Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pandemii nadszedł czas

wirus osłabia nas

idą wybory

ważny listowny głos

i osobisty też

- nie będziesz chory

 

prezydent musi być

bez niego trudno żyć

tylko tragedia

ten wybór trudny jest

czy ty na pewno wiesz

kogo masz wybrać

 

pan Hołownia, pan Trzaskowski

każdy chce potęgi Polski

a może Duda lub Kosiniak Kamysz

mamy jeszcze też Biedronia

jest lewicy czarnym koniem

każdy z nich nas świetnie mami

 

 co dzisiaj zrobić masz

naprawdę nie wiesz sam

wciąż w głowie mętlik

czy znowu lepszy ten

że obiecuje że

da Ci najwięcej

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Stańmy obok tego drzewa. Spójrz jak spada na nie milczący krajobraz. Milczące niebo prószące mżącymi kryształkami lodu. To drzewo jedyne. Samotne. Gdzieś w polu nieskończonej pustki. I gdzieś w pół drogi, kiedy idę: Ty.   I znowu: Ty.   Te skrzące się drobiny osiadają na twoich rzęsach. Na moich. Naszych włosach. Oprószają srebrem skronie. I dłonie, kiedy wyciągamy je do siebie w rozterce i trwodze nieubłaganego czasu.   Nie słychać niczego. Nawet wron, które zazwyczaj uświadamiają nam swoją obecność. W dalekich odgłosach grzęznących w gąszczu chropawych, brudnych nawoływań…   Chodźmy. Pójdźmy. Gdzieś.   … dokądś...   Gdzie nie spojrzeć, olśniewająca biel. Tak bardzo lśniąca, że aż oślepia. I rani.   I ta biel rozwija przeogromne skrzydła milczących oceanów. Oceanów westchnień idących skądś, dokądś…   - znikąd i donikąd…   Jakby ze snu wychodziły czyjeś oddechy, niknące w oddali.   W jasnej przestrzeni nieskończonego śniegu padającego miękko.   Coraz więcej na gałęziach i dłoniach mrozu.   Na twarzy mojej i twojej. Na źrenicach naszych…   Kiedyś tutaj, latem…   Lecz teraz nie ma niczego. I chyba nigdy nie było. Bo gdzie spojrzeć, jedynie biel skrzypiąca pod stopami.   Mżąca w spojrzeniach zlęknionych pustką.   Wszechpotężną, bo obojętną. Wzgardzającą nami.   Otulającą coraz bardziej mrozem.   Nic nie mówimy. I chyba nigdy nic nie mówiliśmy. Bowiem zamarzły nam w tej obojętności usta.   Szronem okryte. Śmiertelnie blade.   I twarde jak kamień. Błyszczące…   Lecz cóż mogłoby z nich ulecieć w przestwór? Jedynie ciche, zalęknione metafory.   Wytarte jak okładka starej książki. Rzucona w kąt ciemnego pokoju.   Już niczyja. Pokryta kurzem i srebrną pajęczyną smutku.   Widzisz? Spójrz. Jesteśmy samotnie nadzy w swym jasnowidzeniu. Przejęci chłodem i ciszą.   Co przed nami? Kamienna nicość. Dwa kamienie. Skute lodem lśniące obeliski...   (Włodzimier Zastawniak, 2026-02-01)    
    • Niektóre budowle w tym stylu są rewelacyjne, pozdrawiam
    • @Tectosmith Manifest Nihilistyczny: Wczoraj to bagno, dzisiaj to za mało, a jutra nie ma. To chyba wyczerpuje definicję "bycia ku śmierci". Natomiast niepokojący jest ten fragment o nadgarstkach i o ile peel sobie może, to mam nadzieję, że wszyscy wokół - nie. Takie sygnały wolałbym żeby jednak nie były pomijane "peel to, peel tamto". Kolego, nie wiem jak to napisać... Szukaj, kurwa, pomocy jeśli to nie fantazja twórcza. 
    • @Somalija szybka jesteś. jak ta mróweczka płocha... 
    • @violetta   właśnie do tego zmierzam ;) szukam…ukojenia ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...