Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ona – początkująca pisarka i poetka, On – początkujący artysta, rysownik. Ona – dziewczyna po przejściach. On – mężczyzna nieustannie poszukujący szczęścia.
Z pozoru nic ich nie łączy, jednak przewrotny los sprawił, że ich samotne drogi życia mają szansę złączyć się w jedną trasę.
Gdzie ich ona zaprowadzi?

Widywali się bardzo często, tak naprawdę codziennie, jednakże nie zwracali na siebie uwagi. Krótkie ,,cześć” rzucane beznamiętnie w kierunku drugiej osoby odbijało się głucho na ścianie.
On zamknięty w swoim świecie rysunków, Ona – w poezji. Byli po prostu znajomymi ze szkoły i tyle. Jednak nadszedł czas, w którym ów mężczyzna znalazł swoje miejsce w ciasnym zakamarku duszy dziewczyny. Prawdopodobnie to uczucie tliło się w niej „od zawsze”, a przynajmniej od początku roku szkolnego. Wtedy oboje szli do II klasy liceum. Od roku byli razem w klasie, ale między nimi nic się nie działo. Jeszcze wtedy Ją interesował inny, ale nic z tego nie wyszło. W tym czasie On był tylko Jej kolegą, nikim więcej. Jednak nowy rok to nowe cele i nowa nadzieja na przyszłość. To tak, jakby otwierała się przed nią nowa, nie zapisana karta życia, którą jak najszybciej chciała wypełnić. Mimo, iż nie zapomniała o tamtym chłopaku ,zaczęła też zauważać tego samotnego artystę o wielkim talencie. Stał się dla niej pewną tajemnicą. Był niedostępny, jakby zamknięty gdzieś w świecie obrazów, rysunków, sztuki… To Ją fascynowało. Zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie wie o Nim prawie nic. On prawdopodobnie wiedział o niej niewiele więcej. Ona zamknęła się w poezji, On w liniach i konturach, które przelewał na kartkę papieru. Widać było, że coś ich łączy, choćby to , że oboje przelewali swoje uczucia na papier. Oboje również byli na tyle nieśmiali, że nie potrafili dać sobie do zrozumienia, że między nimi istnieje coś więcej niż przyjaźń. A może bali się odmowy lub rozczarowania? Ona przecież tak niedawno zaznała gorzkiego smaku nieodwzajemnionej miłości, On jeszcze nigdy nie miał dziewczyny. To zrozumiałe, że nie chcieli zostać zranieni. Jednak chcieli się do siebie zbliżyć.
Wszystko zaczynało się od ukradkowych spojrzeń, uśmiechów. Z czasem zaczęli rozmawiać i witać się cmokając w polik – niby takie normalne zachowania, ale dla nich były czymś niezwykłym. W czasie rozmów okazywało się, że mają wiele wspólnego. Nie tylko to, że lubili, szeroko pojętą, sztukę, ale i takie same zespoły muzyczne, książki. Ona chciała przekonać go do poezji, On ją – do rysunku. Tak rozwijała się ich znajomość.
Coraz częściej rozmawiali, spotykali się w drodze do szkoły. Czasami jednak wycofywali się, gdy któreś z nich poczuło, że coś dzieje się za szybko. Coś ich mimo wszystko ciągnęło ku sobie. Może to iż oboje byli samotnikami z wyboru, a może to, że byli indywidualistami. Tak czy inaczej coś między nimi było… przyjaźń… uczucie… tego chyba sami jeszcze do końca nie wiedzieli, ale cieszyli się na każde kolejne spotkanie. Przy innych zachowywali się zupełnie inaczej, stali daleko od siebie, przesyłając jedynie ukradkowe spojrzenia. Gdy jednak przypadkiem ich spojrzenia spotykały się w jakimś ściśle nieokreślonym położeniu(tym samym położeniu)od razu spuszczali wzrok i udawali, że wcale na siebie nie patrzą.
Jakiś duch jednak pchał ich ku sobie. Ona chciała być zawsze blisko niego, chciała zburzyć mur, jakim się otoczył. Miała nadzieję, że jej zaufa i otworzy się przed nią,… da jej szansę. Właściwie było to dla niej najważniejsze. Wcale nie chodziło o spotkania w parku, trzymanie się za ręce i przebywanie ciągle razem. Jej zależało głównie na tak ważnej i wciąż poszukiwanej przyjaźni. Chciała być dla niego przede wszystkim przyjaciółką, a dopiero później dziewczyną czy, jak Ona lubiła to nazywać, partnerką. Czy On to zauważał? Bardzo możliwe, że tak, ale nie dawał tego po sobie poznać. Wolał zamknąć się przed nią w swoim świecie szkiców. Czy aż tak bardzo się bał, że ktoś może za bardzo się do niego zbliżyć?
Ona jednak lubiła wyzwania, a On dla niej takim właśnie był, a jednocześnie zaczął się jej podobać. Chciała go poznać lepiej. Miała nadzieję, że On pozwoli jej być częścią swojego świata. Jednakże Ona nie wiedziała jak ma zdobyć jego zaufanie. Zaczęła powoli zamykać się, tworzyć swoją własną idyllę – gdzie królowała poezja i literatura. Pisała wiersze o tym co czuje. Zawsze tak robiła, gdy nie wiedziała jak ma się zachować, jak się zbliżyć, bojąc się, że ktoś niezauważalnie wkradnie się do jej życia i ją zrani. Im bardziej starała się do niego dotrzeć, tym bardziej zamykała się w sobie, jednocześnie oddalając się od chłopaka. Chciała być bliżej, sama nie zauważyła, gdy jej świat paradoksalnie otaczał się coraz wyższym i grubszym murem.
