Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Parapetówa u biznesmena Svena? Niczego takiego nie było w talii moich doświadczeń. Pamiętałem nasze imprezy w akademikach, ogniska na kopcu Piłsudskiego czy Zakrzówku, ostre picie na dyskotekach, Plantach i w Parku Jordana, lecz „parapetu” u żadnego z moich przyjaciół jeszcze nie przeżyłem. Facet zniknął mi z oczu dawno temu i zajął się interesami na skalę, o jakiej mogłem jedynie wyczytać w książkach. Ale że takich książek nie czytałem, pozostało mi zobaczyć to na własne oczy.
Byliśmy z Martą chyba jedyną parą, która na Wolę Justowską zajechała autobusem. Na miejscu okazało się, że podobny poziom prezentuje także Bartek – on postanowił zrobić sobie półgodzinny spacer i przyszedł piechotą. Zawsze podziwiałem jego absolutnie niepowtarzalne „widzimisię”. Kiedyś jechaliśmy wynajętym autokarem na wielką imprezę do Warszawy. Na Służewcu czekało darmowe piwsko, żarcie i możliwość zarwania fajnych panienek. Nagle, na stacji benzynowej gdzieś pod Kielcami, Bartek stwierdził, że ma świetny pomysł na etiudę filmową, potem po prostu wysiadł i poszedł na autostop do Krakowa. Innym razem nie mógł podjąć intratnej pracy, którą mu proponowałem, bo akurat szedł do kina na film, jakiego już nigdy więcej mogło nie być na polskich ekranach. Mylił się. „Amores Peros” pokazywały wszystkie kina, potem różne kanały telewizyjne, ale ważniejsza okazała się jego wolność. Miał swoje priorytety i stawiał je ponad barierami narzucanymi przez rzeczywistość. Gdyby był inny, pewnie byśmy się tak nie przyjaźnili.
Wyglądając przez szybę sunącego autobusu, uświadomiłem sobie, że Sven był właściwie skazany, by tutaj mieszkać. Ilekroć wybieraliśmy się latem nad zalew do Kryspinowa, pokazywał mi kolejne pojawiające się posesje, ich niezwykłą architekturę i przepych. Powstawały jak grzyby po nocnej ulewie, a każda następna była bardziej wyszukana i okazała od poprzedniej. Paru moich klientów miało tutaj domy lub siedziby, toteż doskonale wiedziałem, jakie pieniądze wchodzą w grę.
Od przystanku do nowego domu Svena dzieliło nas kilkadziesiąt metrów. Zerknąłem z ukosa na Martę. Rozglądała się, nie kryjąc fascynacji snobistycznym wyglądem okolicy. Zrobiła się na bóstwo. Spędziła tyle czasu w łazience, że w razie ataku biegunki, musiałbym biec do sąsiada. Kiedy wyszła, wydawała się być inną kobietą. Włos na żelu, nos w pudrze, oczy w tuszu, policzki na czymś samoopalającym, mini i bluzeczka pozostawiająca powierzchnię kartki papieru na intymność – krótko: faceci na kolana! Od siebie dodam, inni faceci. Mnie ani zniewalała, ani fascynowała. Cieszyłem się, że czuje się dobrze i to wszystko.
Pod domem Svena, nabrałem ochoty, by zwiać stamtąd w cholerę. Jeśli miałbym wybierać klimat wieczoru, z pewnością zawitałbym do jednego z pubów, ale słowo się rzekło.
Kiedy rozglądałem się po otoczeniu, w głowie brzmiała mi barokowa muzyka – brakowało tylko fachowego opisu spikera z offu, który objaśniłby szczegóły historyczne i architektoniczne okolicznych budynków. A byłoby o czym opowiadać, bo każdy projekt wykonywał inny specjalista, inkasując proporcjonalnie dużo kasy do oryginalności projektu. Marta przyglądała się temu wszystkiemu z zachwytem. W każdym centymetrze wdychanego przez nią powietrza było tyle samo bezsilnej zazdrości, co w wydychanym goryczy.
- Ej, Marta – burknąłem – Łysy z Legii Cudzoziemskiej ani fałszywy artysta ci tego nie dadzą. Co cię pcha do takich jak my?
- Sama się zastanawiam.
Pokazałem jej żartobliwie język i wstrętnym, seksistowskim gestem klepnąłem ją w tyłek, żeby wreszcie ruszyła schodkami na górę. Poszła, kręcąc nim prowokacyjnie. Jeśli o mnie chodzi, nie ma na świecie nic bardziej podniecającego, aniżeli kobieta wchodząca po schodach. Może być naga, może mieć spodnie lub spódnice, byle można było uchwycić to kołysanie bioder.
Otworzyła nam Sylwia. Zza jej pleców padał na wchodzących silny strumień światła, dający jej poczucie przewagi nad każdym, kto przychodził w gości. Cmoknąłem ją w dłoń, wspominając czasy, gdy wywijałem jej ciałem w tańcu, próbując jednocześnie zapanować nad wszechogarniającym popędem seksualnym. Szok był dość mocny, bo oto stała przede mną bladolica księżniczka, na którą normalnie nie zwróciłbym najmniejszej uwagi. Wysadzana czymś świecącym sukienka z ramiączkami sięgała kostek, chłodny makijaż sprawnie skrywał uczucia, uczesanie budowało stosowny dystans.
