Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Drugiego września w szkole pojawiła się siostra Miłosława, zakonnica mająca uczyć religii. Była to potężnie zbudowaną kobieta, która bardzo lubiła dzieci. Uwielbiała je szczypać w policzki i wykręcać im uszy. Szczególnie to drugie zajęcie wydawało jej się pasjonujące i Bogu miłe. Siostra o przedmiocie swego nauczania nie wiedziała zbyt wiele. Nie znała się na tych wszystkich metodykach, pedagogikach, nie potrafiła pisać konspektów, wiedziała jedno: „Bóg jest miłością”. Jeśli ktoś w to nie wierzył, albo co gorsze, mimo zapewnień, miał jeszcze jakieś wątpliwości, pytania, mógł być pewien, że jego policzki i uszy będą czerwone. Eryk już na pierwszym spotkaniu popełnił nieodwracalną gafę. Powiedział coś, tak strasznego, że siostra nie wiedziała jak zareagować. Zabrakło jej słów. Miała ochotę jawnie wystąpić przeciwko piątemu przykazaniu. Mówiąc: „Jak możesz ty mały glucie mówić, że Boga nie ma, nie wiesz, że Bóg jest miłością?” – Chciała zacisnąć palce na Erykowej szyi.– Powstrzymała się w ostatniej chwili. Czuła jak jej niemałe ciało oblewa zimny pot. Drżącym głosem zapytała.
-Co ty powiedziałeś?
-Boga nie ma. – Eryk uśmiechnął się jakby oznajmiał dobrą nowinę.
-Dzieci! – siostra krzyknęła tak, że szyby w oknach zadrżały. – Wszyscy wkładają sobie palce w uszy, nie słuchajcie tego!
Eryk również próbował zatkać sobie uszy, ale siostra go powstrzymała.
-Ty nie, ty mi tu zaraz, jak na świętej spowiedzi wszystko opowiesz. Kto ci to powiedział?
-Że Boga nie ma?
-Tak. Może sam to wymyśliłeś?
-I tak i nie.
-Jezu Chryste, powstrzymaj mnie w swej łaskawości, żebym nie uszkodziła tego nieszczęśnika. Kto?
-No więc to było tak. Kiedyś myślałem, że Bóg jest. To znaczy, nie to, że go widziałem, albo coś takiego. Słyszałem, że jest i ja wierzyłem. Powiedziano mi, że jest niewidzialny i dlatego go nie widać. W porządku. Bóg niewidzialny nawet mi odpowiadał. Bo niech siostra pomyśli, co by to było jak Bóg był widzialny. Wychodzimy na dwór i chcemy zrobić coś brzydkiego, albo powiedzmy zwykłe siusiu na powietrzu. Spoglądamy w górę, a tam Bóg. Albo ktoś nas zdenerwuje i chcemy go kopnąć, alby dajmy na to splunąć mu w twarz i znów zerkamy w górę. Mówię siostrze takie życie byłoby do niczego.
-Kto ci powiedział, że Boga nie ma, pytam po raz ostatni!
-Najpierw to mi powiedziała mama. Jak tatę przejechał pociąg to musiała jechać na tory, żeby go poznać, bo koledzy z pracy nie chcieli. To znaczy, oni się domyślali, że to on, mógł się tam zdrzemnąć, ale rozpoznać musiał, ktoś z rodziny. No i jak mama wróciła to wtedy powiedziała.
-Co?
-No właśnie to. Boga nie ma.
-Dzieci, dzieci możecie już słuchać. Eryk od dzisiaj będzie na wszystkich katechezach klęczał w rogu z uniesionymi rękami i rozmyślał o Bogu. Aż uwierzy. A my przechodzimy do tematu naszych dzisiejszych rozważań. Bóg jest miłością.
-Proszę siostry – Eryk podniósł dwa palce i czekał aż otrzyma pozwolenia na zadanie pytania.
-No słucham, co nie wiesz do którego masz iść kąta?
-To też. Ale może prościej by było jakby siostra mi powiedziała skąd siostra wie, że Bóg jest.
-Dostaniesz pod kolana grochu, wtedy Bóg szybciej do ciebie przyjdzie.
Cała klasa ryknęła śmiechem. Siostra z podręcznej torby wyciągnęła woreczek z grochem i wręczyła go Erykowi mówiąc.
-Masz szczęście, że Bóg jest miłosierny i cierpliwy, w innym przypadku już dawno byś się smażył w piekle.
Siostra dalej prowadziła katechezę, jednak klęczący w kącie chłopiec, nie dawał jej spokoju. Był jak mały, kudłaty, wyrzut sumienia, który chciałoby się jednym cięciem zlikwidować.
-Dobry Bóg stworzył niebo i ziemię, słońce, chmury, drzewa, zwierzęta i ludzi.
-A Eryka? – zapytała jedna z dziewczynek i natychmiast tego pożałowała. Jej ucho znalazło się w przepastnej dłoni siostry.
-Co ja mówiłam? Jak chcecie zapytać podnosicie dwa palce, jak powiem, że można, wtedy pytacie. Jak jeszcze raz odezwiesz się bez mojej zgody, uklękniesz w drugim kącie. O co pytałaś?
Dziewczynka ocierała łzy i chlipiąc wyłkała.
-Czy Bóg stworzył Eryka?
-A skąd ci przyszło to do głowy. Myślisz, że Bóg jest głupi? Bóg stwarza tylko dobrych ludzi. Jak to sobie wyobrażasz, że dobry Bóg może stwarzać złych ludzi? Ktoś, kto bluźni przeciw Bogu, kto nie wierzy w jego istnienie, to pomiot diabelski. Powtórzcie na głos. Eryk to pomiot diabelski.
-Eryk to pomiot diabelski.
Tym razem dziewczynka z końca podniosła rękę.
-Co tam znowu? – siostra aż tupnęła nogą.
-Co to jest pomiot?
-Czy wy nie macie większych problemów. Czy nie wystarczy wam fakt, że Bóg, który jest miłością stworzył niebo i ziemię? A właśnie, cisza, Eryku a ty jak uważasz, jeśli Boga nie ma, to kto w takim razie stworzył wszystko?
-Nikt.
-Jak to nikt?
-Samo się stworzyło. Powstało z siebie. Drzewa z drzew. Ptaki z ptaków. Ludzie z ludzi.
-Głupstwa opowiadasz. A skąd się wzięło pierwsze drzewo, pierwszy ptak, pierwszy człowiek?
-Zawsze ktoś musi być pierwszy.
Siostra Miłosława usiadła za biurkiem i patrząc prosto w oczy Erykowi powiedziała.
-Eryk Kowalik. Jeszcze dziś powiem pani dyrektor, że masz zły wpływ na dzieci i nie powinieneś chodzić do szkoły. Tak będzie lepiej i dla niej i dla ciebie. Koniec na dzisiaj. Zastanówcie się i przemyślcie sobie w domu – dlaczego uważacie, że Bóg jest miłością? A ty Eryku chodź ze mną.