Dziś rano znów ze sobą rozmawiali, tak o wszystkim i o niczym, po prostu gawędzili. Potem gdy tylko ją widział, „odprowadzał” ją wzrokiem. Czuła, że On chce z nią mieć kontakt. Gdy rozmawiali jego głos stawał się ciepły i miękki, a jego gesty delikatne i spowolnione, zupełnie jakby bał się, że może ją spłoszyć albo zranić. Gdy po szkole mieli już wychodzić, mogłoby się wydawać, że On na nią wytrwale czeka. Ubierał się powoli, zupełnie się nie spiesząc, podczas gdy to on zawsze wychodził jako jeden z pierwszych. Teraz było inaczej. Ona jednak tego nie zauważyła i zamiast powiedzieć koleżankom ,że musi iść, bo się spieszy – czekała na nie. On widząc to postanowił już pójść. Po chwili Ona też wyszła ze szkoły i spostrzegła go idącego pospiesznie w stronę domu. Zrobiło się jej dziwnie… czuła tęsknotę, a może raczej żal, że nie idzie z nim. Wierzyła jednak, że sytuacji takich jak ta będzie jeszcze wiele.
Przez kilka następnych dni mieli „ciche dni” ani cześć ani nic. Zaczęła myśleć, że zrobiła coś nie tak, że coś powiedział albo właśnie w odpowiednim momencie nic nie mówiła… było jej źle. Zawsze, gdy tak się czuła mogła porozmawiać z Przyjaciółką. Toteż zrobiła. Nie wiedziała, jak to powiedzieć, bo przecież On był z ich klasy, ale Przyjaciółka sama zgadła o kogo chodzi. Usiadły na ławce i rozmawiały. Wiedziała, że Przyjaciółce mogła powiedzieć wszystko.(no jasne-przypis) Kumpelka cieszyła się, że Ona znalazła kogoś i obiecała pomóc – dowiedzieć się tego i owego.
Tego samego dnia, w którym Przyjaciółka miała z nim porozmawiać, Jego zachowanie się zmieniło. Znowu było cześć, znowu rozmawiali, było dobrze. Trochę się bała tej rozmowy, jednak chciała wiedzieć. W czasie jego rozmowy z Przyjaciółką chciało się Jej płakać, a jednocześnie śmiać się. Wydawało się Jej, że ta rozmowa trwa wiecznie. Wiedziała też, że dowie się rzeczy dla niej istotnych.
Tuż po rozmowie Przyjaciółka „zdała jej relację”. Nie wiadomo skąd, nagle jej humor się poprawił, a na jej twarzy widać było promienny uśmiech. Była coraz bardziej przekonana o tym, jak bardzo się jej podoba. Znów zaczęła mieć nadzieją, że wszystko może się jeszcze udać.
Co prawda z początku droga, którą stąpała idąc ku niemu, była ciemna i bez wyjścia. Teraz jednak ktoś zapalił lampkę, zwaną nadzieją. Droga zaczęła być jaśniejsza, jednak Ona cały czas szła po omacku. Wiedziała, że chce iść dalej i że ta droga wiedzie tylko w jedną stronę. Szła dalej trochę pewniej, ale nadal ostrożnie.
Kolejnego dnia również był dla niej miły, nawet bardzo miły. Rozmawiali ze sobą ciepło, czasem ich dłonie, bądź kolana się stykały i nie odsuwali ich od siebie. Chcieli być blisko. Atmosfera między nimi z pewnością nie należała do chłodnej i ponurej. On po raz pierwszy od dawna podczas rozmowy patrzył jej w oczy i nie uciekał wzrokiem. Ona czuła się jakby On zaraz miał ją wziąć za rękę i przytulić. Cały ten dzień był jakiś inny… niezwykły. Ciągle był gdzieś blisko niej. Co jakiś czas na nią spoglądał, niby ukradkiem. Częściej niezwykle przechodził koło niej. Wszystko było jakieś taki nadzwyczajne.
Pod koniec zajęć, gdy Ona rozmawiała z Przyjaciółką, również przechodził koło nich kilka razy. Wyglądało to tak, jakby zbierał się w sobie, by porozmawiać, ale gdy podszedł zabrakło mu odwagi. Powiedział po prostu do Przyjaciółki, że chyba się z nią nie przywitał, cmoknął ją w polik i pospiesznie odszedł. Zarówno Przyjaciółka, jak i Ona nie wiedziały co mają myśleć. Spojrzały na siebie znacząco i wybuchnęły niepohamowanym śmiechem. Ona jednak już wieczorem zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać. Była jednak tak zmęczona, że usnęła.
Tej nocy po raz pierwszy się jej śnił. To był normalny dzień, chyba nawet piątek. Jak zwykle przychodzili wcześniej niż inni, ale zawsze osobno. Teraz przyszli prawie jedno po drugim. Ona była pierwsza. Gdy go tylko zobaczyła, wiedziała, że coś się zmieniło albo się zmieni. Tak jak myślała tak też i się stało. Rozmawiali patrząc sobie w oczy i w pewnym momencie on nagle powiedział, że już nie wytrzyma dłużej i musi jej coś powiedzieć. Ona słuchała go nadal z wielką uwagą, choć w duszy już rozpierała ją radość. On mówił, że ma nadzieję, że Ona nie zrozumie go źle ani nie wyśmieje, ale bardzo mu się podoba i chciałby… bo jeszcze nigdy… Wtedy Ona złapała go za rękę i powiedziała, że nie musi kończyć i że się zgadza. To był piękny sen, ale… tylko sen. Gdy się obudziła jednocześnie czuła radość, ale i żal, że to tylko sen. Była jednak optymistką i wiedziała, że wszystko się jeszcze może zdarzyć.
