Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Anno, nigdy nie mam za złe Czytelnikowi, gdy podaje mi swoje uwagi... :) Nieraz zmieniam coś po czasie, lub "bronię" jakichś słów i odpowiadam, dlaczego tak.
Dziękuję za propozycję zapisu, wyjaśniam co nieco...
"starsze gniewne", dzieci, wiem, ale tak jakoś... czyta mi się odruchowo, starsi gniewni, a w tym domu, są młodzi...
W I- szej.. młodzi gniewni śledzą wychodzących.. wydaje mi się za bardzo urwane, kto tak naprawdę wychodzi.? chciałam to zaznaczyć.
Proponowane.. "niepotrzebnie".. szczerze, wolę opiekunów, bo dla młodych gniewnych może potrzebnie, chcą mieć pewność, że wyszli.
"w pracy".. raczej zbędne, słowa.. zostaje nocna zmiana.. mówią same za siebie, że w pracy, czyli, w tytułowym domu.
II- ga, na koniec dnia wszyscy ziewają.. niemal chóralne, zaprasza do odpoczynku wszystkich (w domyśle), ale myślnikiem odzieliłam tych najmłodszych, żeby dopisać puentę.
Stosuję nieraz skróty myślowe, żeby nie rozwklekać treści i w wersie...
.. niechętnie kładą głowy na poduszkach bez słyszalnego dobranoc wszystkim.. to tyle, co
.. niechętnie kładą głowy na poduszkach /jeżeli nie usłyszą/ dobranoc wszystkim.. bez słyszalnego (na mój rozum),
nie jest równoznaczne z.. niesłyszalnym.. Trudno mi to teraz wyważyć tak na gorąco, muszę to na spokojnie przemyśleć.
Anno, w puencie pominęłaś słowo.. pomiędzy.. nie zrezygnuję z niego, ono powinno sporo dopowiedzieć Czytelnikowi,
zależnie od wyobraźni. Rozgadałam się trochę, ale nie potrafię potraktować takiego postu powierzchownie.
Mam nadzieję, że w miarę logicznie wyszło. Dziękuję Ci za wizytę i wątpliwości.
Pozdrawiam.
  • Odpowiedzi 45
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Czarku, te słowa ucieszyły mnie najbardziej.. :) Odpowiedź na "podpinkę" doczytasz w odpowiedzi dla Ani.
Dziekuję za obecność.
Pozdrawiam.

no tak ... a chodzi mi wyłącznie ( z tą podpinką ) o " niemal " ...
Wszystko inne bez naruszania !!! - ja to widzę :-)
Opublikowano

A ja odebrałam, że ze wszystkim "podpinasz się" do wypowiedzi Ani.
No, z ziewaniem już tak jest, jak jeden zacznie, "zaraża" innych, dlatego zapisałam,
"niemal chóralne", wydało mi sie "ładniejsze" od.. prawie... choć to prawie to samo.
.. :) widzisz resztę.? ufff, super.

Opublikowano

Ścisnęłaś ni serce Nato, tym wierszem.
Dom powinien się kojarzyć z ciepłem, bezpieczeństwem i miłością. Miejscem do którego się chętnie wraca.
Żadnemu dziecku nie życzę mieszkania w domu z Twojego wiersza, choć wiem, że życie, to nie koncert życzeń.

