Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

To była noc cudów. Rozbawieni, podchmieleni ludzie nie skąpili kasy, uśmiechu i ciepłego słowa. Czasem nas gonili, udawali, że ich nie ma albo już od progu dawali kasę, żeby im nie zawracać głowy i trzaskali drzwiami. To ostatnie odpowiadało nam najbardziej, bo nie musieliśmy wysilać naszych wątłych gardeł. Zeszłorocznym zwyczajem uderzaliśmy najpierw do drzwi obitych boazerią lub pięknie pomalowanych.
- Ajajajajaj - powtarzaliśmy raz za razem, widząc takie drzwi i umieraliśmy ze śmiechu.
Wzięło się to stąd, że rok wcześniej tak zareagowałem na czyjeś pysznie wyglądające drzwi, sądząc, iż kryje się za nimi wielka kasa. Radośnie zacierałem ręce i pukałem. Na ogół racja była po mojej stronie i do worka wędrowała kolejna moneta lub banknot.
- Ajajajajaj...
Koło 23 zmęczeni usiedliśmy na schodach. Lenin zwędził komuś butelkę mleka z wycieraczki i popijając je, podliczyliśmy zyski. Najpierw banknoty, potem większe monety, na koniec żałosne drobniaki. Każdemu przydzieliłem równą działkę i bardzo zadowoleni rozbiegliśmy się do domów.
W Boże Narodzenie Lenin nie mógł z nami iść, bo wyjeżdżał z ojcem do rodziny. Długo szukaliśmy zastępstwa. Nikt nie chciał robić z siebie durnia i drzeć mordy przed obcymi ludźmi. Najbardziej pasował nam Ślepy, jednak jako ministrant chodził po kolędzie z księdzem i mocno się przeziębił. W końcu wieczorem zdołaliśmy namówić Kodżaka, który zbierał na poszczególne elementy swojej wymarzonej perkusji. Nie pasował nam, bo się jąkał, ale co było robić. Podczas kolędowania, okazało się, że wcale nie zna kolęd, więc tylko nucił albo mruczał. Zanim to odkryliśmy, dał popis niezwykłej sprawności językowej. Zapomniał łacińską końcówkę jednej z kolęd i zamiast In exelsis Deo, zaśpiewał dość głośno: I wieżoowce sto-o-ją! Zabraliśmy kasę i wybiegliśmy przed blok.
- Kodżak, zabijesz mnie śmiechem - wył Adi, tarzając się po śniegu.
Tyki łaził na kolanach, trzymając się za brzuch, a ja siedziałem na schodach i umierałem ze śmiechu. Ze łzami w oczach patrzyliśmy, jak Kodżak czerwieni się, nie wiedząc, co ze sobą począć. W końcu skoczył ku Adiemu i szturchnął go groźnie w ramię. Wyglądał przy nim, niczym niedźwiedź przy zającu.
- Co kuurwa się śmieeejecie!?
Znów gruchnął wesoły śmiech. Zerwał się w moją stronę z pięściami, ale zgubiłem go jednym unikiem i zagarnął powietrze. Tyki nawet nie ryzykował i trzymał się z daleka.
- Idę dooo domu - powiedział obrażony Kodżak i dopiero wtedy przestaliśmy rechotać.
- Daj spokój, nie zarobiłeś nawet na bębenek - rzekłem pojednawczo - Nie łam się. Śpiewaj co chcesz, byle nie tak głośno.
Udobruchaliśmy go raz dwa i ruszyliśmy dalej. Nucił, mruczał i pojękiwał, jednak na tyle cicho, że melodia trzymała się kupy. Chodził z nami jeszcze trzy dni. Później wrócił Lenin i pracowaliśmy w żelaznym składzie. Pewnego wieczoru zaczepiła nas na ulicy jakaś dziwna pani.
- Mogę zhopić fam foto?
Zgodziliśmy się, ale pod warunkiem, że nam przyśle.
- Whacam do Niemiec. Będę miała pamiątkę. Podajcie adhes.
Ustaliliśmy, że dam swój. Tydzień później dostałem z Norymbergi 4 odbitki. Pobiegłem zaraz do chłopaków. Uznaliśmy, że zdjęcie jest super. Ja z pomalowaną na czarno gębą, w czarnej kurtce i z czerwonymi rogami na głowie, Lenin w królewskiej koronie, Adi jako pasterz i Tyki w starej kapocie z podbitym okiem jako menel - wyglądaliśmy niesamowicie. Pewnie dlatego ludzie nas przyjmowali i dawali pieniądze.
Do Trzech Króli zarobiłem tyle kasy, że stać mnie było na zakup nowej serii żołnierzyków, fajki i co tylko zapragnąłem. Mamie nie dałem ani grosza, kupiłem jej za to ładny zestaw stołowy i kryształ ozdobny. Radziła sobie, bo przecież pracowała, a ja ciągle klepałem biedę. Ślepy z ganiania w śmiesznej sukience za „co łaska” wyszedł dużo gorzej. Podbierał wprawdzie drobniaki z kopert wręczanych mu przez ludzi, ale to nie było to co u nas. Mogliśmy wreszcie poświęcić się temu, co dzieciaki powinny robić zimą. Całymi dniami zjeżdżaliśmy na sankach w dół ulicy Listopadowej, toczyliśmy wojny na śnieżki i lepiliśmy bałwany. Dodatkowo wymyśliłem też ekstremalną zabawę, która spodobała się chłopakom. Pod domem Adiego chwytaliśmy za tylny błotnik przejeżdżającego auta i jechaliśmy na butach w górę ulicy Słowackiego.