Następny dzień nie zaczął się dobrze. On znowu ją zaczął ją olewać. Rano w szkole nie przywitał się z nią , nie mówiąc o rozmowie. Na lekcjach ,gdy prosił o coś albo o coś pytał, zwracał się do jej koleżanki z ławki. Czuła się trochę… odrzucona. Zastanawiała się czemu jej życie zawsze musi się obracać o 180°. Najpierw jest wspaniale, za chwilę - beznadziejnie. Nie bardzo to rozumiała, ale przyzwyczaiła się już do tego. Liczyła, że tego dnia jeszcze się coś zmieni.
To był ostatni dzień przed przerwą świąteczną. Ona już wcześniejszego dnia wpadła na szalony, jak się jej wydawało, pomysł. Co gdyby dała mu jeden ze swoich wierszy dedykowany właśnie jemu. Może wtedy coś by się zmieniło. Dla niej sytuacja byłaby jasna. Wtedy albo staliby się sobie bliscy - bardzo bliscy albo nie odzywaliby się do siebie już nigdy więcej.
Wiedziała podświadomie, że jej Przyjaciółka popierałaby ją w tym zamiarze, ale... z drugiej strony, czy to nie stałoby się za szybko. Jedno co wiedziała na pewno to, że nie chciała tracić czasu na jakąś głupią miłość, która nie ma szans. Już więcej nie chciała tego przeżyć. Jednocześnie nie chciała jednak tracić jego przyjaźni również przez jakieś zauroczenie. Postanowiła sobie, że jeśli nie teraz to będzie ostatni raz kiedy to Ona wszystko zacznie. Jeśli nie to nigdy nie zrobi tego pierwszego kroku, będzie tylko czekać na to co przyniesie los. Przestanie szukać faceta, podda się losowi i wszystkiemu co ze sobą niesie.
Była dość niepewna, ale nie bała się. może to dlatego, że znali się dość dobrze, a może dlatego, że była pewna, że On jest sam. Nie była pewna czy to jest właśnie ten moment kiedy powinna się „ujawnić” - powiedzieć, że jej na nim zależy. Targały Nią sprzeczne uczucia. Z jednej strony chęć zrobienia czegoś ,co pozwoli im być razem z drugiej strach, że znowu się nie uda. Bardziej skłaniała się ku temu by powiedzieć mu to co czuła. Ponieważ ostatnio stała się optymistką, miała nadzieję, że jednak… że On okaże się nie tylko jej przyjacielem... a przede wszystkim gentlemanem i zachowa to wszystko dla siebie. Tego, że o rozmowie zaraz dowie się pół szkoły bała się najbardziej. Wydawało się jej, że jednak On nie mógłby Jej tego zrobić, to nie było w jego stylu.
Postanowiła jednak nie mówić o niczym Przyjaciółce zanim tego nie zrobi. Sama nie wiedziała czemu nie chce Jej powiedzieć, ale w myślach już w tamtym momencie już ją przepraszała, ale nie mogła, po prostu nie mogła i miała nadzieją, że Przyjaciółka ją zrozumie. Może dlatego, że czułaby się głupio gdyby tak optymistycznie do tego podchodziła a nic by z tego nie wyszło. Może po prostu wolała zrobić to sama i nikogo nie pytać o radę. Oczywiście planowała powiedzieć jej o wszystkim tuż po rozmowie.
Na szczęście ten ostatni dzień przed świętami zaczynał się dla nich około 7:20, gdyż mieli „zerówkę”. Zarówno On jak i Ona przychodzili najwcześniej ze wszystkich. Dlatego też wybrała właśnie ten dzień. Miała czas, by z nim w spokoju porozmawiać, a potem cały dzień, by to przemyśleć. Jako pierwszą lekcję mieli religię, na którą przychodziło mało osób, więc rozmowa byłaby prawie tajna. Taki był jej plan „na dzień przed” i miała zamiar się do niego zastosować.
Tego dnia nie była taka pewna czy to zrobi. Gdy On przyszedł do szkoły jej niepewność się zwiększyła jeszcze bardziej. Może to przez deszczową pogodę za oknem a może po prostu nie była gotowa mu powiedzieć. Sama tego do końca nie wiedziała. Teraz On siedział przed nią, a Ona czuła, że jej poliki zaczynają przybierać kolor cegiełki albo buraczka. To było dla niej straszne. Nie chciała wyglądać jak kawałek muru podczas tej rozmowy. Dlatego postanowiła z nim nie rozmawiać – przynajmniej nie w tej chwili.
Czuła się źle. Może to był po prostu niepokój. Może nie była do końca gotowa. Postanowiła jednak powiedzieć o wszystkim Przyjaciółce. Miała nadzieję, że ta pomoże jej zrobić ten krok. Zmotywuje ją jakoś.
Gdy byli w szkole, jeszcze kilka razy rozmawiali ze sobą. W pewnym momencie gdy On patrzył na nią „ukradkiem”. Ona również patrzyła na niego. Ich spojrzenia zetknęły się, ale… to nie było tylko przelotne spojrzenie. Trwało dłużej niż zwykle i było jakieś inne.