Nie udało się siostrze Miłosławie przekonać pani dyrektor, że szkoła zyska pozbywając się Eryka. Nawet z katechezy nie mógł być zwolniony. Nie było nikogo, kto w tym czasie mógłby się nim zająć. Siostra naburmuszona wypchnęła Eryka z gabinetu, gdy byli na korytarzu szepnęła mu do ucha.
-Jeszcze będziesz „godzinki” śpiewał, ty pomiocie diabelski.

Babka Matylda nie ruszając się z miejsca była wszędzie. Tak się przynajmniej zdawało Erykowi. Wiedziała o wszystkich jego psotach i przewinieniach zanim jeszcze się wydarzyły. Pod tym względem przypominała Boga, na pewno nie Matkę Boską, której kilkanaście obrazów znajdowało się nad łóżkiem babki. Nie miała nic z madonny, ani dobrotliwego spojrzenia, ani łagodnych rysów. Nawet głos miała niski, jak stary pijak. Tym basem, połączonym z metalicznym jazgotem dzwonka w kształcie anioła, co rano budziła Eryka, do modlitwy. Odstawiała Serafinka na kredens (tak pieszczotliwie nazwała aniołka) siadała na stołku, podtrzymując się sękatą laską i słuchała. Każdą pomyłkę zapamiętywała sobie stuknięciem. I chociaż Eryk znał pacierz, to mylił się coraz bardziej. Nie przez złośliwość, nawet, to działo się bez jego woli. Czuł, że każdy jego ruch i gest jest obserwowany, każde słowo wnikliwie słuchane. I mówił, zamiast „błogosławionaś między niewiastami” – „błogosławiona między nami”, zamiast „błogosławiony owoc żywota twojego” – „błogosławionyś owoc żywota twego”. Kolana drżały mu na samą myśl o stuknięciach, które już usłyszał a przed nim było jeszcze najgorsze - „Wierzę w Boga”, w którym średnio mylił się dwadzieścia razy. Babka odmawiała swoje modlitwy wykonując jednocześnie karę. Łączyła przyjemne z pożytecznym. Podnosiła laskę i uderzała w siedzenie ciągle klęczącego Eryka, szepcząc – „i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

