. Nie ma co się dziwić, że się potem zacina... Jak ja nie lubię stać na warcie... Ciekawe która godzina. Jeszcze chyba trochę czasu zostało do końca... Czasem słychać krzyki jeńców zabijanych. Dobrze jak zabiją. Zdarzało się, że jednemu odcięli żywcem dłonie i stopy i wypuścili. A ten czołgał się do nas przez front i krzyczał. Nie mogliśmy po niego pójść bo Niemcy tylko na to czekali. Dziwny to naród. Cała ta wojna jakaś taka dziwna. Wydaje mi się sztuczna... Wydawało mi się, że słońce już zachodziło. Może drugi raz zachodzi? Tylko po co?... Może jutro coś namaluję. Jak się skończy nareszcie noc... Zresztą nocą strach trochę... Jak byłem dzieckiem to zawsze bałem się ciemności. Zwłaszcza jak horror jakiś obejrzałem. Nawet do piwnicy bałem się zejść. A teraz proszę... sam po pustyni chodzę z listami. Mama byłaby dumna... Ale widząc leżącego z nożem w ręku na podłodze chyba by się wkurzyła. Cały dywan we krwi. Przecież to by się nie sprało. Zresztą kto to widział tak na podłodze leżeć i czekać na śmierć. Dobrze, że jej tu nie ma. Tylko przykrość bym jej sprawił.... Gdzie ja mam zegarek? Jasno się już robi. A mi się spać chce... Taki niewyspany znowu... Trochę tu zimno... Ale na bruku zwykle jest zimno... Latarnik latarnie gasi. Może choć mnie kopnie przechodząc. Zawsze tylko spluwają wzrokiem. Ale czy mi wypada leżeć na ulicy. Miałem jakiś obrazek namalować. Może wyjdę dziś poza miasto. Do jakiejś wsi się wybiorę. Taki ładny dzień się zapowiada... Ale nie mam siły wstać... Nie mogę się ruszyć... To chyba z głodu... A może męczy mnie już ta wieczność. Jest jej we mnie tyle, że nie sposób się jej pozbyć. Może razem z krwią wypłynie? Razem z duszą uleci? Muszę odpocząć od tego. Może jutro się prześpię dłużej. Albo złapię samolot na Florydę i zostawię to wszystko... Dziś jednak się przespaceruję do wsi. Tylko muszę wstać. Ten nóż mi przeszkadza... Ale już zimno przynajmniej nie jest...
Mam nadzieję, że teraz nikt w ostatniej chwili nie wejdzie, jak na jakimś amerykańskim filmie. Gotowi pomyśleć, że chcę kogoś nastraszyć czy uwagę zwrócić. A po co mi ich uwaga? Telewizor patrzy na mnie z uwagą... wystarczy chyba... A ja bardzo chciałbym iść dziś na ten spacer do wsi... Jak ona się nazywała? Wahlheim? Jakoś tak. To chyba jakaś Niemiecka nazwa. Ale wieś ładna... Znów ciemno się zrobiło... A przed chwilką było jasno. Dziwna ta pogoda... Wszystko to jakieś dziwne. Ale wieś jak w dziewiętnastym wieku... I te drzewa... Więc jednak wybrałem się na spacer...

Opublikowano

genialne!
czytałam z zapartym tchem!
heh, moja druga w prozie 20 :) (znaczy się punktowa)

no, Panie poeto, wspaniałe wejście, sobie Pan napisał :)

błędy? oj nie dziś, chyba zresztą nie było? może raz "wydawało mi się" się powtórzyło obok siebie.

rewelacja, wciąż jestem pod wrażeniem, chyba sobie jeszcze kiedyś przeczytam, a przyznaję, że rzadko wracam do raz czytanego tekstu, musi być wyjątkowy, a ten jest!

szczerze? to nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy i tytuł i pierwsze zdania, a tu proszę..
hmm, mam nadzieję, że nie tylko mi przypadnie do gustu :)

witam na forum i zapraszam częściej!

Opublikowano

po pierwszym czytaniu, wnioski podobne jak natalia - jutro na swiezszym umysle przeczytam raz jeszcze... a teraz tylko jedno pytanie: wahleheim? co to znaczy, wszystkie inne aluzje chyba zlapalem a tego nie moge... (z braku lepszych pomyslow stawialem na valhallie, - ze jednak chlop sie skonczyl od tego telewizora :) ale nie wiem czy dobrze, a mnie to zaciekawilo...)

pozdr

Opublikowano

Bardzo dziękuję za miłe słowa. Nawet nie wiecie jak mnie one cieszą... A nazwa wsi jest aluzją do wsi w utworze Goethego "Cierpienia młodego Wertera"... Jeszcze raz ogromnie dziękuję za ciepłe słowa.