Po szkle spotkali się jeszcze raz, ale zupełnie przypadkiem. Ona - umówiła się z koleżanką, która nie wiedziała gdzie Ona mieszka. On – miał jechać do domu, bo był dłużej w szkole. Gdy go zobaczyła, zbliżającego się do przystanku tramwajowego, od razu jej humor się poprawił. Mimo padającego deszczu chciała złożyć parasol. Zamiast tego jednak zaproponowała mu, żeby się pod nim schował. On odmówił twierdząc, że przecież nie jest z cukru. Już miała odpowiedzieć, że nie byłaby tego taka pewna, bo przecież jest słodki, ale ugryzła się w język. Stali tak w strugach deszczu i rozmawiali patrząc sobie w oczy. To był dobry moment, żeby mu powiedzieć, ale… znowu strach ją sparaliżował. Postanowiła, że powie mu po świętach. Tramwaj podjechał, więc On pożegnał się z nią cmokając w polik i poszedł. Było jej bardzo miło, że go spotkała.
Kolejne dni były wolne od szkoły, więc miała czas przemyśleć sobie sprawę rozmowy. Postanowiła po prostu napisać list i dać mu go. Nie wiedziała czy to zadziała, ale w swoim życiu nie była niczego pewna. Gdy zabrała się do pisania, zaczęła się zastanawiać ,co tak właściwie czuje do Niego. Czy to była miłość? Czy może tylko jakieś zauroczenie albo po prostu chęć przyjaźni…Była pewna tylko tego że chce mu powiedzieć, że… powinna to zrobić. Wiedziała, że nie potrafiłaby z nim rozmawiać. Zupełnie tego nie rozumiała, ale była pewna, że nie powiedziałaby mu tego wszystkiego co chce powiedzieć osobiście. List był dla niej bezpieczniejszym i bardziej komfortowym sposobem na wyznanie uczucia niż rozmowa w ,,cztery oczy”. Poza tym chciała mu dać kilka swoich wierszy, żeby mógł lepiej zrozumieć o co jej chodzi,… żeby nie myślał, że Ona sobie z niego żartuje. List był dla niej równie poważną sprawą jak rozmowa. Pisała trochę chaotycznie a jednocześnie konkretnie. Nie potrafiła jednak napisać prosto tego co czuła. On nie tylko się jej podobał, to było coś więcej, ale sama nie wiedziała jak to nazwać. Ktoś inny mógłby to określić mianem miłości, ale Ona nie wiedziała jak wygląda miłość. Dla niej to uczucie było czymś specjalnym, czymś czego nigdy nie miała szansy poczuć. Kiedyś wydawało się jej że coś czuje, ale wtedy obiekt uczuć szybko sprowadził ją na ziemię. Teraz nie chciała tego za wcześnie nazywać po imieniu, wolała „owijać w bawełnę”. Postanowiła jednak po raz ostatni zawalczyć o uczucie.
Bardzo chciała mu złożyć życzenia świąteczne, ale tak inaczej, osobiście, a nie przy wszystkich. Jednak mimo faktu iż znali się tak długo to nie miała jego adresu i telefonu, a ani komórki ani maila nie posiadał. W sumie to sama nie wiedziała czemu tak bardzo chciała się z nim spotkać. Bez niego dzień wcale nie był taki sam. Nie wiedziała z czego to wynika, ale chciała go widzieć. Chciała się z nim spotkać ,tak po prostu, po to ,by pobyć razem. Nie musieliby nawet rozmawiać, byleby byli razem. To było dla niej nowe uczucie. Coś czego nigdy wcześniej nie przeżyła. Nie chodziło jej o to by spotykać się na jakichś randkach w celu pokazania się albo na uczuciach „na pokaz”. Jej chodziło o to aby po prostu być ze sobą, móc się do niego przytulić gdy jest jej źle albo posiedzieć wsłuchując się w jakąś spokojną melodię lub po prostu w ciszę. Uważała, że są dwa „bycia ze sobą”. Pierwsze to takie „na pokaz”. Dwoje ludzi spotyka się tylko dla tego, że ładnie ze sobą wyglądają. Drugie – na serio – wtedy gdy dwójka ludzi spotyka się ze sobą dlatego, że między nimi jest jakieś uczucie, jakaś więź i chcą być razem na dobre i na złe. Ona chciała po prostu kogoś mieć. Kogoś komu mogłaby bezgranicznie zaufać.
Wiedziała, że On jest wart tego uczucia. Poza tym oboje byli zagubieni. Może dlatego, że w pewnym momencie zamknęli się przed zwyczajnym światem w swoich własnych nieznanych dla innych krainach. Może to właśnie dlatego potrafili się ze sobą dogadać. Może to tak jest, że gdy dwoje samotników się spotka to potrafią znaleźć wspólny język. On był prawdziwym samotnym samotnikiem i to ją w nim wciąż fascynowało. Bardzo chciała go poznać. Wydawał się jej niesamowity a jednocześnie bardzo zagubiony.
Nie chciała go spłoszyć a jednocześnie chciała go poznać – zbliżyć się jakoś do niego. Dlatego postanowiła napisać list i porozmawiać z nim. To było dla niej bardzo ważne, żeby On zrozumiał co dla niej znaczył. Wiedziała, że nie będzie potrafiła wszystkiego powiedzieć, bo mimo wszystko była trochę zagubiona i nieśmiała. Może nie było tego widać „na zewnątrz”, ale w środku nie była taka pewna siebie. Stawała się taka dopiero gdy znajdowała się wśród przyjaciół. Bardzo zależało jej na nim. Nie wiedziała co On o niej myśli, jak się zapatruje na ich znajomość, czy w ogóle zdaje sobie sprawę z jej odczuć względem niego.