- Dawid. Miło mi. – mruknąłem złośliwie.
Zmierzyła mnie wzrokiem, który miał spalić mnie na popiół i wycedziła:
- Przedstawiasz mi się?
- Jakże nie! – wykrzyknąłem teatralnie - Takiego bóstwa jeszcze nie widziałem. Znamy się?
Wyszło na to, że w bardzo nieudolny sposób próbuję prawić jej komplementy. Zapewne chciała powiedzieć coś w rodzaju : „widzę, że cham jeszcze z ciebie nie wywietrzał”, ale pomna doświadczeń, wzięła pod uwagę, że mogę odpowiedzieć, iż cham we mnie tkwi i nie wietrzeje razem z piwem, i dała mi spokój.
- Znamy się zbyt długo – ucięła i całkiem przyzwoicie przywitała się
z Martą, która na całe szczęście zachowała fason i nie padła na kolana z pytaniem, ile dali za ten dom.
Sven był tego wieczoru niezrównany. Sylwia pozowała na gwiazdę, on natomiast tyrał za dwóch. Przygotował m.in. lasagne, gyros, stos kanapek, deskę zimnych wędlin i mięs, skrzynkę zimnego piwa, kilka butelek porządnego wina, flaszki wódki, kartony soków itp. Zrobił również prezentację swoich fotografii, filmów i rysunków. Zawsze lubiłem jego sposób fotografowania. Czy robił akty, przepuszczając potem przez pościel wdzięczną modelkę, czy zdjęcia w plenerze, było w jego pracach coś niesłychanie tajemniczego. Kiedyś podarował mi zdjęcie ulicznej latarni w Rybniku, które zrobiło nam mnie piorunujące wrażenie. To nie był żaden Rybnik, tylko świat równoległy ustanowiony ręką artysty.
Od razu zajrzałem do kuchni, gdzie po części artystycznej przekładał kolejne płaty ciasta, ubrany w zabawny fartuszek i domowe kapcie. Z początku nie wiedziałem, czy mu zazdrościć, czy współczuć, lecz wkrótce całkiem o tym zapomniałem.
- Po co to wszystko? – spytałem.
- Tobie powiem – spojrzał mi w oczy przed wysmarowaniem kolejnej
warstwy ciasta – Jest tu dziś przebojowa projektantka ciuchów z mężem darmozjadem, który nic nie robi, ale potrzebuje na paliwo do dżipa 4X4. Jest małżeństwo chirurgów plastycznych, właściciele kilkunastu kamienic, sekretarz redakcji dużej gazety i szef działu marketingu giganta komputerowego. To dla nich. Dla nas mam skrzynkę browca i parę flaszek zwykłej czyściochy.
Zerwałem z szafki kuchennej papryczkę chili i na miejscu zjadłem. Sven czekał, aż wypluję i przeproszę, ale nic takiego nie miało miejsca. Pogryzłem, przełknąłem i dalej uśmiechałem się prowokacyjnie. Wkurzałem go. Albo żałował, że mnie zaprosił albo mu było żal, że sam już taki nie jest.
- A Bartek? – spytałem.
- Poszedł się odlać – odparł Sven – A Luis?
- Nie mówiłem ci? Zarabia ciężką kasę na platformie wiertniczej, żeby móc zarobić na swój pierwszy wielki film. Scenariusz, chłopak, ma gotowy od tylu lat, że tekst musiał dojrzeć. Umiałbyś mu pomóc? Parę tysięcy da ci niezły udział w zyskach.
- Faktycznie, wspominałeś – Sven wrzucił do pieca całą potrawę i bezceremonialnie spojrzał mi w oczy – Nie mam bogactwa, mam kapitał. John Steward Mill, czytałeś? Bogactwo jest czymś złym, co można raz dwa roztrwonić, zaś kapitał to rzecz zdolna przyczynić się do rozwoju firmy i...
- Ty weź nie pierdol – obruszyłem się – Możesz pomóc czy nie?
- Coś Ty! Podatki żrą jak kwas, państwo potrzebuje na utrzymanie rzeszy darmozjadów, ZUS leczy sam siebie. Nie ma mowy. Sam zrezygnowałem z robienia zdjęć, bo to zbyt kosztowne. Znam Luisa, da sobie radę.
Klepnąłem go przyjaźnie w ramię i mrugnięciem oka dałem znak, że się wygłupiałem. Wyraźnie odetchnął. Pewnie wyobrażał sobie, że myślę o nim same złe rzeczy, wytrącając go z poczucia pewności i komfortu, jakim się otoczył.
Kiedy nadszedł Bartek, Sven pobiegł umilać gościom czas. Część z nich nie zabawiła długo. Zaliczyli po prostu kolejną snobistyczną imprezę, pokazali, że nikogo nie lekceważą i gdzie trzeba być, po prostu są. Po godzinie zostały jedynie siostry Sylwii, Marta i jedna rozwódka, która lubiła się kręcić koło Svena. Z kuchni przyglądałem się funkcjonowaniu jego związku z Sylwią. Wróżyłem im rozstanie już dawno temu, a oni tymczasem rozkwitli, zespoli się i ani myśleli o rozstaniu. Myliłem się. Jak 999 razy na 1000. Niezawisłość mojego poglądu była jednak ważniejsza od logiki. Uświadomiłem sobie, że na podobną przypadłość mogą cierpieć politycy, ale ja mogłem sobie pozwolić, bo od mojego sądu nic ważnego nie zależało.



