Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Czy wg Ciebie takim tłumaczem niedościgłym, artystą tłumaczem jest Teresa Pelka ?

Skoro jej tłumaczenie  nie zbliżyło się do oryginału to nie powinna była pisać że to jest tłumaczenie ale przedstawić  tekst jako jej spojrzenie na wiersz Emilly Dickinson.  I, moim zdaniem ,  niewiele on z poezją ma wspólnego.

 

Skoro sam przyznałeś, że języka angielskiego nie znasz to skąd możesz wiedzieć, że jej  przekład jest doskonały ?

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Szanowny Panie.

1. Jak napisałem we wstępie nie jestem poetą, więc stwierdzenie że mój przekład był "rzemieślniczy" ani mnie ziębi ani parzy - to stwierdzenie faktu.

2. Jedyne jedna osoba "zaatakowała" autorkę, co skłoniło mnie do poszperania w googlu, by stwierdzić kim ta mało nam znana amerykańska poetka była i kiedy żyła.

3. Pańskie peany na cześć tłumaczenia spotkały się z wątpliwościami Czytacza. Skąd Pan wie ze przekład był "najlepszy". Przecież aby coś było nawet tylko lepsze to trzeba by coś było gorsze, Ponadto TEŻ broniła autorki wskazując ze podała dane autora oryginału.

4 I na  koniec o samym przekładzie. Ktoś napisał że nie zna angielskiego. Więc przełożyłem tekst na polski jak umiałem najlepiej (rzemieślniczo oczywiście) możliwie dokładnie oddając oryginał oraz to, co poeta miał na myśli pisząc te słowa. I stwierdzam ze tak przed jak i po przeczytaniu oryginału według mojej , nie poety; opinii przekład jest po prostu zły.

Umarłam dla piękna ale było mnie mało świadczy po prostu o lekceważeniu gramatyki angielskiej i mowy polskiej. Brzni to tak, jakby ktoś nie znał angielskiego i słowo po słowie nieudolnie przetłumaczył.

 

Cóż to za metafora "było mnie mało" ? Jakież to piękno ma oddawać.

Do czegoż to było PL-a mało? a było mnie mało pasowanej w grobie to już taki potworek językowy że szkoda gadać.

 

Podsumowując. Nie siliłem się by zrobić przekład lepszy, postarałem się zrobić możliwie wierny językowo by poeci mogli ocenić, CO tak naprawdę autorka przekłada na tak nienaturalny język i pokazać jak mało wagi przykłada do gramatyki oryginału.

Opublikowano

I died for beauty, but was scarce
Adjusted in the tomb,
When one who died for truth was lain
In an adjoining room.

 

He questioned softly why I failed?
"For beauty," I replied.
"And I for truth, -the two are one;
We brethren are," he said.

 

And so, as kinsmen met a night,
We talked between the rooms,
Until the moss had reached our lips,
And covered up our names.

 

Emily Dickson

 

 

***

Zmarłam szukając Piękna - ale
Gdy się mościłam w mrokach Grobu -
Kogoś, kto zmarł szukając Prawdy,
Złożono w Pomieszczeniu obok -

 

Zapytał - co mnie uśmierciło -
Odpowiedziałam - "Piękno" -
"Mnie - Prawda - one są Tym Samym -
Jesteśmy Rodzeństwem" - szepnął -

 

I tak gwarzyliśmy - przez Noc -
Przez Ścianę gliny - blisko -
Aż Mech dosięgnął naszych ust -
I zarósł - nasze nazwiska -

 

tłumaczenie: Stanisław Barańczak

 

***

Dałam życie za Piękno
Lecz zaledwie wstałam z grobu,
Ktoś, kto umarł za Prawdę,
Złożony został obok.

 

Spytał cicho, za com zginęła.
Odpowiedziałam: „Za piękno”.
„Ja za prawdę, a to dwoje jest jednią –
rzekł- więc jesteśmy rodzeństwem.”

 

I jak krewni przy spotkaniu
Tak długo gwarzyliśmy w krypcie,
Aż mech zarósł zwierzające się wargi
I nasze miana przykrył.

 

Źródło :

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie podano autora tłumaczenia. Jest tylko informacja, że przekłady są pióra

S. Barańczaka, ale jego jest powyżej, więc K. Iłłakiewiczówny albo L. Marjańskiej .

 

Patrząc na te dwa przykłady, Autorka postu dość swobodnie obeszła się z oryginałem.