Te wątpliwości miały pozostać niewiadomymi do momentu „konfrontacji”, czyli do środowego poranka, kiedy to szli ponownie do szkoły. Oczywiście warunkiem do przeprowadzenia rozmowy będzie jego przyjście do szkoły. Nie chciała rozmawiać z nim w czasie przerwy między jakimiś lekcjami. Wolała zrobić to „bez świadków” na osobności, czyli przed lekcjami. Był to dobry moment, bo w środy ich lekcje zaczynały się o 7:20 od religii a Oni zawsze przychodzili jako pierwsi z klasy.
Gdy myślała o tym dialogu (a może monologu) jej serce zaczynało bić mocniej a ręce trzęsły się i robiły zimne. Cała była wtedy zestresowana. Nie chodziło tu o to, że bała się jego samego, bo przecież znała go i (chyba) nie było powodu. To był taki konstruktywny strach.
Te całe przemyślenia spowodowały, że zaczęła czytać horoskopy i robić różne psycho-testy. Oczywiście we wszystkich testach wychodziło, że oboje do siebie pasują, a ich znajomość to już nie jest zwyczajne koleżeństwo czy przyjaźń. Horoskopy oczywiście również były pomyślne. Każdej gazecie mogła przeczytać, że miłość czeka przed jej drzwiami i tylko powinna je otworzyć. Poza tym pewna osoba jej się przygląda i powinna zauważyć kogoś kto jest blisko a na kogo dotychczas nie zwracała uwagi. Te ,głupie dla niektórych, rzeczy utwierdzały ją w przekonaniu, że powinna z nim pogadać. I tak też miało się stać.
Rozmawiała z nim, ale....wydawało jej się że On nie słucha....a może słuchał tego, co mówiła, ale tak naprawdę nie słyszał. A może po prostu nie zrozumiał, co Ona chciała mu przekazać. Dopuszczała również możliwość, ze po prostu czuł się zaskoczony i oszołomiony tą całą sytuacją. Może to spowodowało, że w momencie, gdy Ona wyznawała mu, co do niego czuje, On po prostu zmienił temat. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Postanowiła więc dać mu czas, żeby mógł przeczytać jej opowiadanie i przemyśleć wszystko , ale przede wszystkim dać czas sobie, by móc w spokoju uporządkować swoje myśli. Postanowiła poczekać do następnego dnia, albo i dłużej, gdy zaistnieje taka potrzeba. Serce jednak jej podpowiadało ,że przecież uczucia nie można przeliczać na czas, a rozsądek (najmniej potrzebna część psychiki ludzkiej) mówił, by się wycofać póki jest czas. Nie mogła uwierzyć, że On ja zignorował - nie, nie zignorował. On po prostu zmienił temat!!!! Spodziewała się wielu reakcji, ale nie tego. Sama nie wiedziała , co ma o tym wszystkim myśleć. Jednak czuła spokój i jakąś dziwną....neutralność, jakby nic się nie stało, jakby nigdy z nim o tym nie rozmawiała. Utkwiło jej jedynie jego pytanie o klasówkę z geografii.
Chciała poradzić się Przyjaciółki, ale nie było jej w pobliżu. Na lekcji siedziała jak na szpilkach. Chciała jak najszybciej wyjść z sali i jej poszukać. Musiała o tym z nią porozmawiać. Wierzyła, że Przyjaciółka znajdzie odpowiedzi na jej kłębiące się pytania.
Od tamtej rozmowy minęło wiele bezsensownych godzin. On nie przychodził już wcześniej do szkoły, nie rozmawiał z nią. Czuła się opuszczona, okradziona z emocji. Tęskniła.....znalazła odpowiedzi na wszystkie pytania, oprócz jednego....dlaczego?
Mimo tego, co się stało nie opuszczała jej nadzieja.
Siedziała na ławce, on przyszedł do szkoły. Podszedł, rzucił krótkie ,,cześć”, spojrzał na nią i ...odszedł. Zastanawiała się , czy przeczytał . Jednak mimo wszystko nie była w stanie o to zapytać. Wiedziała, co czuje - raport z jej obecnego stanu przesyłało serce, ona tylko miała nadzieję, że wytrzyma to tempo, które narzuca jej ten mięsień w kształcie zaciśniętej dłoni. Purpurowe poliki i podniesienie temperatury mogły być dobrym pretekstem do zwolnienia lekarskiego. Jednak ona wiedziała, że jej lekarstwo błądzi gdzieś samotnie po szkole. Siedziała na korytarzu w nadziei, że przyjdzie. On jednak poszedł w inną stronę. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Unikał jej? Było jej przykro. Myślała, że to wszystko ułoży się inaczej. Może On się po prostu czegoś bał, a może nie wiedział, co ma powiedzieć.
Skoro bał się powiedzieć jej tego osobiście, mógł powiedzieć to Jej Przyjaciółce. Przecież wiedział ,że się przyjaźnią, powinien się domyśleć, ze zwierzają się sobie, rozmawiają na różne tematy i wzajemnie sobie pomagają-motywują się. Mógł być pewien, ze Przyjaciółki są wobec siebie lojalne i Przyjaciółka na pewno wszystko by jej przekazała. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem na zaistniała sytuację było to, iż On po porostu nie przeczytał jeszcze tego, co m dała. Czy kiedykolwiek to przeczyta?
