Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
4


- Wejdźcie i rozgośćcie się.
Garowski nie musiał wcale nalegać, bo to co zobaczyliśmy w środku przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Basen wypełniony był szampanem i pływały w nim nagie dziewczyny. Atrakcyjne hostessy podawały drinki, a na małej scenie grał zespół rockowy, którego muzycy przyodziani byli w łańcuchy i skóry z płomiennym napisem „Satan srata tata”. Jacyś dziwaczni ludzie – prawdopodobnie suwalska bohema – dysputowali o motywie depresji we współczesnej prozie. Znany prezenter telewizyjny w kostiumie klauna spacerował między stolikami i przyjmował zamówienia. Na środku wielkiego salonu stał posąg właściciela willi wykonany z żelków. Pokaz awangardy i ekstrawagancji.
- Keira, no już! Uciekaj – rzekł Witold do rozebranej piękności, która wylegiwała się przy basenie. Usiedliśmy.
- Jestem twoim fanem – zaczął ekscytować się Parkules.
- Hm…
- Powinniśmy pogadać – przerwałem milczenie rozpoczęte przez Garowskiego długim, mrocznie-filozoficznym „hm” – Jestem zależny od pewnych ludzi. Sam wiesz o kim mówię. Kontrolują wszystko, każdy nasz krok, każdy ruch, każde nasze pierdnięcie.
- Ale?
- Ale nie mogę sobie dać rady ze zwykłą kobietką. Młodą poetką, buntowniczką z wyboru.
- Niech zgadnę. Chodzi o „Bezkrwawą” Monikę?
- Właśnie o nią chodzi.
- I co ja mam z tym wspólnego? Jaka moja rola?
- Musisz nam pomóc do niej dotrzeć. Podobno jest trochę aspołeczna, trzyma ludzi na dystans, ale lubi artystów, takich jak ty.
- Dobrze.
- Dobrze? Bez żadnych warunków? - Zdziwiła mnie tak szybka odpowiedź.
- Ech…
- Co „ech”?
- A muszą być jakieś warunki?
- Nie.
- Napijmy się.
Tak pochłonęła nas rozmowa, że dopiero po chwili zauważyliśmy, że Parkules już pije i jest w swoim żywiole. Gdy podnosił kieliszek Martini do góry, tancerka wzięła kutasa gwiazdora porno do ust, by później zabrać się za długie i namiętne lizanie jego jaj. Druga z panienek w czarnych skórzanych stringach dołączyła do zabawy. We dwie robiły laskę dotykając się nawzajem językami. Byczek z Cabansiti* miał zamknięte oczy. Mruczał z rozkoszy. Przygotowywał się do głębokiej penetracji.
- Dobry jest – zauważył mężczyzna o zielonych włosach.
- Prawdziwy gwiazdor – westchnęła Keira. A Parkules rzucił jedną z panienek na sofę i zabrał się za lizanie cipki. Witold niezbyt był zainteresowany scenką erotyczną, którą zapewne celowo odstawiał przed nim Parkules. Widział już mnóstwo orgii. Każda kolejna przyprawiała go o ból głowy, co zresztą wyznał mi to w salonie z dala od całej tej zgrai dziwolągów.
- Nurzam się w depresji. Kolejne projekty nie dają mi satysfakcji. Przepełnia mnie
nihilizm. – mówił patrząc tępo w jeden z obrazów przedstawiający kilka równoległych kresek przecinających kwadrat.
- Umówisz mnie na spotkanie z „Bezkrwawą” Moniką**? – korzystałem ze słabości Witolda. Ten mroczny, zdystansowany gość nagle zaczął się zwierzać, łamiąc swoją dewizę życiową „milczenie jest złotem”.
- Masz to jak w suwalskim banku.
- Dzięki braciszku – wyrwało mnie się nagle.
- Ech… Nawet na premierze ostatniego mojego filmu krzesła były niewygodne. Wszystko jest takie wkurwiające i frustrujące: mentalność tutejszych ludzi, tiry jeżdżące przez centrum miasta, Wigry tkwiące w niższych klasach rozgrywkowych. Ech…
- Wierzysz, że coś się zmieni?
- Zapomnij. Tkwimy w gównie i tak pozostanie.
- Miałem na myśli te krzesełka.
- Prędzej dostanę Oscara.
- Oj ziom… Oj! Akademia docenia twórców proamerykańskich.
- NIE JESTEM PROAMERYKAŃSKI!
Na tym skończyła się rozmowa. Nalałem sobie i Witoldowi wina. Wstałem i poszedłem z powrotem w stronę basenu. Wszystko jedno gdzie. Chciałem zejść z oczu Garowskiemu. Mógł się przecież rozmyślić i posłać mnie w diabli. A Parkules? Zaliczał Keirę. Świetnie się bawił. Spuszczał się na cycki jednej z tancerek. I to spuszczanie się, to była w tej chwili cała jego egzystencja. Egzystencja zredukowana do wysyłania spermy w czeluści gumek lateksowych lub na silikony rozpalonych kobiet.