I ja też stawiam pytanie, czy ta publikacja nie narusza zasad regulaminu?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie mam nic przeciwko, jeśli przekład jest oznaczony: informuje o tym autor w tytule, a także oznakowany jest oryginalny autor (+ opcjonalnie dodana wersja angielska, tutaj jednak bywa problem z prawami autorskimi). Jak widać przekłady wywołują też ciekawe dyskusje wśród autorów, bo tylu ilu mamy poetów, tyle mamy wersji zdarzeń.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dzięki Kocie za te tłumaczenia.

 

Jak widać tłumaczący różnie poradzili sobie z oryginalnym pierwszym zdaniem w którym PL mówi że zginął za piękno ale jeszcze "na dobre nie dopasował się do grobu", gdy obok położono osobę która umarła za prawdę. Przekłady te  nie lekceważą myśli autorki lecz próbują oddać to, co oddać jest niełatwo.

 

To po polsku brzmi koszmarnie stąd wysiłki autorów przekładu by pozostawiając sens nadać temu jakieś lirycznie brzmienie, Podobne z krewnymi którzy spotkali się nocą, co jest przydługawe,  jeden przekład pomija krewnych drugi noc. Oba poprawnie tłumaczą "die for" jako umrzeć ZA, choć w pierwszym przekładzie umrzeć za piękno jest zamienione na umrzeć szukając piękna. Mnie taka podmiana nie przeszkadza.

 

Natomiast koszmarne tłumaczenie słowo w słowo jak automat z naruszeniem sensu wypowiedzi oryginału mi się nie podoba.

 

I co do tłumaczeń. wg mnie tłumaczenie jest UTWOREM (zależnym) więc nie powinno być przeszkód w zamieszczaniu go tu pod warunkiem że nie narusza praw autorskich oryginału.

Edytowane przez Freemen
coś się popsuło :) (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Po wpisie Administratora powyżej być może się nieco spóźniłem ze swoim komentarzem. Ale skoro już go napisałem, to nie będzie:

 

 

Kot szarobury napisał, cytuję: „Patrząc na te dwa przykłady, Autorka postu dość swobodnie obeszła się z oryginałem”.

 

Nie rozumiem tej nieco zawoalowanej przygany w odniesieniu do Teresy Pelki? A Stanisław Barańczak, czy też Iłłakiewiczówna lub Marjańska, w zależności od tego, która z nich jest autorką drugiego z przekładów obok przekładu Barańczaka, to już nie obeszli się dość swobodnie z oryginałem?! Niech Pan będzie konsekwentny. Ale z tym byłby problem. Ponieważ w stronę owych wielkich nazwisk to już Pan nie ma śmiałości kierować tej samej przygany, bo jedynie by się Pan ośmieszył.

 

Pańska niechęć w stosunku do Teresy Pelki ujawnia się również w pytaniu, które Pan publicznie stawia i za którym kryje się chęć wyrzucenia tłumaczki wraz z jej niewydarzonym przekładem na zbity pysk, w każdym razie poza zagrodę poetycką, gdzie mają wstęp jedynie ci tzw. poeci. Już tłumacze nie, choćby nawet znakomici. Pańskie pytanie, w którym zawarta jest niewątpliwie troska o ów ogródek, brzmi: „Czy ta publikacja nie narusza zasad regulaminu?”. Ciekaw jestem, co tak Panu przeszkadza, że nie chce Pan widzieć w zagrodzie poetyckiej przekładów. Czy przypadkiem nie to, że Pańska twórczość na tle uznanych poetów, choćby nawet przetłumaczeni zostali dość swobodnie (czytaj: marnie), wypadłaby dość blado?!

 

A tak na marginesie. Dobrze, że zamieścił Pan przekłady poetyckie wiersza Emilii Dickinson wybitnych poetów. Albowiem dla bezstronnego czytelnika, który jednocześnie jest wrażliwy i posiada słuch językowy, okaże się, że przekład Teresy Pelki wcale nie ustępuje przekładom owych wybitnych poetów. Ba! Jest nawet lepszy od tego drugiego niezidentyfikowanego przekładu.