Ona postanowiła jednak jeszcze poczekać. Tylko jak długo?
Zachowywał się tak dziwnie w stosunku do niej. Tak jakby był zupełnie obojętny całej tej sytuacji. Jakby w ogóle go nie dotyczyła. Dlatego postanowiła porozmawiać z Przyjaciółką. Kumpelka poradziła jej trochę poczekać, ale przede wszystkim bacznie Go obserwować, żeby nie przegapić jakiegoś momentu, który rozwiałby wszelkie wątpliwości. Niestety nie znała żadnych jego bliskich przyjaciół, z którymi mogłaby pogadać na ten temat. Postanowiła więc odczekać jeszcze tydzień. Jeśli nic się nie wydarzy t przestanie się łudzić i czekać, po prostu „c’est la vie”
Wszyscy już spali, a Ona – Ona nie. Miała przed sobą puste kartki papieru i długopis. Słuchała jakichś smutnych piosenek. Rozmyślała o Nich. Czy mają jakąś szansę? Myślała o tym jak bardzo chciała, by On był teraz blisko niej. Czuła się źle i pragnęła tylko jednego – wtulić się w jego ramiona i poczuć się bezpiecznie.
Na kartce pojawiła się kropla. Po jej policzku płynęła następna, a w kącikach zbierało się ich jeszcze więcej. Musiała jakoś odreagować, a zawsze łzy skutecznie pomagały. Czuła, że teraz nie wystarczą jej słone kropelki na policzku. Nie była pewna co jej jest jeszcze potrzebne, ale wiedziała, że na pewno gdzieś można znaleźć jakiś inny sposób – lepsze metoda. Coraz więcej łez pojawiało się na kartce, a Ona nie mogła przestać. Gdy tylko zamykała oczy widziała jego sylwetkę. Nie potrafiła nawet na trochę przestać o nim myśleć. Dlatego postanowiła zapisać swoje przemyślenia w pamiętniku i to - o dziwo – pomogło.
Rano miała się trochę lepiej. Nadal czuła do niego żal, ale trochę mniejszy. Może dlatego, że miała inne zajęcia i póki co nie myślała o Nim. Siedziała na tarasie, słońce grzało jej w twarz, a z radia leciała cichutko jakaś melodia. Postanowiła się trochę odprężyć, zrelaksować, no i przede wszystkim nie myśleć o żadnych problemach. Jednak nie potrafiła zapomnieć o Nim. Nurtowała ją tamta rozmowa. Wciąż miała wiele pytań dotyczących jego zachowania, stosunku do niej, a w głównej mierze chodziło jej o odpowiedź na podstawową kwestię: Czy to już koniec ich historii czy też może dopiero początek?
Dała mu czas i co… i nic! Była wkurzona a jednocześnie było jej bardzo bardzo przykro. Myślała, że tym razem wszystko będzie inaczej i tak się nie skończy. A jednak! Los znów z niej zakpił. Znów pokazał jej, że nigdy nie będzie tak jakby chciała.
W radiu właśnie leciała jakaś piosenka, a do jej uszu doszedł tylko refren: „To tylko miłość. nie panikuj. Nie ma czego tu się bać. Przyszedł Twój czas. Tylko miłość. Pierwsza w życiu. Każdy z nas chce by to się przydarzyło i odda wszystko to co ma”. Chciała by On ją usłyszał i by jakoś się zachował. Jak na razie był bardzo dziwny. Zachowywał się co najmniej tak jakby była trędowata albo miała jakąś inną chorobę. Przynajmniej tak to czuła. To tak jakby ktoś z dnia na dzień przestał kogoś zauważać albo jakby ten ktoś stał się nagle niewidzialny. W szkole nie dawała po o sobie poznać, że coś jest nie tak, ale tak naprawdę nie czuła się z tym wszystkim dobrze. Sama już nie wiedziała czego chciała. Najchętniej siedziałaby gdzieś sama, żeby to wszystko sobie poukładać. Chyba wolałaby dostać „tradycyjnego” kosza. Dla niej najgorsze co mogło się zdarzyć to ta obojętność. Nie był do końca pewna tego co on myśli, co czuje…. Czy w ogóle coś czuje… Jednak nadal chciała czekać. Na co? Po co? Przecież On (raczej) już nic nie zrobi!
Czuła się tak jakby ktoś wyrwał jej serce, ale zapomniał odciąć żyły. Serce wciąż biło… tylko już gdzieś indziej. Poza nią… poza jej ciałem… poza jej duszą. Razem z sercem została porwana część jej duszy. Nie wiedziała czy jeszcze ten ktoś jej to odda czy też zerwie wszelkie nici jakie trzymają te części z jej ciałem, czy może po prostu z zimną krwią rozbije jej serce o krawędź brudnego od błota chodnika. Sama nie wiedziała czy dać sobie spokój czy nadal czekać…
Mimo że od czasu rozmowy minęło już wiele czasu to nic się nie zmieniło. On nadal nic nie powiedział na temat opowiadania i całej tej sprawy. Ona postanowiła zostawić go w spokoju. W jej oczach wiele stracił. On - któremu tak wierzyła, którego kochała. Wiedziała, że długo nikomu nie zaufa i po raz kolejny przekonała się, że nie powinno isę oceniać ludzi po pozorach, ale patrzeć na ich wnętrze – a i z tym trzeba uważać.
Czy ta historia mogła zakończyć się szczęśliwie, tego ani Ja ani On nigdy się nie dowiedzą. Może to dlatego, że
„Miłość nie istnieje, to tylko wymysł mózgu otumanionego chemią”…