Pewnego razu Eryk ukrył się za łóżkiem. Ukrył się bez jakiegoś obmyślonego powodu. Ot tak dla ukrycia się samego. Obserwowanie innych w chwilach, gdy myślą, że nikt ich nie widzi było czymś przyprawiającym o dreszcz emocji. To w takich chwilach zacne matrony puszczają głośne bąki, ostentacyjnie wkładają sobie palce do nosa i zagłębiają się w nim, jakby naprawdę zamierzały coś tam odnaleźć. Eryk nie mógł wyobrazić sobie, co w takiej chwili będzie robić babka Matylda. Schował się i czekał. Przez dłuższy czas nic się nie działo. A właściwie działo się wszystko, to co zwykle. Babka robiła na drutach, chrząkała, podchodziła do okna, siadała, znów chwytała za druty. Kiedy znudzony, już, już miał wyjść, wtedy stało się. Babka podeszła do ściany. Do tej samej ściany na której dumnie prężyła się kolekcja madonn, od licheńskiej i gietrzwałdzkiej, po skrzyńską i świętolipską. Eryk leżący za łóżkiem dostrzegł dwie dłonie dotykające jaśniejącego w centrum oblicza jasnogórskiej panienki. Dłonie zdjęły obraz i za chwilę go powiesiły. Zamiast smutnego oblicza pani częstochowskiej, pojawiło się wesołe lico nieznanego pana. Sumiaste wąsy dyndały wzdłuż policzków, tułów pana pokrywał wojskowy mundur. Nie mógł to być ani Jezus, ani żaden święty. A jednak babka Matylda uklękła i zaczęła się modlić. Szeptała coś, wzdychając od czasu do czasu – Mój Boże! - Czyżby sam Bóg tak miał wyglądać?
Kilka dni później Eryk miał otrzymać lanie, w dodatku przy jednej z sąsiadek, która była takich widowisk zagorzałym zwolennikiem.
-Kładź się, czy trzeba wystosować do szanownego pana zaproszenie? – babka Matylda podwinęła rękawy.
Eryk wskoczył na łóżko i w jednej chwili przekręcił obraz. Wykorzystał chwilę zaskoczenia i rzucił się w stronę drzwi. Gdy był już bezpieczny, uchylił je i powiedział.
-A babcia, jak nikogo nie ma to się modli do wąsala.

Wieczorem podczas odbywania zaległej kary ( podwojonej za ucieczkę) Eryk usłyszał historie wąsala. To było najmilej spędzone lanie, jakie przeżył.

Wąsal był mężem babki Matyldy. Nazywał się Teofil Nagrabski i był partyzantem. Nie takim zwyczajnym chłopcem z lasu, ale partyzantem co się zowie. Nie poddał się nawet wówczas, gdy powszechnie ogłoszono wielkie zwycięstwo. Został na posterunku. Z biało-czerwoną opaską, z zapasem żywności uzupełnianym pod osłoną nocy, w rodzinnym domu. Gdy skończyła mu się amunicja postanowił kontynuować walkę w zmienionej formie, moralnej. Ludzie mieli go za wariata i po jakimś czasie przestali się nim całkiem przejmować. Dziadek Teofil kategorycznie odmawiał powrotu do domu, twierdząc, że obowiązkiem mężczyzny, jest walka, nawet jeśli wróg stchórzy, odejdzie, zostanie pokonany. Prawdziwy mężczyzna czeka, wiedząc, że w każdej chwili może nadejść nowy przeciwnik, trzeba być zawczasu okopanym, gotowym i czujnym. Na nic się zdały prowokacje bezpieki, próby przeczesywania okolicznych lasów przez połączone siły MO i SB. Jednoosobowy oddział Teofila Nagrabskiego wciąż działał. Dopiero zimą sześćdziesiątego siódmego odnaleziono jego ciało. Zastygłe na lufie karabinu palce, nie dały się oderwać. Pochowano go na siedzący, z bronią. Babka zapakowała mu do partyzanckiego wora kawałek tłustego boczku, chleb i butelkę bimbru. Kto wie, czy Teoś, w niebie, nie będzie próbował się okopać – powiedziała kończąc drugą „czterdziestkę”.

