Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzieciństwo z ciężko wypchanym plecakiem
zmartwiałej wiedzy, skamieniałych marzeń,
łopotu wcześnie zniewolonych ptaków,
zapominanych, bezpowrotnych twarzy,

na szkolnej drodze pod górkę wciąż rośnie,
puchnie od metod ojców oraz matek,
i nigdy się nie staje przeszłością,
tylko wciąż mniejszym i ciaśniejszym światem.

Dzieciństwo niespełnione niekochaniem wielkim
pęcznieje w coraz grubszy, za trudny podręcznik.

Opublikowano

Oxy, bardzo się podoba.
oczekiwania rodziców wobec dzieci czasami są nie wyobrażalne (trudny podręcznik), mam w domu przedszkolaka i rozumiem problem. Takim maluchom, oferuję się wszystko: taniec, angielski, rytmikę, rytmikę z logopedią i jeszcze jakieś cuda, o których ja będąc malcem, a tym bardziej moi rodzice nie mieli pojęcia - takie to dziwne czasy były. Dzisiaj wypycha się maluchy na tysiące zajęć poza lekcyjnych zapominając często o najważniejszym - miłości i zabawie w domu chociażby klockami lego, czy szmacianą lalką. Dzieciak szleje podczas wspólnego przebywania z rodzicem. Teraz brakuje czasu, a kiedyś pozostanie tylko żal za jego marnowanie.
Tak zrozumiałem wiersz - dla mnie ważny - nie wiem czy dobrze?
pozdrowienia i szacunek za podjęcie tematu
r

Opublikowano

A ja tak czytam i ubolewam nad losem dziatwy;), ale zastanawiam się też, czy to nie my przypadkiem te dzieci. Są tacy co twierdzą, że życie jest szkołą, a człek cały czas się w niej uczy. A niektórzy dodają jeszcze, że umiera głupi;). Cały wiersz traktuję jako dobrą metaforę ludzkiej egzystencji. Pozdr.

Opublikowano

W pierwszej "marzenia" przeraźliwie uwierają. Z jednej strony słowo niosące za sobą ogromne znaczenie, ale z drugiej jakże często nadużywane przez wierszokletów i przez to banalne.
"Marzenia" wrzucam zawsze do tego samego wora, co "aniołki" "motylki" i inne infantylne zapchajdziury.
"Kochanie" też. Z "nie-kochaniem" jest już nieco lepiej, ale i tak nie jestem co do niego przekonana. Rozumiem, że samo słowo pojawiło się z potrzeby oddania stanu, ale bez niego cała strofa (fenomenalna zresztą) dużo by zyskała.

A teraz już będzie milej:
sam środek najsmaczniejszy, przemyślana treść, ubrana w te właściwe słowa. Za to duży "+"

pozdr serdecznie
weronika

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


rozumiem wiersz ,rozumiem komentarz ale po co to rozpisywanie się o szkole , ktoś pisze wiersz i oczekuje komentarzy dobrych czy złych nieważne, ale kogo to obchodzi że ktoś ma przedszkolaka w domu i co mu się każe to sprawa jego rodziców a nie zatroskanych dziadków,nie wrzucajmy wszystkich do jednego wora, nie wszyscy rodzice każą dzieciom latać na zajęcia dodatkowe mądre dzieci się buntują, jestem tu nowa i nie wiem czy są tu takie zwyczaje ? czy Pan Biały nie miał się gdzie wygadać (nikt go w domu nie słucha bo wszystkich wygonił na jakieś zajęcia)pozdrawiam a za wiersz plusa zostawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


rozumiem wiersz ,rozumiem komentarz ale po co to rozpisywanie się o szkole , ktoś pisze wiersz i oczekuje komentarzy dobrych czy złych nieważne, ale kogo to obchodzi że ktoś ma przedszkolaka w domu i co mu się każe to sprawa jego rodziców a nie zatroskanych dziadków,nie wrzucajmy wszystkich do jednego wora, nie wszyscy rodzice każą dzieciom latać na zajęcia dodatkowe mądre dzieci się buntują, jestem tu nowa i nie wiem czy są tu takie zwyczaje ? czy Pan Biały nie miał się gdzie wygadać (nikt go w domu nie słucha bo wszystkich wygonił na jakieś zajęcia)pozdrawiam a za wiersz plusa zostawiam
właśnie tak Marciu, nie miałem się gdzie wygadać i padło na Oxy. wybacz
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Druga jest najmniej regularna. Jeśli to razi, to mogę p[oprawić. Rzeczywiście w drugim wersie drugiej strofy po średniówce jest mniej sylab niż w pierwszej.
Dzięki za "puenta cudna", to mnie stawia na nogi!
Pozdrawiam także. :-) Joaśka.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Tak, dokładnie o to mi chodziło! I nie tylko o wypychanie dzieci na dziesiątki zajęć poza domem do nocy, ale w ogóle o zbyt wielkie wymagania wobec dzieci. Często są przeciążone zarówno w szkole, jak i poza nią; nie mają dzieciństwa, bo nie mają na nie czasu i wymaga się od nich dojrzałości od wczesnych lat życia. Dzieci ustawia się na starcie i puszcza w wyścig szczurów, z którego już nie mogą się wyrwać przez całe życie. Ta machina wciąga i zabija osobowość.
Dzięki za świetną interpretację.
Pozdrawiam ciepło.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


