Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest mi bardzo miło ogłosić nowy konkurs na www.poezja.org, Tym razem będą trzy nagrody (za co należą się serdeczne podziękowania Oxyvii)

1. Miasto - zbiór wierszy i opowiadań Oxyvii, Joanny Iwanickiej i Barbary Szafrańskiej,
2. Odbicia - almanach wierszy i opowiadań grupy literackiej Terra Poetica,
3. Słowiańska woda pamięci - antologia z XXIV Ogólnopolskich Literackich Spotkań Pokoleń w Kruszwicy.

Tematem przewodnim będzie "miasto". Styl tym razem dowolny, regulamin jasny i przejrzysty jak ostatnio - wklejamy po jednym wierszu, do końca październiku, jury oceni je i poda wyniki do 10 listopada.

Skład jury:
Michał Kiliński
Grzegorz Gniady
Pijaczyna OK

z pomocą:
Kaliope X

Ruszamy!!!

Opublikowano
Miejskie


z obserwacji miejskich

miasto przypomina
wielkie imadło
na wrażliwość

interesy kwitną
jak zaskoczone
jabłka na
gołych jesiennych
gałęziach jabłoni

druga twarz zieleni
ciemnieje
pod szarówką nieba

latarnia aniołem na ćmy
i głupia nocna lampka
jest mi bardziej światłem
od bazgrania

pan Dymarczyk
maluje pejzaż miasta

siedzi na gałęzi
wierzby pod teatrem

życie nie teatr
panie Bonifacy
życie nie...

pan wie
pana pobili

tak wyginęli
genius loci
tego miasta

jak zaskoczone jabłka w sadzie
na jabłoni
Opublikowano

Pociąg

Słońce paliło oczy
mleczną nieba rozetą.
Pejzaż ciosany, cicho odchodził
w zaspane białe echo.

I ty rzeźbiarzu
(niepodobny obłokom)
stałeś patrząc na place
falujące w płomieniach wysoko.

Przystanki drzew zamarzały
odarte z puchu
Mrówka na iglicy konała
podobna powiece zbyt krótkiej
I szary szum porastał dzwony
zamiast gołębi, które uśpione
Czekały daremnie jutra...
chociaż nocy...

Wosk ci w ceglanych palcach spłonął

Jesteś jak ten plac
tylko serce masz spuchłe
glinę w żelazny sennik wklejoną
i rozpryśniętą w pędy twarz...

Opublikowano
Dotlenianie w Hirschberg

Ktoś potargał wszystkie klony
ludzkim krokiem bezimiennym,
most nad Bobrem pomarszczony
- cały w barwach rdzy - jesienny.

Domy, wozy, trotuary,
grube ryby i żebracy.
Jakie miasta są zamiary,
skoro obcy obcym tacy?

Tynkiem muru zawinięci,
zapędzeni w minę Muncha.
Tutaj wszyscy wszystkim święci
- ale jakby w marność ducha.

Jak wyznaczyć pewne kroki
nocnym chodem - tak niewiernym,
gdy wśród ulic mętne zwłoki
pełzną z melin do tawerny?

Żeby wygrać swe igrzysko
trzeba upaść bardzo nisko...
Żeby ludzie ludziom bliżej
- trzeba upaść jeszcze niżej.

Jak swe rany tu zabliźnić?
Jak, co, komu to tłumaczyć,
gdy bez naszych własnych bliźnich
- żadne miasto nic nie znaczy...
Opublikowano

Bawimy się dalej? może nie rymowany, ale trwialno- niewiadomojaki, wieć może się wstrzele w jakąś kategorię:

Kiedyś cała ta Ziemia
zarośnie jak trawą
domami

(. . .Bangalore. . . )

wiosek nie będzie
pozżerają je miasta

(. . .Bangalore. . .)

ogromne metropolie
na ludzkich zgliszczach

(. . .Bangalore. . .)

pewnie znajdzie się mądry ktoś
z nową jednostką
zrobi nam przyjemność
zrachuje ten koszmar

(. . .Bangalore. . .)

jest jednak nadzieja
że ludzie zapomną
jak krzesi się ogień
wtedy upadnie
nawet Bangalore

