Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

tylko nie bierzcie tego powaznie, doza ironii musi byc ;)) (chaos zastosowany w tym opowiadaniu jak najbardziej zamierzony)



Urodzony ponownie w letni wieczór na śnieżnobiałym, laboratoryjnym prześcieradle. Niemowlę z odzysku, nakarmione swoistym eliksirem ożywienia, nabrało koloru, jak za dawnych lat. Można by rzec, że było bardziej wyraziste i nieprzeciętnie zaangażowane w umiejętne stawianie wielkich kroków z dziedziny ofiarności i dzielenia się swoim dobrem niż kiedykolwiek. Można byłoby rzec Chrystus zawitał nowe progi, lecz to nie do końca tak. Dary dzielenia się i nie przenikniętej dobroci doświadczyłem rodząc się ponownie. Doświadczyłem ich dotykiem, szeptem, zachodem słońca, płaczem, milczeniem, upojną nocą kojarzoną ze świętem betlejemskim. Doświadczenie nowego życia, narodzenia się jakby ponownie, był owy gest miłościwy i co warto podkreślić, dużo wcześniej czułem, że umieram, aby narodzić się tylko z powodu okoliczności zaistniałych jeszcze dawniej. Opowiadała mi wiele razy o moich narodzinach, często brała mnie na ręce, początkowo było tylko serce pulsujące tempem galopu dzikich mustangów. Opowiadała jak wyrastały mi pierwsze uczucia, pachniały kwiatami zapomnianymi przez słońce, co w efekcie objawiło się szeroką gamą zapachów, rozchodzących się po okolicznych wioskach. Opowiadała o mgle nad Wisłą, co prawda pieniła się, ale mgła poranku tliła moje oczy. Budziłem wtedy pierwsze układy trawienne, pochłaniając jej zapach ciała i feromonów. Niewątpliwie jej zapach był najważniejszy, kiedy spałem, nieświadomość oddalała swoje ukryte zmysły od rzeczywistości. Każdy jednorazowy ruch, szept równomiernego oddechu docierał do moich zmysłów tak obficie wyczulonych... Tak, dzięki niej dzień trwał tak długo, pragnienie nęciło noce z milionem błysków w czarnej otchłani... Na świętą pamięć, jej każdy ruch powieki, myśl nieznana, skłony wdzięczności, te ręce powlekane delikatną, aksamitną skórą, to milczenie w duchu, krzyki sprośnego id. Pamiętam, wszystko, odbijało się w mętnej rzece, kiedy na łonie wilgotnej trawy smaganej wilgocią, wieczorną rosą, całowaliśmy się, a nad głowami czuwał księżyc. Zaplątałem zmęczone palce w puszystej kępce włosów koloru młodego dębu, wtedy poczułem ze śmierć jest blisko. Umierałem powoli i jakże niecierpliwie, kąsany nadzieją, przedzierałem się przez żółte tła oblicza nicości. Byłem sam, nikt nie widział, nikt nie śmiał słyszeć, tym bardziej uwierzyć w stos procesów zachodzących w czasie końcowego stadium śmierci. Płakałem, czułem w ustach każdą łzę, smak, wrażenie i sens połykanej łzy - słodko, kwaśno, cierpkawy... tak, zupełnie jak herbata babci Lusi... to była herbata babci Lusi, teraz już wiem... z opowieści wiem też o stanach nieświadomości trwającej jakiś okres... Tak opowiadała mi. Już o tym nie wspomina, bo uważa, że zupełnie nie warto pamiętać coś co nie nadaje charakteru i kształtu naszej egzystencji w jedności, spojonej wzajemną magią. Nieświadomość, tuż przed narodzinami, wiedziałem, że będę nią opętany. Wiedziałem, że już niebawem dotknę twardego gruntu, samodzielności fizycznej, wspomaganej jej dobrem i ciepłym dotykiem, obecnością. Ktoś odważył się rzec, że miałem już oczy pokryte jasnoniebieskim bielmem przenikającym w zupełnie błękitne gałki oczne pełne świadomości. Ważnym momentem było odróżnienie dobra od zła, kiedy moje stany świadomości egzystencjalnej zaczęły nabierać kształtów. Był to o tyle ważny moment, że o mało co nie umarłem ponownie, tym razem bez odwrotu. Dotykałem wtedy podłogi bardzo dokładnie, leżąc na plecach opierałem pięty o lustro. Co się wydarzyło? Wiem, że na moje wieczne szczęście przeżyłem, a co dalej? Pojęcia nie mam. Prawdę mówiąc, nie potrafię tego określić, nazywamy to magią. Włada nami magia kolorów tęczy, magia dobra i jedności, magia odrębności, podzielności świata na NAS i resztę cieni, czasem subiektywnych i zazwyczaj zupełnie neutralnych. Magią jest dotknięcie siebie, szeptem ciepłym jak krew w swej pierwotnej czerwieni. Magia jest dla samej magii, żyje dla siebie, by samą siebie móc aprobować, zachęcać do działania. Nie pozwala się określić, nie pozwala się zbadać... Nam zupełnie jest to nie potrzebne, czerpiemy z niej korzyści czysto psychiczne, jako spójnik, suma nas dwojga, która nigdy nie będzie się równać dwa. Suma to wszystko, to my - magia ona i ja - wszystko. W czasie pewnej (jawnie nazwanej przez siebie samą) nieświadomości trafiłem do ogrodu. Ogrodu, który skupiał w sobie rodzajowość i typowość wszystkiego co istnieje w świecie. Podstawa jako