Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

O tym, że w Cudownym śmierdzi wiedzieli wszyscy. Nie potrzebne były żadne specjalistyczne urządzenia. Wystarczył nos. Smród śmierdział nic sobie nie robiąc z nazwy wioski, ani z mieszkanców, w liczbie około siedemdziesięciu, którzy mimo wielu lat spędzonych w tym miejscu nie potrafili się przyzwyczaić. Dopóki w pobliskim miasteczku istniały zakłady celulozowe, wszyscy przynajmniej wiedzieli skąd smród się bierze. Kiedy kilka lat temu fabryka zbankrutowała okazało się, że smród pozostał. Nic go nie obchodziły wygaszone kominy, zamknięte na głucho hale produkcyjne. Śmierdziało w Cudownym jak za najlepszych czasów. Mocno i przejmująco. Miał też fetor swoje pozytywne strony. Mieszkańcy Cudownego od lat rozpoznawani byli w miasteczku, a raczej wyczuwani. Nigdy nie stali w kolejkach, czy to w urzędzie, czy w przychodni. Załatwiano ich szybko i dokładnie, żeby broń Boże nie wrócili. Istniały rozmaite teorie wyjaśniające przyczyny smrodu. Na potrzeby własne i przyjezdnych usnuto ich dokładnie tyle, ile mieszkańców. Najbardziej obrazową była teoria babki Matyldy. Według niej, w Cudownym musiała znajdować się dziura w ziemi. To tu właśnie diabeł wystawiał tyłek i puszczał bąki na cały świat, z czego wszyscy powinni być dumni.

Cudowne ciągnęło się wzdłuż jednej, prostej drogi. Letnimi wieczorami, kiedy w domach było parno, wystarczyło wyjść za furtkę by zobaczyć cała wioskę. Ławka w ławkę siedzieli starzy i młodzi, ładni i brzydcy. Cudowni (bo tak nieskromnie o sobie mówili) patrzyli na świat. Komentowali przejeżdżających, oceniali ich wygląd, ubranie, pojazd. Czasem, któryś z młodszych mężczyzn gwizdał za przejeżdżającą dziewczyną. Rzadko jednak przejeżdżał tędy ktokolwiek, chyba że obcy, pierwszy raz. Wtedy dojeżdżał do połowy, nerwowym ruchem zakręcał okno i dodawał gazu. Z obrzydzeniem patrzył na mieszkanców i dziwił się jak można tu żyć.

Dom Kowalików i babki Nagrabskiej znajdował się dokładnie w samym centrum. Był punktem orientacyjnym i miejscem spotkań, z racji sąsiedztwa jedynego sklepu spożywczo-przemysłowego. Dom był czarny, pokryty czerwonym dawniej gontem i wyglądał jakby zapadł na jakąś chorobę. Okiennice zwisały smutno, niczym powieki starych kobiet. W dachu czerniły się dziury. Drzwi wejściowe było odrapane i krzywe. Wszystko przez to, że nie ma gospodarza – mówili ludzie pokazując na panujący bałagan. Podwórko przypominało żołądek po świętach. Czego tam nie było. Ojciec Eryka wiele lat temu zaczął zbierać materiał na nowe siedlisko. Po każdej zmianie przynosił a to cegłę, a to parę gwoździ, a to jakąś deskę. Jak mróweczka składał wszystko do kupy. Przykrywał papą i czekał. Nikt się nie pytał ani nie dziwił, skąd kolejarz bierze cegły. Wszystkim było wiadomo jak przeładowane były wagony i jak często z takiego przeładowanego wagonu coś wypadało. Grzechem byłoby nie podnieść. Przez taką cegłę mogło być nieszczęście. Ktoś mógłby się wywrócić i złamać nogę a tak wszyscy byli zadowoleni. Gdy wagon nie był przeładowany Kowalik znajdował inny sposób. Zgłaszał naczelnikowi, że plomba jest uszkodzona i trzeba otworzyć, bo może było jakieś włamanie. Zazwyczaj nie było, ale nie zaszkodziło sprawdzić, przy okazji kilka cegieł, czasem worek cementu lądował w trawie. Nie miał Kowalik wyrzutów sumienia. W swym kolejarskim, robotniczo – chłopskim umyśle doszedł do wniosku, że jak lokomotywa będzie mieć mniej do ciągnięcia, to mniej spali węgla, co było nie było przeliczy się na znaczne oszczędności. Więcej węgla będzie można wysłać na eksport, a wiadomo z eksportu są dewizy. W ten sposób ojciec Eryka uzbierał na dom i za kilka dni miał wylewać fundamenty, gdyby nie pośpieszny do Suwałk.