Opublikowano
Portret z rzeką

puste mosty jak klamry
spinają dwie części miasta
choć brzegi nie chcą połączenia

rzeka wije się jak zaskroniec
złapany w potrzask

dzisiejszy beton i szkło
walczą z wczorajszą cegłą
i spleśniałą dachówką
rdza aut wtapia się w brąz
leżących liści

lewa strona miasta świeci czystością
tysiącem neonów
woda połyka kolorowe światło

przeciwległa część jak czarna mgławica
leży w ciemności

nocą nad całym rozciąga się
fosforyzujące niebo
w dzień ta sama zmęczona jasność
po obu stronach
mieszkają nieszczęśliwi ludzie

Opublikowano

los rzucił mnie w miasto
bloki ulice parki
choć duże czasem
wejdzie się w Ciasną
zapuści w zakamarki

przejścia rozpozna nieznane
skróty dziwnie tajemne
którymi złodziej ucieka
a czasem gra się w szukane

inna jest w mieście wiosna
mniej świeża niż ta na polach
mniej syta i mniej pachnąca
jak zupa odgrzana od wczoraj

lato też bardziej gorące
spłynie lodem po rękach
zdyszane się rozkołysze
w kobiet barwnych sukienkach

niejedna miłość tu się zagubi
niejedna miłość odnajdzie
bo jakoś tłumniej tu ciaśniej
i tęskniej bywa też bardziej

Opublikowano

Moje

stary park w centrum miasta jak zawsze gościnny
dęby pamiętające wojny zawieruchy
ukłonami zapraszają nas szeleściwie
ławeczki szepczą :usiądź dodamy otuchy

rzeka wciąż szemrząc podpowiada : unieś głowę
wysoka skarpa średniowieczny mur obronny
za nim fara strzelista zachwyca budowlą
artyści trudzą się malując cegły dzwony

rynek wokół uliczki wąskie jak paseczki
przechodnie ocierają się o siebie i wpadają
uśmiechają beztrosko bez żalu zaczepki
co w gości przybyli starówkę podziwiają

osiedla te wysokie i niskie przykuwają
ciekawskich oczy architekturą bo piękna
zielenią topi się dokoła już od maja
zalotnych świateł błyski stopu na zakrętach

gdy zmierzcha włącza się sodowe słońce ulic
tak mocą w noc lśni niczym w bajce moje miasto
już nie zamienię go na inne nigdy za nic
a strudzeni ludzie ludziom ślą mile dobranoc

(panorama)

Opublikowano

Miasto...

Miasto moje
wciąż się zmienia
Patron Miasta
zmienił cokół
stanął dumnie
przy Ratuszu
z skwerku się
wyłonił mroku

Odnowiony
odświeżony
opłukany
letnim deszczem
w blasku ulic
rozświetlonych
wierzy że to
sen jest jeszcze

A na skwerku
gdzie na spacer
wielu mieszczan
chętnie chodzi
wszyscy widzą
wszyscy wiedzą

wreszcie się
fontanna rodzi

Planowana
wyczekana
wodnym szalem
skwer ozdobi
tchnie wilgocią
w gardło smoga
i gorące dni ochłodzi

- 2007 -

Opublikowano

Ten co rozmawia z drzewem nie potrzebuje wcale psychiatry!
Niestety, sporo ludzi uważa inaczej (powiedział kiedyś znany ktoś)
I właśnie to mnie martwi, że nie mam za bardzo z kim pogadać, idąc przez miasto:(

Na zawsze w sercu Kielecczyzna
Mą sadybą, ojczystym domem
Tu każdy zabytek jak numizmat
Z dumą reprezentuje ikonę

Buta miasta, wizytówka
To zieleni ogromne zasoby
Oraz Kadzielnia i Karczówka
Nasze rezerwaty przyrody

Ach Kieleckie jakie cudne!
Ciężko Markowi nie przyznać racji
I choć drogi mamy nierówne
Nikt tu nie myśli o emigracji

Jednakże jest coś, co mnie złości
Co mnie w nocy, ze snu wyrywa
To urbaniści i ich skłonności
By lokować, tu swoje aktywa

Betoniarka niczym buldożer
Chce nam zmajstrować Amerykę
Paszoł won! Przyrody cenzorze!
Bo nam spartolisz estetykę!

