Kleopatra

W bu­dyn­kach, na schron dzi­wom skle­co­nych na­pręd­ce,
Lu­dzie z wo­sku w po­śmiert­nym za­sty­gli nie­ła­dzie.
Ci­sza, rów­na li­czeb­nie tych milcz­ków gro­ma­dzie,
Sku­pia sie w byle słoń­ca zdrob­nia­łe­go cęt­ce.

Tkwią te cia­ła o woni za­grza­nej grom­ni­cy
Na co­ko­łach, opię­tych pur­pu­ro­wym suk­nem,
Co jak mun­dur od­święt­ny sztyw­nej ta­jem­ni­cy,
Zdra­dza py­chę ni­co­ści każ­dym nie­mal włók­nem.

Żądni mąk swych po­ka­zu ci lu­dzie, jak mary,
Po­wta­rza­ją bez koń­ca zwy­cza­jem po­ku­ty
Zbrod­nie, raz po­peł­nio­ną, lub cud nie do wia­ry,
Co ich wy­zuł z ist­nie­nia, sam z śmier­ci wy­zu­ty.

Na jaw z gro­bu do­by­ci pró­bu­ją swej siły
W przy­byt­ku, któ­ry w słoń­ca ką­pie sie ku­rza­wie,
Jak szpi­tal zmar­twych­wsta­łych, zwte­dza­ny cie­ka­wie
Przez tych, co nie zdo­ła­li zmóc jesz­cze mo­gi­ły.

Ko­rzy­sta­jąc z za­chwia­nej przez ży­wych pod­ło­gi,
Po­ży­czo­nym ku ży­ciu mo­cu­ją sie ru­chem,
Stra­sząc dzie­ci ob­la­dłe i ra­du­jąc bogi,
Któ­re ba­wią się wszel­kim złu­dze­nia okru­chem.

Wśród nich pięk­nem ja­śnie­je Egip­tu kró­lo­wa,
Oszklo­na arką do­syć dla cu­dów prze­scwor­ną.
Pier­si zdob­ne ma raną jak wi­śnią po­twor­ną,
W dło­ni - kosz pe­łen kwia­tów, w kwia­tach wąż się cho­wa.

Ile­kroć słod­kim ja­dem wąż jej pierś ośli­ni,
Ty­le­kroć oczy zmar­łej znów się w świat od­sło­nią,
Jak gdy­by upoj­ne­go ko­na­nia mi­strzy­ni
Łeb śmier­ci oswo­jo­nej pie­ści­ła swą dło­nią.

Śmierć się łasi do stóp jej, niby wier­na służ­ka,
Bacz­na na lada szep­ty i lada ski­nie­nia,
I jej oczu śmier­tel­na w nie­skoń­czo­ność zmruż­ka
Jest tym tyl­ko, czym dla nas chwi­la za­my­śle­nia.

Ko­cham to cia­ło cho­re, co tai w za­du­mie
Czar ty­sią­ca zmar­twych­wstań i śmier­ci ty­sią­ca
I wie jesz­cze coś wię­cej, niź­li wie­dzieć umie
Duch, co tyl­ko raz je­den o śmierć się roz­trą­ca.

Ko­cham dłoń, do wę­żo­wej na­wy­kłą piesz­czo­ty,
Pa­znok­cie, za­bar­wio­ne wy­pło­wia­łym ró­żem,
Pier­si, ni­g­dy nie­sy­te swej wła­snej znisz­czo­ty,
I dwa zęby u war­gi, po­ka­lancj ku­rzem.

Ko­cham po­zór od­de­chu, co ła­mie pierś bia­łą,
Szat, zu­ży­tych na cuda, po­strzę­pio­ne kra­je -
I nie wiem, czy­bym pie­ścił skwa­pli­wiej to cia­ło
W chwi­li, kie­dy umie­ra, czy też- zmar­twych­wsta­je.

Czy­taj da­lej: Nie obiecuję ci prawie nic – Bolesław Leśmian