Po wyjściu snobów impreza rozkwitła na nowo. Panie siedziały w pokoju, słuchając muzyki proponowanej przez Sylwię, my rozłożyliśmy się w kuchni. Bywałem na wielu wystawnych bankietach, gdzie się jadło, piło, rozmawiało i szło w cholerę. U Svena świat bankietów niespodziewanie stanął na głowie. Najpierw on sam pokłócił się z Sylwią, która chciała, byśmy wkroczyli do akcji i zabawili jej siostry, potem pokłócił się z nami, bo nie chcieliśmy zabawiać rozwódek i wdów, a na koniec obie płcie podzieliły się domem na pół. One zostały w pokoju, my w kuchni. One słuchały wrzaskliwej muzyki, my cieszyliśmy się muzyką własnych słów. One wreszcie pochłaniały wielkie ilości półwytrawnego, czerwonego wina. A my? My od samego początku mieliśmy do dyspozycji jedynie pięciolitrowy baniak wody z Makro i tylko z niego korzystaliśmy. Za każdym razem, kiedy jedna z nich przychodziła sprawdzić co u nas, napotykała dziwnych facetów, pijących zwykłą wodę prosto z butli. A my byliśmy niespotykanie szczęśliwi.
- Surreal na całego, panowie – mruknąłem zadowolony.
- Głupie cipy – rzekł dosadnie Bartek – Nie lubię bab.
- Przejdzie ci – skwitował spokojnie Sven – Anka to głupia cipa. Któregoś dnia przejrzy na oczy.
Przesiedzieliśmy w tej kuchni do drugiej nad ranem, racząc się smakiem czystej wody. Wódka i piwo czekały w lodówce, lecz nas rozkoszą napawała myśl, że wcale nie mamy ochoty na alkohol. W końcu one upiły się strasznie i zaczęły tańczyć same ze sobą, ażeby wzbudzić w nas wstyd i poczucie winy. Nic sobie z tego nie robiliśmy. Wyglądało to na mimowolny manifest antykobiecy. Tylko Sven biegał jak piesek pokojowy pomiędzy sześcioma babami i robił co mógł, byle zostawić po sobie dobre wrażenie. Ale konsekwentnie do nas wracał. Wspominaliśmy aż do bólu studia, naszą przyjaźń i libacje, jakim się namiętnie oddawaliśmy. Wiodącym tematem była obyczajowa przemiana Svena. Człowiek, który w „Świniarni”, tuż po północy podrywał studentkę na opis agroturystycznych uroków srania na żerdce w kieleckim, dziś był szanowanym biznesmenem i ważył każde słowo w kontaktach towarzyskich. Przy okazji wspomnieliśmy noc sylwestrową, kiedy to postanowiliśmy uchlać się wódą w towarowej windzie starego „Żaczka”, orgię na Bydgoskiej, kiedy w końcu nie wytrzymaliśmy napięcia mieszkania w jednym składzie z trzema dziewczynami, czy też wycieczki na Pawią i Zacisze „maluchem” Svena w celu poznania fajnych Ukrainek, co zaowocowało odwiezieniem samochodu na policyjny parking oraz utratą jego prawa jazdy. Byliśmy tak szczęśliwi, że żadna kobieta tego świata nie dałaby nam większej satysfakcji. W salonie któraś z sióstr Sylwii zaczęła robić striptiz. Ukazała się w drzwiach w bardzo prowokacyjnej pozie, bez koszulki i biustonosza, lecz szybko ją wypłoszyliśmy dosadnymi komentarzami.
Wstałem, sięgnąłem po butlę z wodą i polałem do stojących przed nami szklanek. Sięgnęliśmy po nie, kiedy już każdy z nas miał wielką plamę na brzuchu. Parę chwil później nadeszła Marta.
- Zatańcz za mną – szepnęła mi namiętnie do ucha.
- Nie mogę. Dzisiaj nie ma tańców.
- A co jest?
- My jesteśmy.
Obraziła się na nowo i wróciła do salonu, powłócząc seksownymi udami. Oblizałem się na ten widok, ale męska solidarność była ważniejsza.
Niespodziewanie Sven nakierował rozmowę na inne tematy. Mówił głównie on, bo nam coraz mniej chciało się otwierać usta.
- W dzisiejszej sztuce środkiem wyrazu może być właściwie wszystko – mówił tonem znoszącym sprzeciw wyjątkowo niechętnie – Choć każdy środek na swój sposób pielęgnuje własne ograniczenia. Literatura to sieć symboli graficznych zdolnych do wywoływania obrazów, ale pozbawiona siły oddziaływania prawdziwego obrazu. Malarstwo i fotografia to ekspozycja bezruchu, który implikuje absolutny brak dynamiki. Film tak naprawdę nie ma zdolności wyrażania myśli, on jedynie sugeruje za pomocą symboli. Muzyka płynie przez głowę z pominięciem oczu. I tak dalej, i tak dalej. Dopiero suma sztuk może dać człowiekowi poczucie spełnienia, czy to czynu artystycznego, czy jego odbioru.
Wzruszyłem ramionami. Pewnie miał rację, ale nawet gdyby nie miał, brak alkoholu we krwi spowodował u mnie taki zastój w myśleniu, że zaakceptowałbym każdą bzdurę. Zresztą Sven zapewne wiedział co mówi. Nie skończył jakichkolwiek studiów, bo uznał, że niczego więcej nie mogą go nauczyć. Poważył się na krok samowystarczalnego intelektualisty, woląc ochronić wrażliwość i wiedzę, którą dała mu natura, niż przyjąć narzucony punkt widzenia. A wkrótce potem intelektualistą być przestał, bo nie miał na to czasu.
- Jak wam się zdaje, rząd wytrzyma do kolejnych wyborów? – zapytał nagle, widząc, że o kulturze nikt nie chce z nim gadać.
Podziwiałem po trosze, a po trosze nienawidziłem jego pewności siebie w wyrażaniu sądów o świecie – pewnie dlatego, że sam taki byłem. On jednak wygadywał takie rzeczy, na które ja nigdy bym się nie zdobył. Jeśli już stanowczo wysuwałem wnioski, zabezpieczałem się krótką wstawką, że przecież mogę się mylić. Zwłaszcza w sferze polityki, gospodarki i tym podobnych bezsensownych zagadnień. On zawsze stawiał na jednego konia i był skłonny bronić go aż do końca gonitwy.
Wyłączyłem się i bezmyślnie wyglądałem przez okno. Oni coś bleblali o młodych demokracjach i politycznej amplitudzie, wypychającej na szczyt jedną opcję i pogrążającej drugą. Żadnej z nich nie udało się zaliczyć dwóch kadencji i co z tego? Zdaje się, że taka zapanowała ogólnoświatowa tendencja, bo coraz trudniej politykom rządzić. Sami zresztą są sobie winni. Najpierw składają cudowne obietnice, by omamić wyborców i dokopać konkurentom, a dopiero później próbują stworzyć projekt, by swych obietnic dotrzymać. Brzydziłem się polityką, ponieważ polegała głównie na niszczeniu przeciwników kosztem dobra obywateli. Przychodziła nowa ekipa, kasowała cały dorobek poprzedników i zaczynała od początku.
- Ale się nawaliły – mruknął rozbawiony Bartek – Chyba pójdę na jakieś lesby...
Kobiety znów tuliły się do siebie w tańcu, głaszcząc namiętnie swoje pośladki. Patrzyliśmy na to z przyjemnością, choć żadnemu nie chciało się ruszyć. W końcu pojawiła się w kuchni Sylwia i z pociemniałą twarzą oświadczyła, że czas najwyższy się pożegnać. Poklepaliśmy Svena, gratulując mu charakternej żony. Rumieńce na jego twarzy wystarczyły nam za całą odpowiedź. Na koniec całkiem się zniesmaczyłem. Wstąpiłem się odlać i obejrzeć, jakież też cuda znajdują się w łazience. Była taka, jak cała reszta – śliczna i bogata, ale sam kibel był zdecydowanie babski. Po prostu deska opadała sama i żadną siłą nie dało się utrzymać jej w pionie. Trzeba było jedną ręką trzymać dechę, a drugą fiuta i dobrze przy tym celować.