Opowieść o partyzanckich wyczynach dziadka Teofila Nagrabskiego miała też inną wersją, mniej patriotyczną. Według niektórych Teoś Nagrabski darł koty z Matyldą od pierwszego dnia, gdy katolicki ksiądz związał ich ślubną przysięgą na wieki. Eryk nie rozumiał o co chodziło z tym darciem kotów, w każdym bądź razie chodziło o to, że trudny charakter babki, tak wpłynął na dziadka, że ten wolał zostać partyzantem, chociaż wówczas Niemcy siedzieli jeszcze w swoim kraju i przez głowę im nie przeszło, żeby napadać na innych. Prawdziwa wojna stała się dla dziadka pretekstem, namaściła go w oczach babki, a przed wszystkim sąsiadów, którzy do tej pory nie mogli zrozumieć sensu wojny partyzanckiej. I babka miała lżej, bo już nie czerwieniła się mówiąc, że „jej stary w lesie”. Teraz mogła te słowa wypowiadać z dumą, mieć męża w lesie to było coś. To była nobilitacja i powód do noszenia głowy wysoko. Babce to zostało na zawsze. Nawet wówczas, gdy po wojnie na partyzantów zaczęto mówić – leśni bandyci. Nawet gdy urządzali przeciw nim obławy, kiedy na drzewach i płotach pojawiały się ogłoszenia z podobiznami. Fotografia dziadka również któregoś dnia zawisła na drzewie, ale nie na długo. Rozpadał się deszcz i wszystko się rozmyło – babka dostrzegła w tym palec Boży i powiedziała, że chociaż czas teraz diabła, to jest jeszcze Bóg na niebie.

Opublikowano

Jakby trochę słabsza od pierwszej. Nie podoba mi się zakończenie: jest chyba nazbyt rozwlekłe i nie za bardzo przystaje do reszty, chyba, że w kolejnej odsłonie ten wątek zostanie rozwinięty i jakoś to ze sobą powiążesz. Eryk, a właściwie jego wypowiedzi jest niezbyt wiarygodny- nie mówi jak szczyl z pierwszej klasy, lecz człowiek o dosyć wysokim poziomie wykształcenia.
Poprawić powinieneś szyk:...odstawiła Serafinka na kredens (tak nazywała aniołka). Kredens nazywała Serafinkiem?
Ale ogólnie mi się podoba.

Opublikowano

o, widzę Leszek ma takie same uwagi, jakie i ja mam :)

jedna literówka: alby dajmy na to splunąć = albo

no i ten aniołek, co chyba kredensem nie jest :)

osobiście wydaje mi się, że cały ostatni akapit jest jakiś, hmm ośmielę się użyć słowa zbędny. Skoro podczas lania opowiadała historię o dziadku Teofilu, to skąd ta druga wersja? Opowiadała dwa razy?

W kwestii czysto merytorycznej, jak babka mogła jednocześnie odliczać rzeczone czterdziestki i opowiadać o swej miłości? Ja bym się myliła :) Ale to chyba zdolna kobieta była i miała odliczone, hm, mogła też patrzeć na zegar i z sekundnikiem współpracować... no to tak, chyba się jednak da.

a siostra Mirosława udana :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Dziękuję za rzeczowe komentarze. "Eryk" jest w zamierzeniu próbą napisania czegoś dłuższego niż opowiadanie. Oprócz historii głównej pojawiają się historie poboczne. Dopiero teraz dostrzegam jakie to trudne, żeby się w tym wszystkim nie zgubić. Który wątek rozbudować, który skrócić.
Jeśli chodzi o dwie wersje życiorysu dziadka Teofila, to drugą Eryk usłyszał od kogoś innego, w innym czasie. I może rzeczywiście nie potrzebnie, ale chciałem dziadka odbrązowić.

