Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Cholernie mnie znużyło. Leżałem do góry brzuchem wlepiwszy wzrok w symetryczny wzorek na kasetonie. Była godzina 22:00 - do godziny duchów zostały jeszcze dwie. No tak... ja tu gadu-gadu, a jutro wielki dzień. Może nawet najważniejszy w całym roku...może życiu. Dobra rok -życie... wszystko jedno. W każdym razie to co chcę rzec to to, że jutro mam powiedzieć takiej dziewczynie, że ją... no wiecie... wiecie co chcę powiedzieć. Nie mogę być bezpośredni, bo Ona może to czytać. Ale jestem szarmancki, no nie? Ona napisałem wielką literą.

Ale cicho sza. Kupiłem nawet kwiatka. Nie znam się na kwiatach, ale stwierdziłem, że róża będzie dobra... no wiecie - symbol miłości. Najgorsze jest jednak to, że ja tej dziewczyny nigdy nie widziałem! Znam ją z naszej-klasy, trochę z gadu-gadu, trochę z fotki i kilku innych portali. Ale znam ją długo, ponad rok. Niestety nie mogłem się z nią spotkać wcześniej, bo trochę się siebie wstydzimy. Ale jakiś miesiąc temu poczułem, że ją kocham! Namówiłem ją na spotkanie...jutro w parku. No i jestem z nią umówiony. Rafał - mój kumpel, śmiał się, że nie wyrwałem jej szybciej. No, ale teraz utrę mu nosa!

A owa dziewczyna ma na imię Lena. Jest bardzo ładna. Ma długie blond włosy, niebieskie oczy, śliczny zadarty nosek, trochę nakrapiany piegami, które bardzo mnie podniecają. No i ma kilka fajnych elementów, o których mówić nie wypada. Tak na marginesie - nie chodzi tylko o tyłek, ale także o piersi.

Nagle ocknąłem się, jakby z letargu. Siedziałem przed okrągłym stołem, nad którym chybotał się przewód z zawieszoną nań żarówką. Skojarzyła mi się ona z wahadełkiem hipnotyzera. Żarówka jednak nie zajęła mojej uwadze więcej niż ułamek sekundy. Mój wzrok spłynął na dwie osoby, siedzące naprzeciwko mnie...były to dziewczyny.

Pierwsza z nich - brunetka o migdałowych oczach barwy szmaragdu, siedziała z rękoma ułożonymi w geście powagi - złączone miała ze sobą tyko opuszki palców. Wyprostowane plecy, oblane kaskadą włosów nadawały jej srogości, a wszystko podkreślała mimika twarzy. Usta miała złożone w dzióbek, jakby złożone do pocałunku, ale ścisnęła wargi tak mocno, że aż zbielały. Natomiast wzrok był przyszywający na wylot, srogi jak zima i równie mroźny.

A ta druga - szatynka o nieco krótszych włosach, ciepłych, szarawo-niebieskich oczach i zadartym, lekko piegowatym nosku, równie podniecającym jak ten Leny. Ta z kolei siedziała niedbale i patrzyła na mnie zawadiacko. Usta wykrzywione były w lekko kpiącym uśmieszku, a jej pierś falowała szybciej, jakby z podniecenia.

Kontrastowość tych dziewcząt była przerażająca. Między nimi bez wahania wybudowałbym mur. Najgorsze jednak jest to, że ja i tak widziałbym obie...chciałbym mieć cegły i zaprawę!

Cała nasz trójca siedziała tak w milczeniu. Mój wzrok wędrował między jedną dziewczyną a drugą. Wreszcie odezwała się siedząca po mojej lewej stronie, surowa dziewczyna.

- Dupek - jej głos był beznamiętny. Nie wiedziałem co odpowiedzieć na taką zaczepkę...

- Eee... - tylko taka riposta znalazła ujście z moich ust. Surowa dziewczyna jeszcze mocniej, co wcześniej wydawało mi się niemożliwe, zacisnęła wargi.

- Spokojnie Dario! Dariuszko - hamuj złość. Przecież mamy gościa i trzeba go przyjąć serdeczniej - słowa te wypowiedziała druga z dziewczyn. Daria rozluźniła nieco mięśnie.

- Niech więc tak będzie - a po krótkim milczeniu znów syknęła do mnie - Bezmyślny cap!