Niewzruszona, cement wylewa
Niwecząc pasma bujnej zieleni
A ja lamentuję, ubolewam
Bo nie mogę tego przerwać, zmienić

Pamiętam liście na deptaku
Kiedy jesień ogarniała miasto
Dzisiaj cierpię z powodu ich braku
Bo już nie jest tak drzewiasto

Przynajmniej cieszy się ikea
Będzie mieć materiał na meble
A takie śliczne stały drzewa
Jeden przy drugim, równolegle..

Urbanizacja matką rozwoju!
Rzekł w TV jakiś mądrala
Posłuchaj mnie rządowy gnoju!
Miasto - to nie miejsce dla drwala!

Opublikowano

Miasto

Iść, zwiedzać, wspominać -
tyle pięknych chwil które
były, będą, są.

Nawet ponura kawiarenka -
ta gdzie pierwsze spotkanie
tak owocne.

Nawet szary dworzec -
brudny dworzec
opowiada historię.

Nawet szare drzewo -
co dużo widziało
tak mało mówi.

Kąt, dom, kamień, rzeka -
i inne dogmaty miasta
szepczą nieustanie
historię sprzed lat...

Opublikowano

brzęczy i chrzęści rozgrzana życiem machina
tonem plugastwa rozpędzonych bezimiennych
od brzasku do brzasku me miasto nie zasypia
turkocząc na kołach świat marzeń nie spełnionych

zmieniają krajobraz społeczną nową falą
robotnik - pijak - matka z dzieckiem - niznany gach
kanciaste figury to płoną to znów gasną
jak wieczne czuwanie zniczy na ich cmentarzach

gęsty zapach smogu osiada na powiekach
poranną kawą cucimy własny rozsądek
ja na monocyklu słów przyspieszam - uciekasz?
mała zębatka - dziecko - pisk opon... to koniec!

Opublikowano

Melancholia ulicy

Ulice miasteczka które pamiętam
miały aurę z płótna de Chirica
domy ubrane w pióropusz dymu
witały cieniem zbłąkanych przechodniów
przydrożne drzewa kusiły owocem
kot na ganku grzejąc futro
szeptał sjestową mantrę

Ulice miasteczka jak szlaki pielgrzymek
zbiegały się u stóp kościoła
gdzie dzwon mierzył regularnie trans
między pianiem budzika a nieszporami
(tylko dziewczynki biegnącej za kółkiem
nie można było spotkać)

Opublikowano

Wolin 2006


Miasto.Miasteczko.Pustynny krajobraz.
Jak wielbłąd przemyka widmo zagłady.
Zlikwidowano wszystkie zakłady.

Poranek.Zwyczajny.Taki jak wiele.
Martwą ulicą przetacza się nuda.
Żadnego Boga w kościele.

Drzewa zastygły,nie trąca ich wiatr.
Zegar idzie na ósmą.
Zbankrutował czas.

Powietrze duszne.Bez ptasiego śpiewu.
Jabol trzy pięćdziesiąt.
Nabywca-zaśpiewa.

Chodnikiem płynie osada sprzątaczek.
Wiosłują słowami.Ostrożnie.
Wypłata gówniana,inaczej nie można.

Na targu warzywa i owoce.
Jarmark tego co możliwe.
Ale po co.

Iwona.Jedyna w mieście oaza.
Niedostępna jak zaświaty.
Nie przeszkadza.

Wszyscy już wiemy.Nic tu się nie zdarzy.
Burmistrz to olewa.
Jest szeryfem bez skazy.

Głos muezina z kościelnej wieży.
Czy wierzyć w Pana Boga ?
Czy Pan Bóg - w nas wierzy ?


Opublikowano

"Bezmiastowy"

Ma je ten pan, ma je tamta niewiasta,
ma żul, makler, ma literatury znawca.
Moje życie co dzień goryczą zarasta,
bo ja nie mam swojego miasta.