Godzinę później okazało się, że ktoś przyćmił występ Parkulesa. Na salony wkroczył wysoki mężczyzna w czerwonym kombinezonie. Doktor Proktor. Twórca licznych performance`ów, pan „złota pała”. Nosił różowe okulary, zza których wnikliwie spoglądał na świat oraz miecz z „Gwiezdnych wojen”, przymocowany zielonym łańcuszkiem do pasa. Mówił bardzo szybko, skrzecząco.
Usiedliśmy na miejscu wskazanym przez artystę oczekując pokazu. Witold zasnął z głową na stole i co jakiś czas mamrotał „Jestem kurwa reżyserem”.
- Szanowni państwo. Specjalnie dla was zaprezentuję mój nowy projekt „Łzy ludzkości”. Składa się on z trzech części. Poproszę o zgaszenie świateł. ŚWIATŁA!
Gdy zrobiło się ciemno, na jednej ze ścian pojawił się film. Żółte gwiazdki na niebieskim tle i nazwisko Doktora Proktora. Dalej oglądaliśmy Suwałki z lotu ptaka. Obraz ten przeszedł płynnie w kilka równoległych linii przecinających kulę – nie wiadomo skąd znany wzorek. Ktoś szepnął do nas – „Genialne” i otworzył szeroko usta. W kolejnej scenie przez około trzydzieści sekund na obiektyw kamery padał deszcz. Ostatnia scena rozgrywała się w damskiej toalecie, gdzie ukryta kamera pokazywała ludzi robiących kupę i podcierających się różowym papierem. I koniec. Burza braw. „Standing ovation” dla maestro Proktora. Kilkanaście osób niczym klakierzy „Jaka to melodia?” dało wyraz swej aprobaty wobec tego, co zobaczyli. Tylko ja i Parkules nie za bardzo rozumieliśmy ideę tego przedsięwzięcia, więc po cichu ulotniliśmy się do hotelu.
- Myślisz, że ja też mógłbym być takim artystą? – spytał mnie na ulicy Parkules.
- Już jesteś artystą… porno.
- Chodźmy, bo kurewsko zimno.
- Chłód, mrok i pewnie wygłodzone białe niedźwiedzie czające się za rogiem.

Następnego dnia w recepcji czekała wiadomość: „Przyjdź o 14 do kawiarni naprzeciw. Garowski W.”
Wróciłem do pokoju. Wziąłem szybki prysznic. Założyłem czyste ubranie. Ogoliłem się itd. itp. Zszedłem ponownie do recepcji. Uregulowałem rachunek. W korytarzu natknąłem się na podejrzanego mężczyznę. Przypuszczalnie był to ktoś, ze „służb bezpieczeństwa”. Nie miałem zamiaru się tym przejmować. Zgodnie z umową spokój gwarantowały mi informacje o planach „Bezkrwawej” Moniki.
W umówionym lokalu o ustalonej godzinie czekał na mnie Witold. Bawił się czarną zapalniczką produkcji amerykańskiej i puszczał nosem dym.
- Droga rowerowa wiedzie przez manowce psich kup i nieprawości tępych
właścicieli – powitał mnie. Przypuszczalnie był to jeden z tekstów suwalskiej bohemy. Usiadłem i zamówiłem butelkę wina.
- Od kilku dni próbuję się dowiedzieć od ciebie czegoś konkretnego i nic. Cieszy mnie to, że zaprosiłeś nas na imprezę, otoczyłeś tak wielką troską, lecz ja mam ważną sprawę do załatwienia – Witold milczał – Jeżeli nie chcesz się stąd ruszać, to daj mi adres tej panienki.
- Spokojnie.
Podniosłem się od stolika. Garowski gestem ręki wskazał na krzesło. Nie zareagowałem. Patrzyłem na niego i nerwy zaczęły mi puszczać.
- Jebnąć ci? – zapytałem grzecznie.
- Był kiedyś taki film…
- Słuchaj pajacu – chwyciłem Witolda za koszulę i zacząłem nim szarpać – Daj mi ten cholerny adres. Miejmy to już za sobą.
- Przyjechałeś tu po adres, tak?
- Tak, Witold.
- A ja ci go nie dałem pierwszego dnia?
- Niestety nie.
- I dziś też tego nie uczynię
- …
- Nie dlatego że cię nie lubię. Nie dlatego że irytuje mnie twój kolega dopraszający się roli. Nie dlatego że chcę zrobić na złość rządowi, teletubisiom i całemu światu. „Bezkrwawa” Monika jest jedną z niewielu kobiet, które darzę wielką sympatią. Tylko ona w tej chorej sytuacji jest prawdziwa. Ty jesteś niedookreślony. Ja również. Ona zna swoją wartość. Wie jak rozmawiać z ludźmi. Potrafi człowieka zrozumieć. A poza tym jest szalenie delikatna. Rozumiesz? „Bezkrwawa” Monika przypomina tę kruchą filiżankę…
- Witold, dobrze że mi to powiedziałeś. Dziękuję ci.
Zostałem zmiażdżony tą tyradą. Z ust nie mogło mi wyjść ani jedno słowo. Spuściłem głowę w zadumie. Dotychczas byłem zacietrzewiony, z klapkami na oczach zmierzałem do celu. Pędziłem do przodu nie patrząc na innych. Teraz zrozumiałem czemu Witold trwa w swym stanie bezruchu. W tym momencie i ja „nacisnąłem pedał hamulca”. Licznik wskazał zero. A wtedy Witold powiedział coś, co zapadło mi w pamięć.
- Pojedziemy w piątkę. Może nasze marne żywoty da się jeszcze ocalić pięknem.

