Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Było już po wieczerzy wigilijnej. Babka Wiktoria znalazła wreszcie swoja przystań za stołem. Zmęczona niewiele mówiła, tylko wodziła po nas swoim roześmianym wzrokiem, dumna, że wszystko się udało. Po kolacji domowników zaczynało ogarniać zmęczenie – i to podróżne po przejechanych kilometrach, i to po niedospanych przedświątecznych nocach, i to po całodziennej krzątaninie w domu i obejściu gospodarczym. Nawet dzieci jakby przycichły, szukając przytulnych miejsc, w których zstępuje sen. Na stole paliły się jeszcze świece - wysokie i białe, wetknięte w szklanki pełne owsa. Babka pamięta od zawsze, że właśnie tak muszą wyglądać wigilijne świece. Choinka żarzyła się kolorowymi lampkami, wypełniając resztę pokoju magicznym blaskiem.
Dziadek Walenty zniknął gdzieś na dłużej. A kiedy wrócił, na stole pojawił się gąsiorek swojskiego wina o smaku zawieszonym gdzieś między maliną a czarną porzeczką. W środku zimy zapachniało nagle skwarnym latem. Jedną kolędę, jedyną, jaką wydawało się, że znamy, przemruczeliśmy, bo zaraz po pierwszej zwrotce pogubiliśmy resztę słów, aż naszą kompromitującą muzykalność przerwał rozmarzonym głosem dziadek.
- A pamiętasz, Wikcia, jak szóstego grudnia zbieraliśmy grzyby? – i zaczął uśmiechać się sam do siebie. – No pewnie, że nie teraz. Dokładnie to była niedziela, w pięćdziesiątym roku, pamiętasz? Ciepło było do późnej jesieni. Specjalne wycieczki przyjeżdżały z Lublina w nasze strony. Niektóre prawdziwki miały czapy jak ten talerz. Po godzinie zbierania mieliśmy trzy pełne koszyki. Jeszcze chciałem iść dalej w stronę Tarnawy, ale ty miałaś dość. A w poniedziałek, następnego dnia spadł śnieg.
Widać było jak babka WIktoria odpływa od nas w okoliczne lasy, rozrzucone po roztoczańskich wzgórzach, jak jej oczy młodnieją o pół wieku.
- A jaki ty byłeś szalej, Walek, oj jaki szalej! Że też ja głupia dałam się włóczyć na mikołajki po lasach. A jak się wilków bałam, mój Boże, jak się bałam. Jeszcze od wojny podchodziły nocami pod okoliczne wsie. Ludzie opowiadali, że w Gródkach i Otroczu napadały na jadące sanie i pogryzły konie. Podobno przychodziły hen od Bieszczad. Ile ja nocy nie przespałam, bo słyszałam, jak te bestie wyją głodne.
Wiedzieliśmy, że dziadek Walenty uraczy nas za chwilę jedną z tych swoich historyjek, które to mogły się zdarzyć, albo i nie, a w które on sam święcie wierzy i zna ze szczegółami.
- To były nasze pierwsze Godnie Święta. I to pod znakiem wilków. Pamiętasz, Wikta, ten pogryziony świerk, przywleczony pod nasz dom?. To była nasz pierwsza choinka. Ale zacznę po kolei.
Babka Wiktoria założyła ręce na piersi. Dziadek polał jeszcze do szklaneczek pachnącego wina i zaczął opowieść.
- Wracałem przed świętami do domu z drzewem z Tarnawskiego Lasu. Zeszło mi do ciemnej nocy. Wcześniej upatrzyłem sobie na skraju zagajnika dwa świerki. Były jak wyrysowane. W sam raz jeden na choinkę – pomyślałem. Wracam i przypomniałem sobie o nich. Wyjąłem spod siedzenia toporek, zatrzymałem konia i poszedłem. Miejscami zapadałem w zaspy po pas, ale opłaciło się. Drzewko było cudne. Noc przyszła z kurzawą; dobrze, że znałem drogę. Oho, słyszę, że wyją, ale gdzieś daleko. Rzuciłem świerk na wierzch sań i ruszyłem.
- Dałbyś spokój, Walek. Straszysz dzieci przy święcie – ocknęła się babka. – Chcesz, żeby do rana na dwór nie wyszli, do kościoła nie poszli?
- Mówię jak było, a tu nie ma się czego bać – wysapał dziadek i dalej ciągnął swoją opowieść.