I dobrze traktujesz. :-) Napisałam, że dzieciństwo "nigdy się nie staje przeszłością". Ono rzutuje na całe nasze życie. I przez cały czas uczymy się żyć. Ale to dzieciństwo popycha nas w dobrym albo w złym kierunku.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Vera, pewnie masz dużo racji z tym "wyświechtaniem" niektórych pojęć. Ale wiesz, jeśli wywalimy z poezji wszystko, co "już było", to naprawdę ogołocimy ją z wszelkiego romantyzmu i poetyckości.
A w tym wierszu mają prawo pojawiać się infantylizmy, bo mowa o dzieciach i dzieciństwie.
Bardzo dziękuję za "+", i to duży. :-)))
Pozdrawiam serdecznie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Marto, dziękuję za plus, bardzo mi miło.
Słuchaj, Pan Biały nie popełnił żadnego nietaktu, przytaczając własne skojarzenia związane z wierszem. Bardzo dobrze, że mój wiersz ma odniesienie do osobistych przeżyć Czytelnika i cieszy mnie, że Pan Biały mi to opowiedział. To znaczy, że wiersz jest prawdziwy, że mówi o sprawach realnych, o rzeczywistych problemach, a nie wyimaginowanych i sprowadzonych z księżyca. Wypowiedź Pana Białego jest jak najbardziej na temat.
A czy w Tobie wiersz budzi jakieś wspomnienia?
Pozdrawiam serdecznie.
Opublikowano
Dzieciństwo z ciężko wypchanym plecakiem
zmartwiałej wiedzy, skamieniałych marzeń,
łopotu wcześnie zniewolonych ptaków,
zapominanych, bezpowrotnych twarzy,

na szkolnej drodze pod górkę wciąż rośnie,
puchnie od metod ojców i matek,
i nigdy się nie staje przeszłością,
tylko wciąż mniejszym i ciaśniejszy światem.

Dzieciństwo niespełnione niekochaniem wielkim
pęcznieje w coraz grubszy, za trudny podręcznik


Przesłanie wiersza jest bardzo wyraźne... treść ciekawie ubrałaś w słowa, wiersz robi wrażenie.
W II- giej strofce zapodziała się chyba literka "m" w słowie.. ciaśniejszy...
Oxyvio, nie bierz sobie tego do serca, ale pozwoliłam sobie na malutką zmianę w drugiej części wiersza...
i to nie dla samego wyrównania wersów, ale skoro mowa
o zapomnianych, bezpowrotnych twarzach, można dać ojczyma, zamiast ojca...
bo i oni mają swoje, niekiedy aż za twarde metody wychowawcze.

dzieciństwo z ciężko wypchanym plecakiem
zmartwiałej wiedzy skamieniałych marzeń
łopotu wcześnie zniewolonych ptaków
i zapominanych bezpowrotnych twarzy

na szkolnej drodze pod górkę wciąż rośnie
puchnie od metod ojczymów i matek
a gdy wskakuje na kartę przeszłości
jest tylko mniejszym i ciaśniejszym światem

dzieciństwo niespełnione niekochaniem wielkim
pęcznieje w coraz grubszy za trudny podręcznik