Kartony, bilety, pożegnania i parapetówki.
A ja chcę mieć gdzie kupować ulubione parówki!
Swój dom, adres, park, cokolwiek,
ja, mam tylko ciężar swoich powiek.

Wciąż nowe uliczki, sklepy, urzędy i bzdety,
obce sąsiadki, języki, żarty i nawyki.
Dość!
Obojętne mi,
może być u Wikingów, u wuja Sama,
tam gdzie zielono, gdzie wielka tama,
u św. Patryka lub w grodzie Piasta.
No gdzie?
Ile mogę żyć bez swojego miasta?

Boże, czy Tobie się to kiedyś znuży?
Gdzie kres mojej podróży?
Ile mam jeszcze szukać, latać i płakać?
Moje życie zaczyna łzami przemakać!
Gdzie przyjaciele?
Czemu zmienia się ciągle tak wiele?
Czemu nie znają mnie w tym kościele?
Błagam! To przecież tak niewiele!

Chciałbym tak zwyczajnie, normalnie,
spokojnie i konwencjonalnie.
Wyjeżdżając,
móc jak ten pan, jak tamta niewiasta,
zostawić serce pod adresem mojego miasta.

Opublikowano

Nocmia

jestem ciekawa, jak mnie zapamiętasz,
gdy będę przeszła w ulice i skwery.
stanę się częścią osobnego miasta,
czy przejdę w nuty z łabędziej opery,

czy miniatury brązowych krasnali,
a we współczesnym skrzepnę horyzontem,
lub pod pręgierzem, jak bezbożne panny,
gdy prawi szydzą, dumni samosądem,

aż utknę w windzie, co nigdy nie wiozła
na siódme niebo zgłodniałych kochanków,
tuż przy fontannie - kropla w rynku, rosa,
osiądę chłodem na siódmym przystanku.

czy tylko w światłach, w drodze do nankiera
wtopię się w przepaść czarno-białej zebry?
wśród miejskiej, szklanej, dusznej menażerii
będę na głównym przy kasie MIESIĘCZNY.

10. 10. 2012.

Opublikowano

MIASTA CZAR

Wielkie miasto ludzi wielu
Dużo świateł mało tlenu
Mnóstwo ludzi dookoła
Już od tego boli głowa
Żagle tablic i bilbordów
Rozpraszają tych przechodniów
Ci odważni w wiecznym pędzie
Gonią za tym co nadejdzie
Pan z walizką buta wiąże
Pani z wózkiem zaszła w ciąże
Chłopiec biegnąc po kebaba
Chcąc ominąć panią, uderza w pana
TY stoisz gdzieś próbując zniknąć
Chcesz wyjechać gdzieś na stałe
I marzenia spełnić małe
Bezsens w bezsens jest ubrany
Ty nie widzisz złotej bramy
W tymże mieście tak ponurym
W melancholii marnej bzdury
Mówisz miasto srogie miasto złe
A to miasto wiele chcę
Podarować Ci malunki
I uśmiechów pełne trunki
I nie zrażaj się do niego
Ono wznosi tylko w niebo
Tańczyć Cię nauczy w parze
Ja go skarcić nie odważe
Nagle czujesz że coś w brzuchu
Ciągle lata dręczy kłuję
I tak mówisz już w bezruchu
Że te miasto Cię czaruję
Opublikowano

Moje miasto

Zmrok przetoczył się ulicą
tak leniwie, ociężale,
przywitał się z wieczornicą,
przy ratuszu siadł ospale.

Jak mgła schodzi dzień oparem,
gaśnie taki umęczony,
księżyc wisi nad bulwarem,
i mrugają już neony.

Moje miasto sennie ziewa,
cichną domy, kamienice,
dookoła noc dojrzewa,
pustoszeją już ulice.

Jeszcze tylko przy Klasztornej
amfiteatr kończy właśnie,
satyryczny cykl wieczorny
i niebawem on też zaśnie.

Na ratuszu zegar bije
w nocnej ciszy północ głosi
do księżyca pies znów wyje
jakby z żalem o coś prosił.

Moje miasto już się budzi,
wschodzi słonka promyk złoty
na ulicy widać ludzi
już się spieszą do roboty.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...