- Do domu było jeszcze ze dwa kilometry i żadnych ludzi w pobliżu. Ale, nic to, jadę. Kożuch miałem długi, postawiłem kołnierz; jakby trochę kurzyć przestało, chwycił większy mróz. Księżyc raz za chmurami, raz świeci. Wyjechałem już z lasu. Nawet widno było od śniegu. Z daleka widzę już pierwsze światła Olszanki. Prądu jeszcze nie było, lampami naftowymi świecono. A co i raz słyszę od lasu, że wyją. Nagle, koń mi się płoszy, parska i nie chce iść dalej. Patrzę, siedzi. Na samym środku drogi, w wąwozie, jak wyrzeźbiony, jakby czekał na mnie. Nogi przednie ma naprężone, a ślepia jak reflektory. Ja tylko z siekierą i batem – żadnej broni. I co tu robić? – myślę.
Dziadek Walenty zawiesił głos i przeniósł wzrok na twarze słuchaczy, jakby od ich decyzji zależało jego dalsze życie. Dzieci kręciły się niespokojnie. Po chwili dziadek wrócił do opowieści.
- Stanąłem na chwilę – a on siedzi bez ruchu. Jedną taktykę znałem na wilka, co to opowiadali jeszcze starzy ludzie. Tylko się nie odwracać do niego plecami i spokojnie. Wilk lubi, kiedy strach bierze górę nad człowiekiem. Zaczynasz uciekać, a on jednym susem skacze ci na plecy i po tobie, bracie. Dobrze o tym pamiętałem. Zaparłem się nogami w to drzewo co wiozłem. Podciąłem batem konia i z krzykiem oraz kopytami ruszyliśmy na niego. Odskoczył w pole, zatoczył koło i znów przysiadł na drodze daleko za saniami. Pędziliśmy do wsi prawie galopem. Wpadłem między pierwsze budynki, tłukę do drzwi domu i krzyczę, że wilk blisko. Poznali mnie po głosie. Wybiegł gospodarz i trzech synów. Każdy wziął co tam mógł: jakieś widły, kosisko i kije. Idziemy ostrożnie drogą w stronę lasu. Widzimy – siedzi basior. Czernieje się na tle skarpy. A my tak stopa po stopie, posuwamy się jeden obok drugiego. Ja szepcę, że dam mu przez łeb siekierą. Powolutku, powolutku – tak, że jesteśmy już ze dwa metry od bestii. A on siedzi nadal z tymi swoimi ślepiami. Kiedy do tego pyszczyska mogliśmy już sięgnąć widłami, wtedy się zerwał. Tylko śniegiem bryznęło nam w twarze. Jakie on miał szalone odbicie! Odskoczył ze cztery metry, opadł na skarpę i przepadł w krzakach.
Odetchnęliśmy z ulgą, że wszyscy przeżyli, aż tu dziadek ciągnie dalej.
- Myśleliście, że koniec? Wcale nie! Wilki dalej wyły gdzieś na horyzoncie. Słyszeliśmy je dobrze, ale nie widzieliśmy już żadnego. Koń był nieco spłoszony i szybko dojechałem do domu. Wtedy dopiero zauważyłem, że zgubiłem gdzieś ten piękny świerk, co miał być na choinkę,
- Gębę ci wtedy zamurowało. Nie zdradziłeś się słówkiem, że coś ci się przytrafiło – wyskoczyła znienacka babka Wiktoria. – A ja i tak nie mogłam zasnąć. Martwiłam się, bo następnego dnia już wigilia, a my bez choinki i myślałam, jakie też będą te nasze pierwsze święta? No i wtedy się zaczęło. Pamiętam jakby to było wczoraj.
Dziadek zrobił tajemniczą minę i wyręczył babcię Wiktorię z obowiązku kończenia tej opowieści.
- Prawie zasypiałem. Nagle słyszę, jakby ktoś pukał do okna. Wstaję, wyglądam i pytam – kto tam? Cisza. Posłuchałem chwilkę i idę do łóżka. Znowu pukanie. Patrzę – znów nikogo. Wracam do łóżka – znowu pukanie, ale jakby ktoś skrobał o ścianę. Ubrałem się, wziąłem latarkę i wychodzę powoli. Patrzę – siedzi za domem. Ten sam basior, a przed nim leży mój świerk. Popatrzyliśmy na siebie i wróciłem uspokajać żonę. Rano już go nie było. Przyniosłem drzewko do domu. Na jego delikatnej korze znać było ostre zęby wilka. Niektóre gałęzie pogubiły igły od wleczenia po śniegu. Wikta sprzeciwiała się, nie chciała tej wilczej choinki. Mogłem jeszcze pojechać i przywieźć inną. Wtedy przypomniałem sobie, że w wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Może ten wilk chciał mi wtedy coś powiedzieć? Tylko nie wiedział jak i w zamian przyniósł nam tę naszą pierwszą choinkę? – i dziadek roześmiał się serdecznie.
Dzieciom kleiły się już oczy do snu. Starsi rozleniwieni trochę dziadkowym winem zaczęli powoli otrząsać się z opowieści i wybierać na Pasterkę. Noc była księżycowa, skrzypiał mróz. Tak samo jak pięćdziesiąt lat temu. Tylko zamiast wilków wyły silniki aut, które mijały nas po drodze.