5

W drodze do Zakopanego zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji benzynowych. Parkules wyszedł z busa prężnym krokiem. Wrócił z paczką prezerwatyw, piwem i różową zapalniczką, która wzbudziła w nas ogromną radość. Śmialiśmy się z tego przedmiotu kilkanaście minut, a właściciel tego „zapalaka fajeru” krzywił się, bo sądził, że to z niego się nabijamy. Owszem, nabijaliśmy się ale pośrednio.
Około godziny dwudziestej dotarliśmy do wynajętego domu. Wypakowaliśmy bagaże i poszliśmy coś przekąsić. Doktor Proktor zaprosił mnie na drinka. Początkowo się wahałem, ale gdy powiedział, że zabierze mnie na wykład „Bezkrwawej” Moniki, od razu zmieniłem zdanie. Napełniło mnie uczucie podniecenia.
W podziemiach dużego budynku w obskurnej piwnicy odnaleźliśmy małą salkę. Tłum ludzi kłębił się w środku. Przypominało to kolejkę do złożenia deklaracji podatkowej. Jednak ludzie wydawali się bardziej odprężeni, a na ich twarzach malowało się zaciekawienie.
Szmery ucichły. Na salę weszła szatynka w białym ubraniu. Kręcone włosy opadały na jej ramiona. Była bardzo szczupła i uśmiechała się nieznacznie, tak jak gdyby była nieco zawstydzona. Po chwili jednak to pierwsze wrażenie uleciało. Na pozór delikatna kobietka ruszyła ostro ze swoim wykładem na temat istoty zła i wolności.