Cokolwiek to miało znaczyć miało bardzo niewiele wspólnego z serdecznością. Po jakimś czasie zdobyłem się na zadanie pytanie...niestety jego składnia nie była jeszcze poprawna.

- Co się dzieje tu? - wybełkotałem, patrząc na Tę Drugą.

- Jestem Iwona - żachnęła się Iwona - a nie Ta Druga. Jestem twoim lepszym głosem, to znaczy Złą Naturą - Po raz kolejny nie dotarł do mnie sens słów, wypowiedzianych w tej dziwnej scenie.

- Moją Zła Naturą?

- Tak

- A ta druga, to znaczy Ta Pierwsza, to znaczy Daria? Ona jest moim...

-...gorszym głosem, ale czysto teoretycznie i na papierze - Dobrą Naturą - powiedziała Iwona z dobitną ironią - Phi! Też mi coś... - prychnęła pod nosem.

Daria przyglądała się temu z tolerancją. Wreszcie i ona powiedziała coś, co nie było bynajmniej obelgą.

- Popełniasz błąd mój drogi, spotykając się z tą osobą...

- A czy ja chciałem się z wami spotkać?

Daria załamała ręce.

- Nie z nią, to znaczy z Iwoną... z Leną! Chcesz się spotkać z Leną, która Leną nie jest! - Daria, po wykrzyknięciu tych słów, sapała jak miech kowalski. Widać, że przyniosło jej to ulgę.

- Aaa. O to chodzi.

- Daj spokój - Iwona machnęła ręką - Nie słuchaj jej! Lena to Lena...nikt inny. Przecież tak długo ją znasz. Spotkanie z nią było tylko kwestią czasu. Wreszcie poczujesz do niej miętę tak na serio, nie tylko w Internecie.

Iwona miała rację...przyznałem ją z marszu. Należało posłuchać „złej natury"...miałem chęć wydostania się z tej ciemni do normalnego świata, pójścia do parku i spotkania się z Lenką.

Lecz nie pozwoliła mi na to ta cholerna „dobra natura".

- To może być jakiś zboczeniec albo morderca. Ile razy zadawałeś sobie pytanie: „a może to morderca, psychopata i w dodatku socjopata?" No ile? Wiele! Nie rób tego mój drogi, bo pożałujesz. Dobrze ci radzę.

- Tere fere - pomyślałem - Skończ męczyć i idź do stu diabłów!

W tym momencie światełko żarówki przygasło. Tym samym zwróciło ono moją uwagę na intensywność światła, do czasu, aż odezwała się Iwona.

- Dario, Dario! Przecież on widział jej zdjęcia.

- Właśnie - potwierdziłem dumny z Iwony.

- A jeśli ten psychopata po prostu kopiuje zdjęcia z sieci i okłamuje ludzi, że jest dziewczyną z fotografii? - żarówka zaczęła świecić intensywniej. Iwona spojrzała na mnie z niepokojem.

- Dupa a nie kopiowanie! - krzyknęła

- Nie masz nic mądrzejszego do powiedzenia? - zapytała Daria, uśmiechając się pierwszy raz

- Mam. Przestań męczyć.

Argumenty Darii były teraz miażdżące. A jeśli to ona ma rację? Jeśli ta Lena to skłamana osoba.

- Rzeczywiście... - mruknąłem

- Słucham? - spytały obie Natury. Na twarzy Darii widać było niepokój, na Iwony - nadzieję. Obie co chwilę zerkały na żarówkę.

- Rzeczywiście - krzyknąłem.

- Co rzeczywiście?! - krzyknęła histerycznym głosem Iwona i z przerażeniem spojrzała na świecącą szklaną kulkę.

- To dziwne, że w tak małym miasteczku jest dziewczyna, której nigdy nie widziałem.

- No właśnie - powiedziała Daria z satysfakcją.

- Może ją widziałeś, tylko zapomniałeś jak wygląda - jęknęła załamana Iwona.

Lampka znowu przygasła. Daria zacisnęła wargi. Skrzyżowała nonszalancko ręce i wyprostowała się jak słup.

- A do jakiej szkoły ona chodzi? - zapytała głosem pełnym perswazji. Światło stało się mocniejsze.

- Do... - i nagle przyszło mi do głowy, że nie wiem gdzie ona się uczy.

- Co ty właściwie o niej wiesz? - kontynuowała Daria.

- Że... że mieszka w tym samym mieście.

- Mało jak na rok znajomości.