Serdeczności.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Oxyvio, tytuł jest bardzo jednoznaczny i troszkę dziwi mnie drugie pytanie... poza tym, gdyby to było o internacie,
na pewno nie dałabym tytułu "dom" i raczej nie byłoby najmłodszych.
Internat, to głównie gimnazjaliści, szkoły średnie, czy zawodowe....
Niekoniecznie. Są też na przykład tygodniowe przedszkola, skąd rodzice zabierają dzieci tylko na weekend, a przez pozostałe noce maluchy mieszkają w internacie. Są szkoły podstawowe z internatami dla dzieci, które mieszkają gdzieś w zabitych wsiach i nie mają żadnej możliwości codziennego dojazdu do szkół. Są zespoły szkół prowadzonych przez zakony, gdzie dzieci od podstawówki po koniec gimnazjum mieszkają w zakonnych internatach, chyba też nawet jeszcze w szkole średniej.
Ale z Twojej odpowiedzi wynika, że chodzi o dom dziecka. Znam mnóstwo dzieci z różnych domów dziecka, uczyłam je w dwóch szkołach, jeździłam z nimi na kolonie (jako kolonistka, nie jako wychowawczyni). Od wychowawców i psychologa wiem, że jedną z zasad wychowawczych w takiej placówce jest nieprzywiązywanie do siebie wychowanków - brak zaangażowania osobistego, zarówno z jednej strony, jak i z drugiej. Bo wychowawcy czasem zmieniają pracę, mają poza tym własne rodziny i nie mogą łudzić wychowanków, że są zastępczymi mamami-ciociami-wujkami itd. W ten sposób mogliby bardzo skrzywdzić te dzieci.
Kiedyś jedna z wychowawczyń powiedziała do mnie: "Więcej tam jest niedorozwiniętych jak normalnych dzieci." Opowiadała też, jak kiedyś jeden z chłopców nie chciał iść do szkoły, więc jesienią wyszedł w nocy na taras w piżamie, a ona udając, że go nie zauważyła, zamknęła drzwi tarasu na klucz i trzymała go tam kilka godzin; powiedziała mi potem: "Wkurzył mnie! Jak taki głupi, to niech se choruje, niech nawet się i przekręci na zaplenie płuc, na własne życzenie!" Nie wiem, co się dalej stało z tym dzieckiem, mam nadzieję, że przeżyło tę noc i ten "dom".
Bardzo trudno jest wyśrodkować uczucia tak, żeby nie przywiązywać do siebie dzieci i nie sprawiać wrażenia, że się jest ich przyszywaną rodziną, a jednocześnie lubić dzieci i rozumieć je, i być opiekuńczymi wychowawcami dla nich. Ale taką samą umiejętność muszą posiąść wszyscy psychiatrzy i psychoterapeuci. Jest to niezmiernie trudne.
Opublikowano

Bardzo często emocjonalność nie służy wierszowi. Bo bywa zbyt "nachalna".
Jednak w tym wypadku jest inaczej. Moim skromnym zdaniem zachowano odpowiednie proporcje.
Wiersz zatrzymuje, bo trudno nie zatrzymać się nad takim obrazem.

Co do formy - czytam minimalnie inaczej. :)
Np.
[indent]Wydaje mi się, że w 4 wersie bez dnia bo zaraz potem jest ziewanie i dobranoc, które "dopełniają" obraz.[/indent]
Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nic nie szkodzi, że wypowiedź długawa.. :) to "taki liścik" do treści.
Może nie aż brutalne, "znam" dom dziecka z opowieści koleżanki, która tam pracuje.
Gliwic nie znam, w ogóle. Roklinie, cieszę się, że zatrzymałeś się w moim "domu".
Dziekuję za refleksję.
Pozdrawiam.

Całe życie mieszkam w Gliwicach :)
A w DD pracuję od 5 lat, przyznam, że dystans wobec - niewątpliwie bardzo zdolnych - dzieci jest dla mnie pewnym problemem, za bardzo w to wsiąkłem, a ja zawsze angażuję się całym sercem...
Nie ukrywam przy tym, że pracuję z dziećmi z tzw. filii (dawny rodzinny DD), które - generalnie - są "łatwiejszymi" przypadkami.

Zdecydowanie nie zgadzam się z poglądem, że dzieci te są gorsze czy niedorozwinięte. Ich głównym problemem są niezaspokojone potrzeby uczuciowe, co za tym idzie, obniżona samoocena, mniejsza siła przebicia... Ech, dużo trzeba włożyć, a efekty są co najmniej różne... Ale zawsze starałem się ich traktować jako tzw. "normalnych". Oni bardzo nie lubią, kiedy robi się inaczej, są zbyt wrażliwi, by to znieść (jedną osobę w ten sposób pożegnaliśmy, było ostro jak po zjedzeniu kilku papryczek chili).