Mężczyźni nie pojawiali się w domu Eryka z własnej woli. Bywali z obowiązku służbowego – listonosz, inkasent, różnych branży akwizytorzy, organista z opłatkiem, wreszcie raz w roku ksiądz po kolędzie. Jedynym, który przychodził z własnej nieprzymuszonej woli był stary doktor Wszędyrówny. Mieszkał samotnie, kilka domów dalej i z nudów odwiedzał wszystkich. Chociaż z racji wykształcenia był lekarzem od zwierząt, nikomu to nie przeszkadzało. Leczyli się u niego wszyscy, bez wyjątku. Nikomu jeszcze nie zaszkodził, a to w medycynie było najistotniejsze, ważniejsze niż samo nawet wyleczenie.

Doktor Wszędyrówny nie był jeszcze całkiem stary, twarz miał młodą, siwe włosy dodawały mu tylko powagi i godności. Miał rzadko spotykaną u ludzi umiejętność słuchania. Był cierpliwy, wysłuchiwał do końca nawet kogoś tak niedorzecznego jak babka Matylda. Pozwalał się wygadać dopiero potem mówił co myśli. Jego odpowiedzi były tak dziwne, że ich sensu nikt z początku nie potrafił pojąć. Były jak biblijne przypowieści. Kiedyś babka Matylda przez dwie godziny opowiadała o tym jak jej strzyka w kostce. Zaczęła od wydarzenia z przed czterdziestu lat a zakończyła na wczorajszym poślizgnięciu się na schodach. Doktor wysłuchał jej z powagą, wreszcie powiedział – To oczywiste, szewcy zeszli na psy. Kiedyś buty dopasowane były do nogi, że człowiek nie wiedział, czy to jeszcze but, czy już noga. A teraz... – Doktor machnął ręką ze zniecierpliwienia. Babka Matylda pokiwała głową i poczuła, że jest uleczona.

Złośliwcy mówili o doktorze, że jest głuchy jak pień, ale to nie była prawda. Wszędyrówny słyszał, co chciał, a czego nie chciał nie słyszał. Tak było mu dobrze i dziwił się czasem dlaczego inni jeszcze na to nie wpadli. W ten sposób można by uniknąć wielu nieszczęść, chociaż może niektórzy lubili nieszczęścia.

Któregoś wieczora, gdy miał przyjść doktor Wszędyrówny, babka zarządziła generalne sprzątanie. Sama wzięła się za pieczenie gęsi. Karolina i Zuza piekły ciasto, a Natalia polerowała sztućce. Coś wisiało w powietrzu. Gdy na stole pojawiła się karafka z czerwoną zawartością (nalewka jarzębinowa), Eryk zrozumiał, że szykuje się grubsza afera. Nikogo, nigdy tak nie podejmowano w tym domu. Nawet księdza proboszcza częstowano zaledwie herbatą i drożdżowym ciastem. A tu, gęś, ciasto, porządki, czyste sztućce, na dodatek wszyscy mieli się ładnie ubrać a jak doktor przyjdzie być grzecznym i się uśmiechać.