Wracaliśmy z Woli Justowskiej dwoma samochodami. Sven jechał przodem swoją wielką bryką, wioząc obrażone kobiety, my z Bartkiem jechaliśmy za nim taksówką.
- Idziemy na browca? – zapytałem.
Bartek skinął głową. Poprosiliśmy kierowcę o pozwolenie na wypalenie papierosa, lecz zdecydowanie odmówił.
- Panowie, zapnijcie lepiej pasy – poradził – Teraz policja kasuje po 50 złotych od głowy. Miałem już takiego klienta, który się z tego śmiał, a potem zapłacił. Wszystko przez to, że jednemu z naszych kolegów wypadła pasażerka. Wszedł w zakręt, drzwi się otworzyły i uderzyła głową o krawężnik. Trup na miejscu.
Spojrzałem na mknącą przed nami Toyotę Svena. Siedząca z tyłu Marta odwróciła się do nas i uniosła poły bluzeczki. Razem z krągłymi piersiami pokazała język. Później Sven skręcił w kierunku Azorów, a my pojechaliśmy do centrum.
- To gdzie? – zagaił Bartek, kiedy wysiedliśmy.
- Na razie przed siebie – zaśmiałem się i ruszyliśmy w stronę rynku.
Nastrój już nam się nie polepszył. Spacerowaliśmy od knajpy do knajpy i ciągle coś któremuś nie odpowiadało. W „Kulturce” było zadymione, aż w oczy szczypało, w „Uziemieniu” i „Ogródku” panował straszny tłok, wiele lokali już zamknięto, a puby dla snobistycznej młodzieży ominęliśmy szerokim łukiem. Bartek zaproponował „Bastylię”, lecz zakwestionowałem pomysł, bo tam nie dają Żywca. On z kolei wyśmiał mój pomysł zajrzenia na Kazimierz. W końcu wylądowaliśmy pod nocnym przed Pocztą Główną, gdzie koncentrował się późną nocą ruch przypadkowych piwoszy. Usiedliśmy na Plantach.
- Wiesz – westchnąłem – Gdybym miał taką możliwość, założyłbym knajpę o nazwie „Reanimacja”. Byłaby czynna od 22.00 do 12.00 w południe. Służyłaby zgrai niedopitych kolesi i panien, żeby mogli się dorżnąć lub odświeżyć po całonocnej balandze.
- Zajebisty pomysł – stwierdził z uznaniem Bartek – Sam bym czasem zajrzał.
- To się cieszę.
Rozmowa nie kleiła nam się. Posiedzieliśmy na Plantach jeszcze z godzinę i każdy poszedł w swoją stronę. Martwiłem się o Bartka, ale jakoś nie umiałem mu pomóc. Wstąpiłem jeszcze do nocnego na rogu Basztowej i Długiej. Uśmiechnąłem się radośnie do pani, która kiedyś odprawiła mnie z kwitkiem, bo byłem zbyt wstawiony. Sytuacja była o tyle śmieszna, że Luis był wstawiony dużo bardziej. Panu nie sprzedam – oświadczyła hardo. To może koledze – odparłem, wołając Luisa. Zatoczył się lekko i z uśmiechem podszedł do kasy. Panu mogę – oświadczyła z powagą ekspedientka. Nazajutrz okazało się, że Luis chodził z zerwanym filmem i tego zdarzenia w ogóle nie pamiętał. Tym razem spotkała mnie sytuacja jeszcze śmieszniejsza, a przy tym co najmniej metafizyczna. W kolejce, przede mną stał pewien starszy pan, który zapytał:
- Jest czysty Absolut?
- Mamy tylko Absolwenta – odparła sprzedawczyni.
- To poproszę.
Trąciłem gościa w ramię i podziękowałem uśmiechem za ten wielce rajcowny tekst, ale pewnie pomyślał, że chcę się podłączyć, bo zastawił ciałem ladę i ciągle się oglądał, czy jeszcze tam jestem. Wziąłem sześciopak i powlokłem się w stronę domu. Wcale nie chciało mi się spać. Postanowiłem obejrzeć dobry film. Odpaliłem dekoder Cyfry i przestudiowałem program trzech kanałów Canal+ oraz maxpacka HBO i Ale Kino!. Na każdym, ale to na każdym puszczali film, który leciał już ze trzydzieści razy. Znałem je na pamięć. Wysypałem na dywan plik płyt CD. Przejrzenie ich zajęło mi pół minuty. Żadnego z tych filmów nie miałem ochoty oglądać. W końcu włączyłem sobie „Grę pozorów” Neila Jordana z kasety VHS i po raz nie wiem który uległem urokowi tego przewrotnego dzieła.
O czwartej piętnaście, kiedy w filmowym świecie Jill śpiewała Fergusowi „Crying game”, zadzwoniła Marta. Pewnie próbowała na komórkowy, który dawno wyłączyłem, ale usłyszała mój debilny wierszyk nagrany na sekretarce: „teraz nie mogę, poproszę później albo oddzwonię, gdy będzie luźniej” i na złość mi, zadzwoniła na stacjonarny.
- Wytrzeźwiałam – oświadczyła.
- Podobała ci się impreza? – zapytałem złośliwie
- Pewnie. To wy byliście do dupy.
Lubiłem słuchać jej oddechu w słuchawce. Był barometrem emocji, jakie mnie czekały. Teraz świadczył o lekkim wzburzeniu połączonym z niezaspokojeniem.
- Chciałabym przyjechać – rzekła tonem, który z trudem znosił sprzeciw, ale zakładał możliwość odmowy – Potrzebuję trochę ciepła.
- Jest czwarta rano. Idę spać.
- Sprawiłeś mi już dosyć przykrości.
Zupełnie nie myślałem w ten sposób. Dla mnie impreza u Svena była świetną zabawą i fajnym przeżyciem. Ale fakt, zachowaliśmy się jak ostatnie świnie.
- Przyjedź – powiedziałem zrezygnowany – Tylko zagrzej mi kapcie w mikrofali, żeby na rano były cieplutkie. I jeszcze jedno. Ja dziś nie gotuję.
Odłożyła słuchawkę.