Kończąc ten wywód, podkreślę, że... "dobranoc wszystkim
to jakby nikomu" - ten wers jest genialny!
Pozdrawiam ciepło :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Alicjo, wierzę, że są i takie, do których dzieci chętnie wracają po szkole, bo czują się w nich
lepiej, niż we własnym rodzinnym.. ale to już inny temat. Tak, życie to nie koncert zyczeń.!
Dziekuję za wizytę, pozdrawiam serdecznie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To przyjazne słowa dla treści, miło mi. Ania Myszkin też pominęła "dnia"... ciągle myślę.
Uwagi zapisuję, wracam do nich w wolniejszej chwili i czasami wprowadzam korektę.
Zgadzam się z Tobą, że ziewanie i dobranoc.. są dopełnieniem, pomyslę, cięcia nie obiecuję.. :)
Duksie, dziękuję za wizytę. Pozdrawiam.
Opublikowano
Oxyvia....
"Niekoniecznie. Są też na przykład tygodniowe przedszkola, skąd rodzice zabierają dzieci tylko na weekend, a przez pozostałe noce maluchy mieszkają w internacie. Są szkoły podstawowe z internatami dla dzieci, które mieszkają gdzieś w zabitych wsiach i nie mają żadnej możliwości codziennego dojazdu do szkół. Są zespoły szkół prowadzonych przez zakony, gdzie dzieci od podstawówki po koniec gimnazjum mieszkają w zakonnych internatach, chyba też nawet jeszcze w szkole średniej.
Ale z Twojej odpowiedzi wynika, że chodzi o dom dziecka. Znam mnóstwo dzieci z różnych domów dziecka, uczyłam je w dwóch szkołach, jeździłam z nimi na kolonie (jako kolonistka, nie jako wychowawczyni). Od wychowawców i psychologa wiem, że jedną z zasad wychowawczych w takiej placówce jest nieprzywiązywanie do siebie wychowanków - brak zaangażowania osobistego, zarówno z jednej strony, jak i z drugiej. Bo wychowawcy czasem zmieniają pracę, mają poza tym własne rodziny i nie mogą łudzić wychowanków, że są zastępczymi mamami-ciociami-wujkami itd. W ten sposób mogliby bardzo skrzywdzić te dzieci.
Kiedyś jedna z wychowawczyń powiedziała do mnie: "Więcej tam jest niedorozwiniętych jak normalnych dzieci." Opowiadała też, jak kiedyś jeden z chłopców nie chciał iść do szkoły, więc jesienią wyszedł w nocy na taras w piżamie, a ona udając, że go nie zauważyła, zamknęła drzwi tarasu na klucz i trzymała go tam kilka godzin; powiedziała mi potem: "Wkurzył mnie! Jak taki głupi, to niech se choruje, niech nawet się i przekręci na zaplenie płuc, na własne życzenie!" Nie wiem, co się dalej stało z tym dzieckiem, mam nadzieję, że przeżyło tę noc i ten "dom".
Bardzo trudno jest wyśrodkować uczucia tak, żeby nie przywiązywać do siebie dzieci i nie sprawiać wrażenia, że się jest ich przyszywaną rodziną, a jednocześnie lubić dzieci i rozumieć je, i być opiekuńczymi wychowawcami dla nich. Ale taką samą umiejętność muszą posiąść wszyscy psychiatrzy i psychoterapeuci. Jest to niezmiernie trudne."