Opublikowano

Doczytałam do gabinetu dyr. Super, moim zdaniem ma ten fragment więcej polotu od części pierwszej, doczytam kiedy indziej pozostały fragment i postaram się zrecenzować wszystko. W każdym razie to, co przeczytałam jest błyskotliwe. Pozdrawiam serdecznie.

  • 6 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         
    • @Somalija nie siedzę w polskiej polityce, lubię zagraniczne źródła na świecie:)
    • @Somalija w dobie demograficznej zapaści polityka nie może być antykoncepcyjna;)
    • Prolog Ten dzień Zapach parzonej porannej kawy towarzyszył ich codziennym spotkaniom przy stole. Omawiali wszystko co mają w planach oddzielnie. Nie mogli pominąć, rzecz jasna, jak to zrobić, żeby zostawić odrobinę czasu dla samych siebie. Mieli jeden zasadniczy “problem”. Nim byłam ja. Kiedy nastał dzień moich narodzin ich świat zmienił się nie do poznania. Choć fakt oczekiwali mnie, a nawet nie mogli się mnie doczekać. Mimo to stałam się dla ich ciężarem. Dla ich ducha korzystania z życia w pełni. Oboje stali się świeczką, która jest uderzana przez podmuchy wiatru. Nie miał kto jej jednak osłonić. Pozostała sama.  – Kochanie, wiem, ale nie mamy z kim zostawić Stelli. Za cholerę nie oddam jej w opiekę moich rodziców. – Rzekł w końcu, nie podnosząc wzroku znad ciemnozielonego kubka. Przytaknęła głową. W jej oczach dawno zgasła ta iskra, która go przyciągała do niej.  – Czasami się zastanawiam, czy decyzja o dziecku była dla nas dobra. Kocham ją szczerze, naprawdę, ale brakuje dawnych nas.  Przez jego przełyk przeleciał ostatni łyk kawy. Odstawił kubek do zlewu. Spojrzał się na moją matkę i zaraz wyszedł z kuchni. Zarzucił na siebie czarny płaszcz, wziął do ręki skórzaną teczkę, taką jak widziałam w bajkach, w których występowali lekarze i wyszedł z domu.  – Zobaczymy się wieczorem, Allison. – Rzucił na odchodne chłodnym tonem. Matka wstała mimochodem od stołu, popijając jeszcze kawę przeszła do salonu, gdzie odpaliła telewizor i pogrążyła się w oglądaniu tanich seriali. A ja? Byłam w starannie przygotowanym za czasu pokoju. Przyznam szczerze, że był przepięknie wykonany. Mama miała naprawdę do tego rękę. Nic dziwnego, przecież jest projektantką wnętrz. Natomiast Tata był znanym chirurgiem. Oboje byli podziwiani, a ja zginęłam w ich cieniu. Nie byłam sobą, a jedynie ich dzieckiem. Nazywanie się dzieckiem tych ludzi też jest na wyrost, bo nawet nie było mi nigdy dane, aby się tak poczuć. Ojciec wrócił około dziewiętnastej, ja przez cały czas jego nieobecności nie zamieniłam ani słowa z mamą. Razy, gdy z nią faktycznie rozmawiałam można byłoby policzyć na palcach jednej ręki. Tata usiadł przy kwadratowym i drewnianym stole w kuchni. Matka chwilę później do niego dołączyła. Szeptali.  – Wpadłem na pomysł. – Zaczął – Powinniśmy oddać ją do domu dziecka albo zrobić wszystko, aby tam trafiła.  Matka parsknęła śmiechem.  – Oszalałeś, Jack. – Odezwała się z uśmiechem na twarzy. – Poważnie mówię. Pozbędziemy się jej i odzyskamy to co straciliśmy. Alice, wyobraź sobie. Zawsze chciałaś pojechać do Włoch. Będziesz mogła to zrobić niedługo, zamiast za kilkanaście lat. To najlepsze wyjście z tej sytuacji. – Chwycił jej rękę i przyciągnął do siebie. Złożył pocałunek na niej. Przez cały czas wpatrywał się prosto w oczy mojej matki. – Zostaw. – Wzięła rękę – Daj mi spokój. Od kiedy nie uprawiamy seksu, stałeś się nieznośny. – Nie przesadzaj. Mam ochotę, to ją ci sygnalizuję. – Powiedział niższym głosem. Moja matka wstała i opuściła kuchnię. Zniknęła za drzwiami sypialni, które zamknęła. To czysty sygnał, że tego dnia ojciec jest zmuszony spać na kanapie.  