- Ta kobieta ma zarażać swoim optymizmem? – spytałem Doktora Proktora.
- Patrzysz na to zbyt sceptycznie. Spójrz na jej postawę. Upór i konsekwencja. Działa dla siebie, lecz i dla ogółu. Ten sprzeciw wobec pewnych konwencji życia społecznego jest fascynujący.
- Co może być fascynującego w opowiadaniu ludziom o złu? Jak w ten sposób chce podnieść kogoś na duchu?
- Ona działa. Liczą się czyny.
- Głowa mnie od tego wszystkiego rozbolała. Chodźmy na drinka.
- W porządku. Pamiętaj jednakże o tym, iż doświadczyłeś działania niesamowitej energii, która wzbudza umysły i serca. Większości ludzi nie wystarcza wyobraźni, żeby dać się ponieść wspaniałym pomysłom tej kobiety. Boją się zatracić w jej wizjach. Ich strach wynika z tego, że gdyby się poddali wpływowi „Bezkrwawej” Moniki, to mogłoby im się to spodobać.
- Mnie chyba wystarcza dziś odwagi tylko na porządnego drinka.
Tak to zazwyczaj bywa, że nastawiając się na coś bardzo mocno, łatwo się można zawieść. W tym przypadku było podobnie. Zamiast niesamowitego działania rewolucjonistki doświadczyłem uczucia zawodu. Wypity alkohol spowodował, że ochłonąłem. Nabrałem dystansu. Pierwsze wrażenie było może i bardzo pozytywne, jednak gdy przeanalizowałem w głowie pomysły „Bezkrwawej” na „zbawienia świata”, uświadomiłem sobie, że skrywają one zbyt dużo naiwności. Jak to zwykle bywa w przypadku koncepcji ulepszania trzeciej planety od słońca. Jak to zwykle bywa w przypadku chęci zwalczania zła, globalnego ocieplenia i innych bzdur. Postanowiłem jednak wstrzymać się z ostatecznym osądem do bezpośredniej konfrontacji, którą miał umożliwić mi Witold Garowski.
Wróciliśmy do naszego domu potwornie pijani. Doktor Proktor odsikał się na dorożkarza, co omal nie skończyło się dla nas wizytą na komisariacie. Cena artystycznego stylu bycia. Chcesz być członkiem bohemy? Płać za swoje artefakty (nawet jeśli są to fekalia zamknięte w puszce i wystawione w muzeum jak Puszka Ekstrementatora).
- Widziałeś może moje ostatnie dzieło? – Doktor najwyraźniej był typem stręczyciela, który rozmów o sztuce nie miał nigdy dosyć.
- Tak. Można nawet powiedzieć, że zrobiło to na mnie mocne wrażenie i musiałem szybko opuścić wystawę.
- Znakomicie. Dostaniesz bilety...
- Niepotrzebnie się fatygujesz.
- Ależ nalegam.
- Ależ wolałbym nie.
- Nie wiesz co tracisz.
- Wiem. Dlatego podziękuję grzecznie i pójdę już spać.
Chciałem się położyć i po wejściu do pokoju zobaczyłem nawet pościelone łóżko. Niestety nim usnąłem, wpadł do mnie Parkules i zaczął opowiadać o tym jak to z Witoldem przegadali całe popołudnie. Doszli do wniosku, że za mało się angażuję w życie towarzyskie, więc jutro rano zabierają mnie na przyjęcie z okazji urodzin gwiazdy rebelii, najsłynniejszej krajowej aktywistki. Gdy w końcu zostałem sam, wyryłem na ścianie nożem S.O.S. i zakryłem się kocem po samą głowę.