Opublikowano

znalazła wreszcie swoja = ą

Było już po wieczerzy (...) Po kolacji domowników = można by chyba uniknąć tego powtórzenia

i to podróżne po przejechanych kilometrach, i to po niedospanych przedświątecznych nocach, i to po całodziennej krzątaninie w domu i obejściu = i to i to i to....samo "i" nie wystarczy?

Jedną kolędę, jedyną, jaką wydawało się, że znamy, przemruczeliśmy, bo zaraz po pierwszej zwrotce pogubiliśmy resztę słów, aż naszą kompromitującą muzykalność przerwał rozmarzonym głosem dziadek. = bdb fragment, ale czy konieczne jest na siłę tworzenie z niego jednego zdania?

Widać było jak babka WIktoria = Wik..

Podobno przychodziły hen od Bieszczad = jakieś przecinki by się przydały :)

sam święcie wierzy i zna ze szczegółami. = z tymi szczegółami nie bardzo mi to pasuje, albo szczegółowo opowiada, albo zna, chociaż to też jakoś nie tak...hmm, nei wiem, do przemyślenia to zdanie zostawiam

To były nasze pierwsze Godnie Święta = pierwsze Godnie Święta? tzn?

To była nasz pierwsza = nasza

Wracam i przypomniałem sobie o nich = czas... wracam - teraz, przypomniałem- wtedy, :)

Miejscami zapadałem w zaspy po pas = się, się, się mi brak

Straszysz dzieci przy święcie (..) na dwór nie wyszli, do kościoła nie poszli? = skoro mowa o dzieciach, to "wyszły", "poszły"

Ale, nic to, jadę = Ale nic to, jadę.

Księżyc raz za chmurami, raz świeci = och jej.... o Księżycu tak brzydko, to jakby napisał: Jabłko raz czerwone, raz z sadu. No ni przypiął ni załatał. Świeci- to czynność, a "za chmurami" położenie, nei można tego porównywać, czy też wymieniać z użyciem "raz", przynajmniej w moim odczuciu.

parska i nie chce iść dalej. Patrzę, siedzi. = to brzmi jakby koń siedział

Ja tylko z siekierą i batem – żadnej broni= ?! a siekiera i bat to co to niby?! zabawki? nie no to żadnej broni wyciąć! nie chcę tego widzieć nawet.

I co tu robić? – myślę. = wiadomo, że myśli, nei trzeba tego pisać, tzn nie musiał o tym mówić dziadek, nie sądzę by to powiedział, chyba że jako osobne zdanie. Albo " myślałem co tu zrobić?"

z krzykiem oraz kopytami ruszyliśmy = no i znów brak logiki, z krzykiem i kopytami? mieszasz czynności z przymiotami, tak nie można :)

ze dwa metry od bestii = ech no i wyszła fantazja dziadka :) dwa metry, heh

wyręczył babcię Wiktorię z obowiązku kończenia tej opowieści= przecież dziadek zaczął, to o jakim obowiązku mowa?

wziąłem latarkę i wychodzę powoli. = czas lamp naftowych i .....latarek? :)
...............................................................

