Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję Ci, Waldemarze - za przymiotnik "super" i za życzenia życia, pisania oraz dużo dobrego.

Życzę Ci tego samego z całego serca.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję najserdeczniej za tę wspaniałą recenzję!

Ale piszmy sobie na "Ty" - wszyscy tutaj jesteśmy na "Ty", bo w jednym klubie pasjonatów poezji. :)

To nie jest sylabotonik, bo wersy nie są zbudowane według identycznego schematu - są pewne przesunięcia akcentów. Jest to wiersz sylabiczny, gdyż zgadza się ilość sylab w każdym wersie. Ale akcenty już się różnią.

Jednak nie ma to wielkiego znaczenia, oczywiście.

Ważne, że wiersz ma melodię, którą wyczuwasz. Dziękuję Ci za to.

Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz poczytać inne moje wiersze. Gdybyś miał ochotę coś skomentować, to proszę o zacytowanie mnie - choćby jednego wybranego wersu - bo wtedy dostanę powiadomienie systemowe, że czeka nieprzeczytany komentarz. Natomiast bez cytatu system nie wysyła takich powiadomień.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Deonix, bardo dziękuję za miłe słowa i za pochylenie się nad wierszem.

Zacznę od końca.

W wersie, który zacytowałaś, jest celowe powtórzenie: Ziemia jest żywa, więc ja będę żyła nadal jako jej część (nawiasem: nie tylko część jej prochów, ale i nastrojów, i uczuć, które są udziałem całej przyrody, nie wyłącznie człowieka). Powtórzenia są na ogół błędami stylistycznymi, ale nie wtedy, kiedy służą świadomemu podkreśleniu czegoś, uwypukleniu.

 

Co do poglądu, że po śmierci już nie żyjemy, można się do niego przyzwyczaić. :)

Jesteśmy od dziecka karmieni przeświadczeniem, że nasze życie się nigdy nie skończy. Dlatego bardzo trudno jest nam rozstać się z ta myślą.

Ale ja już dawno przyjęłam do wiadomości, że po śmierci się nie żyje - i wcale nie jest to dla mnie katastrofalne. Już nie.

Bo widzisz: gdybym żyła wiecznie, to nic nie miałoby wartości. Po prostu wszystko byłoby wieczne razem ze mną.

W dodatku gdybym zmieniła postać i wymiar na jakiś niematerialny i tam musiałabym wiecznie egzystować, pamiętając wszystko, co kochałam tutaj, czym tutaj byłam i co tutaj zostawiłam - to dopiero byłby dla mnie katastrofalny koniec! Pamiętać to wszystko i Tych wszystkich - i nie móc tu nigdy wrócić! Nie mogłoby dla mnie istnieć gorsze piekło. Nawet wtedy, gdyby kochane przez mnie istoty też "tam" były - ale przecież w zmienionej postaci, bez ciał, bez twarzy, które pokochałam, bez wieku, bez ziemskich ról: mojego dziecka, mojej matki, ojca, męża, babci, dziadka, siostry - kim oni byliby dla mnie? i kim ja byłabym dla nich?...

Nie chcę być teleportowana do innego świata niż ten, który tu kocham i w którym żyję jako ja - materialna i śmiertelna. I dlatego właśnie ten ulotny świat ma dla mnie tak ogromną wartość, tak niezwykłe, jednorazowe piękno.

Naprawdę, Deonix - nie ma w tym nic katastrofalnego. Przeciwnie.

 

Pozdrawiam Cię serdecznie i jeszcze raz dziękuję. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nato, dziękuję serdecznie za pochwałę wiersza i pochylenie się nad nim.

Idąc za Twoja radą, poprawiłam wers z mgiełką i usunęłam zaimek, bo faktycznie był niepotrzebny. mam tendencję do "zaimkozy", muszę na to uważać. Dzięki.

Ale pozostałe słowa zostawiam tak, jak były.

Bo to jest mgiełka smutku moich wierszy, a nie wyliczenie, że mgiełka oraz smutek wierszy.

Bo nie chodzi o to, żeby miłość przeniknęła każdego, a właśnie tych, których kocham - moich najbliższych, którzy najmocniej będą mnie pamiętać.

Bo "niewiele mi trzeba" - to całkiem co innego, niż ja powiedziałam w poincie - to całkiem inny sens.

Nie mniej jeszcze raz dziękuję.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

W całym wierszu jest jeden i ten sam pomysł, a nawet - cały wiersz to jeden pomysł.

Ale rozumiem, że nie musi być w Pana guście.

Fajnie, że fotka w nim jest. :))) Dziękuję.