Po Nowym Roku Staremu całkiem odbiło. Wyszedł z nory, ogolił się, założył świeżą koszulę i poszedł do banku. Pojąłem, że brakło mu kasy, bo przecież jeszcze przed świętami nakupował mnóstwo butelek markowego alkoholu, magnetofon i serię kaset z muzyką tyrolską oraz bawarską. Te ludowe trele i rozmaite jodłowania doprowadzały mnie do szału, bo na swoim monofonicznym Crownie słuchałem Shak’In’Dudi, Elvisa i ABBY. Miałem tylko 3 kasety, ale liczyłem, że przy pomocy mimowolnych datków Starego, kupię sobie więcej.
- Jedziemy do Warszawy? - spytał po powrocie z banku.
Twarz mi pokraśniała. Tyle mi opowiadał o rozmiarach stolicy, mieszczących się tam licznych muzeach i atrakcjach, że pojechałbym tak, jak stałem - w rajtuzach i podkoszulku.
- A mogę zabrać Ślepego? - poprosiłem, wiedząc, że Stary będzie całymi dniami popijał i zanudzę się na śmierć.
- No nie wiem - zawiesił głos, a potem dodał - Jakbyś miał się nudzić ze starym ojcem, to go weź.
Podskoczyłem z radości i prawie go uściskałem. Tak naprawdę, to bym nie umiał, ale przynajmniej sobie wyobraziłem. Zaraz pobiegłem na Orkana. W bramie na rogu ze Słowackiego stał Siewiąta i tępo oglądał przejeżdżające samochody.
- Która godzina? - krzyknąłem, przebiegając obok niego.
- Odwal się! - mruknął i zniknął w bramie.
Ksywę zawdzięczał zabawnej sytuacji sprzed lat. Miał problemy z poprawnym wysławianiem się i kiedy któryś z chłopaków zapytał o godzinę, odparł:
- Siewiąta...
Ślepy akurat pobiegł po masło i mleko, ale jego mama pozwoliła mi zaczekać. Przez ten czas obgadałem z nią sprawę wyjazdu i kiedy wrócił, niespodzianka była gotowa.
Wyjechaliśmy dwa dni później. Stary zdecydował, że pojedziemy pociągiem przez Oświęcim-Trzebinię, a nie jak podczas naszych wagarów przez Wadowice-Kalwarię. Autobusów nie uznawał, co udzieliło się również mnie. W Czechowicach-Dziedzicach wycięliśmy Ślepemu nasz wypróbowany numer. Pociągi jeździły po torach, a że torów było mniej niż dróg i nie posiadały miejsc do zawracania, PKP musiała przetaczać lokomotywę, jeżeli skład miał zmienić kierunek jazdy. Wiedziałem o tym od dawna. Ślepy nie. Przyglądałem się z boku, jak z niedowierzaniem patrzy, że pociąg podąża w kierunku, z którego nadjechał.
- No tak - mruknąłem, udając całkowitą rezygnację - Wracamy, tato?
Stary w mig pojął o co chodzi. Pewnie dobrze pamiętał, jak omal się nie popłakałem, kiedy przed laty wypróbował na mnie działanie tego triku.
- Na to wygląda - przyznał niby zmartwiony Stary - Ktoś musiał ukraść tory...
Widząc żałosną minę Ślepego, nie wytrzymaliśmy. Stary rechotał dobrodusznie, a ja tarzałem się po siedzeniu.
- To czemu pociąg jedzie z powrotem?
- Wcale nie - klepnąłem Ślepego w plecy i pokazałem okno - Jechaliśmy koło stawów rybnych?
Pokręcił głową, ale nadal nic nie rozumiał.
- Skręciliśmy w lewo i walimy na Kraków. Nic się nie martw.
- Och Ty...
W Trzebini Stary skorzystał z dość długiego postoju i pobiegł po piwo. Butelki Okocim były inne, niż dostępne u nas oranżadówki Brackiego z Cieszyna czy długie, wysokie Żywca. Niskie, pękate, były jak małe beczułki.
- Tata, dasz łyka? - zaryzykowałem, bo Okocimia jeszcze nie znałem.
- Nie jesteś czasem za młody? - spytał rozbawiony.