Oxyvio, o tygodniowych przedszkolach czytam teraz, nie słyszłam nigdy, podobnie o szkołach podstawowych z internatem.
Wiem, że na wsiach organizują przejazy dzieci i są one odwożone do miejsc zamieszkania. Co do zakonnych internatów, nie neguję,
na pewno gdzieś istnieją. Wiem od małego, że były, są i pewnie zawsze będą domy dziecka i taki właśnie chciałam do kompletu.
Wychowawcy, którzy mają własne rodziny, mają tym samym większe doświadczenie, postrzegam to jako plus w ich pracy.
Dobre, zdrowe relcje wychowawca/wychowanek, mogą zaowocować "przyjaźnią", chęcią utrzymania kontaktu w przyszłości,
nawet po opuszczeniu domu dziecka. Samo zaangażowanie w pracy jest różne, tak jak różne są chartery ludzkie, ogólnie.
Dzieci, to także paleta "osobowości", są te, z patologicznych rodzin, niektóre z nich na pewno lgną do "nowego domu",
ale są i takie, które przenoszą toksyczne zachowania, ect. Dodam jeszcze, że na dobry klimat w każdym domu, ma wpływ szereg
czynników. To dłuuugi temat.! Pomijam wychowawców, którzy są "wypaczeni"... bo tacy też się trafiają.



Roklin...
"A w DD pracuję od 5 lat, przyznam, że dystans wobec - niewątpliwie bardzo zdolnych - dzieci jest dla mnie pewnym problemem, za bardzo w to wsiąkłem, a ja zawsze angażuję się całym sercem. Nie ukrywam przy tym, że pracuję z dziećmi z tzw. filii (dawny rodzinny DD), które - generalnie - są "łatwiejszymi" przypadkami.
Zdecydowanie nie zgadzam się z poglądem, że dzieci te są gorsze czy niedorozwinięte. Ich głównym problemem są niezaspokojone potrzeby uczuciowe, co za tym idzie, obniżona samoocena, mniejsza siła przebicia... Ech, dużo trzeba włożyć, a efekty są co najmniej różne... Ale zawsze starałem się ich traktować jako tzw. "normalnych". Oni bardzo nie lubią, kiedy robi się inaczej, są zbyt wrażliwi, by to znieść (jedną osobę w ten sposób pożegnaliśmy, było ostro jak po zjedzeniu kilku papryczek chili). (..)"

No proszę, dowiadujemy się czegos o Tobie. Cieszą słowa, że angazujesz się całym sercem.
Dla mnie to także całkiem normalne dzieci, które potrzebują dużo ciepła. Efekty pracy są różne, bo nie każde z nich,
pozwala do siebie dotrzeć, są zamknięte w sobie, często przez złośliwości rónieśników. To i tak bardzo powierzchowna refleksja.

Oxyvio, Roklinie, dziękuję Wam za ponowny wgląd i wymianę myśli... :)
Serdecznie pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poet Ka tak się zastanawiam- czy popkultura to zło? Nie wiem. wiersze są prawdą o nas samych? Też nie wiem, wiem tylko o sobie. Słowa ewoluują wraz z ludźmi, przemieszczają się. Jest tyle zapożyczeń. Jakże bogatym i pięknym jest nasz ojczysty, bywa niepotrzebnie zaśmiecanym
    • @violetta   Codziennie mam wróbla w garści