W poniedziałek świat runął mi na głowę. Tradycyjnie poszedłem do pracy na piechotę, bo w każdym nadjeżdżającym tramwaju nie przewidziano dla mnie miejsca. Pod „Bagatelą” po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dwóch tygodni zaatakowała mnie zgraja wręczycieli ulotek od firm, których ofertę znałem już nie gorzej niż pacierz. Prawdziwym mistrzem tortur okazała się szkoła językowa Profi-Lingua, ale wyjątkowo paskudne były również podmioty organizujące studenckie wyjazdy Work&Travel, jakaś pizzeria i parę innych, mało ciekawych instytucji. Nie miałem ochoty niczego przyjmować, więc wykonałem istny slalom pomiędzy tymi ludźmi i z oddechem ulgi znalazłem się na Szewskiej. Na wysokości „Uziemienia” wpadłem wprost na zbieracza pieniędzy na rzecz dzieci chorych na białaczkę, który widząc moją minę, ominął mnie szerokim łukiem. Kiedyś omal nie dałem w łeb jednemu z nich, bo nie potrafił zrozumieć, czemu mnie drażni tak piękna idea, nawet jeśli proponuje mi ją czternaście razy dziennie.
Przechodząc obok posągu Piotra Skrzyneckiego przy „Zvisie”, dostałem smsa od Ewy. Dawidku, komornik zalepił komputery i wejście do biura. Chyba szefostwo czegoś nam nie powiedziało. Dla mnie to znak. Spotkaj się ze mną pilnie. Nienawidziłem jak ktoś się do mnie zwracał per Dawidku.. Odpisałem, że w ciągu pięciu minut mogę być w każdym wskazanym miejscu wokół Rynku, więc zaproponowała „Młyn” na Siennej. Siedziała w ostatniej loży. Była zapłakana.
- Podejrzewam, że położył nas kontrakt na europejską kampanię tych popaprańców od turystyki – stwierdziłem - Pojawił się ktoś z zarządu?
Ewa pokręciła głową.
- To już nieważne – spojrzała mi głęboko w oczy – Śniłeś mi się dzisiaj. Nie opowiem ci, bo się wstydzę.
- Sen był gorący? – zapytałem z uśmiechem starego satyra.
- Był.
- Hard czy soft?
- Przestań! Sen to sen. A poza tym to rzecz intymna. Powiedz mi, te zdjęcia, które mi kiedyś posłałeś, były autentyczne?
W zaistniałej sytuacji to pytanie wydało mi się dziwne. Przytaknąłem tylko, bo nie rozumiałem, co moje dokonania w dziedzinie fotografii mogą mieć do upadłości naszej firmy. Zrobiłem aparatem cyfrowym trochę zdjęć znajomych dziewczyn, traktując to jako zwyczajną grę wstępną do dalszego seksu. Wysłałem parę kiedyś Ewie, żeby podgrzać atmosferę.
- Autentyczne. Pragnąłem wtedy zostać artystą fotografikiem. Miałem ochotę zrobić skandalizującą wystawę porównującą seks z konsumpcją kulinarną. Marzyłem o obscenicznie pięknych kobietach oblepionych spaghetti po bolońsku, pośladkach z metką ze sklepu mięsnego i twarzach facetów pośrodku ciastka. Stare dzieje.
- Bo ja już mam wszystkiego dość – zachlipała Ewa – Od dwóch lat nie mieszkam z rodzicami. Łażę od pracy do pracy i ciągle to samo. Wierzyłam, że tu się zadomowię. Tylu fajnych ludzi, godziwe w sumie warunki, niezła pensja. Niech to szlag.
Odruchowo pogłaskałem ją po drżącej dłoni. Dotknąłem jej skóry bodaj po raz pierwszy i było to całkiem przyjemne odczucie. Nie miałem jednak czasu na przyjemności.
- Trzeba coś zrobić, żeby nam dali ostatnią wypłatę.
- Ja dostałam. Sprawdź konto.
Uśmiechnąłem się z goryczą. Na pewno główna księgowa wiedziała co się święci i w pierwszej kolejności zadbała o nas. Pocieszająca myśl: nie wszyscy ludzie zajmujący się finansami są skończonymi gnojami.
- Czyli co, mamy wolne! – zatarłem ręce - Życie jest imprezą! Po piwku?
Twarz Ewy rozjaśniła się nieco. Przypomniałem sobie, że woli wino - białe, półwytrawne, mocno schłodzone. Tyle razy bezskutecznie wybieraliśmy się do winiarni na Pijarską, aż pewnego dnia ją zlikwidowano. Nie pytając więcej o nic, poszedłem do baru zamówić dla każdego coś miłego. Na szczęście i nieszczęście zarazem, kończyła się beczka. Ucieszyłem się, bo było pewne, że już za chwilę będzie świeże piwko, zmartwiłem, ponieważ dostałem jeszcze takie z dna beczki. Powiedziałem pani, by spokojnie zmieniła kegę i od razu nalała mi jeszcze jedno, a sam zająłem się kosztowaniem resztek. Zerkałem przy tym na Ewę, która coś pilnie notowała w kapowniku. Podziwiałem ludzi, posiadających idealnie zaplanowane życie. Sam parę razy próbowałem używać terminarza, ale zwykle kończyło się tym, że i tak do niego przestawałem zaglądać. Ewa notowała coś w skupieniu, odgarniając co chwila opadający na czoło kosmyk włosów. Kiedy pojawił się obok sprytny nastolatek handlujący krzyżówkami wydawanymi na okoliczność pomocy chorym dzieciom, musiało minąć kilkanaście sekund, zanim zrozumiała, co w ogóle do niej mówi. Dała mu monetę i machnęła ręką, by już dał jej spokój.