- Jestem, dlatego chcę tylko łyka - uśmiechnąłem się przebiegle.
Dał nam spróbować i zamknął się w sobie na resztę podróży. Odkąd pamiętałem włóczyliśmy się po knajpach, gdzie zawsze dane mi było zamoczyć usta w pianie. Można powiedzieć, że piwa zasmakowałem zaraz po mleku matki.
W drodze z Kościoła Mariackiego na Wawel Stary zaskoczył nas zupełnie.
- Nie zwiedzimy wszystkich komnat królewskich, bo za cztery godziny mamy samolot...
- Samolot? - rozdziawiliśmy gęby.
Strach, fascynacja, uniesienie - piorunująca mieszanka uczuć sprawiła, że podskoczyłem z radości. Tkwiący gdzieś we mnie głęboko głód przeżyć prawie bolał. Mama ciągle martwiła się, że coraz bardziej przypominam ojca, ale ja nie widziałem nic złego w tym, że marzę o przygodach i lubię podróże. Podobno już jako pięciolatek potrafiłem przepaść gdzieś, budząc w rodzicach najgorsze obawy. Kilka godzin później przyprowadzał mnie kontroler MPK i wszyscy załamywali ręce, słysząc, że na gapę jeździłem autobusami z Mikuszowic pod lotnisko w Wapienicy albo spod Dworca Głównego PKP do stacji kolejki linowej pod Szyndzielnią. Ciągle nudziłem Starego, żebyśmy gdzieś pojechali, więc chętnie mnie zabierał, żebym tylko samowolnie nie oddalał się od domu. Najdalej dotarliśmy do Budapesztu, a ja na całe życie zapamiętałem szczegóły podróży pociągiem przez Bańską Bystrzycę, pełnej tuneli i mostów nad przepaściami. Samej stolicy Węgier już niestety nie zapamiętałem, poza mglistymi latarniami Wzgórza Kellerta i palącym podniebienie smakiem gulaszu. Teraz miałem polecieć samolotem!
Ślepy tylko przełknął ślinę. To był dla niego dzień niesamowitych wrażeń. Pierwszy raz w Krakowie i do tego lot prawdziwym samolotem do Warszawy. Stary zabrał nas jeszcze windą do restauracji na tarasie Jubilata, skąd świetnie było widać Zamek Królewski i zakola Wisły. Wypił dwa szybkie piwa, a my wtrąbiliśmy po pucharze lodów z owocami. Nie skąpił wcale i to mi się coraz bardziej podobało.
Taksówką dotarliśmy do Balic. Po drodze okazało się, że Ślepy cierpi na chorobę lokomocyjną. Nagle zbladł, potem zzieleniał, a na koniec porzygał się w dłonie, które ukradkiem wytarł o siedzenie. Kupiliśmy mu na lotnisku Aviomarin, ale i tak przez całą drogę chorował. Największa atrakcja stała się dla niego wyjątkową udręką. Mnie rozczarowały jedynie rozmiary samolotu.
- Tata, a co on taki mały jest? - zapytałem, kiedy dojeżdżaliśmy autobusem do trapu.
- Bo to samolot komunikacji krajowej - odparł, nie kryjąc satysfakcji, że może się powymądrzać - Prawdziwe, wielkie maszyny latają za granicę. Spójrz na liczbę pasażerów. W Boeingu wyglądałoby, jakby samolot był pusty. Dla LOT-u to nieopłacalne.
Kiedy zaczęliśmy przyspieszać na pasie startowym, Ślepy pozieleniał na amen. Mnie za to chciało się krzyczeć, a Stary z dumą i lękiem zerkał - to na uciekającą rzeczywistość za oknem, to na drzwi kabiny pilotów. Nagle poczułem, że już nie ma ziemi pod nami i wbiło nas w fotele. Po chwili znaleźliśmy się ponad chmurami i uśmiechnięta stewardesa zaczęła roznosić Rzeczpospolitą i landrynki. Już wcale się nie bałem, tylko chwilami, gdy samolot zbyt gwałtownie opadał lub wznosił się, wnętrzności podchodziły mi do gardła. Tuż przed Warszawą zeszliśmy poniżej pułapu chmur i świetnie widziałem figury geometryczne pól poprzecinane drogami i pasmami lasu.