Z ust ojca wyszło jedynie przekleństwo. Było skierowane do mnie. Byłam pewna. Jego wzrok mnie przebił.  – Do pokoju. – Warknął do mnie.  Nie miałam innego wyboru niż tylko go posłuchać. Zamknęłam za sobą ostrożnie drzwi. Tata był zdenerwowany. Nie wolno go bardziej denerwować. Jedna z najważniejszych zasad w tym domu. Kilka miesięcy później  Moja mama zabrała mnie dziś do pracy. Pierwszy raz w moim życiu poczułam się jak jej córka. Moje serce nie mogło przestać dudnić przez całą drogę w obie strony.  Oglądanie mojej mamy, gdy pracuję było jedną z najprzyjemniejszych momentów spędzonych z nią. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak operowała swoją wiedzą. Łączenie kolorów w taki sposób, żeby pokój zdobył do nie rozpoznania wygląd. Wtedy już zrozumiałam, że kochała tą pracę.  Relacja z tatą uległa też zmianie. Wczoraj przeczytał mi książkę. Kochali mnie. Upewnili mnie w tym. Szkoda, że tylko w tym okresie mojego życia. Nikt nie przewidywał, że wszystko się rozsypie za sprawą sytuacji. Jechałam z mamą. Z rąk wypadła mi lalka, którą otrzymałam od taty na jedenaste urodziny. Pamiętam jego radosne oczy, gdy przekazywał mi do ręki, a szczególnie kiedy chwalił się wszędzie i wobec, że sam ją uszył. Próbowałam podnieść zabawkę bez odpięcia pasa, ale nie byłam w stanie, więc odpięłam go. Moja mama coś do mnie mówiła, ale nie skupiłam się nad laleczką. Musiałam ją podnieść. To wyjątkowy prezent od rodzica. Nie powinnam pozwolić wtedy, aby upadła. Nigdy by do tego nie doszło.  Następne co pamiętam z tamtego dnia były migające w przerażającym tempie światła dużego samochodu, przypominał mi małą ciężarówkę, którą bawił się jeden chłopiec z mojej szkoły. Potem siedziałam z tatą w długim i chłodnym korytarzu. Z obu stron były zielone drzwi z metalową i okrągłą klamką. Na prawo były ogromne i szklane drzwi. Przez nie wyszła kobieta w białym fartuchu. Mój tata wstał z krzesła, przyczepionego do ściany. Kazał mi zostać na miejscu. Posłuchałam się go. Nie chciałam go denerwować.  Kiedy tata rozmawiał z kobietą, ja rozglądałam się po korytarzu. Zastanawiałam się, gdzie moja mama. Ojciec mówił, że niedługo wróci. Co wydawało mi się dziwne w tamtym momencie. Matka leżała na takim fajnym łóżku na kółkach. Spała przecież i zniknęła właśnie za tymi drzwiami. Pamiętam, jak moja głowa zaczęła tworzyć historyjki. Pierwsza z nich była o tym, że mama została podmieniona i stała się tą kobietą, która stała przed moim ojcem. Co wydawało mi się prawdopodobne, bo kobieta dotykała tatę po jego klatce piersiowej, tak jak moja mama robiła czasem. Z jednej strony nawet mi ją przypominała. Blond, długie i faliste włosy i rozległe piegi na twarzy. Do tego te urocze złote okulary.  Wreszcie tata podszedł do mnie i kazał zejść z krzesła. Kobieta przy nim była. Schyliła się do mnie i powiedziała słowa, które mnie wbiły w ziemię. Stałam tam przez chwilę, jakby mnie zamieniono w kamień, jak to bywało w bajkach.  – Nie martw się dziecinko, mów do mnie mamusia.
    • @Migrena   "Miłość to nie ogień, to ciepło które zostaje gdy przestaje się umierać" – to jedna z najpiękniejszych definicji miłości, jakie czytałem. Cały wiersz jak raport medyczny duszy. Precyzyjny, kliniczny język, a pod nim - drżenie. Hipotermia emocjonalna i ktoś, kto przywraca krążenie. Świetny!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...