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ja kiedyś przetłumaczyłem toczka w toczkę na rosyjski umowę przekształcenia spółki cywilnej w zoo i ruscy o mało nie umarli ze śmiechu. Poprosili na koniec polski tekst i sami son=bie w Kaliningradzie przełożyli. A to przecież w miarę bliskie języki.  :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dlatego właśnie prędzej słabsza znajomość języka na który przekładamy niż języka oryginału przekładowi zaszkodzi. Autor oryginału oddaje piękno utworu wiec "wystarczy" go zrozumieć i wtedy potrzebna jest już większa umiejętność, oddania tego piękna w języku docelowym. Dlatego "ruscy" lepiej przełożyli niż ty.

ja przekładając ten wiersz starałem się oddać znaczenie poszczególnych zdań, przekładowi autorki zarzucam nie brak piękna, bo to ocena indywidualna, lecz lekceważenie znaczenia oryginału. Gramatyka angielska jest nam normalnie obca, wręcz dziwna ( i na odwrót dla innych nasza). Szczególną trudność stwarzają przyimki. Skąd ktoś ma wiedzieć czy jedzie się na Węgry czy do Węgier, na Austrię czy do Austrii, dlaczego idzie się z dusza NA ramieniu? Dlaczego musi to NA rusi a już nie na Rosji.

Opublikowano

 

Jacek_K, słusznie zwracasz uwagę, że w tej dyskusji dotyczącej wiersza nikt się nie odniósł i nie poruszono dotąd tego, co się nazywa interpretacją utworu. I sam podajesz jedną z możliwych interpretacji, z którą można się pewnie zgodzić, choć prawdę powiedziawszy nie do końca ją rozumiem. Nie za bardzo wiem, co chcesz wyrazić słowami: „zmarł za piękno, czyli stchórzył, lub zdezerterował”. Wprowadzenie żołnierza jako tej drugiej osoby, która też spocznie w grobie, jest jak najbardziej na miejscu. Ale zupełnie nie rozumiem, kiedy piszesz, że do obu „dołącza się tytułowa pelka”.

 

Myślę, że interpretacja tego wiersza nie musi być jakoś szczególnie skomplikowana. Po pierwsze, przyjmuję za Teresą Pelką, że osoba, która umarła dla piękna, to była kobieta. Ale zauważ, że kobietę wprowadził w swoim przekładzie Barańczak, jak również Iłłakiewiczówna bądź Marjańska. A więc wiemy już, że dla piękna umarła kobieta, natomiast mężczyzna, który do niej dołączył i spoczywa w sąsiednim grobie, umarł za prawdę. Co to dokładnie może znaczyć, że kobieta umarła dla piękna? Piękno jest kategorią, która przede wszystkim funkcjonuje w sztuce. Najprościej zatem przyjąć, że kobieta była artystką. To oczywiście szerokie pojęcie. Mogła być muzykiem, w szczególności śpiewaczką lub kompozytorką, albo na przykład malarką, poetką czy pisarką. W każdej z tych dziedzin, w których na ogół dąży się do uzyskania piękna, można sobie narzucić tak wysokie wymagania, że się im nie sprosta. I choć w oczach postronnych ludzi dajmy na to uchodzimy za tych, którzy osiągnęli pełny sukces, to my sami, u schyłku życia możemy mieć poczucie, że w gruncie rzeczy najważniejszego w sztuce nie osiągnęliśmy, a w rezultacie nasze życie jest przegrane.

 

Podobnie może wyglądać sprawa, gdy ktoś postawi na poszukiwanie tej tak zwanej prawdy. Można jej szukać w różnych obszarach, można też uderzyć w najwyższe tony i usiłować ją znaleźć ogólnie w życiu, czy nawet szerzej, w świecie, lub poszukiwać prawdy filozoficznej, teologicznej czy wręcz ostatecznej. Oczywiście wtedy też czeka nas porażka. Paradoksalnie jednak ciągle nie brak ludzi, którzy stawiają na piękno, jak również są tacy, którzy poszukują prawdy, cokolwiek by to znaczyło. I to jest ich celem życia.