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Kiedy trzej ogrodnicy z Górnej Alzacji zimnej zupy jeść nie chcieli w restauracji, doczekali się wnet reakcji Zośki Z. i spędzili noc w szpitalu bez kolacji. # Po aferze w swojej praskiej restauracji nie przyrządzi nawet zimnej już kolacji niesławna Zośka Z.: do zimnej celi wnet trafiła pomimo głośnych reklamacji.
    • Ciepło u Ciebie, można się ogrzać:) Lepiej mieć Wróbla w garści:)
    • Naprzeciw mnie stała sztaluga  z gotowym płótnem. Obok niej Wild miał swój,  mały stolik na kółkach. Był cały pobrudzony pozostałościami farb, których słoiczki stały na nim  wraz z paletą oraz zestawem pędzli. Patrzyłem jak Wild krząta się jeszcze  przez chwilę po drugiej stronie izby. Szukał czegoś pod stołem. Po chwili to znalazł. W jego dłoni, odzianej o dziwo w wełnianą rękawiczkę  spoczywały dwa cynowe,  pojedyncze świeczniki. Zabrał je ze sobą. Ustawił na stoliku  pomiędzy mną a swoim stanowiskiem. Wziął z parapetu okna  dwie świeże świece o krótkich knotach i umieścił je w świecznikach. Wyprostował się z trudem  i już miał odpalić świece  gdy widać przypomniał sobie o czymś, szybkim ruchem sięgnął do zamaskowanej w materiale płaszcza kieszeni  i wyjął kolejny zwitek kartki. Wręczył mi go. Odebrałem go i odczytałem treść.   Panie Scholl. W trosce o prywatność i dobre samopoczucie  zarówno Pana jak i moje, zadbam o to by żaden szczegół mający wpływ na atmosferę pracy, nie zakłócał nam porządku ani stanu nerwów. Widział Pan przecież po wejściu do domu, moje rozwieszone prace. I zdaje sobie sprawę,  że nie był to odbiór łatwy  i nie pozostawiający  uczucia ciężkiego wstrząsu psychicznego. Moje dzieła nie są z pewnością  przyjemnym dla oka pejzażem. Dlatego też pozwolę zapalić sobie  te dwie dodatkowe świece, ich ostre światło będzie barierą zasłaniającą  moje prace jak i mnie samego.  Jestem schorowanym starcem Panie Scholl a choroba która mnie dotknęła, zebrała z mego ciała  wstrząsające do głębi krwawe żniwo. Może mi Pan wierzyć,  że lepiej ślepnąć delikatnie  od blasku ognia  niż patrzeć na to co straszna choroba  potrafi zrobić z ludzkim ciałem. Nie mogę malować z twarzą pod kapturem  ani dłońmi ukrytymi pod rękawiczkami, dlatego będę musiał się odkryć i mam głęboką nadzieję, że nie dojrzy Pan zbyt wiele traumatycznych obrazów  starczej choroby. Serdecznie Pana za to przepraszam. Jeśli blask świec będzie zbyt ostry  i godzić będzie w Pana wygodę  to oczywiście gotów w każdej chwili jestem  na to by zrobić nam obu dogodną przerwę. Jeszcze raz przepraszam za tak ekscentryczne zachowania i metody.   Zanim udało mi się dobrnąć do końca notatki, Wild w tym czasie odpalił świece  i zasiadł z wyraźną ulgą na krześle przysłoniętym sztalugą. Byłem w stanie zrozumieć go. Ciężko chorował. Choroba była tajemnicza  lecz widać nad wyraz okropna  jeśli chodzi o objawy i jej ślady. Jego podejście i owszem było ekscentryczne, lecz nie szalone  czy mające znamiona zbrodnicze. Bezsprzecznie był utalentowanym malarzem i obytym człowiekiem sztuki. Fascynował mnie na tyle głęboko, że z coraz mniejszą dozą lęku, zwróciłem ku jego osobie swe oblicze.     Świece spełniały swą rolę. Widziałem tylko rozmyte, mleczne światło, mocno zaostrzone,  pozostałym z izbie mrokiem. Początkowo patrzyłem dzielnie, potem zacząłem mrużyć oczy, naleciało w nie całkiem sporo łez, więc zamykałem je, próbując się ich pozbyć. Po czasie, światło wręcz piekło, niczym bariera jakiegoś magicznego ognia. Widziałem tylko zarys postaci Wilda. Nic nie zdradzające kontury. Widziałem jak kaptur ląduję na jego karku, a rękawice na stoliku z farbami. Widać zapozowałem idealnie  bo nie widziałem żadnych ruchów jego dłoni  z prośbą o przesunięcie głowy,  wyprostowanie pleców czy osunięcie ramion. Wild nałożył kilka kolorów na paletę, na chwilę znieruchomiał zupełnie  po czym usłyszałem pierwszy rys na płótnie.     