Opublikowano

Baaaaardzo długie. Nawet trochę zazdroszczę Autorce umiejętności rozpisania się na tyle stronach (to nie ironia, tylko szczere zdanie).
Oczywiście długość opowiadania nie powoduje, że ono się bardziej podoba. Tutaj historia była zbyt nudna. Spodziewałem się czegoś porywającego, typu On namaluje dla niej graffiti na drzwiach do pokoju nauczycielskiego, albo Ona zrozpaczona wydziobie Jemu oczy:) no cokolwiek, co by zainteresowało. Krótko mówiąć brakowało interesujacego rozwinięcia tego tematu.
I chyba to wszystko.
Pozdrawiam
MZ

Opublikowano

Długaśne. Przyjemnie spojrzeć na tekst, który jest napisany niemal bez błędów (pomijam literówki, każdemu się zdarza). Zastanowiły mnie te "poliki"... nie wiem co mam o nich myśleć - innowacja na potrzeby tekstu? dwa pomniejsze zgrzyty: "olewał" jakoś nie bardzo pasuje do nieco podniosłego wywodu, podobnie "wkurzona", ale to być może po prostu moje przewiane ucho... Nie porwała mnie historia ani dawka nierozcieńczonego sentymentu, niemniej nie widzę powodów do zjadliwej oceny. Powiedziałbym po prostu: poprawne... Cokolwiek marcholt z tego przymiotnika wyczyta.

Opublikowano

Pisałem to już pod "sezonem zielonych jabłek", ale i tu chyba warto to dodać: rozpleniły się nam na forum wspomnienia z rejonów górna podstawówka / dolny ogólniak. Ciekawe co przyszłość jeszcze w tym rejonie objawi ;-)

Opublikowano

Dzięki za obie opinie.

Freney - Chciałeś chyba napisać górne gimnazjum \dolne liceum. tak czy inaczej trafiłeś w dziesiątkę z tym dolnym liceum. To nie jest majstersztyk (i wiem o tym), ale...

Michał - cóż mogę dodać, moje życie nie jest porywające i niestety "temat" nie mógł się zbytnio rozwinąć, gdyż "On" uznał najwidoczniej, że takowy nie istnieje i do dziś dziwnie się na mnie patrzy (trzeba Ci wiedzieć, że to była historia z życia wzięta)...

Opublikowano

Że historia jest z życia wzięta to dało się wywnioskować z ostatniego zdania. Przyzwyczaiłem się do tego klasycznego układi 8+4, podstawówka i ogólniak. Tak czy inaczej ciekaw jestem innych tekstów.

Opublikowano

Schizofrenia paranoidalna. Nic ich nie łaczy. A potem coś jednak ich łączy. Acha, to pozory były tylko, no nic...
Ona i on - te zaimki (wskazujące? osbowe? polonistów w naszej zawodówie mamy słabych...) przestały istnieć po twoim tekscie. Ja na pewno nie użyję ich przez conajmniej 15 lat. Ogólnie tekst jednak poprawny. Nie ma co się czepiać za wiele. Są bardziej palć sprawy:

A teraz coś, co parę osób może zaboleć. Więc jak kto nie lubi mnie, to niech nie czyta dalej, szczególnie jak ma słabe serce.
Uwaga cytaty:

"cóż mogę dodać, moje życie nie jest porywające" "Niestety z życia wzięta"
"Obecnie staram się stworzyć następną życiową historię"

Pytanie (retoryczne w zasadzie): po co pisać w taki sposób?
Ja wiem, że moja pasja (frezarki, tokarki) nie jest porywająca, ale nie tworzę tekstów o pracy tokarza. Czy to, nie wiem, jakiś przymus? Przyszedł do ciebie koleś z pistoletem i kazał pisać o nudzie? zawsze wydawało mi się, że każdy chwytał po pióro by opisać swoje życie, kiedy stwierdził "wow! Ale numer! niech ludzie o tym usłyszą!" A tu już któryś raz udowadniacie mi, że jest odwrotnie. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, że ktoś siedzi na kanapie, dłubie w nosie i myśli - ja pierdzielę, ale nuda, nic się niedzieje. Ale banał. Napiszę o tym sagę. Heksametrem. Może jestem barokowym zbnoczeńcem, ale musi być do diabła jakiś koncept, który (choćby autorowi!) wydaje się ciekawy.
I może mnie zbanują, może mi ktoś odpisze, że jestem chamski, bez uczuć etc. (ew. że na sztuce się nie znam) - ale bedę mówił wprost: nikt nikogo nie zmusza do pisania ani publikacji, to powinna być przyjemność, a autor musi czuć, że po coś to robi i zdawać sobie sprawę z tego co robi. A na naszym amatorskim poziomie, to już wogóle nie wiem po co smucić i smędzić w czasie wolnym! (pilchowi za smucenie płacą, nam nie!).