I może piszmy sobie na "Ty", jak wszyscy tutaj?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Cześć, Oxyvio. Ładnie napisałaś, Określałaś czas, stan, w którym Peelka będzie - maleńkie części (kurz i popiół  zawsze składają się z maleńkich części).

 

Wolę przedstawiłaś Peelki, ale dla mnie w taki roszczeniowy sposób. 

Piszesz o niebie, o aniołach o zbędności Pellki w tymże niebie, wśród tychże aniołów. Czyli Pellka pojmuje, czym jest niebo. Musi zatem i pojmować, czym jest piekło, choć o piekle nie wspomina. 

 

Piszesz też o tęsknocie, smutku - uczuciach - skąd wie Pellka, że owe tak piękny będą miały los, czyli, że "wtopią się" w przyrodę? 

A i piszesz też, ze Pellka się "rozleci" - to" rozpadnie się", czy "rozleci się"? Chyba, ze w tym drugim przypadku masz na myśli taki rozpad, aby się rozlecieć, bo inaczej, jakże by tęsknota mogła wpaść  "w  trele..."? 

 

Jest też "rozproszenie", czyli proch - ciekawe, powracasz do wcześniejszych zwrotek i do stanów "kurzu" oraz "popiołu". Wg mnie kurz, popiół, proch - łatwo zdmuchnąć, pozostanie nicość, czyli nie rozumiem, a raczej rozumiem, po wierszach pozostanie nicość. 

 

"Kurzawa" - to kłęby, tumanu, kurzu - straszna sprawa. Może b. dużo szkód narobić. No tak, dotyczy przecież "niespełnionych marzeń" - wywalić Peelka chce, rozumiem, 

 

W przedostatniej zwrotce jest słowo "jeśli" - czyli domysł Peelki. A zatem wszystko to, o czym o czym napisałaś wcześniej - też domysłem być może? Bo jest też o "prochach uczuć" - nicości, tak to rozumiem, co napisałam wcześniej. Nicość może trwać? Może pozostać "cząstką tego świata"?

 

I ostatnia zwrotka. Prawdziwa zagadka dla mnie - jest śmiech, jest "pamięć istnienia" - jak to się ma do nicości? 

"Śmiechem się zaniosę" - dobre. Tylko dla mnie to ma z lekka zabarwienie ironiczne. 

 

I "słoneczna miłość" - ona nie przeminie, rozumiem, ona pozostanie - czyli niebo, wg mnie. A to Peelka ma trudne zadanie - zostawić czystą miłość pozbawiona wszystkich innych uczuć - bo wcześniej napisałaś, że rozpadną się, rozproszą, itp.

 

Trudna taka miłość - pusta, a i narzucająca się. Jak może dawać być pamiętana współbrzmieć z pamięcią istnienia - radosnego? 

 

Samotna miłość - tak zrozumiałam, a chce by otaczały ją uczucia? 

 

Dwa ostatnie wersy wiersz - też dla mnie nakazowe. Niby dobro, a jednak jest słowo "niech" - rozkaz. 

 

Zabawa w Boga - jakkolwiek Go pojmujemy. To widzę w Twoim wierszu. 

 

I to jeszcze dość przewrotnego - dać i odejśc, a wy róbcie, co chcecie. Niekonkretna ta scheda. 

 

Scheda to – wg słownika języka polskiego – odziedziczony po kimś majątek. 

 

Serdecznie Cię pozdrawiam Oxyvio   -   Justyna. 

 

 

 

 

Opublikowano

@Justyna Adamczewska Dziękuję Ci za wizytę i próbę dokładnego przeanalizowania mojego wiersza. Włożyłaś w to dużo pracy i wysiłku. Jest mi z tego powodu bardzo miło.

Niestety muszę uczciwie powiedzieć, że Twoja interpretacja całkowicie mija się z moim przesłaniem.

Nie wydaję nikomu żadnych rozkazów ani nie wyrażam wobec nikogo roszczeń - piszę o swoich uczuciach i cechach, które chciałabym pozostawić w pamięci moich najbliższych , kiedy sama stanę się kurzem, prochem, jak wszyscy po śmierci  - stąd słowo "niech".

Nie ma tu też nic o nicości.

Piekło dla mnie niej istnieje, zresztą niebo też nie - użyłam tu nieba jako symbolu: tam, gdzie wszystko jest doskonałe i o nic nie trzeba walczyć, człowiek nie jest potrzebny ze swoją miłością i wszelkimi zaletami, dlatego moja "wola" jest taka, że chcę się wtopić w przyrodę Ziemi i stać się jej prochem, zamiast "iść do nieba".