Sesja trwała. Sam nie wiem ile czasu zdołało upłynąć. Był środek nocy  czy jednak zbierało się już  ku szarówce przedświtu. Nie prosiłem o przerwę, choć zdrętwiałem zupełnie  od wymuszonej pozycji. Byłem też głodny. Żołądek co rusz sygnalizował mi to  cichym pomrukiem  a ja starałem się jedynie  skupić na wiązce ognia. Nie myślałem o zmęczeniu czy śnie. Byłem zahipnotyzowany przebiegiem sesji. Mój umysł tracił, właściwe sobie skupienie. Wild także nie prosił powstaniem o przerwę. Był całkowicie pochłonięty pracą. Bez przerwy słyszałem tylko pracę pędzli  i grzechot słoiczków z farbą. Wydawało mi się,  że z rzadka uchylał się na bok, by widzieć mnie dokładniej. Nie widziałem twarzy, lecz z pewnością ogień, zmieniał barwę jego oczu  na zupełnie nieludzką, głęboką czerwień. Innym razem poprawiał płótno w ramach i mogłem dostrzec zarys jego palców. Wydawały się śliskie, blade  i pokryte strupami czy głębokimi ranami. Im więcej ruchów wykonywał. Tym mocniej w pomieszczeniu  rozchodził się odór słodkiej duszności. Odór jego choroby i niemocy ciała. Im dłużej trwała sesja, tym Wild widocznie opadał jednak z sił. Jego oddech dało się słyszeć z daleka. Był świszczącym rzężeniem, które tu pośrodku zapomnianego cmentarza, mogło wydawać się głosem upiora.     Wreszcie gdy zapadłem się zupełnie w  halucynogennych obrazach wyobraźni i nie potrafiłem odróżnić już godziny od minuty oraz dnia od nocy. Wild przerwał pracę. Nasunął kaptur na głowę, sięgnął po rękawiczki. Założył je powoli a potem wstał  i zaprosił mnie gestem do siebie. Podniosłem się i dopiero teraz  poczułem ulgę połączoną ze zmęczeniem. Podszedłem do Wilda. Choć odór jego ciała  nie pozwolił mi podejść  tak blisko jakbym chciał. Ten widać nie urażony zupełnie. Wskazał z nieukrywaną dumą na płótno. Zajrzałem i ja.     W jednej chwili byłem gotów  odwołać to wszystko co mówiłem  o stateczności umysłu Wilda. Był szaleńcem  i jego obraz potwierdzał to zupełnie. Na obrazie a i owszem byłem ja. Lecz jakby starszy o kilkanaście lat, z zapuszczonym jasnobrązowym wąsem i cieniami pod powiekami. Nie to było jednak najgorsze. Moja cała twarz nosiła ślady ran,  trupiego opadu  i zaawansowanego rozkładu tkanek. Ja na obrazie,  zamarłem z uczuciem  całkowitego zdziwienia na twarzy i oczach. Usta sine i z pewnością martwe, były szeroko otwarte  a z pomiędzy obwodu zębów i cofniętego gdzieś w głąb krtani języka, wychynęła na powierzchnię świata postać tak dalece bluźniercza w odbiorze, że musiałem odwrócić wzrok. Był to olbrzymi i namalowany jak żywy,  trumienny czerw w złotej, królewskiej koronie. Jego pobratymcy, żerowali w moich ranach. W dziurach na policzkach i szyi. Było ich całe mrowie. Kolonia czerwi,  posilająca się moim trupem. Tego było dla mnie zbyt wiele. Uwolniłem się od uścisku ramienia Wilda  i porwałem się w rajd  przez naznaczone  mroźnym przedświtem mogiły. Próbując zapomnieć o robaku, którego ten obraz zagnieździł mi w ciele.   