P.S. Naprawdę w ogólniakach tylko wieje nudą i złymi feromanami nieszczęśliwie zakochanych?

Opublikowano

Mimo wszystko sądze, że powinieneś nieco spasować.
1) jak sam zauważyłeś forum jest amatorskie i skupia amatorów.
2) co decyduje o tym, że pisarz jest zawodowcem? To, jest pilchempolonistą to chyba marne kryterium?
3) dopiero co prowadziłeś polemikę o niedookreśleniu - a w trakcie tej polemiki pojawił się pod upolemizowanym tekstem komentarz jakiejś niewiasty, że "śliczne i wzruszające". Niektórzy tego w lekturze szukają, i zapewne pod tym tekstem też się ktoś taki znajdzie, a jak się nie znajdzie to pewnie tylko dlatego, że wstydzi się w pisać, bo go zaraz Marcholt zagryzie albo ktoś inny zagłaszcze.
4) autorka miała potrzebę to napisała co jej się podobało. Kargante miał potrzebę to kręcił film pod domem nowobogackiej. Nowobogacka miała potrzebę to wezwała policję. Wyszło starcie - więc i Twoją interwencję rozumiem. Ale Ty też spróbuj zrozumieć autorkę.
5) Autorko, Marcholt to dobry chłop, wnikliwy czytelnik i bystry obserwator. Tylko jęzor ma cięty okrutnie. Ale uwagi budujące warto wyłuskać z jego komentarzy. Howgh.

Opublikowano

Bez urazy! Do teorii mojego przedmówcy chciałbym dodać następującą tezę:

Jeśli od tego co piszesz inni nie dostają erekcji lub nie robi im się mokro, to przynajmniej ty musisz mieć intelektualny wytrysk ( lub niech Ci się zrobi mokro )

- dodam, że bynajmniej nie chcę szerzyć pornografii.

Opublikowano

Uszło mojej uwadze żebyŚMY powiedzieLI WSZYSCY, że nudne i do niczego. To, żeby tekst bronił się przed nudą, nie jest kwestią dodawania fikcji tylko warsztatu pisarskiego, ikry, no i być może tego, żeby się spotkać z odpowiednim czytelnikiem. A masz pełne prawo pisać jak Ci się żywnie podoba, w czym też życzę powodzenia :-)

Opublikowano

Mnie bardziej o ten Twój topos afektowanej skromności chodzi, chciałem Cię sprowokować do powiedzenia jasno - o tym chiałam napisać, bo mnie się to podoba! To co nam czytelnikom się podoba (bądź nie) to inna sprawa. Chodzi mnie o to (najogólniej mówiąc) ażeby pisali ludzie którzy chcą, a nie tacy którym sie wydaje, że chcą. Ja sądze , że ty chcesz (wydedukowałem to po objętosci tekstu, poprostu musiało ci się chcieć! w przeciwieństwie do jednoakapitowych poetów... ale to na inna okazjję). I drażni mnie (dla odmiany) twoja chęć poprawiania wszystkiego bo Ci na poezji.org to kręcą nosami. Zbastuj. Podyskutuj, przedstaw swoje racje, i na boga nie zamykaj się ani na krytyke ani na siebie. Umiar trza znać.
A sam tekst przecież tragiczny nie jest? Czy ja napisałem że tragiczny? Tragiczna to był nowobogacka.
vonGorski mawia "tragedii nie ma". Że tak zacytuję.
Trzymajcie się ciepło (praktyki w Elektrociepłowni Pomorzany odbywam od dziś! Z kciukiem bolacym!)

Opublikowano

Marcholt Czyścizadek - dzięki za opinię; to że chcę coś zmienić w tym co piszę to tylko dlatego, że chciałabym, aby moje teksty się dobrze czytało, ale chcę też pozostać sobą. nie zmienię się tylko dlatego, że niektórzy uważają moje życie za nudne, a co za tym idzie moje historie. Chcę być sobą, a jednocześnie umieć opisać to w ciekawy sposób.

Opublikowano

Nie wiem nic o Tobie Anno, ale wymyśliłem co Ci powiedzieć!
Jeśli jesteś wesoła, spraw by Twoi bohaterowie byli niezdarni.
Jeśli jesteś smutna, spraw by Twoi bohaterowie byli skrajnie nieszczęśliwi.
Nigdy nie idealizuj uczuć, które przeżywają.
To wszystko czysto subiektywne uwagi i nie bierz ich do serca, lub tym bardziej poważnie.
Chodzi mi o to, że chciałbym trochę mięsa, ociekającego krwią najlepiej ( nie chodzi mi o opowiadanie wojenne) Lubie czuć, że literatura jest prawdziwsza niż życie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za szczerość 
    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...