Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Włóczył się po dworcu kompletnie bez celu. Od razu było widać, że jest tu nowy, że nie zna reguł, że tylko się prosi, żeby dostać w mordę. Zbyt śmiało patrzy ludziom w twarz, zbyt ciekawie. Ludzie tego nie lubią, zwłaszcza tutaj, gdzie każdy musi chronić swoje reklamówki i swoją tożsamość zębami pazurami. Byłem ciekawy czego tu chce. Miał dobrą kurtkę, tylko trochę brudną, dobre buty, za dobre. Może jest na dnie od niedawna, ale nie wyglądał na kogoś, kto by pił, kto by dawał w żyłę, wyglądał na na kogoś, kto tu czegoś chce.
Kiedy przyczepił się do Dziada i zaczął go wypytywać, dostałem chyba jakiegoś ataku wielkoduszności, bo gdy Pętak i Dziad z kolei przyczepili się do niego, podszedłem bliżej i powiedziałem:
- Spadajcie kurwa, to jest mój kolega.
- Jest nam winien pieniądze - na to Dziad tym swoim przepitym głosikiem.
- Gówno jest wam winien - odpowiedziałem - zabierajcie dupy, bo powiem słówko Mrekowi i ten wam pokaże.
Chcąc nie chcąc zabrali swoje śmierdzące torby i brudne cielska, a ja wziąłem pod ramię mojego nowego przyjaciela i w kolejnym ataku łaskawości zaprosiłem go na piwo. Do baru dworcowego oczywiście, no bo i gdzie indziej. Nic nie powiedział, tylko poszedł za mną, co miał lepszego do roboty. Zostało mi jeszcze pół godziny czasu, więc chętnie sobie pogadałem, zwłaszcza, że jego historia była całkiem zajmująca, żadne tam sraczki o bankructwie, wspólnikach oszustach, żonie kurwie czy jak-to-było-dobrze-za-komunistów; jego historia była całkiem oryginalna i uwierzyłem mu.
Miał rozszerzone źrenice, jak po koksie, ale to była innego rodzaju gorączka. Jestem młody, ale potrafię ją rozpoznać, to nie są żarty, kiedy człowieka dopadnie, wtedy trzeba coś zrobić, inaczej zgiń przepadnij, spalisz się na amen. Spojrzałem mu więc w oczy i powiedziałem:
- Mogę się dowiedzieć, kto to zrobił.
- Tak - zainteresował się - a skąd?
- No, to się przecież stało w naszym rejonie, tu nawet piórko nie spadnie na ziemię bez naszej wiedzy - odparłem.
- Wiesz, kto to zrobił!? - wykrzyknął tym swoim zachrypniętym głosem. Zdenerwował się nie na żarty, musiałem go uspokajać:
- Nie tak szybko, Rambo, jeszcze nie wiem, ale dla ciebie się dowiem - szeptałem obiecującym tonem - znam Mreka, a Mrek zna tu wszystkich, dowiemy się raz dwa, jesteśmy lepsi niż policja, wierz mi, człowieku.
Chyba mi wierzył, bo się trochę uspokoił, ale ja już musiałem uciekać, pożegnałem się prędko i obiecałem, że znajdę go jutro. Kazał mi przysięgać, trzymał mnie za klapy i trząsł mną jak wiechciem słomy, ale ja się nie wyrywałem. Na koniec jeszcze spojrzałem mu głęboko w oczy, były ciemnogranatowe, uparte. Byłem zadowolony z tego, co ujrzałem.
Na peronie już czekał Mrek, przywitał mnie ledwo dostrzegalnym uśmiechem. Dobrze jest mieć takiego Mreka, dobrze jest mieć siłę, a nie być słabym, oj dobrze, nawet jeśli jest to cudza siła. Mrek kątem oka wskazał klienta, który stał w długim czarnym płaszczu koło budki z fast foodem.
- Guten morgen – powiedziałem. Czarny płaszcz wziął mnie za łokieć, spuściłem oczy.