Lot trwał bardzo krótko. Podobno podróż pociągiem zajmowała dobre kilka godzin, a my wylądowaliśmy już po 3 kwadransach. No i byłem w tej słynnej Warszawie.
Po wyjściu z terminalu, Ślepy odzyskał mowę. Był już jedynie blady.
- Ostatni raz - mruknął.
- Coś Ty, Ślepy? - zdziwiłem się - To było super! Ja tam bym poleciał jeszcze raz.
Stary za to zrobił się marudny z powodu braku alkoholu we krwi. Dopóki nie dojechaliśmy autobusem do centrum i nie wychylił dwóch piw, był prawie nie do zniesienia. Wydarł się na nas, że nie chcemy autobusem, tylko taksówką, potem w milczeniu gapił się w okno. Na szczęście, po piwie znów nadawał się do życia. Zakwaterowaliśmy się w Domu Nauczyciela i zaraz ruszyliśmy zwiedzać miasto. Zanim się ściemniło, obeszliśmy Starówkę, wyjechaliśmy na szczyt Pałacu Kultury i zaliczyliśmy kilka fajnych knajp. Stary znów miał gest. Sobie nie żałował na chlanie, nam na restauracyjne żarcie. Takich cudów jeszcze nie jadłem. Moje doświadczenia kulinarne dotyczyły głównie stołówki przy internacie uczennic szkoły mamy, jadłodajnię na Wzgórzu i od święta restaurację „Starówka”, a tu spróbowałem kuchni rosyjskiej, bułgarskiej czy jugosłowiańskiej. Do tego wypiliśmy ze Ślepym szklanicę czerwonego wina na spółkę i zaliczyliśmy po dwa desery.
W drodze powrotnej do hotelu wstąpiliśmy do kina na II część „Gwiezdnych Wojen” pt. „Imperium Kontratakuje”. Aż pęczniałem z dumy na myśl, że pochwalę się chłopakom. Film mógł dotrzeć do Bielska za miesiąc, dwa, a ja go już widziałem. Stary wstąpił do monopolowego i przez cały seans popijał wódkę prosto z butelki. Kiedy wyszliśmy z kina, ledwie trzymał się na nogach. Szybko złapałem taksówkę i kazałem wieźć nas do Domu Nauczyciela. Stary zasnął, więc zanim go obudziłem, wyjąłem mu z kieszeni marynarki zielone 5000 z Chopinem. Zapłaciłem za kurs, schowałem resztę i dopiero wtedy wziąłem się za budzenie denata. Z największym trudem, ku zgrozie pani z recepcji, zaciągnęliśmy go do pokoju, gdzie padł w ubraniu na wyro.
Tym razem wyjąłem mu z kieszeni zwitek banknotów..
- Zwariowałeś?! - rzekł wystraszony Ślepy.
- Nie dygaj - mrugnąłem okiem z cwaniacką miną - Jutro nie będzie pamiętał.
- Jak chcesz, ale to nie w porządku.
- Nie nudź. Co walniemy? Havana Club, Żytnią czy Cabinet?
Ślepy wzruszył ramionami. Powąchałem po kolei, co i jak pachnie we flaszkach, które kupił Stary. Najfajniejsza wydała mi się Havana. Smak też miała całkiem do rzeczy. W ciągu pół godziny obaj byliśmy pijani, a Ślepy znów się porzygał. Wypiliśmy ledwie 1/3 butelki, biorąc po małym łyczku i z rumianymi policzkami przeglądaliśmy pornograficzne gazetki i karty, które znalazłem w przegródce teczki Starego.
- Ja Cię... - szeptał Ślepy, dysząc ciężko na widok stosunku Murzyna z piersiastą blondynką.
Przy wycinanych przeze mnie aktach z tylnej okładki „ITD”, te fotki to były istne cuda. W ITD bardzo rzadko można było wypatrzyć jakiś anatomiczny szczegół, a tu mieliśmy takie zbliżenia, że ślina sama ciekła. Mocno pijani, zostawiliśmy te bezeceństwa na wierzchu i poszliśmy spać.