uff :)
Damianie, sporo pracy Cię czeka. Szczególnie nad budową zdań. Chcesz w nich mieścić za dużo naraz. Można napisać, że "Samochód jest czerwony i jedzie". Ale nie, że "Samochód raz jechał, raz był czarny". To bez sensu.
Opowiadanko ma śliczne zakończenie. W ogóle pomysł z tą choinką udany, ale potykałam się o to i owo.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Jak zwykle wyłapujesz Natalio każdy, najdrobniejszy błąd, ale zdarza Ci się niekiedy zagalopować. To że we wsi świecono lampaminaftowymi, nie oznacza, że nie dziadek nie mógł używać latarki. Do tego nie potrzeba słupów i przewodów elektrycznych. Zaś Godnie Święta, to jak przypuszczam regionalizm. Zważ, że akcja opowiadania toczy się na lubelszczyźnie.

Opublikowano

Może się wytłumaczę. Ten tekst powiedziałbym, że jest już niejako sprawdzony. Jeśli uda mi sie napisać coś przed zakończeniem terminu to wolę wystartować z czymś nowym, jeśli jednak nie podołam zadaniu to zrobię tak, jak radzisz.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.





Dziekuję Natalio za wnikliwą korektę. Niczego jednak nie zmienię oprócz formy osobowej dzieci, bo to mial być regionalizm, ale daleko idący. Zmieniam również literówki, ale nie rozumiesz Natalio elipsy w wypowiedzi artystycznej, pewnego skrótu; chcialabyś aby wszystko napisać i opisać. Czynisz nieuprawnione analogie /ksiezyc/samochod! Podobnie z tym koniem. To nie proza XIX-wieczna! Latarki były w powszechnym użyciu w wojsku podczas II wojny św. Ludność na wsiach bez prądu znakomicie poslugiwłla sie długo latarkami na baterie kupowane w sklepach. Co do "Godnich Swiąt"- regionalizm, ale uprawniony=staropolszczyzna- God to rok!-świeta na koniec roku, noworoczne. Pozostalość w polsczyznie to m.in., gody! świeto!.
Z tym zpadaniem w sniegu, wystarczy zajrzeć do słownika j,polskiego, forma zwrotna nie jest wymagana: zapadać i zapadać sie ! obie formy są uprawnione w zależności od konetekstu i znaczenia jaki chcemy nadać.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ależ Damianie, czy ja Ci gdzieś kazałam coś zmieniać? Te wypisane szczegóły to tylko forma mojego komentarza. Nie musisz się z nimi zgadzać. Piszę, co według mnie lepiej by brzmiało, czy wyglądało.
Dziękuję za wyjaśnienie świąt godnych. Latarek też już się nie czepiam.

Czynię nieuprawnione analogie? To ja muszę mieć prawo do nich? Coś mi się skojarzyło i to napisałam, mam tego pod Twoimi tekstami nie robić? Proszę bardzo, każdy woli inną krytykę.
Równie dobrze mogłam napisać tylko: "Opowiadanko ma śliczne zakończenie. W ogóle pomysł z tą choinką udany, ale potykałam się o to i owo." Wystarczyłoby Ci?
Opublikowano

Nie :). Pewnie, że by nie wystarczyło. Nie odbieraj mojej odpowiedz negatywnie. Uwarzam, ze Twoje komentarze są jednymi z najlepszych w tym serwisie, dlatego zapraszam do następnych moich tekstów. Chciałem poprostu wyrazić swoje zdanie. Pozdrawiam gorąco- do "przeczytania" :)

Opublikowano

Cześć - no fajnie się takie bajeczki czyta. Pewnie trochę zmyślone, trochę osadzone w realiach, a ten wilk calkiem oswojony! Może uciekł z zoo albo cyrku ??:) Podoba mi sie potoczystość narracji . Podniosłeś chłopie poziom konkursowy - choć to przecież zabawa - a ileż nauki warsztatowej przy okazji wymiany na forum. Odtąd będę tu częściej zaglądać. Może też dam coś swojego pod osąd? Ale ja piszę ostatnio o wiele dłuższe "bajki". Wiadomo - coś sie już przeżyło na tym świecie .:)) i poczytało. Historyjka z "wilczą choinką" całkiem mnie zrelaksowała,a na wierzchołku pogryzionego świerka powinna jeszcze dyndać przynajmniej jedna bombka! , Dawaj bracie to na konkurs - będzie wesoło! Przecież to wesołe świeta!. Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...