Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

/Eli Wisełce/

one wszystkie
Ele Ewy Marysie
jeszcze w fazie prenatalnej
rodzą się w szpilkach

zanim zatrzepocą rzęsami
zanim uniosą się w męskim zachwycie
już tam
w świecie przypuszczeń oczekiwań projekcji
rozsiadają się na czerwonych fotelach
i fikając piętami
wciskają stopy w kolejne wyśnione buciki
na wysokich obcasach
przebierając uważnie w kolorach
i kształtach

inaczej
skąd by się wziął
ten powtarzalny zew
ledwie kończąc lata splecione w warkocze
wskakują bez wahania
w szpilki

i żeby się która ulękła
pochyliła upadła
skądże

idą wyprostowane przez nasze serca
wystukując ostrymi końcami
ekspresję swojego ja
nie przejmując się tym
że boli

ze szpilek schodzą tylko po to
by przyjrzeć się nam leżącym
czy jeszcze dyszymy

Opublikowano

Mam zgoła odmienne zdanie. Utwór "wypowiada się" za ogół zawarty pod podmiotową postacią, a tak naprawdę dotyczy sfery "modelingu".
A poza............ nie każda babka ma pstro w głowie ( z poziomu wysokiego obcasa:) - to już moja złośliwość). Nie każdy facet żyje projekcjami.

Zamysł wpadł butem w referatowy pasztet i zdaje się nic nie przyszpilił.

Tym razem imperatyw, to tylko czasownik w trybie rozkazującym, ale ja usuwam się ( niech będzie, że rakiem).
pozdr

Opublikowano

@Mariusz_Sukmanowski

a w którym zdaniu autor pomawia kobiety, że mają pstro w głowie?...insynuacje, czyste insynuacje;
nadto...tekst mówi wyraźnie o projekcjach, w jakie idą kobiety (raczej oczywiste...to tak a pro po's raka) i co z tego, dla nas - menów, wynika;
czytanie na opak, wbrew tekstowi, i najwyraźniej z uprzedzeniem, to pewnie imperatyw, z którym męczy się niejeden komentator literackich tekstów...jedynka z hermeneutyki! (co i tak za dużo!);
to nawet nie pasztet, a bryja...

Opublikowano

@Jacek_Aleksander_Mateusz_SOJAN
Nie rozumiem tych emocji.
Jeśli wypowiedź ma pozytywny wydźwięk (a jak pamiętam, bywało) to................ wtedy powinno być emocjonalnie.

Tekst miał być "przymrużony" (inkszość, że "podle" mnie nie jest) i taki też był mój wywód.

Ale skoro ma być o pomówieniach, proszę:

"jeszcze w fazie prenatalnej
rodzą się w szpilkach"

I "TE-ONE" z pierwszego trymestru trzeciego miesiąca:"płód jest coraz bardziej aktywny, przejawia już indywidualne cechy w wyglądzie i zachowaniu," i z trzeciego trymestru siódmego miesiąca:"większość odruchów wrodzonych jest już widoczna " nie czułyby się komfortowo w szpilkach, a i dużo dużo później większość uznaje szpilkę za zło konieczne.

To co w wierszu jest "zew-em", w rzeczywistości jest uzupełnianiem garderoby, która jak powszechnie przyjęto (to też może być złośliwość)
bywa niepojęta (rozmiarowo).

Więcej luzu w komentach, skoro proponuje się czytelnikowi krotochwilny poczęstunek.
pozdr

pisi

" najwyraźniej z uprzedzeniem" - proponuję nie czynić takich insynuacji. Uprzedzony jestem tylko do bezmózgiego stukania w klawiaturę, a nie przypominam sobie bym coś takiego tu( mam na myśli szerszy kontekst), stwierdził.

Opublikowano

Uważam ,że kruszenie kopii o ten wiersz to efekt braku poczucia humoru u komentujących. Tego nie da się wytrenować. W tym sensie uprzedzenie i czytanie obok tekstu to trafna odpowiedź. Wiersz dobry bez dwóch zdań . Oprócz wierszy Gabrysi Cabaj,które są również dobre
- rodzynek spośród umieszczonych tu ostatnio klasycznych kocopołów. Pozdrawiam.

Opublikowano

Mamy tutaj co?

Ot - żałosne przepakowanie kompletem form języka polskiego.
I tak - czasowniki osobowe i bezokoliczniki, imiesłowy w wielorakiej postaci; cała paleta części mowy. Nadgorliwe przegadanie. Tekst aspiruje do egzaminu gimnazjalnego.

To forma.

Treść:
Pane Jacku AMS - nie mam do pana siły. Wiem, że martwi pana moja zmieniona osobowość. To już wiem (cytuję - "martwi mnie PANI starość, bo kostyczność w myśleniu oznacza nic innego jak demencję. Starczą.")
Poza tym obciąża mnie Warszawa. Wiem.