6

Najstarsi Górale nie pamiętali takiej imprezy z mnóstwem znanych gości, wyszukanym menu przygotowanym przez samą „Bezkrwawą” Monikę oraz wyjątkowym wystrojem dotyczącym również wyglądu ludzi, a także ich usadowienia przy stolikach rozmieszczonych wedle prawideł astrologii. Każdy dawał solenizantce jakiś upominek. Ceremoniał niczym na przyjęciach szlacheckich. Szyk i elegancja a zarazem nutka mistycyzmu. Nieco ciekawsza atmosfera niż w tej dusznej piwnicy, w której ubrana w białą wytworną kreację bohaterka wieczoru wygłaszała swój wykład.
Z trudem zmusiłem Parkulesa, aby wdział na siebie jakiś smoking. Sam założyłem czerwoną koszulę – jak na prawdziwego Czerwonieckiego przystało – spodnie dżinsowe oraz granatową marynarkę. Doktor Proktor przywdział strój policjanta, natomiast Witold przybył w białym garniturze, w którym przypominał jednego z bossów mafijnych. Ci siedzieli w rogu po lewej stronie sali obok znanych polityków. Ten mieszany skład osobowy aż się prosił o jakąś awanturę. Być może właśnie teraz w swoje urodziny „Bezkrwawa” Monika chciała powiedzieć kilka słów na temat niesprawiedliwości społecznej i jawnych nadużyć do jakich doszło w kraju przez ostatnie kilka miesięcy. A później wspomnieć o globalnym ociepleniu.
Kupiłem dziwną statuetkę smoka krakowskiego i wręczyłem ją solenizantce przedstawiając się. Nasz uścisk dłoni był elektryzujący. Bardzo energetyczny. I jak już wszyscy goście przekazali swoje upominki, „Bezkrwawa” Monika podeszła do mnie i sama zainicjowała rozmowę.
- Witold dużo o tobie mówił. Podobno...
- Nie wierz we wszystko, co ci o mnie mówią.
- Brzmi intrygująco. – Uśmiechnęła się i swoje ogromne, pełne wargi złożyła „w dziubek”. Przysunęła się i szepnęła mi do ucha, że czeka na tarasie. Wziąłem kolejnego drinka
i poszedłem za nią. Tam w świetle księżyca zobaczyłem ponętną szyję i piękne ramiona.
- Co byś zrobił, gdybym cię pocałowała? – Spytała i wpiła swoje usta w moje tak, że omal zabrakło mi tchu.
- A za co to? – Byłem nieco zszokowany tym zdarzeniem. Jednak nie usłyszałem odpowiedzi, bo zmysłowa szyja odwróciła się i weszła z powrotem do sali, zostawiając mnie samego.
Przez cały wieczór jej szukałem. Pytałem znajomych, ale nikt jej później nie widział. Przyjęcie trwało w najlepsze bez najważniejszej szyi. Poczułem się z tym źle, a może nawet fatalnie. Misternie budowana niechęć do „Bezkrwawej” Moniki w kilka sekund przerodziła się w fascynację.
To zadziwiające, że dotychczas doświadczałem głównie prozy życia i nagle zostałem poczęstowany poezją. To zadziwiające po dwakroć, bo jako wróg sentymentalizmu, nieoczekiwanie zapragnąłem, by przytrafił mnie się prawdziwy romantyczny, niesamowity romans rodem z kina hollywoodzkiego. To zadziwiające po trzykroć, ponieważ odkryłem w sobie pokłady nieokiełznanej spontaniczności, skrywanej i tłumionej przez programowanie społeczne, które nakazuje nam zachowywać się stosownie do swojego wieku, zgodnie z utartą normą, powszechnym konwenansem. I nawet jeśli jest się artystą, indywidualistą, ekstrawertykiem, to zawsze znajdzie się jakaś presja, której człowiek się podda. Doktor Proktor zwykł mawiać, że człowiek jest jak telewizor, wystarczy go odpowiednio wyregulować, aby działał prawidłowo. Człowiek jest jak telewizor, bo jest odbiornikiem i przekazuje wiadomości innym. Najgorszym programatorem jest społeczeństwo, które ogranicza i powoduje, że zatracamy naszą infantylność, niepohamowaną radość życia, a wtedy coraz trudniej przebiec przez centrum miasta z okrzykiem na ustach. Bariery, presje, konwencje, zahamowania, granice, kodeksy, savoir vivre.
Złamałem reguły, wybiegłem na miasto i zacząłem krzyczeć coś do ludzi. Patrzyli na mnie jak na wariata, a i bez tego tak na mnie patrzą, zwłaszcza gdy ubieram kapelusz i skórzane spodnie. Przebiegłem tak sto metrów i wpadłem do jakiegoś baru. Zamówiłem setkę wódki. Wypiłem i wróciłem do swojego pokoju. Byłem szczęśliwy. Wyplułem na zewnątrz tego poschizowanego, znerwicowanego artystę, którym się udławiłem parę lat temu, wydaliłem z siebie truciznę artystyczną. Odkryłem Konrada Czerwonieckiego na nowo.
W tej pogoni za „Bezkrwawą” Moniką zupełnie zapomniałem o Witoldzie. Ten zapadł się w sobie, zupełnie odizolował o nas. Czasami mówił coś o wstąpieniu do klasztoru, wyjeździe na wojskową misję pokojowo-stabilizacyjno-rabunkową, przebąkiwał także co nieco na temat swojego najnowszego filmu, w którym chciał zagrać główną rolę. Jego wizja bardzo wszystkich przeraziła. Planował wystąpić w scenie śmierci głównego bohatera bez dublera. To miało być ujęcie nad Wisłą. Igor – bo tak nazywała się postać – nękany przez demony przeszłości: nieudane studia, nudna praca, niespełniona miłość, postanawia się zabić. Pisze list pożegnalny. Wysyła go do jedynego przyjaciela, którego poznał przez Internet. Idzie bulwarem, siada na murku, rozmyśla, a o północy wskakuje do zimnej wody. Tonie razem ze swoimi marzeniami, pragnieniami i osiągnięciami.
Witold opuścił nas i pojechał do Krakowa. Został sam. Było źle. Szybkimi krokami w tę oczyszczoną ze złogów sztuki atmosferę wdarła się śmierć.




-------
* Cabansiti - fikcyjna nazwa miasta.
** "Bezkrawa" Monika" - używam specyficznego zapisu, bowiem pierwsza część to pseudonim a drugi prawdziwe imię bohaterki. Być może jest nieprawidłowy. Nie dbam o to. Autorowi wolno wszystko, zwłaszcza w tym względzie.
Opublikowano