Mrek jest niby moim szefem, pośrednikiem, jak ładnie mówią niektórzy (inni wyrażają się znacznie gorzej), ale tak naprawdę zrobiłby dla mnie wszystko, wystarczy, że go obejmę, położę mu głowę na ramieniu i szeptem poproszę: potrzebuję parę baniek. Jest we mnie do szaleństwa zakochany, ten stary twardziel, który w niejednym pierdlu gwałcił młode mięsko, za komuchów i po nich, teraz bierze trzydzieści procent, ale gdybym zechciał, brałby dwadzieścia. Zresztą on chciałby mnie zachować tylko dla siebie, ale ja nie chcę, potrzebuję kasy, poza tym zanudziłbym się na śmierć. Mrek jest dla mnie czymś w rodzaju ojca, a zważywszy, że mój własny jest już w piekle, możecie zrozumieć temperaturę moich uczuć do Mreka; tym niemniej Mrek przydaje się, jego sprężyna jest lepszą gwarancją bezpieczeństwa niż kordon policji, na dworcu srają do portek na sam dźwięk jego imienia, nic dziwnego - już kilku takich Dziadów wyprawił na tamten świat. A oprócz tego Mrek miał zawsze dobre informacje. Kiedy po wszystkim wyszedłem z hotelu, czekał na mnie jak zwykle na dole, oddałem mu jego część i wypytałem go.
Zaraz następnego dnia rano wyruszyłem na dworzec, żeby znaleźć Ramba. Leżał pijany jak bela za przechowalnią bagażu, miał szkliste oczy, a smugi brudu na jego szyi znacznie się rozszerzyły.
- Hej, bracie, wstawaj - zawołałem łagodnie i potrząsnąłem nim. Opił się pewnie jakiegoś taniego wina, rzygał jak kot, nieprzyjemny widok, trzymałem mu głowę, jak kiedyś mojej starszej siostrze. To wspomnienie mnie rozrzewniło, nawet go pogłaskałem po włosach. Ale ze mnie sentymentalny szczeniak, pomyślałem z dezaprobatą, więc dla odmiany przypomniałem sobie braci, tych nieznośnych smarków, którzy nic nie rozumieli, zanim nie dostali po głowie. Zaraz mi się polepszyło. Ale jemu nie, skurwielowi biednemu, własne flaki o mało nie wyrzygał.
- Rambo, Rambo, i po co tyle pić? - kręciłem nad nim głową, prowadząc go do baru na kawę, - I jak ty, durniu, chcesz się mścić, pijany jak bela, nigdy nie widziałeś jakiegoś dobrego filmu o zemście, na przykład z Van Dammem, trzeba trenować, głupku, jakieś karate by się przydało, a nie zalewanie pały, przecież w tym stanie ta świnia mogłaby cię skopać albo urządzić podobnie jak twoją żoneczkę, musisz być czujny, zawsze przygotowany, człowieku, ty nie masz zielonego pojęcia o tych rzeczach, żółtodziób z ciebie, ot co, będę musiał wszystkiego cię nauczyć, ja, młodszy od ciebie pewnie z dziesięć lat, jak się będziesz dalej tak staczał, nie dożyjesz zimy, przede wszystkim nie możesz spać w tym gównie, masz jakieś pieniądze, jakieś mieszkanie, odpowiadaj...
Nie skończyłem nawet, kiedy złapał mnie na klapy kurtki:
- Wiesz, kto to zrobił? - wykrzyknął; znowu ta gorączka rozpaliła jego ciało.
- Spokojnie pijaku - odparłem i odepchnąłem go - wiesz ile ta kurtka kosztowała? Wlej w siebie tę kawę, bo w tym stanie i tak zapomnisz, co ci za chwilę powiem.
I wtedy stało się coś nieoczekiwanego: ten miejski szczur, ten wymuskany japiszon chciał mnie uderzyć, chyba za to, że nazwałem go durniem. Na moje szczęście był jeszcze pijany i zdążyłem odskoczyć, inaczej mógłbym się spotykać z klientami z fioletowym cieniem pod okiem. Zresztą, może by ich to podniecało, więc w sumie szkoda, że nie oberwałem.
- Uspokój się - powiedziałem. Patrzył na mnie teraz już całkiem przytomnie, żądał prawdy.
- Wiesz, kto to zrobił? - wycharczał.
- Coś wiem - odparłem - ale nie znam jego adresu, człowieku, nie potrafiłbym ci go wskazać, ale mniej więcej wiem, gdzie go szukać, znam ludzi, którzy nas mogą pokierować...
- Pomożesz mi? - zapytał trochę uprzejmiejszym tonem, i zaraz dodał:
- To, że spałem na dworcu nie znaczy, że nie mam już całkiem pieniędzy, zapłacę ci za pomoc.
Myślicie pewnie, że zaświeciły mi się oczy, co? To mnie jeszcze nie znacie.
- Zostaw sobie swoją forsę. – powiedziałem mrużąc oczy.
- Więc czego chcesz? - zapytał.
- Potem ci powiem - odpowiedziałem dość przekornie, ale za chwilkę dodałem z uśmiechem:
- Nie martw się, to będzie łatwe do spełnienia: będę chciał pierwszej rzeczy, którą ujrzysz po powrocie do swego królestwa.
- Co? - spytał, najwyraźniej nie zrozumiał, więc już mu nie tłumaczyłem, dureń z niego. Ale co chcecie, przecież dopiero zaczyna, nie da rady nauczyć się wszystkiego od razu. Więc powiedziałem mu tylko:
- Szukałeś przyjaciela, już go znalazłeś, doceń to chłopie, bo rzadko się zdarza, żeby ktoś chciał komuś pomóc za friko, a ja cię zaprowadzę do tego faceta. Dobrze wiesz, że to może być niebezpieczne, będziesz potrzebował towarzysza, sekundanta, partnera, powinieneś się przygotować, Rambo, a przede wszystkim zastanowić, co chcesz mu zrobić.
- To jasne - odparł. - Zabić go. Oko za oko. Tak mówi biblia.