- Wiesz ile on zarabia? – spytałem, stawiając przed nią podwójną dawkę wina – Tyle co ty i ja razem. A wiesz czemu? Bo kutasik rozlicza się z krzyżówek, a ich nikt nie bierze. Dają mu kasę i każą spadać. Na drugi raz weź broszurkę i potem ją wywal. O ile to nie jest wielki przekręt, kasa naprawdę trafi do jakichś chorych.
Ewa potrząsnęła ramionami. Pewnie chciała przekupić los w przekonaniu, że jeśli zrobi dobry uczynek, karta się odwróci. Słyszałem kiedyś o gościu, który oddał żebrakowi portfel, zostawiając sobie tylko na kupon Lotto. Nie wygrał. Nazajutrz wracał tę samą ulicą. Obdarowany koleżka jeszcze imprezował za wczorajszą darowiznę, ale nie chciał poczęstować darczyńcy nawet lampką nalewki za cztery pięćdziesiąt.
- Jesteś dziewiątką – powiedziała z powagą Ewa, a mnie od razu zmroziło.
- Nie rozumiem.
- Podaj mi datę urodzenia – roześmiała się – Jeśli się mylę, stawiam kolejkę.
Podałem. Zapisała w terminarzu, bardzo szybko wyliczyła liczbę i spojrzała na mnie triumfalnie.
- Jesteś dziewiątką. Nie wiem jeszcze, czy wibrującą pozytywnie, ale mniejsza o to.
Zakląłem w duchu. Wcale mi się to nie podobało. Dotychczasowe doświadczenia z kobietami, którym wydawało się, że posiadły klucz do rozumienia wszystkiego, budziły we mnie przerażenie. Od razu stanęła mi przed oczami Marieta, mówiąca z wyrzutem, że wcale nie przypomina mojej matki i to dlatego nam nie wychodzi. Przestraszyłem się nie na żarty, lecz postanowiłem robić dobrą minę, dopóki gra nie okaże się naprawdę zła.
- Jesteś ładna. Każdy na moim miejscu powiedziałby: pewnie, jestem dziewiątką! Ale ja nie wiem. Skoro tak uważasz, niech tak będzie.
Ewa przyglądała mi się z dziwnym uśmieszkiem, który jeszcze bardziej wyprowadzał mnie z równowagi. Podczas tej rozmowy całkiem straciłem nerwy. Popijałem piwo łyczkami, aż zajrzałem na dno szklanki, paliłem papierosa za papierosem, nerwowo rozglądałem się na boki. Za mojego dzieciństwa nadpobudliwość ruchowa nie była niczym szczególnym, w dzisiejszych czasach czytałem o niej jako o poważnej chorobie.
- Prosimy jeszcze raz to samo – krzyknęła Ewa do barmanki, a potem znów spojrzała mi głęboko w oczy - Dziś straciliśmy pracę. To nie koniec świata, ale jednak duży kłopot. Przynajmniej dla mnie. Muszę zarobić na mieszkanie. Wiszę już za trzy miesiące. Zgodnie z umową jutro mogę wylądować na bruku. Wolałabym umrzeć, niż przyjść na kolanach do rodziców. Musisz zrobić mi zdjęcia.
Barmanka z kwaśną miną postawiła przed nami szklanki i sprzątnęła po poprzednim zamówieniu.
- Jakie zdjęcia? – zapytałem, bacząc by się nie poślinić.
- Rozbierane, do cholery – dla odmiany ona nerwowym ruchem zapaliła Vogue’a – Masz coś przeciwko?
- Coś ty! Dla mnie to czysta frajda – powiedziałem szybko, jak gdybym się obawiał, że jej przejdzie – Aparat mam. Jakie wnętrza?
- U mnie będzie ok. Dzisiaj?
Odruchowo podrapałem się w głowę i zaraz walnąłem się w głupi łeb, który kazał ręce podrapać się po czuprynie. Niebiosa mi sprzyjały. Znów miałem możliwość podniecania się widokiem kobiety w połączeniu z jakąś artystyczną kreacją. Przyjemność i pożytek. Fundamenty świata.
- Jak śmiałe te zdjęcia? – mruknąłem, zagrywając starego profesjonalistę.
- Śmiałe.
- Po co?
- Powiem później.
Patrzyliśmy sobie w oczy, a ja próbowałem udawać, że mnie to słabo interesuje. Determinacja Ewy była obietnicą wspaniałych przeżyć.
- To czemu nie teraz? – zażartowałem – Światło jest najlepsze.
Ewa jednym łykiem pozbyła się reszty wina i spojrzała na mnie wyzywająco.
- To pij. Poprawisz u mnie.
Wypiłem duszkiem swoje piwo i obejrzałem ją lubieżnym wzrokiem. Wpadł mi do głowy pomysł, który wcale nie był tak idiotyczny, jak mi się przez chwilę wydawało.
- Ale ty też musisz coś dla mnie zrobić – rzekłem z powagą – Dziś robimy foty, jutro idziesz ze mną na hapenning. Prosty. Rozdajemy ulotki. Może być?
- Jasne – odparła bez zastanowienia - Za godzinę u mnie.
Wstała i wyszła, nie mówiąc ani słowa więcej. Nie mogłem nie zerknąć na wibrujące pośladki pod wątpliwą osłoną spodni. Spojrzałem na barmankę takim wzrokiem, że puściła mi oko. Pewnie pomyślała, że potrzebuję wsparcia w podrywaniu panienki, która właśnie wyszła. Nie omieszkałem skorzystać z okazji. Oparłem się o bar i poprosiłem o dodatkowe piwo, żeby wyglądało na to, że czekam na opinię.
- Fajna – stwierdziła barmanka – Czemu pan za nią nie poszedł?
- Bo już się umówiłem – pokazałem jej zęby i skupiłem się na piwie.
- Gratulacje – mruknęła i podjęła trud umycia naczyń po dotychczasowych gościach.