 

Ale poszukiwanie prawdy nie musi mieć od razu wymiaru głęboko filozoficznego. Iluż to na świecie jest ludzi, którzy dotkliwie skrzywdzeni przez innych, czasem całymi latami poszukują w sądach prawdy i sprawiedliwości. Niekiedy ta walka o sprawiedliwość trawa przez całe ich życie, nie doczekują sprawiedliwego wyroku i umierają jako ci przegrani. Dla piękna natomiast umierają przede wszystkim artyści. Jednym z nich był van Gogh. Ale artystką, która również umarła dla piękna, była sama Emily Dickinson. Nie doczekała przecież uznania za życia i zmarła jako poetka niespełniona. Piękno tworzyła wyłącznie do szuflady. Na szczęście po latach została doceniona.

 

Opublikowano

 

Wcześniej nie było do końca jasne, bo przynajmniej dla mnie zarysowałeś swoją interpretację bardzo skrótowo. Ale teraz, po tym dopowiedzeniu, wyjaśnia się wiele. Twoja interpretacja jest trafna i jak najbardziej przekonująca. Tym samym rozszerzyłeś pole wszystkich możliwych interpretacji pięknego wiersza Emilii Dickinson. Miło mi.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Aby myśleć trzeba mieć o czym, żeby wiedzieć o czym jest wiersz trzeba mieć albo wierny przekład, albo znać oryginał i język oryginału.

W języku angielskim po wypowiedzi w pierwszej osobie nie sposób określić płci. Autorką wiersza była kobieta więc można przyjąć, ze była kobietą, lecz DLA WIERSZA i jego przesłania nie ma to żadnego znaczenia. Gdyby miało znaczenie jaką płeć ma PL osoba o której wiadomo że jest mężczyzną nie użyła by słów "jesteśmy braćmi".

Umarła ZA piękno a nie dla piękna. i nie było jej wbrew Pani Teresie mało, ani  mało dopasowanej, ani nie była dopasowana w grobie, wręcz przeciwnie, PL - mówi że niebawem po tym jak go/ją pochowano obok złożono osobę która umarła ZA prawdę.

Nie ma żadnych podstaw twierdzić że PL był/była artystką.

I nie ma czegoś takiego jak pokój przyrodni, natomiast w wierszu jest wyraźnie napisane że jest sąsiedni a oza tym słowo room nie tylko pokój znaczy, znaczy tez miejcie, komnata... itp.

 

W cichej rozmowie zmarli doszli do wniosku że wobec tego umarli właściwie za to samo bo prawda i piękno są nierozłączne.

 

Więc rozmawiali sobie jak bratnie dusze które się wreszcie spotkały aż mech zatarł po nich ślad.

 

ot, cała filozofia.

Dla znających angielski analiza oryginału w języku oryginału:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Edytowane przez Freemen (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Nie dotarło do pana to, że w przekładach Barańczaka oraz Iłłakiewiczówny czy może Marjańskiej występuje właśnie kobieta. Wygląda na to, że nie słyszał pan nawet o tak podstawowej kategorii przy analizie utworu literackiego, jak interpretacja. A przecież każdy utwór literacki, z chwilą ukazania się w druku, staje się samodzielną jednostką, samodzielnym bytem i może podlegać najróżniejszym interpretacjom, niezależnie do tego, co sam autor (owego utworu) sobie myślał na jego temat. Pan tego wszystkiego zdaje się nie wiedzieć, o czym świadczą pańskie słowa: „Nie ma żadnych podstaw twierdzić, że PL był/była artystką”.

 

Z uporem maniaka powtarza pan: „nie ma czegoś takiego jak pokój przyrodni”. Chodzi oczywiście o metaforę użytą przez Teresę Pelkę. Nie zaprzeczy pan jednak, że są siostry przyrodnie oraz bracia przyrodni. W jednych ze swoich wcześniejszych komentarzy wskazywałem na to, że w odniesieniu do sytuacji w wierszu, wprowadzona przez Teresę Pelkę metafora „pokój przyrodni” jest bardzo trafną i piękną przenośnią, zwłaszcza że antycypuje ona późniejsze „pokrewieństwo”, które odkrywają dla siebie kobieta i mężczyzna, owi „przegrani” bohaterowie wiersza.

 

Edytowane przez Mateusz
prosimy bez wycieczek osobistych (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Jacek_K, trochę niepokojąco zabrzmiały słowa: "czas jaki mam do dyspozycji jest niezmiernie krótki". Ale myślę, że nie kryje się za tym nic złego. Ja również cieszę się, że mogłeś pomóc, i dziękuję. Owszem, dopracowane szczegółów wpłynie korzystnie na całość.