Opublikowano

Nic tak nie drażni nie czytającego jak milion siedemset tysięcy sześćset czternaście wielokropków; istnieje mnóstwo innych sposobów odwzorowania swobodnego przepływu myśli. Nie podoba mi się też, że zestawiłeś bodaj najbardziej konwencjonalne i oczywiste postaci i nawiązania: Mickiewicz, Tarzan, Robin Hood; zgoda, taka już może być uroda narratora, ale skoro już wstawiłeś odniesienia biograficzne (nie zaprzeczysz, do pewnego stopnia tak jest) to mogłeś się nieco bardziej wychylić, a tekst mógł nawiązać dialog z nieco szerszym wachlarzem utworów, osób itd.

Z czasu wywiązałeś się ładnie, przejścia są płynne i często zaskakujące, walka z Germanami, potem walka z Niemcami etc. etc.; samobójstwo mnie nie urzekło, może po prostu tekst "zza grobu" wydaje mi się ogranym patentem.

Naturystą zamiast naturystom - bezwzględnie do poprawy.

Czołem :)

Opublikowano

Ja przepraszam najmocniej, ale chciałem zapytać szanowne grono, czy można poprosić o jakieś konkrety? bo na razie konkretów brak, dowiedzieliśmy się tylko, że genialne; sorry, ale o tekście można rozmawiać w sposób w miarę obiektywny.

Gdzie tu genialność jest?

Opublikowano

Tekst prowadzi dialog z utworami i bohaterami mającymi w mniejszym lub większym stopniu wpływ na życie bohatera. Wielokropki to moja forma pokazania przepływu myśli. Być może Ty masz inną. Zresztą to tekst o myśleniu chyba. A umieszczenie kilkunastu sposobów pokazania przepływu myśli byłoby śmieszne i niejako "pstrokate". A tak zachowuje spójność. Przynajmniej jak dla mnie. Samobójstwo nie wszystkich porusza. Ale pytanie tylko czy porusza (lub nie) inaczej gdy się czyta a inaczej gdy próbuje się wniknąć w psychikę samobójcy. Za błędy ort. przepraszam ale nie jestem w niej najlepszy. Ogromnie dziękuję za krytyczne uwagi i pozdrawiam.

Opublikowano

hehe ale koniec koncow i tak dobrze wykombinowalem ze bohater zakonczyl zywot :))
(nigdy nie mialem glowy do nazw - zwlaszcza miejscowosci :))

Freney - bohaterem utworu jest koles, ktory spedza pol zycia przed telewizorem i z czasem pomieszaly mu sie swiaty, w dodatku filmy uksztaltowaly jego pojecie o szczesciu... czyli wszystko czym jest, chce byc, o czym marzy, a nawet sposoby w jaki jest w stanie myslec, to sceny czy "algorytmy" z fimów...
w dodatku skoro juz mowa o werterze, czy innych mickiewiczach, bohater romantyczny to takowy co to sie na romansidlach wychowal i stracil poczucie rzeczywistosci... a wiec mozna zaryzykowac ze to celowo autor zrobil... i ze jest to przyklad xxi wiecznego wertera i lotty marki sony...

innymi slowy tekst serio genialny...
pozdrawiam

Opublikowano

Czyli księgi zbójeckie część osiemset czwarta ;) o takim odczytaniu nie pomyślałem.

Pozwolę sobie zdradzić, dlaczego kolega Poeta2000 napisał ten tekst: niejaki Marcholt Czyścizadek zainicjował czwartkowe (ćwiartkowe) spotkania, na których złazimy się w osób kilka i czytamy co też tam kto wypłodził przez tydzień. Moje koniuchy i co niektóre próby Marcholtowe powstały w podobny sposób. Na ostatnim spotkaniu umówiliśmy się na temat "manipulacja czasem". Dlatego nie pomyślałem o powyższym odczytaniu. Tym bardziej zatem je cenię :)

Tak jak powiedziałem Poeta wywiązał się z przepływu czasu zupełnie zadowalająco; dla mnie jednak nie jest to wystarczające kryterium genialności. Wirtuozerii tu nie widzę, psze państwa, ani formalnej (a tę da się chyba zmierzyć w miarę obiektywnie?), ani też w wyrażaniu. Co nie oznacza, że uważam tekst za nieudany.

Opublikowano

No do formy koniucha to z pewnością się nie umywa ale mnie Grochowiak nie pociąga wybacz :)...
A tekst powstał bo ja tak chciałem i czwartkowe spotkania (obiady) nie mają nic do rzeczy...
Czas ma tu znaczenie ale drugorzędne. Ale o tym jeśli pozwolisz porozmawiam z Tobą w czwartek osobiście i wszystko szerzej wyjaśnię.