Konrad, dotrzymuję słowa – poniżej lista wybranych zdań z części II z korektami technicznymi – głównie szwankuje interpunkcja, choć w niektórych wypadkach nie jestem całkiem pewna, czy mam rację :( Pewnie Don mógłby tu pomóc - jeśli zechce.
Co do meritum: treść mnie znużyła, a specyficzny styl tego opowiadania, niestety, zupełnie mi nie odpowiada. Tak więc, raczej na lekturze tej części „Różowej zapalniczki” poprzestanę.
W szczególności, zniechęcają mnie Twoje słowa, że "Być może (zapis - przyp. A.O.) jest nieprawidłowy. Nie dbam o to. Autorowi wolno wszystko, zwłaszcza w tym względzie."
- może w zamierzeniu miało to być żartobliwe, ale mnie dziwnie zabolało :( Pozdrawiam – Ania

1) Garowski nie musiał wcale nalegać, bo to (przecinek) co zobaczyliśmy w środku przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

2) - Powinniśmy pogadać – przerwałem milczenie rozpoczęte przez Garowskiego długim, mrocznie-filozoficznym „hm” (kropka).

3) Sam wiesz (przecinek) o kim mówię.

4) - Dobrze? Bez żadnych warunków?- Zdziwiła (zdziwiła) mnie tak szybka odpowiedź.
We dwie robiły laskę dotykając się nawzajem („nawzajem” do skreślenia) językami.

5) Każda kolejna przyprawiała go o ból głowy, co zresztą wyznał mi to („to” do skreślenia) w salonie (przecinek) z dala od całej tej zgrai dziwolągów.

6) - Nurzam się w depresji. Kolejne projekty nie dają mi satysfakcji. Przepełnia mnie
nihilizm. – mówił (Mówił) patrząc tępo w jeden z obrazów przedstawiający kilka równoległych kresek przecinających kwadrat.

7) - Dzięki (przecinek) braciszku – wyrwało mnie się nagle.

8) Dalej (przecinek) oglądaliśmy Suwałki z lotu ptaka.

9) Przypuszczalnie był to ktoś, (bez przecinka) ze „służb bezpieczeństwa”.

10) Zgodnie z umową (przecinek) spokój gwarantowały mi informacje o planach „Bezkrwawej” Moniki.

11) Cieszy mnie to, że zaprosiłeś nas na imprezę, otoczyłeś tak wielką troską, lecz ja mam ważną sprawę do załatwienia – Witold milczał (kropka) – Jeżeli nie chcesz się stąd ruszać, to daj mi adres tej panienki.

12) - Słuchaj (przecinek) pajacu – chwyciłem Witolda za koszulę i zacząłem nim szarpać (kropka) – Daj mi ten cholerny adres.

13) - Nie dlatego (przecinek) że cię nie lubię. Nie dlatego (przecinek) że irytuje mnie twój kolega dopraszający się roli. Nie dlatego (przecinek) że chcę zrobić na złość rządowi, teletubisiom i całemu światu.

14) - Witold, dobrze (przecinek) że mi to powiedziałeś.

15) Teraz zrozumiałem (przecinek) czemu Witold trwa w swym stanie bezruchu.

16) Owszem, nabijaliśmy się (przecinek) ale pośrednio.

17) Była bardzo szczupła i uśmiechała się nieznacznie, tak (przecinek) jak gdyby była nieco zawstydzona.

18) - Nie wiesz (przecinek) co tracisz.

19) Niestety nim usnąłem, wpadł do mnie Parkules i zaczął opowiadać o tym (przecinek) jak to z Witoldem przegadali całe popołudnie.

20) Najstarsi Górale (górale) nie pamiętali takiej imprezy z mnóstwem znanych gości, wyszukanym menu przygotowanym przez samą „Bezkrwawą” Monikę oraz wyjątkowym wystrojem dotyczącym również wyglądu ludzi, a także ich usadowienia przy stolikach rozmieszczonych wedle prawideł astrologii.

21) Nieco ciekawsza atmosfera niż w tej dusznej piwnicy, w której ubrana w białą wytworną kreację bohaterka wieczoru wygłaszała swój wykład. – dziwaczny szyk zdania.

22) Być może właśnie teraz (przecinek) w swoje urodziny (przecinek) „Bezkrwawa” Monika chciała powiedzieć kilka słów na temat niesprawiedliwości społecznej i jawnych nadużyć (przecinek) do jakich doszło w kraju przez ostatnie kilka miesięcy.

23) Tam (przecinek) w świetle księżyca zobaczyłem ponętną szyję i piękne ramiona.

24) - Co byś zrobił, gdybym cię pocałowała? – Spytała (spytała) i wpiła swoje usta w moje tak, że omal zabrakło mi tchu.

25) - A za co to? – Byłem (byłem) nieco zszokowany tym zdarzeniem.