Zaprowadziłem go do mojego mieszkanka. Ela jak zwykle leżała rozwalona na fotelu z pilotem w ręku, ucałowałem jej zaśnione powieki na powitanie. Wymamrotała coś i spojrzała na mnie przez szparki, miała zwężone źrenice, a kąciki pełne ropy. Ostrożnie ją wyjąłem, Rambo tymczasem rozwalił się na dywanie, nieludzko śmierdział, ale nie miałem siły go umyć. Zawlokłem go tylko do łóżka, rozebrałem i przykryłem. Spał jak dziecko. Jego powieki też ucałowałem.
Miał wydęte wargi, kiedy spał, polizałem je leciutko, było to trochę podstępne z mojej strony. Jakby się obudził, spluwałby pewnie z obrzydzeniem, heteryk jeden mały. Zaśmiałem się cichutko na samą myśl o tym, a potem wziąłem prysznic, przebrałem się i ruszyłem na Miasto.
Długo jechałem szalenie smutnym autobusem, gromada umalowanych dziewuszek wysiadła przy najbliższej dyskotece, byłem zmęczony, ale nie poddawałem się, miałem nieokreśloną ochotę zrobić coś, trudno mi określić co, coś krwawego, ale to nie oznacza, że chciałem kogoś zabić, raczej już ugryźć kogoś w usta, albo w tyłek. Ta tęsknota dopada mnie bardzo często. Teraz kiedy jestem starszy i spokojniejszy, i bardziej rozumiem sam siebie, potrafię ją poskromić, ale wcześniej, kiedy byłem smarkiem....
Ale lepiej o takich rzeczach nie mówić, przynajmniej nie głośno, nie przed porządnymi obywatelami tego Miasta.