Opublikowano

po pierwsze primo:
panie Klaudiuszu! jeżeli bohater "spędziłżycie przed telewizorem" to skąd u diabła wie o werterze cokolwiek? Pegazy oglądał? Dobre Książki? Teatr telewizji? bez przesady! TVP - KULTURA rusza dopiero w kwietniu. On sobie raz usiadł chyba...
po drugie primo:
co do wielokropkowego przepływu myśli, chopie (poeto2000) co to za przepływ myśli: "Pytają o co mi jeszcze chodzi... No nie wiem... O nic..." a potem "Ale nie widziałem ich tu... Ktoś mnie „szturcha”." W pierwszym przypadku moglyby być naprawdę śmiało kropki. Bo w drugim widać jakiś przeskok, niech więc tam bedą. Ale u ciebie wielokropki to i przeskok, i płuynne przejście, i chwila zastanowienia. Jakbyś nie znał interpunkcji poza tymi wielokropkami. Szarża to jest, bezsensowna... tak myślę... chyba...
po...trzecie... primo:
To jest nieciekawe jak dla mnie. Nie ma "klimatu", nawet. Nie ma nic przyciągającego uwagę czytelnika. Ględzenie dla ględzenia. Flaki z olejem. Płytkie (i nie chodzi o to, ze tematu samobójstwa nie lubię) w treści, nieciekawe w formie. Nawet łzawe nie jest! Jest nijakie. I zdecydowanie zadługie jak na nijaki tekst.
Aż przykro pisać. Mnie to nie rusza. A już na pewno nie powala, panie kolego. A słowo na g... które można by wypowiedzieć, to napewno nie genialność.
Reaguję ostro, pewnie się zaraz kto obruszy znów, że za ostro, ale że cię znam to walę bez ogródek. Tym bardziej, panie kolego, że Ci tu nasłodzili i od geniuszów nakadzili.
Że co, jak poeta, jak w tekście romantycy się pojawiają, to już zalążków geniuszu się dopatrywać trzeba?

Acha - panie kolego, jak to na warsztaty tekst, to chyba się zabiję.

Ale nie zniechęcaj się, następnym razm będzie lepiej, pisz, trening czyni mistrza, fajnie że lubisz literaturę, tu chodzi tylko o zabawę, niektórym się podobało, nie jest najgożej, pozdrawiam, etc.

Opublikowano

Cóż panie M. Ty jak mnie krytykujesz (by kolokwialnie "pojedziesz" nie powiedzieć) to zawsze pisać się odechciewa. Ale cóż... nie ja wygrywam nagrody lecz Ty. A tak na marginesie to pragnę zauważyć, że nie zawsze tekst musi mieć bohatera (a nawet -ów) i akcję wartką... by zwyczajnie w tym miejscu przywołać "Dzień Świra", w którym chyba po niekąd można doszukiwać się wzoru.

Interpunkcja jak i gramatyka jak i ortografia są mi obce owszem. Piszę na tyle poprawnie na ile mózg mi pozwala i słownik w Wordzie. Staram się jak mogę nie robić błędów ale zasad nie znam i błędy robię niestety często... Ale uczę się robić ich jak najmniej.

A i owszem. Tekst ten przedstawię na spotkaniach... i to będzie moje ostatnie tam wystąpienie. Nie przystaję ani do grona liderów (jak i ich światopoglądu), ani nie mogę doświadczyć tam nauki pisania (a tak to chyba miało wyglądać). A po waszej ostatniej próbie bojkotu tematu Samuela naprawdę już nawet śmiać mi się nie chce... Ale pewnie powiesz teraz, że krytyki nie zniosłem. Cóż... idea jak zawsze okazała się inna niż rzeczywistość.
Teksty nadal będę pisał... a jakże. I będziecie mogli je sobie w swoim czteroosobowym gronie wykpiwać czy co tam chcecie :)

Opublikowano

Marcholt to potrafi mieć własne zdanie. No i dobrze! Ja się nie czepiam technik narracyjnych, czy czegoś podobnego, ale ta genialność to naprawdę przesada! Przecież wybór czasów, epok, bohaterów jest schematyczny, jakby ktoś otworzył "Cogito" i przygotowywał się do matury.

Opublikowano

Nie mirmiłuj poeto2000. Przejdzie ci jeszcze. (a ja nie zasadzę orchideii na twym grobie).
Dramatyzujesz w malignie.
Tekst nie musi mieć bohatera ani akcji. Oczywiście. Ale wtedy MNIE się nie podoba. To chyba jasne, że mówię onli za siebie, a nie wytyczam tu dróg rozwoju współczesnej literaturze polskiej.
A po za tym - z "dniem świra" to twój tekst ma tyle co... no, co nic.