26) To zadziwiające po dwakroć, bo jako wróg sentymentalizmu, nieoczekiwanie zapragnąłem, by przytrafił mnie (mi) się prawdziwy (przecinek) romantyczny, niesamowity romans rodem z kina hollywoodzkiego.

27) I nawet (przecinek) jeśli jest się artystą, indywidualistą, ekstrawertykiem, to zawsze znajdzie się jakaś presja, której człowiek się podda.

28) Patrzyli na mnie jak na wariata, a i bez tego tak na mnie patrzą, zwłaszcza (przecinek) gdy ubieram kapelusz i skórzane spodnie.

29) Ten zapadł się w sobie, zupełnie odizolował o (od) nas.

30) Szybkimi krokami w tę oczyszczoną ze złogów sztuki atmosferę (przecinek) wdarła się śmierć.

Opublikowano

Pisałeś, że druga część będzie lepsza. Miałeś rację – jest lepsza. Rzeczywiście, głównie problem leży w tych przecinkach, kropkach, których albo w niektórych miejscach brakuje, albo są niepotrzebne.
Przyjęcie trwało w najlepsze bez najważniejszej szyi. - trochę dziwnie brzmi, może rozważ ''... bez najważniejszej właścicielki ponętnej szyi '', czy coś w tym guście.
Zwróć uwagę, że w pierwszej części napisałeś „ Bezkrwawej’’ Monice’’ – więc nie wiedziałem, czy Bezkrwawa Monika jest ksywą, czy jest nią tylko Bezkrwawa.

Paradoksalnie, to pierwszą część łatwiej mi się czytało. Tutaj niby coś się dzieje, jednak nie na tyle, żeby czytać z ekscytacją. Może, gdyby któraś z tych panienek liżących się wściekła i ugryzła Parkulesa w jaja, to monotonia by prysła :)
Najgorszym programatorem jest społeczeństwo, które ogranicza i powoduje, że zatracamy naszą infantylność, niepohamowaną radość życia, a wtedy coraz trudniej przebiec przez centrum miasta z okrzykiem na ustach. Bariery, presje, konwencje, zahamowania, granice, kodeksy, savoir vivre. - to prawda.

Pozdrówka:)
M.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Bardzo dziękuję za poprawki. Na pewno je wprowadzę. Nie wiem czemu zabolało Cię zdanie o "swobodzie twórczej autora", ale przecież ktoś, kto tworzy ma decydujący głos. Moje słowa odnosiły się tu głównie do sposobu zapisu imienia/pseudo głównej bohaterki kobiecej tekstu. Każdą korektę przyjmuję, przetrawiam i zwykle wprowadzam w życie. Jeśli nie wierzysz, zobacz do poprzedniej części. Nie ma powodu żeby się dołować czy obrażać.

Skoro treść Cię znużyła, to faktycznie nie ma sensu byś się męczyła dalej.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Bardzo dziękuję za poprawki. Na pewno je wprowadzę. Nie wiem czemu zabolało Cię zdanie o "swobodzie twórczej autora", ale przecież ktoś, kto tworzy ma decydujący głos. Moje słowa odnosiły się tu głównie do sposobu zapisu imienia/pseudo głównej bohaterki kobiecej tekstu. Każdą korektę przyjmuję, przetrawiam i zwykle wprowadzam w życie. Jeśli nie wierzysz, zobacz do poprzedniej części. Nie ma powodu żeby się dołować czy obrażać.

Skoro treść Cię znużyła, to faktycznie nie ma sensu byś się męczyła dalej.
Nie obrażam się ani nie dołuję. Napisałam tylko szczerze i uczciwie o swoim odbiorze. Być może to kwestia użytej przez Ciebie formy? Jak wiadomo :) zwracam uwagę na formę. A dla mnie zabrzmiało to dość... arogancko?
Opublikowano

Ja nie szukam niedociągnięć w przecinakach itp. Ania i Don są w tym lepsi. Szukam w tekście czegoś innego, czegś co mnie wciągnie i każe czytać dalej.

Zdaje się, że złapałem klimat (słusznie wyczuwam wpływ Quentina?) i klimat ten bardzo mi odpowiada. Poprowadziłeś mnie za rękę po mrocznych miejscach, w których bywa Twój bohater, otworzyłeś przede mną jego umysł i opowiedziałeś mi ciekawą historię. Wciągnąłem się, więc czekam na dalszy ciąg.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Doceniam Twoją szczerość i nie wymagam byś się na męczyła podczas lektury. Spokojnie. Nikt nikogo nie gryzie. Faktycznie tekst czasami kuleje, niektóre jego partie musiałbym napisać od nowa, jednak nie sądzę aby "Różowa zapalniczka" (choć mam do niej dość sentymentalne podejście) była szczytem moich możliwości czy też celem samym w sobie. Pisałem to na przestrzeni kilkunastu miesięcy, co zresztą widać zwłaszcza w ostatniej III części, której pewnie nie przeczytasz. Niestety.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jeśli pytasz o inspiracje to wymieniłbym: Huntera Thompsona, Terrego Gilliama, lingwistykę, Hrabala, Bukowskiego oraz popkulturę, język potoczny czy Jay Jaya Kapuścińskiego/mroczne suwałki. Możliwe że Tarantio gdzieś można tam upchać. Pośrednio.