W pierwszej knajpie już sączyli piwo znajomi, byli jacyś smutni, przygnębieni. Z projektem nie wyszło, powiedzieli mi. Chcieli robić eksperymentalny teatr, ale miasto nie dało im lokalu, płakałem razem z nimi. W drugiej knajpie spotkałem Ogórka, też był przygnębiony, dostałem się na studia, odparł, kiedy go spytałem, no to super, zawołałem i zamówiłem parę piw, wcale nie super, odparł, teraz będę musiał pięć lat się męczyć; naprawdę płakał, płakałem razem z nim. W trzeciej knajpie przy stole w kącie siedziała pani Alinka, tym razem bez swego grabarza, miała spuchniętą twarz, no, z nią nie było tak lekko, musieliśmy wlać w siebie parę wódek na mój koszt, zanim wydobyłem z niej co się stało: grabarz odszedł z jakąś kurwą, a kiedy pani Alinka przyszła po niego, trochę ją stłukł. Długo pocieszałem panią Alinkę, aż do północy, bardzo źle odbiło się to na moim zdrowiu i trzeźwości, więc do czwartej knajpy już się ledwo dowlokłem, a tam nikogo, nikogo nie było, siedziałem sam przy pustym stole, od okna szedł przeciąg, było mi bardzo bardzo smutno, myślałem o Rambo, o jego zemście, potem o jego żonie, potem o moim nożu, który noszę w kieszeni, a potem o sobie, a potem o moich grzechach.
Pomyślałem o Księdzu. Potrzebowałem go.

ciąg dalszy się pisze i nastąpi:)

Opublikowano

Nieźle.
Jednakowoż... stawiajże więcej kropek na Boga! Wiecej oddechu tekst weźmie, jak zamienisz garśc przecinków na dwie garście kropek. Serio.
Nie podoba mi się ten hihot (to mnie jeszcze nie znacie, hihi). Psuje efekt. Bez hihotu jest git. hihot infantylizuje bezsensu. Nie pasuje.
Nie lubię tez słowa ćpać. Wygląda na szybko tracące na wartości. (ale swiadom jestem, ze do tej uwagi nikt poza mna już się raczej nie przychyli, więc...)
A okreslenie "Rambo" też jakieś takie... wyswiechtane i trochę niweczy mi urok tego tekstu. Ale podejżewam że przy dłuższej partii tekstu, ten efekt zniknie.
Ale wcześniej chyba jednak wolałbym, żeby znikł z tytułu.
A teraz, nie błąd, ale coś intrygujacego:
"na miasto, w miasto, do miasta. "
Zdradź intencje tego. Pliz. Czy to pokłosie niedawnej dyskusji na tych stronach?
No to się poczepiałem.
A teraz wracam do pochwał:
Naprawdę nieźle.

Opublikowano

Dzięki wszystkim, zwłaszcza marchołtowi:)
Jeśli chodzi o styl... Kiedy piszę w pierwszej osobie często używam takiego bezkropkowego stylu, wydaje mi się, że lepiej oddaje tok przemowy, jakby imituje zywą mowę. Ale zdaję sobie sprawę, że w czytaniu to może przeszkadzać. POstaram się popoprawiać, ale pare "długaśnych" (jak to kiedyś okresliła natalka) zdań sobie zostawię...
Z hihotem masz całkowitą rację, wywalę.
Słowo "ćpać" tez mi sie nie podoba. Ale nie mam aż takiego kontaktu ze slangiem abym znała najaktualniejsze słowo na tego typu czynnośc:) Jeśli ktos ma jakieś sugestie, będą mile widziane...
"Rambo" jest tylko jakims śródtytułem, niestety nie mam jeszcze tytułu dla całości. Może rzeczywiście jest to jakieś toporne i psuje efekt... Pomyślę o tym jeszcze.
"Na miasto, w miasto, do miasta" nie miało by sprawdzaniem gramatycznych form, ale w zamyśle miało pokazać ważność tego słowa (czy pojęcia) dla bohatera, takie powtórzenie, jakby litania. Że on chce się dostać i na powierzchnię miasta, i do jego wnętrza (symbolicznie rzecz jasna). Ale przyznaję, że raczej nie wyszło, więc dam tam "miasto" tylko raz, ale za to z dużej litery. Efekt będzie lepszy, mam nadzieję.
Szczere dzięki za uwagi,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...