W trymiga obróciłem do domu i z powrotem. Z „cyfrą” w futerale podjechałem taksówką pod dom Ewy, nie mogąc myśleć o niczym więcej. Przyjęła mnie w szlafroku, wyraźnie niezadowolona, że pojawiłem się tak szybko. Miało być za godzinę, a ja byłem ledwie po dwóch, toteż nic sobie z jej fochów nie robiłem. Podejrzewałem, że niezbyt mnie zna i kupi ze dwa piwa. Na wszelki wypadek wziąłem sześciopak, który dyskretnie wsunąłem do kieszeni w lodówce. Zgłupiałem ze szczęścia, kiedy w sąsiedniej szufladzie znalazłem jeszcze dwanaście puszek.
Mieszkanko Ewy składało się z dużego pokoju, małej kuchni oraz łazienki. Nie miała stołu, krzeseł, łóżka – przedmiotów rzekomo potrzebnych ludziom do życia, miała za to sporą przestrzeń. Namiastką łóżka był wąski materac umieszczony pod jedną ze ścian, zamiast półki z książkami stała szafka z telewizorem i stereo. Jedynym zwracającym uwagę sprzętem był ekran komputera, umieszczony na prowizorycznym biurku pod oknem. Otworzyłem puszkę i oparłem się o ścianę w przedpokoju.
- Co robimy? – zapytałem, kiedy minęła mnie po drodze do lodówki.
Odchyliła poły szlafroka i schyliła się pod piwo. Widok gołych pośladków zapanował nade mną do reszty. Odwróciła się z uśmiechem pełnym zażenowania i trzasnęła drzwiami lodówki.
- Zdjęcia. Mnóstwo zdjęć.
- Mogę zrobić jakieś 200.
- Zrób dziesięć tysięcy.
- To powtórz ten numer z lodówką...
Przestałem nad sobą panować. Cisnąłem w kąt futerał i przymierzyłem się do pierwszego ujęcia. Ewa posłusznie powtórzyła pozę i czekała na dalsze propozycje. Ustawiałem ją po całym mieszkanku, prosząc o najbardziej wymyślne pozycje, a ona robiła wszystko co chciałem. Nawet nie zauważyłem, kiedy zabrakło miejsca na dysku i musiałem zgrać materiał do kompa. Usiedliśmy pod ścianą i razem skasowaliśmy blisko połowę prac, bo nie nadawały się do niczego. Mimo to Ewa wyglądała na zadowoloną. Później poprosiłem ją o ekspozycję w łazience. Chętnie napełniła wannę i pozowała w pianie, aż znowu zabrakło miejsca. Tym razem fotki były na wyższym poziomie, choć podniecenie tak samo jak wcześniej przesłaniało mi oczy.
- Ewa, już nie mogę – sapnąłem.
- To wchodź.
Wyskoczyłem z ubrania, jakby od dawna przeszkadzało mi oddychać. Siedzieliśmy naprzeciw siebie i tylko kolana wystawały nam z piany. Ręce Ewy myły mnie starannie, moje niespodziewanie wykrzywił artretyzm nieśmiałości. Do mózgu nie dotarła jeszcze informacja z przyzwoleniem na pełne rozluźnienie, bo wciąż pamiętałem swoje deklaracje, że nigdy, że nie wolno, że to kłopot. Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Nie znosiłem kobiet, bo wyrządziły mi strasznie dużo bezsensownej krzywdy i jednocześnie doznawałem najpiękniejszych wzlotów związanych z przebywaniem z kobietą w jednej wannie. Ewa cały czas uśmiechała się do mnie, a jej obfite piersi zdawały się unosić na powierzchni wody. Nie umiałem tego znieść. Niby był to miły, prosty uśmiech dziewczyny do chłopaka, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jutro, po zdjęciach, stanę się jedynie zbędnym wspomnieniem.
- Misjonarz: talent, ideał, otwartość, uniwersalność, rozmach, służenie innym – wymruczała z zamkniętymi oczami, kiedy leżeliśmy wyczerpani na jej materacyku – Dziewiątka podróżuje, by wzbogacić innych swoją wiedzą. Chce zbudować nowy, lepszy świat, w którym wszyscy będą żyć szczęśliwie. Pracuje na niego bezinteresownie, wiedząc, że wszystko, co czyni dla ludzkości, stanowi źródło jej bogactwa wewnętrznego.
- Za grosz nie masz racji – mruknąłem, choć nie chciało mi się ruszyć – Nic nie robię bezinteresownie. Fotografowałem cię, bo tego chciałem. Bo mnie to podniecało.
- No jasne – roześmiała się Ewa – A jaki sens ma sesja foto z maszyną?
Westchnąłem i skoczyłem jednak po piwo do lodówki. Psyknięcie puszki nawet w piekle dodałoby mi odwagi. Usiadłem na posadzce i przypatrywałem się Ewie.
- Po co ta heca z liczebnikami?
Usiadła pod ścianą i popatrzyła na mnie z politowaniem jak na osobnika, który nic nie rozumie z bardzo prostej w sumie teorii funkcjonowania wszechświata.
- Dawidku, jesteś osobą pełną współczucia dla innych, posiadasz dużą intuicję, która sprawia, że ludzie chętnie powierzają ci swoje tajemnice. Czasem całkowicie oddajesz się problemom innych, nie umiejąc odróżnić, komu można pomóc, a komu nie. Masz tendencję do przyjmowania na swe barki problemów całego świata, identyfikacji z cierpieniami całej ludzkości.
Wkurzała mnie. Każde jej słowo działało mi na nerwy, jak irytująca piosenka. Nikt mi nie powierzał żadnych tajemnic. No, może czasem ktoś był sam ze swoim przekleństwem i musiałem naprowadzić go na właściwe tory. A jak nie umiał podjąć walki, korciło mnie, by mu pokazać jak to się robi. Najczęściej jednak nie umiał podjąć walki i to mnie wykańczało. Kręciłem głową i krzywiłem się niemiłosiernie. Widząc to, Ewa sięgnęła po jakiś poradnik. Z zagadkowym uśmiechem przeczytała:
- Czasem nie możesz komuś pomóc, a to prowadzi do zanegowania samego siebie i w efekcie do frustracji oraz dyskomfortu wewnętrznego spowodowanego świadomością, że ani nie przeżywasz własnego życia, ani nie pomagasz tym, którzy tego potrzebują. W związku z tym zachodzi prawdopodobieństwo, że wcale nie żyjesz własnym życiem.
Wyrwałem się z jej objęć. Stojąc naprzeciw niej, chciałem zrobić jej krzywdę, lecz wiedziałem, że ma rację. Opuściłem ręce.
- Dlaczego mi to robisz? – jęknąłem.
- Co robię? – spytała zdziwiona moim zachowaniem.
- Jątrzysz w mojej duszy – odparłem gorączkowo – Dziewiątka czy dziesiątka. Co za różnica?
- Wielka! Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? Dziewięć to liczba próby - im wyżej wchodzimy, tym więcej trudności napotykamy. Dziewiątki to wspaniali artyści, ich dziedziny to muzyka, teatr, kino, taniec, malarstwo. I jeśli nie przedkładają przyjemności życia nad obowiązki sukces zawodowy przychodzi całkiem wcześnie.
Gdyby Ola czy Marta mówiły takie rzeczy, byłbym pewnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Numerologia, chiromancja, astrologia czy zdrowy rozsądek – wszystko mogło być dobre, byle prowadziło do prawdy. A prawdą w ostatniej wypowiedzi Ewy było to, że wśród sztuk uprawianych tak skutecznie przez „dziewiątki”, nie wymieniła literatury. I to, że przekładając przyjemności życia nad solidną robotę, można trafić jedynie pod most albo przepaść bez wieści pośród zawieruch historii.
- Fajnie, że tu jesteś – Ewa przewróciła się na bok, przyjmując pozę kobiet z dawnych malowideł – Tak bardzo nie chciałam dzisiaj być sama. Potrzebuję tych zdjęć, żeby zarabiać przez internet. Mam chatę, dużo wolnego czasu i straszny żal do życia. Myślisz, że faceci na mnie polecą?
- Pewnie – powiedziałem szczerze, choć zasmuciło mnie to, co mówi – Ale jak ty to sobie wyobrażasz?
- Zamieszczę anons na stronach poświęconych sponsoringowi. Spotkałam wielu mężczyzn potrzebujących ciepła, kontaktu, zwyczajnej rozmowy. Są nieśmiali, więc łatwiej będzie im zapłacić, niż walczyć ze sobą. Dotychczas im odmawiałam, teraz nie będę.
- Nie boisz się?
- Trochę. Desperacja doda mi skrzydeł.
Pobyłem u Ewy do samego wieczora. Pokazała mi te strony. Z anonsów wywnioskowałem, iż na ogół są to dziewczyny z agencji towarzyskich, dorabiające po godzinach. Pisały z pozycji siły. Były przekonane o swoich umiejętnościach, twierdziły, że są w stanie zaspokoić najbardziej wyrafinowane potrzeby. Zaledwie kilka tekstów znamionowało amatorki. Te pisały o delikatnych pieszczotach, długich rozmowach, miłej atmosferze. Najwięcej miała do zaoferowania Warszawa, w dalszej kolejności występował Kraków i Katowice. Ewa stwierdziła, że „poleci” na niedoświadczoną lolitkę, która niewiele umie, lecz bardzo chce się nauczyć zaspokajać potrzeby panów. Miał to być sygnał dla nieśmiałych i zakompleksionych. Po namyśle przyznałem jej rację.
Wychodząc, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że już nigdy nie będzie tak jak przedtem. Młoda dziewczyna, którą tak ochoczo „opiekowałem” się w pracy, gwałtownie dojrzała i postanowiła iść swoją drogą. Buziak otrzymany na pożegnanie jeszcze bardziej mnie przygnębił.
Przez godzinę łaziłem po mieście. Ciągle myślałem o Ewie. Może trzeba było ją poderwać, rozkochać w sobie, ocalić. A jeśli cierpiała za każdym razem, kiedy z nią flirtowałem, nie mogąc doczekać się, aż wreszcie naprawdę się z nią umówię? Nie smuć facet – mruknąłem do siebie – Ego miesza ci w głowie.
Ewa w końcu była dorosłą kobietą i na pewno wiedziała co robi.
Dopiero pod domem dotarło do mnie, że straciłem pracę.