Gorzej - jestem i Ela i Maria dwojga imion. Ten tekst poklepujący kobiety po dupkach tak od razu, na "wyjściu", wejściu, niwelujący ich człowieczeństwo obraża mnie.

Pierwsza i ostatnia "strofiejka" to pański kłopot. Cała reszta - podobnie.

Współczuję tej Wisełce. Niech płynie bez tam.

Opublikowano

@maria_bard
Po pierwsze- wycieczki osobiste są niezgodne z regulaminem - proszę go przestudiować... Po drugie - dziękuję za uznanie !!!! To doprawdy przełom... Co do poczucia humoru , w celu wyrobienia go sobie zalecam czytanie klasyki poetyckiej, powinno pomóc.

Opublikowano

@maria_bard

mamy tutaj co?
- fochy! tylko miny i fochy!
- tak się jakoś dziwnie składa (dziwnie dla niektórych) że wiersze pisze się częściami mowy, czasownikami, bezokolicznikami i.t.p...zdziwiona? pewnie jak ten bohater, co dopiero się dowiedział, że gada prozą...
przykro mi, jako poloniście, gdy ktoś nie odróżnia adresu do peela od adresu do autora, bo to są jak na ambicje pisarskie braki nie do zaakceptowania...
pomyślności dla Eli i Marii! :)
dziękuję za pochylenie - (ten cytat o skostnieniu...pozwolił mi zrozumieć, co w trawie piszczy...);
J.S

Opublikowano

@Mariusz_Sukmanowski

chciałbym zrozumieć, co ma medycyna do frazeologii czyli literatury...po co odwoływać się do nauki, skoro wiersz budowany jest tylko na dalekim skojarzeniu i uogólnieniu...
moje konstatacje o komencie są poza emocjami; krytyka jest dziedziną zbyt dużej odpowiedzialności i wiedzy, aby można było pozwolić sobie na emocje...
jeśli w krytyce widzę nieistniejące fakty, nieprzystawalne do treści o których mniema - reaguję, z obowiązku!

Opublikowano

@Anna_Myszkin

niedokładnie czytane - bo jest - ulękła - a nie - uklękła - (!) zmienia całą opcje czytania...jeśli to nie jest przeróbka, ani insynuacja, proszę o większy dystans, bo imputowanie mi myślenia Korwina-Mikke to absurd równy przypisaniu temu tekstowi maoistycznej ideologii (!) -

to zdumiewające, czego to się ludzie doczytują w niemal kabaretowym wierszu...(!)

Opublikowano

kiedyś czytając Twój wiersz o młodszym pokoleniu, zdenerwowało mnie, że wrzuciłeś wszystkich do jednego worka, ale tutaj, może dlatego, że dedykowany, czyli imperatyw z przymrużeniem oka, czytam uśmiechając się:)

pozdr.
g.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



O co ten hałas? Skoro kabaret, to poszłam krok dalej, ale nie! Autor wytacza działa. Zadziwiające, jak łatwo można nabrać dystansu i żartować np. z kobiet, a jak trudno nie najeżać się z byle powodu, stając do polemiki nad własnym tworem. I tak właśnie mierzy się poczucie humoru, którego brak zarzuca się tutaj niektórym...
(Cudzysłów z "uklękła" usunęłam, żeby nie kłuł w oczy Autora.)
Opublikowano

no tak, wiersz jest kabaretowy, podobnie jak film 'testosteron' jest komedią, a jednak zarówno wiersz jak i film nie są pozbawione istotnej treści

jacku, w interpretacji cząstki prawdy zawartej w twoim wierszu można posunąć się daleko, bardzo daleko i... właśnie takie jest zadanie dobrego kabaretu



życie to TY i tylko TY a reszta to przystawka
tak chciał bóg
albo cokolwiek

uśmiechasz się znad opuszczonej szyby
złotego mercedesa 500
i nie trzeba myśleć
aby wiedzieć
że życie to
właśnie
TY

(arek nieistecki, wyznanie wiary)


szpilki/mercedes jako symbole rytuału służącego prokreacji często zdają się być u ludzi wrodzonymi, jak fizyczne i umysłowe różnice, rekwizytami w zachowaniach imperatywnych - adekwatnych do zwierzęcego instynktu (tutaj: okres godowy) - ustalonych zapisem genetycznym

dopiero gdy ludzie zadają sobie pytania w rodzaju: dlaczego muszę 'wyjść w szpilkach', albo 'podjechać mercedesem' zaczyna się robić ciekawie, bo coraz bardziej człowieczo...


[youtube]u3l6HFv9P3Y[/youtube]


możliwe, że żyjemy w czasach zmiany społecznych paradygmatów i w okresie prenatalnym indywidua obojga płci wyposażane będą (i jak się zdaje już bywają) w smartfony ;-)



pozdrowienia

ps
ach, no i jeszcze ta puenta...
od iluż to wieków faceci pochylają się nad nękanymi przez nich kobietami, by sprawdzić czy te jeszcze dyszą
zemsta jest słodka ;-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...