woda i ląd, okoliczności jako pejzaże górskie i ozdobne lasy, zbędność jako ludzie milczący. Do ogrodu tego wszedłem dosyć spokojnie i odważnie, wiedziałem, że spędzę tu jakiś czas, musiałem się zaaklimatyzować... Stąpałem po ziemi delikatnej, jak piaskowe pyły rozwiane chłodnym wiatrem z południa, ciosane pasatami... Wtem zobaczyłem ją, wąchała tęczę, głaskała purpurę i błękit zanurzyła w oczach. Spojrzała jakbym wołał, prosił o życzenie, jej oczy nadawały sens niebu, a dotyk uśmiechem czułem tuż koło kości policzkowych, pozbawiał sensu istnienia słońca. Znaliśmy się, znaliśmy się od zawsze, wtedy kiedy umierałem, całowałem ją i plątałem palce w jej włosach, ona otwierała wrota świadomości, zainicjowała przebudzenie. To jej oczy odbijały się błękitem w bielmie mojego wczesnego nieprawidłowego funkcjonowania. Czy można ufać pamięci? Tak, myślę, że pamięć, wspomnienia są nieodłącznym elementem naszego życia w „sumie” NAS dwojga, całości, jedności nie podlegającej żadnym korozjom, rozszczepieniom. Jak wielką krzywdą wyrządzoną przez los, czy też naturę jest wydanie na świat syjamskich istot. Owa postać niewiniątek jest ujednoliceniem dobra i poważania życia przez siły wyższe, których okiełznać nie jest wstanie nawet serce pełne miłości i wiara pełna horyzontalnych dobroci skierowanych w otchłań bram niebieskich. Jesteśmy syjamskimi dziećmi, scalonymi magią o której wyrażać się mogę tylko jako magia wszystkiego, gdyż kto pragnie zrozumieć ową magię, ten nie chce poznać jej wcale. Śmierć samotności, tak mogę rzec na temat swojej egzystencji w czasie rozkładania się, gnicia kiełkujących wyobrażeń, związanych z pogrążeniem i nienawiścią do życia. To było rozpamiętywanie dwóch skrajności, gdyż istnienie moje, w pojedynczym egzemplarzu, przysłaniało mi wszelkie horyzonty błękitów, nadawało jedynie wyraz fałszu i obłudy. Natomiast skrajność dotycząca pojawienia się magii, jest czymś w rodzaju dwuznaczności życia. Jesteśmy dziećmi syjamskimi, radujemy się tym każdego dnia, każdej minuty, każdej nocy sklepieni w pozycji oswojonego konia i niewinnego jeźdźca gnającego przez nasze wspólne życie. Nie dotarliśmy daleko, docieramy dopiero do obłoków piętrzących się roztargnionymi chwilami nie zawładniętymi przez magię. Daleko natomiast dotarły nasze zmysły i serce uzbrojone w armię wdzięczności i zrozumienia. Gdy się urodziłem, nie potrzebowałem słownika, mowy, nie potrzebowałem zmysłów interpretacyjnych, aby poznać intencje, sens spojrzeń pod wachlarzem uroku, języka miłościwego serca. Zbliżyła się, dotykając głęboko moich zakończeń nerwowych, tuż koło rdzenia wrażeniowego, który jeszcze nie był obudowany korą mózgową, pomimo to czułem w dotyku każdą jej myśl i intencje. Potrafiła dotykać tak wrażliwie, z niezwykłą delikatnością – nadałem jej symbol Matki Aksamitnego Dotyku. Czyżby to było kolejne rozpamiętywanie chwil, którymi żyłem od zawsze, nawet wtedy, kiedy dławiła mnie samotność tuż przed śmiercią. Od zawsze również znałem jej barwę głosu, która rzetelnie i z niezwykłym oddaniem i wiernością w połączeniu z wyrazem szczerości wydawała różnorakie dźwięki. Jednym z najwspanialszych, zaliczających się do magii wyrażeń, było wyznanie miłości, lecz miłości nie tej powszechnie znanej, hańbionej, nadużywanej, tłamszonej przez etykę i fizyczność nachalną, ale miłości ofiarnej bazującej na wszechświecie otaczającym NAS, jako istoty odrębne od wszystkiego co wszechświat tworzyło. Wszechświat w jej i moim rozumieniu był czymś w rodzaju zbioru rzeczy mających magiczny wyraz i dźwięk, magiczny dotyk i spojrzenie. Wszechświat w naszym rozumieniu był zbiorem elementów takich jak wszechświat materialny, wszechświat wyobrażeń i uczuć pozwalających się określić jak i tych nieokreślonych. Magia naszego życia, funkcjonowania była jak religia. Nie ma bogów, czegoś kto jest nad nami. Nad nami jesteśmy my, jest nasza miłość w imię której żyjemy, w imię której budzimy się objęci w splecionych dłoniach. Czymże czyniony jest chaos mojego przekładu tego wszystkiego co przełożyć się nie da? Czymże jest chaos myślowy? Chaos koncentrowany jedynie na roli naszej syjamskiej egzystencji? Czy objęcie wszystkiego w dłoni, uczynku, spojrzeniu, czy chociażby sercu pełnym trosk jest możliwe? Oczywiście, że nie! Chaos jest po to by go nie układać, wszystek jest po to by go nie obejmować, serce jest po to by kochać, MY jesteśmy po to by żyć, pisanie jest po to by wiedzieć. Wnioskować można z rozdrażnienia umysłu, gdy ukochana spogląda przez ramię, a ja kończę chaos by ją pocałować.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...