Opublikowano

mieszczących się tam, licznych muzeach = po cóż przecinek?

Lot Trwał = t

Przy wycinanych przeze mnie aktach z tylnej okładki „ITD”, to były istne cuda. = jakoś nie trzyma się to zdanie pionu, przy wycinanych aktach, ale co? zaczynasz jakby chcąc opisać jakąś sytuację, że coś się wtedy stało, a kończysz, że były ładne :)
...................

świetny fragment, ukazuje różne ciekawe cechy charakteru bohaterów, stają się bogatsi, bardziej wyraziści, oby tak dalej :)

Opublikowano

No... aż mi się wstyd zrobiło na myśl o pierwszej gazetce świerszczykopodobnej, przeglądanej w tajemnicy pod ławką na lekcji biologii. Tajemnicą być przestało, gdy pani B. chwyciła nas za uszy i wyciągnęła na środek klasy, a dziewczyny aż podskakiwały od śmiechu. No cóż ;)

Mniam! Pyszności. Czekam. Pozdrawiam
Wuren

Opublikowano

już mówię o co mi chodzi, o sens logiczny tego zdania :) nic nie mam do treści, ale czemu nie mogłeś zwyczajnie napisać, że wycinał te zdjęcia? np:
- Wycinaliśmy akty z tylnych okładek "ITD", to były istne cuda.
chyba, że to było jedno pisemko, ale wcześniej parę zdań jest "gazetki"
no, a Ty napisałeś "przy" to jakby napisać "Przy zielonym drzewie, było piękne." Ale co przy tym drzewie się działo!? tym bardziej, że nie można tego zdania odnieść do wcześniejszego, bo to nowy akapit, tzn to Twoje, nie o drzewie :) Bo mógłbyś też napisać np:
- "Siedzieliśmy przy wycinanych...itd", że coś oni robili "przy" tych wycinanych zdjęciach.
Ja to tak odbieram, ale mogę się mylić, bo widzę, że nikomu to nie przeszkadza.

Opublikowano

czekaj, już wiem o co chodzi, tu jest mowa o dwóch różnych gazetkach?
i następuje ich porównanie? te oglądane, noo kiedyś tam i teraz?
jeny to wypadałoby to uwidocznić i zamiast "to były" napisać coś odwułującego do teraz przeglądanych gazet. Ja różnicy nie zauważyłam, myślałam, że mowa jest o jednych i tych samych :) teraz dopiero wczytałam się w Twoją odpowiedź.
To odwołuję co napisałam przed chwilą, ale zdanie i tak mi nie leży :)
myślę, że wystarczyłoby dopisać np:
Przy wcześniej wycinanych...itd - żeby zaznaczyć, że tu jest porównanie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...