Życzę powodzenia i pozdrawiam serdecznie.  

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

I bardzo słusznie.

Przyznam szczerze, że dawno już nie czytałem tylu górnolotnych frazesów, prawie "iintelektualnie"  brzmiących banałów, wzniosłych teorii interpretacyjnych i nauk dla ewentualnych kandydatów na tłumaczy i na dodatek okraszonych przez niektórych dyskutantów próbami obrażania mających inne zdanie adwersarzy.

No i co z tego wynikło?

Chyba jedynie słuszna uwaga Mateusza na temat wątpliwości prawnych zamieszczania tłumaczeń bez zgody autora lub osoby prawnie go reprezentującej.

Edytowane przez JADer (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

A nad czym w ogóle ta dyskusja? Nie rozumiem. Przekłady mogą być różne, dowolność w tej kwestii panuje, byle nie zapominać o pięknie poezji, nie niszczyć oryginału. To trudna sztuka, trzeba mieć ogromną wiedzę, nie tylko znajomość języka - komputer tez tłumaczy, ale jak? Jak maszyna, a my nie jesteśmy maszynami, mamy wrazliwość i duszę, tak potrzebne, wręcz niezbędne w tworzeniu sztuki. Pozdrawiam. Życzę wszystkiego dobrego. 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Z mojej strony o tym, ze prezentowany przekład całkowicie lekceważy gramatykę, a zatem i znaczenie  oryginału, ze strony Pana Kubasa nie wiem bo zamiast argumentów są peany względem autorki albo inwektywy dla kogoś komu się przekładnie podoba.

Bo przekłady mogą być różne, a nawet można swoją wersje napisać zainspirowaną dziełem. Ale te różne przekłady, powinny PRZEKŁADAĆ myśl autora a nie ją zmieniać. Jeśli autorka pisze że jeszcze nie długo po tym jak PL w grobie złożono a tłumaczka że PL było mało i była dopasowana, to nie jest tłumaczenie. A jeśli dla kogoś wyrażenie "było mnie mało dopasowana" jest poetyckie, to ja z tym już dyskutował nie będę. Podobnie jeśli ktoś uważna że po polsku nie "umiera się za sprawę" a "umiera dla sprawy" to ja nic na to nie poradzę, Google dwa razy tylko znalazło taką frazę. Pokój przyrodni ... sorry to jest o portu śmieszne, przyrodni  taki który ma jedną matkę lub wspólnego ojca a oryginał mówi nie o pokoju, lecz o miejscu w grobowcu które ma wspólną ścienię. Po prostu jeśli ktoś się z tym nie zgadza niech napisze argument a nie inwektywy

Edytowane przez Freemen (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Translated by Kot Szarobury

 

Umarłam dla piękna, ale było delikatne,
Dostosowane do grobowca,
W sąsiednim pokoju był ktoś,
kto umarł za prawdę


Zapytał cicho, za co umarłam?
"Dla piękna," Odpowiedziałam.
A ja a prawdę. Prawda i piękno, to to samo.
Jesteśmy więc rodzeństwem", powiedział.

 

I jako krewni poznaliśmy noc,
Rozmawialiśmy pomiędzy pokojami,
Dopóki mech nie zarósł naszych ust,
I nie zakrył naszych imion.

 

Pewnie ten przekład spotka się z niechęcią Waldemara Kubas. Podtrzymuję, że Autorka przekładu dość swobodnie potraktowała oryginalną treść. I również, pomimo opuszczenia rąk przez administratora, że ten dział nie jest miejscem na przekłady obcojęzycznej poezji. Już prędzej wiersze znanych w przypadku poezji Emily Dickson. Każdy z nas ma prawo do własnej opinii o publikowanych utworach i nikt nie może rozliczać nikogo z treści komentarzy. Więc proszę się skupić na publikacjach, a nie na komentarzach. W moim odczucie post będący tematem całej tej dyskusji i przekonywania, że nie mamy racji, jest co najmniej półplagiatem. Odbiega od treści oryginału, a dokładnie kopiuje puentę. Choć mam świadomość, a zresztą i namacałem  własnymi rękami, że przełożenie sensu z języka pozycyjnego na język fleksyjny nie jet możliwe kropka w kropkę.

 

Edytowane przez kot szarobury (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...