Opublikowano

ruszyła schodkami w górę = na górę

Trzeba było jedną ręką trzyma dechę= trzymać :)

nie wszyscy ludzi zajmujący się finansami = ludzie

mówiąca z wyrzutem, że w wcale = w chyba zbędne?

..................

no no... zaczyna się robić coraz ciekawiej,
bardzo podoba mi się to, że poznajemy znajomych Podstawionego i ludzi z którymi ma kontakt w bardzo naturalny sposób. Świetnie się czytało :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Bezwstydnie rozpieszczasz czytelnika!

kamyk do ogródka -> Amores PerRos karramba!

sprawy do ewentualnego przemyślenia:
* wywód polityczny odrobinę na granicy naiwności – może warto by przyciąć
* „Przygotował m.in. lasagne, gyros, stos kanapek, deskę zimnych” – tacy jaśnie państwo to raczej mieliby gosposię albo zamawiali catering, chyba, że chodzi o stawianie pomnika męskiemu poświęceniu i odwrotności ról społecznych w tych parszywych czasach ;p

Opublikowano

jak to nie da kiedy miód!
to co wyłapuję to naprawdę kosmetyka (muszę pielęgnować krytyczny pazur coby nie stępiał pod nadmiarem dobra;)

jeśli przygotowanie potraw przez Svena ma znaczenie dla dalszej treści, budowania tej postaci, to jak najbardziej, jeśli nie, to jest to takie maźnięcie, które może budzić wątpliwość co do realizmu historii

co do polityki - chyba po prostu nie lubię takich uproszczeń, ale jak wszystko jeśli czemuś służy to czemu nie

Opublikowano

Myślałem pół nocy i będę trochę apologizował. Czy naprawdę tak bardzo razi, że facet lubi się bawić w kuchni? Czy trochę nie dowodzę w tekście, że o polityce tak ludzie rozmawiają? A potem machają bezradnie ręką? Pani Zwykła, plis bardzo o wskazanie, jak przyciąć :) Wiesz, Freney, osobowość Svena w trakcie ewolucji wydaje mi się ważna. Bo trochę pogrywam pod generację nic, dezintergacja tego świata to podstawa całości...

Opublikowano

Przekonałeś mnie do gotowania, wycofuję zastrzeżenie.

Po namyśle wycięłabym „dokopać konkurentom”, gdyż ta myśl jest powtórzona dalej – „niszczeniu przeciwników”.

„ponieważ polegała głównie na niszczeniu przeciwników kosztem dobra obywateli” – to jest okrutnie sloganowe, ale może tak trzeba, choć Podstawionego powinno być stać na wnikliwsze, bardziej dosadne obserwacje.

Opublikowano

Asherze ;-)

Jeśli o zgłębianie składni a nie sensu idzie to dwa jeszcze kwiatki: "wydawał się być" to kopia łacińskiej / germańskiej składni. Po naszemu: "wydawał się" - i stosowny ciąg dalszy. Jeszcze tylko w "kieleckiem" zamiast "kieleckim" (w Województwie Kieleckim, ale w kieleckiem). Zrzędzenia starczy.

Co to ja napisać chciałem, żeby nie słodzić... Po fragmencie politycznym prześlizgnąłem się - polityka nie leży w kręgu moich zainteresowań, a obserwacje, jakie człowiek niezainteresowany tematem może poczynić na codzień nie odbiegają od tego, co grozi banałem ;-) nie porywam się na polemikę ze Zwykłą z braku doświadczenia i argumentacji. Oklaskiwałem już Twój sposób wprowadzania dawnych znajomych - powiedziałbym, że te wspólne knowania Luisa, Svena i Dawida są bardzo męskie (nie mam na myśli: samcze, tylko męskie || mężne etc.) - mam na myśli przede wszystkim platformę, która kupiła mnie od samego początku. Tak jak Ci już pisałem w mailu - masz bardzo dobrze opanowaną umiejętnosć grzebania w bebechach, ale w bardzo przezroczysty (=nieirytujący sposób). Ja też grzebię w bebechach, ale zupełnie inaczej. I najszczerzej zazdroszczę Twojego sposobu dłubania ;-)
W tym odcinku Podstawiony jest jakoś mało skażony nihilizmem (to nie zarzut). Jeśli mógłbym wskazać cokolwiek irytującego to nie wskazałbym nic. Bardzo proporcjonalny, równo oddychający tekst, bez cienia przesady. Nawet większe stężenie wulgaryzmów nie raziło. Szacunek, albo i rispekt ;-)

PS. Wątek liczebników czytałem ze szczerą wściekłością. Chyba nie wytrzymałbym na miejscu Podstawionego i założył jakąś sprytną dźwignię bądź duszenie.

Opublikowano

A Ty się od razu przejmujesz, każdy mądry post jest ważny, niezależnie od tego, czego dotyczy. Wierz mi, są takie kobiety (od liczebników :)) Nihilizm zamierzony aż po kres. A wiecie, że ja nigdy nie myślałem w ten sposób, że to grzebanie w bebechach? Jaja niesamowite... Kieleckie i wydawał się natentychmiast poprawiam. Ukłony glębokie!

Opublikowano

Już mam nawet gotowe podziękowania na koniec książki - " Bezetowi za całokształt, Natalii, Freneyowi, Zwykłej, Michałowi, Ona Kocie za współredagowanie na portalu poezja.org, Browarom Żywieckim... :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...