Tak, scheda to spadek. W moim wierszu zostawiam w spadku bliskim swoją miłość, wesołość, radość życia, a także smutek (wierszy i nie tylko).

Myślę, że wiersz jest prosty i zrozumiały. Może za bardzo się zapatrzyłaś w tę rzekomą "nicość" i dlatego zamazał Ci się sens? Ale tam nie ma nicości, a tylko wieczna przemiana wszystkiego. Nic w przyrodzie nie ginie, Justyno, ale wszystko bez przerwy się zmienia i staje się ciągle czymś innym.

Opublikowano

Dziękuje Oxyvio, tak po prostu zrozumiałam przesłanie Twojego wiersza. Miłe, ze wyjaśniłas, to dla mnie ważne. 

 

Może, rzeczywiście, jak piszesz:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dobrze, że:

Uspokoiła i wyciszyła mnie Twoja odpowiedź. Poczytam jeszcze Twój wiersz. Popatrzę z innych perspektyw, dziękuję. :)) Pozdrawiam Justyna. 

Opublikowano

Witaj, Oxy:) pięknie, jak dla mnie, namalowałaś ten wiersz. Nie wgryzając się w dosłowność, bo nie o nią tu chodzi, zaś w smak poetyckiego szeptu, metafor i nadziei, którą podzielam jak Ty (idąc za wizją m.in. wschodu), że odchodząc stąd - zostajemy. I nie tylko komuś jako wspomnienie, np. trel ptaka, widok tafli jeziora, czy zapach lasu - choć jest to strasznie romantyczne, a ja się w takich tkliwościach rozpływam, jak mnie najdzie heh Więc mnie to bardzo podpasowało, że akurat taką wizję przedstawiłaś i do tego tak ładnie:) pozdrawiam

Opublikowano (edytowane)

Czym jest scheda?

Za Słownikiem języka polskiego:

«idee, tradycje, dobra kultury itp. przejęte z przeszłości i wywierające wpływ na teraźniejszość»

 

Jedyną schedą po nas będzie zapomnienie ...

 

O równoległe drogi bez końca,

po których idziemy osobno

zapatrzeni w niepisane prawa

strzegące naszej samotności.

  

Szukamy tych najlepszych,

po których coraz prędzej

pędzimy na przydrożne złomowiska.

 

Pozostawiamy nasze nazwiska

wyryte w kamiennych tablicach,

raniących roześmiane oczy.

 

A świat nam zapłaci szczodry

jedną jesienną

kartką z kalendarza.

 

Czy czytałeś kiedyś ten wiersz Jana Lechonia:

 

Pytasz co w moim życiu...

Pytasz co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną...
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
Jednej się oczu czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wśród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -
I jedno wiemy tylko i nic się nie zmienia
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.

 


 

Tak genialne słowa, a kto o nich dziś pamięta.

Jedyną schedą po nas będzie zapomnienie ...

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wróciłam jeszcze, Oxyvio. Próba nieudana zatem? 

Wiesz, myślę sobie, że warto próbowac, a wiersz jest wierszem, zatem każda jego interpretacja to nie próba, jak napisałaś, ale sposób postrzegania treści wiersza przez czytającego. 

 

No cóż ja tak zrozumiałam przesłanie wiersza, Czytamy wiele utworów, których Autorów nigdy nie poznamy, zatem, nie wyjaśnią nam oni, co Autor miał na myśli, pisząc swoje dzieło. 

 

Pył, proch, itp. to dla mnie nicość. W myśl zasady, bo tak pojmuję słowa:

 

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz

 

Dziękuje i pozdrawiam serdecznie, Oxyvio. Justyna. 

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Pył, proch - to "nicość", czyli dokładnie właśnie: pył i proch, z którego powstaliśmy i w który się obrócimy. Dobrze zrozumiałaś. Chyba nie da się inaczej.

Wiersz jest komunikatem, przekazem myśli, idei, uczucia. To nie jest bełkot, który można sobie dowolnie interpretować. Kiedy piszę wiersz, chcę coś konkretnego powiedzieć ludziom.

Oczywiście, że każdy Czytelnik inaczej odbierze KAŻDĄ wypowiedź - odniesie ją do własnych doświadczeń, co innego poczuje, wyciągnie inne wnioski... Ale przekaz językowy zawsze jest ten sam. Kiedy ktoś mówi: "Widzę czarno tę sprawę", to nie można sobie zinterpretować, że on mówi: "Widzę różowo tę sprawę". :)  Trzeba rozumieć, co się czyta.

A mój wiersz naprawdę nie jest skomplikowany.

Myślę, że od początku poszłaś jakimś złym tropem. Tak się czasem każdemu zdarza.

Pozdrawiam Cię serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...