Pozdrawiam jak zawsze z ... :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Cyklopie, dziękuję za przemiły koment!
Hmmm... pewnie masz rację, można by to "dzieciństwo" jakoś ciekawiej nazwać. Muszę pomyśleć, może mi coś "wrażliwszego" przyjdzie do głowy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nato, dzięki za dobrą recenzję mojego wierszyka. :-)
Masz rację, zapodziała się literka - już poprawiłam.
Poprawiłam też najkrótszy wers o matkach i ojcach - zamieniłam "i" na "oraz". Nie wiem, czy tak lepiej?
Natomiast pozwól, że nie zamienią "ojców" na "ojczymów", bo to by zmieniło sens wiersza. Ojczym - to też ojciec, choć nie biologiczny - ojczym mieści się w tutejszej kategorii ojca, czyli po prostu rodzica, wychowawcy, prawnego opiekuna dziecka i najbliższego członka rodziny.
W wierszu chodzi nie tyle o zapominanie twarzy zmarłych rodziców (chociaż też), ile przede wszystkim o to, że bliscy często nie mają czasu dla dzieci, nie mają dla nich przyjaznych twarzy, są w ich samotnym dzieciństwie po prostu nieobecni i nie zezwalają malcom na ich dzieciństwo. A potem dorosłe dzieci nie pamiętają, że miały w dzieciństwie jakichś rodziców, nawet, jeśli oni wciąż jeszcze żyją... i nie da się już tego naprawić.
Ja także pozdrawiam jak zawsze. :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Niestety, wyścig szczurów zaczyna się już w przedszkolu - już tam rodzice prześcigają się w wypychaniu dzieci na drogie lekcje angielskiego, innych języków, ekskluzywnego tańca, malarstwa, śpiewu, gry na pianinie itp. Robią to w trosce o przyszłość dzieci, widząc rosnącą konkurencję we wszystkim, ale zapominają, że w ten sposób odbierają pociechom dzieciństwo, które jest niezbędne do normalnego rozwoju człowieka i jego dobrego, zdrowego funkcjonowania przez całe życie. To się często bardzo źle kończy.
Fajnie, że wpadłeś, Almare. Pozdrówka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Rafael Marius z pięknej toalety:) jutro mam ślub z stylu włoskim w plenerze w ciągu dnia do wieczora:) inaczej, bo w zieleni na zielonej łące pośród kwiatów i w koronkach drzew:) w nocy nie ma takiego efektu obcowania z naturą jak w dzień:) będzie to śliczny ślub:)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • w gwieździstym niebie nie było Ciebie  w toni oceanu pustka bez Ciebie  w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie  w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie    na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły  na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia  na rogatkach miast na szczytach gór  był tylko upiór mój miłości romantyczna    w setkach spojrzeń w barze i metrze  w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach  blichtru i sławy  nie było Ciebie i nie ma sprawy    W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie  w biodrach tańczących   piersiach gorących  brak Ciebie  w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie  po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie    
    • Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały  przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem  w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie  wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy  co schować chciały się  w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je  amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask  deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny  rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi.     Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona  trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca  niż zerwane  zwierzęcym pragnieniem  kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem  ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali  w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków  o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju.     W tej samej chwili  stojący przed swą chatą wojownik  ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą  kilka solidnie wystruganych strzał  o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa  zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach  wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu  w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował  i wstąpił z bronią do kniei  tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił  lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach  moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać  na pierwszy blask słońca  który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł  by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się  znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu.   Bór, im dalej prowadziła  wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka.  Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu  płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem  odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek  i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć  i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt  to w wielokolorowe runo. Szukał śladów.  I po chwili znalazł je.     Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko  w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę  rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów   w trzewiach powalonych pni  i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki.     Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie  w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila  gdy ujrzał także łeb z porożem  wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę.  Nałożył ją i wygiął cięciwę  gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę  dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz  i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch  pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował  i spokojnie w pełnym skupieniu  ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać  a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios.   Krwawy trop  to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew  czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym  że śmierć zwierzęcia  jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi  i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków  pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem  miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła.  Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej  i prowadziła wprost w rozwidlenie.     Gdy wyszedł na skraj poręby,  pierwsze co uczuł to  nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark  a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka  dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze  i bardzo wesoła a wręcz frywolna  jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać  pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny  oddalił się na zachód.  Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast  spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić,  że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec  a człowiek przywędrował widać z nieba  bo brak było wokół  jakichkolwiek śladów ludzkich stóp.     Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy  spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników  lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte  i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne  obok niego na trawie spoczywały też niespotykane  bo kremowe skrzypce  wykonane jednak jak najstaranniej  i widać było,  że są mu rzeczą w życiu najbliższą.  Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą  do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz  pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi  bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim  jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień.   Zanim jednak wykonał ku niemu  choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy,  przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać  ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją   a potem odskoczył jak oparzony,  macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz  jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz,  porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności.     Myśliwy wystąpił przed niego  i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością.  Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło  i zaczął wierzyć w to  że nie pochodzi ona z jego żył.     Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce?  Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów?     Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno,  lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem  głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam  z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce  a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich  otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu.     Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał  tym szerzej otwierały się  wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu,  trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała.   Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda  o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi  i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko  w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie  jak te które można usłyszeć  czasem nocą w kniei. Mówi się, że  korowody umarłych  przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta,  zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.                
    • @Waldemar_Talar_Talar

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...