- No...nie tylko. Wiem, że lubi bigos i frytki, że lubi facetów takich jak ja, że lubi się kochać w pozycji klasycznej, że jest w moim wieku, że nie znosi Shona Connery'ego , ale uwielbia Bradta Pitta. Wiem, że jej mama to fryzjerka, a ojciec hydraulik. Wiem, że ma Fiata 125p i psa owczarka o imieniu Brutus...

- I co mądralo?! - krzyknęła Iwona - Widzisz ile o niej wie?

- Tak, ale to może być wymyślone.

- A ty dalej swoje. A co ty w ogóle proponujesz Dario? Żeby chłopak stracił życie na nudę?

- Może warto najpierw nabrać stuprocentowej pewności, że ta rozmówczyni jest Leną a nie psychopatycznym zboczeńcem?

- Przecież nasz drogi właśnie chce tego! On chce się upewnić!

- W zły sposób...

- To jaki proponujesz?!

- Może niech najpierw się dowie czy ktoś poza nim tą Lenę zna?!

- Cisza! - tak, to krzyknąłem ja. Byłem wyczerpany od słuchania tej kłótni -ustalmy kompromis! Nie pójdę na spotkanie z Leną, nie zerwę z nią kontaktu i postaram się dowiedzieć czy ktoś ją zna!

Wokół rozległa się cisza. Żarówka świeciła światłem tak intensywnym, że wreszcie udało mi się dojrzeć ściany. Były zapleśniałe, porośnięte czarnym grzybem.

- No cóż...kompromis to kompromis.

- No tak, rzeczywiście.

Obie Natury przyznały mi rację.

- Ale bardziej wyszło na moim - powiedziała z satysfakcją Daria.

- Na moim - żachnęła się Iwona.

- Nie, bo na mo...

- Cisza! - tak, to znowu ja - Obie jesteście wspaniałe! Najwspanialsze na świecie!

- Oj, jaki milusi chłopczyk - zapiszczała Daria.

- No...fajny ziomek...miły...

- A tak w ogóle to gdzie my jesteśmy? - zapytałem, zdając sobie sprawę z tego dziwnego, jak na tak późny etap rozmowy, pytania.

- Jak to gdzie? W twojej podświadomości mój drogi - rzekła z uśmiechem Iwona.

- To tu jest tak okropnie?

- Jak widzisz - powiedziała z lekką pretensją Daria.



Nagle ocknąłem się...no ileż można? Tym razem leżałem we własnym łóżku.

- Dziś wielki dzień!

I nagle przed oczami ukazał mi się surowe oblicze Darii. Przestraszyłem się.

- Zboczeniec, psychopata...

Jednak po chwili Darię zastąpiła Iwona, jej zmrużone oczka tak ślicznie patrzące z takim wyrazem buntu i cynizmu.

- Idę...-stwierdziłem.



Wieczorem, gdy kładłem się spać, miałem co wspominać. Lena okazała się Leną. Jednak nie była aż taka ładna, jak na zdjęciach. Wiadomo - Fotoshop zrobił swoje. Okazało się, że jest też strasznie tępa. Byłem zawiedziony. „A nie mówiłam?" - głos w mojej głowie należał do Darii. „Ale przynajmniej zdobyłeś nowe doświadczenie" powiedziała rozbawiona Iwona i widziałem w myśli jak puszcza do mnie oko.

Opublikowano

Radzę poprawić to trochę od strony technicznej - interpunkcję, zbyt częste rozpoczynanie zdań od spójników itp. Poza tym myślę, że lepiej by było, gdyby te ciągłe przerwy zastąpić zwykłymi akapitami. Co do fabuły - wydaje mi się mało pociągająca. Czyta się lekko, ale porywające to to nie jest.
Pozdrawiam
Zuzka ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Ano fakt, że strona techniczna niedopracowana :) ale nie ubolewam nad fabułą, a wręcz przeciwnie, czuję satysfakcję, czytając Twoją opinię. Cieszę się, że czyta się to lekko, bo tak miało być. Opowiadanie to nie niesie żadnego przesłania ( w każdym razie głębszego) i nie myślałem nad tym szczególnie długo, ale żeby wiedzieć co jest grane trzeba znać osoby, którym ten tekst zadedykowałem, co jest dla Ciebie oczywiście niemożliwe. Dziękuję pięknie za opinię i pozdrawiam ;*

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...