Lubię kopiować pewne zwyczaje językowe, zwroty, stereotypy. Czasami je kalkuję czasami kompromituję, ale zawsze zachwyca mnie ich forma oraz treść. No i kicz. Ironia. Jest jej mnóstwo w tym tekście, czasami aż za dużo.

MARCEPANIE, byłem pewien że i Ty polegniesz, co na szczęście nie nastąpiło. Cieszy mnie ten fakt i sprawia, że za te kilka dni będę miał kolejny powód, by wstawić ostatnią część opowiadania.


Aha, dziękuję za wszystkie komentarze, uwagi. Każdy wpis traktuję na serio, mimo że czasami sprawiam zupełnie odwrotne wrażenie. Pozory mylą!
Opublikowano

O nie Conrado! Mnie się spodobało i czytało lekko. MoZe dlatego, że nie boję się kiczu? Może dlatego, że podoba mi się dystans narratora do własnych poczynań? Nie wiem i nie wiem dlaczego inni podeszli tak krytycznie. Spodobała mi się dość luźna konstrukcja i brak sztywności jakiej nie potrafi ustrzec się wielu internautów próbujących pisać.

I wciąż słyszę o tym Bukowskim i wciąż go nie znam. chyba trzeba to zmienić...

Opublikowano

Świetne. Najbardziej bawi mnie odczytywanie aluzji, rozszyfrowywanie i poznawanie postaci. Nie mniej jednak spod pierwszej warstwy, pozornie ironiczno-humorystycznej, słodko-gorzkiej, przebija smutek. Gdybym był członkiem bohemy, powiedziałbym, że jest to tekst "prawdziwy"; jako że jestem jedynie Dżejdżejem, napiszę tylko: dużo odniesień do rzeczywistości i - mam wrażenie - Twoich, Konrada, przemyśleń.

Opowiadałeś mi wielekroć o swoich inspiracjach. Większość poznałem, lepiej lub słabiej. Czytając te części, myślałem jeszcze o "Świecie według Garpa" Irvinga - to przez te wykłady, aktywistki itp. Na szczęście Bezkrwawa okazuje się istotą innego gatunku (przynajmniej na razie), nie wygłasza na przykład monologów przesyconych doktryną, która przyświeca jej w życiu codziennym - to bardzo duży plus:)

Cenię "Różową zapalniczkę" (ekstra tytuł z trafnym odniesieniem w tekście), czekam teraz na kolejne części. Dodam jeszcze, że w porównaniu z poprzednimi fragmentami - ta partia jest "gęstsza"; cytując naukowy metajęzyk, "chodzi mi tutaj ni mniej ni więcej o to", że dialogi, jak również opisy są smaczniejsze - jeśli wiesz, o co mnie chodzi - i można je cytować na wyrywki, egzystują bowiem (lub mogą) w oderwaniu i nawet bez kontekstu brzmią intrygująco. Dużo tu przemyśleń, takich nietypowych, dość czasem skrajnych zdań - głównego bohatera czy też innych. To wielki walor tego tekstu.

Trzymaj się,
w.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Tak, jesteś jedynym i niepowtarzalnym Dżejdżejem mrocznym suwalskim prozaikiem i nie tylko. Pamiętasz jak kiedyś przez pomyłkę nazwałem Cię - Garowski? To były początki tej postaci. Zwykły lapsus słowny.

Masz rację, odniesień do rzeczywistości, wątków biograficznych, aluzji i również konfabulacji jest tu sporo. I masz również rację z tym "smutkiem". Faktycznie przez orgie, pijactwo i beztroskę przebija się co jakiś czas przygnębienie. Jako autor pewnie nie powinienem pisać za wiele o własnych tekstach. Jednak ja tu kolejny raz idę inną drogą. Jak pies Saba.

Teraz też zrozumiałem o co chodziło z tą "gęstością". Widzę ją i czuję. Będę starał się o nią dbać w przyszłości. Uświadomiłeś mi to. Dzięki.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...