I nie stawiaj mnie, prtagmatyka, w takiej sytuacji, żebym musiał ciebie, idealistę, przekonywac, że jednak warto (pisać, chodzić na wary, - chocby po to, aby zwalczać moje chore antyidealistyczne wizje!).
no.
to pojechalim.

Opublikowano

Czyta się jak sen lub jak majaczenia kogoś bardzo sennego. Forma, owszem, jest ciekawa, jednak text trochę za długi. Jako studium może być, jako część większej całości - dobre. Jednak będąc kompletnym dziełem okazuje się nużące. Właściwie moja opinia pokrywa się z tą wyrażoną przez Marcholta - trzeba ją tylko trochę rozmydlić, rozwodnić, załagodzić. Bo coś jednak w tym tkwi, jakiś potencjał, jakaś zapowiedź przyszłyszch dobrych, bardzo dobrych dzieł. Po tym utworze powiedzieć mogę, że będę czytał kolejne.

I mimo wszystko tytuł by się przydał.

Opublikowano

Ogromnie dziękuję za uwagi... postaram się je wykorzystać przy pisaniu przyszłych tekstów. A tytuł przecież jest... "Możecie nazwać to jak chcecie" i ma on swoje znaczenie.
Konwencja snu czy majaków odgadnięta doskonale. Dziękuję i pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -  Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę…    Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień.    - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk.   - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego!   - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot.   - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę?   - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią.   - Więc jaki mamy plan?   - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego.   - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy.   Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce.    - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor.   Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę.   - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki.   Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem.   Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie.   Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów.   Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza.   Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę.    - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem.   - Tak? Czym więc jest ten proszek?    - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy.   - Co takiego?    - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności.   - Perunie chroń nas…   - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża.   Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów.   Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki.    - Półka skalna! Wspinaj się!   I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę.    - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą!    - Oszalałeś!?    - Wznieś mówię!   Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń.    - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni.   - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki.   - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni.   - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości.   Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni!    - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor.   - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki.   - Mrówki zostawiły świeże mięso na później.   - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi.   - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić.   - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy.   Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit.    - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie.   - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem?   - Zbyt długo, rusz zad!   - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie?   - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił.   Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem.    - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn.   - Arkadij.   - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy?   - Nie pamiętam zbyt wiele.   - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć.   - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata.   - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop!   Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty.   - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał.   Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód.   Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności.    - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora.   - Musisz, nie mamy innego wyjścia.   - My?   - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi?   - Nie mam innego wyboru.   Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora.   Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi.   Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę.    Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku.   I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej.    - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman.   Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane.   Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu.   Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni.   Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność.   Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi.   Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda.    - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad.   Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć.   - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji.   - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota.   - Złota? A co ma złoto do tego?   - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą.   - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny!   - Dokładnie tak.   Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo.    - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz.   - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień.   - Czyli zgadzasz się?    - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to.   - Nie marnujmy w takim razie czasu.   - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy.   - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole.   I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień.    - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć?   - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was.   - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać.   Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie.    - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn.   Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice.   W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij.    - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy!   Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora.   Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym.   Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc.   Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch.   Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki.   Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł.   Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało.   - To larwy mrówek? - pytał Seweryn.   - Nie inaczej.   Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę.   - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś!   - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz.   Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem.    - A to na później. Chcesz trochę?   - To poniżej jakichkolwiek norm!   - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju.   - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem.   - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru?   - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów.   Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy?    - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić.   Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę.   Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą.   - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół.    - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż!   - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała.   - Dam ci swoją, czekaj!   Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał.    Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie.   Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont.   Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew.    - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech.   - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu.   - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością.   - Nie, godnie by było walczyć do końca.   - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały.   - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta.   I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
    • @violetta   Violetta …ale z Ciebie koleżanka…:( potrzebuję Ciebie a Ty sobie śpisz…:( nie wiem jak można spać :( w taką noc;) 
    • @tie-break No, sporo ostatnio chodzę po moim mieście. Albo jeżdżę bez celu autobusami. I też tak czuję, że się we mnie zapisało.  Dzięki!
    • @hollow manZnakomite :) Jak śpiewał Niemen - "mam tak samo jak ty". Miasto jest mną, a ja jestem miastem. To jeden z moich ulubionych tematów na wiersze, w których miasto to nie tylko przestrzeń życiowa, czy też wygodna metafora do wszelkich człowieczych przypadków, ale coś dojmująco ludzkiego w swojej strukturze, funkcjach, dynamice, różnorodności zachodzących w nim procesów. Miejska tkanka odtwarza to, co dzieje się w naszych głowach.
    • @violetta   gdzie jesteś Violetta?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...