Minął tydzień, który nie dał mi nawet grama ukojenia. Popadłem w stan przedziwny, nazwałbym go melancholijną psychozą. Nie trwałem w delirycznym stanie agresji. Nie mówiłem o Wildzie nikomu. Ciągle jednak widziałem  trupie twarze z obrazów. Oblicze cmentarnego robaka w koronie. I ja w tym wszystkim. Starszy, zmieniony… martwy. Nie zyskałem nic  oprócz głębokiego rozstroju  umysłu i nerwów. Pieniądze pozostały w kopercie  w domu Wilda. Nie byłem w stanie  zarobić teraz nawet pensa. Nie mogłem jeść ani pić. Wszystko stawało mi w gardle, zupełnie jakby trafiało na żywą przeszkodę. Króla rozkładu.   Zupełnie niespodzianie rankiem  zapukano do moich drzwi. Wstałem z ociąganiem  i dopiero wtedy gdy  pukanie przemieniło się  w prawdziwe dudnienie  otworzyłem drzwi spodziewając się komornika lub grupy wierzycieli. Był to chłopiec od Wilda. Przywitał mnie ukłonem  i szczerym uśmiechem. W ręku trzymał kopertę. Wręczył mi ją ze słowami. Pan Wild przesyła list  i serdeczne pozdrowienia, oraz życzenia  jak najszybszego powrotu do zdrowia. Nie czekając na moją reakcję ani zapłatę ruszył w dół schodów.     Wróciłem do salonu i już miałem cisnąć kopertę w ogień kominka, ale powstrzymałem się w porę. Ciekawość zwyciężyła. Zerwałem lak. W środku oczywiście był złożony list  jak i ku mojemu zdziwieniu pieniądze, pomnożone jednak co najmniej dwukrotnie  od pierwotnie obiecanej kwoty  tamtego wieczora. Chwilowo porzuciłem zainteresowanie kwotą i sięgnąłem po list.   Panie Scholl    Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie żywię do Pana absolutnie żadnej, nawet najbardziej lichej urazy. Wina spoczywa tylko i wyłącznie po mojej stronie a pańska reakcja była całkowicie zrozumiała i uzasadniona. Jestem przeto człowiekiem głębokiej kultury  i nie mógłbym zostawić teraz Pana  z tymi wszystkimi pytaniami,  szczególnie w tak ciężkim stanie nerwów  jaki Pan bezsprzecznie przeżywa. Oczywiście chciałem również  rozliczyć się z Panem, podziękować za bycie moim modelem a z racji tak niespodzianych problemów, podwoić stawkę wypłaty. A teraz przejdźmy do meritum. Widzi Pan, moje dzieła. Portrety tych mężczyzn. Ich makabryczne,  zabrane przez rozkład i śmierć twarze. Oni wszyscy pozowali jak Pan i przysięgam na Boga,  że wszyscy robili to żyjąc. Nie wykradam ciał z grobów  ani nie morduje swoich klientów. Zaręczam o tym. Zapyta Pan z pewnością. Skoro pozowali za życia  to jak stali się martwi? Można powiedzieć, że widzę przyszłość każdego swojego modelu. Choć może to zbyt wiele powiedziane. Widzę tylko to  jak przyjdzie im rozstać się z życiem. Te wszystkie tragedię. Już ich dotknęły  lub dotkną w niedługim czasie. Pana niestety również. Skoczy Pan za kilkanaście lat z dachu siedziby miejskiego banku. Pieniądze nie dadzą Panu szczęścia. Żałuję. Część z moich modeli  jeszcze chodzi po świecie  i cieszy się życiem jak Pan. Ale skończą tak jak na moich obrazach. Zapyta Pan i słusznie, skąd mam pewność? Tego nie umiem wytłumaczyć. Wykształciło mi się to po moim wypadku, który odebrał mi wszystko oprócz talentu. Uzna mnie Pan za szaleńca. Groźnego obłąkanego samotnika. Mój dom, cmentarz, atmosfera  i nocne sesje. Wszystko wskazuje na szaleństwo. Ale wiem, że widział Pan pewne szczegóły  w moim wyglądzie  a także czuł słodki zapach w moim domu. A co gdybym Panu powiedział, że mój wypadek zakończył się tragicznie. Moją chorobą jest śmierć. Malując Pana byłem martwy. Jestem martwy od wielu, wielu lat.     Uwierzyłem w każde jego słowo. Tak jak w robaka w koronie, który cicho chrzęścił odrażającymi odnóżami, gdzieś opodal  mojego bijącego szaleńczo serca. A za kilkanaście lat opuści swego żywiciela przez rozwarte martwo usta.   Dedykuję Lenore Grey, z podziękowaniem za to, że jej niesamowita wyobraźnia, pobudza mnie do pisania coraz lepszych utworów.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...