Doktor Wszędyrówny udał, że niczego nie zauważa. Jakby przychodził na takie gościny codziennie. Jadł gęś, podlewając ją nalewką i chwaląc gospodynię. Kiedy na talerzach było więcej kości niż mięsa, a karafka zaczęła przepuszczać światło, lekko podchmielona babka Matylda zaczęła swój wywód.
-Nie jest dobrze, żeby kobieta była sama. Przepraszam.
Po każdym zdaniu czkała i mówiła przepraszam. Niepotrzebnie, bo doktor pogrążony był we własnych myślach i wcale nie zwracał na nią uwagi.
-Bóg stworzył mężczyznę i z jego żebra kobietę. Na obraz i podobieństwo swoje. I powiedział: weź tą kobietę, bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Przepraszam. Bogu się sprzeciwiać nie wolno. No, niech doktor powie, czy wypada się sprzeniewierzać stwórcy? Przepraszam. Karolinko, zrób no może kawki, panu doktorowi.
-Gąska palce lizać, wypieczona, mniam – odpowiedział doktor i z uśmiechem wrócił do swoich myśli.
-No zrób i ja się napiję. Bo widzi pan, doktorze, moja córka to jeszcze... przepraszam, zdatna kobieta. Czterdziestki jeszcze nie widać, a tu dzieci czworo. Rozumie doktor?
-Taka gąska to najlepsza z jabłuszkiem. Jabłuszko może być trochę kwaśne, bo sos słodkawy. Jak się to wszystko zmiesza, mój Boże.
-Tak sobie pomyślałam. Doktor całe życie sam, ona sama, może by was połączyć, lżej by wam było razem. Ona by odżyła, bo teraz to z niej nie ma żadnego pożytku, nic tylko szyje. Nawet do ludzi wyjść nie chce, mówi, że się wstydzi. A czego tu się wstydzić, jakby to jej wina była, że Staśka pociąg przejechał.
-Do gąski dobre są pieczone ziemniaczki. W piekarniku, na rumiano. Lekko je tylko posolić, a na wierzch przed samym jedzeniem krztynę masełka...
-To, co zawołać Krysię?
Nie widząc żeby doktor protestował, babka poszła do pokoju i za chwilę wróciła pchając przed sobą córkę i krzycząc.
-Dzieci, już mi do pokoju, teraz dorośli będą rozmawiać.
Eryk stoczył z siostrami zażartą walkę o prawo zerkania przez dziurkę. Podsłuchiwać nie musieli, dorośli rozmawiali tak głośno, że chociaż by nie chcieli i tak by wszystko usłyszeli.
Doktor wytwornie, choć chwiejnie uniósł się i ucałowawszy dłoń matki próbował usiąść. Nie trafił jednak na krzesło, siadł jak gdyby nigdy nic na podłodze. Babka żeby mu dotrzymać towarzystwa siadła obok niego. Matka uśmiechnęła się i wskazała na trzymany w dłoniach kawałek materiału.
-Roboty tyle, a tu już po czwartej...co mamusia chciała?
-Rzuć to w cholerę, teraz nie czas na szycie. Doktor przyszedł.
Matka kiwnęła głową na znak, że widzi.
-Doktor przyszedł do ciebie!
-Do mnie?
-Żenić się z tobą chce...
W tym momencie doktor zerwał się na równe nogi, zerknął na zegarek, złapał się za głowę i już w drzwiach powiedział.
-Jezu Chryste, u Kuleszy kobyła się pewnie oźrebiła.

Od tego wydarzenia doktor Wszędyrówny dołączył do mężczyzn, którzy do domu Kowalików i babki Nagrabskiej przychodzili jedynie z obowiązku.

Opublikowano

Rzadko dajesz okazję Piotrze, by Ci coś wytknąć. Teraz przeszedłeś samego siebie. Delicje!
Pozwolę sobie zadać jedno pytanie: Czy Eryk, mimo swojego światopoglądu będzie obchodził wigilię? Ja w każdym razie oczekują na czwartą, konkursową część.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...