Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kodżo nie pisał wierszy, nie układał pieśni, ale tłukł się z drewnem po całej Polsce. Zarabiał na życie opiewając witryny sklepów z tanią odzieżą, robiąc za żywą reklamę bielizny, atrykułów metalowych, irlandzkich pubów. Im dziwniejsze zestawienie tym łatwiej było Kodżowi przytulić parę złotych. Znikał z szeregów naszej paczki i pojawiał się jak duch zawsze wtedy, kiedy widząc wokół siebie utarte twarze miewałem odruch wymiotny. Z nim mogłem odpocząć, nabrać sił, zaczerpnąć oddechu na ścieżkach pobliskich wiejskich lasów.
Tak, Kodżo był typem włóczęgi wieśniaka. Sam dla siebie nazywałem go Mc Wieśniak. Przyłaził do mnie nieogolony, upaćkany krowim łajnem, śmierdzący Robinson z popegeerowskich wiosek. Mieszkał tam tygodniami. Żywił się karykaturą szarańczy i tym, co wykopał w ziemi.
Chcąc spędzić z nim trochę czasu musiałem dotrzymywać mu kroku. Nie robiłem tego by go uczłowieczać, ale zwyczajnie, by wyrwać miastu moje dawno znoszone zwłoki. Pojechaliśmy najpierw do jego babci Cebulowej. Babcia Kodża była kulinarną awangardą i gatunkiem garkuchty na wymarciu.
- Może źjecie co? - zapytała starowinka, gdy stanęliśmy w progu.
- Nie, my nie głodni. - rzuciłem nie chcą sprawiać kłopotu.
- Mam tako zupe s cebulo. Źjecie. I arbatku wam zrobię. Ciasta ja napiekła, babku znaczy się. Pójdę ja zrobić.
Kodżo uśmiechał się do mnie, zacierał ręce i machając wiosłem gitary nad stołem już nucił balladę, by nas trochę zdopingować. Śpiewał zazwyczaj coś kulinarnego, aby złagodzić zdeżenie z zabużańską kuchnią babci Leonki.
Babcia Leonka była stareńką, schorowaną kobietą, przechyloną prawie do podłogi, ale myliłby się ten, kto zwiedziony jej wyglądem uznałby, że już stoi nad grobem. Trzeba było mieć końskie zdrowie, by przeżyć tyle chorób, których procesje przechodziły mi przez głowę, gdy moja wrodzona kultura osobista nie pozwolila odmówić posłuchu babcinym opowieściom. Wtedy to dowiedziałem się, że istnieje ich aż tyle i obudziło sie we mnie szczere współczucie dla zawodu wracza.
Wszystko, co dostałem u niej do jedzenia, obowiązkowo było z dodatkiem cebuli. Zupa fasolowa, choć cebulowa, ale jak się okazało w smaku przepastna. Na drugie ziemniaki z mięsem i cebulą do smaku. Pajda chleba na zakąskę ze swoiskim masłem, oczywiście z cebulą. Na deser babka cebulowa z rodzynkami. I jeszcze zapiekanka z grzybami i cebulą.
Po takim żarciu szczypało w oczy jak po dobrym pierdzeniu. Nawet sama babcia ubrana była na cebulę - swetr na swetrze, skarpeta na skarpecie.
Smaku tej kulinarnej rozpuście dodawało jej siarczyste pociąganie nosem. Kiedy poszła zrobić herbate, poszedłem za nią. Bałem się, że zamiast cytryny wrzuci mi plasterek cebuli a tego bym z pewnością nie przetrzymał. Moje napięcie wyłazio mi żyłą na szyi a okulary typu lornety na nosie Leonki nie wyglądały groteskowo. Tak na oko, z wyglądu, to mogła mieć ze sto dwadzieścia lat i kilku przyjaciół Kodża w prywatnej kolekcji kulinarnego seryjnego mordercy.
- Aaaa, nie. Ty się nie boj. Ja stara, ślepa, ale wiem, jak wygląda cytrynu. Idź do Kodzia i źjesz jeszcze co. Cebulu czeka tam ,źjesz, dla zdrowotnosci.
Kiedy wróciłem do pokoju Kodżo nucił właśnie balladę, którą ułożyliśmy niegdyś przed naszym pierwszym wspólnym występem w miejscowym Domu Kultury i zaśpiewaliśmy ze łzami w oczach namaszczeni cebulową biesiadą:
Wierz mi pani, ja już nie potrafię
Iść za Tobą nie wiem gdzie.
Dokąd tylko nocy starczy mi
Dokąd tylko starczy sił.
Wierz mi pani nie inaczej jest
Świat się kręci Bóg wie gdzie
Góry, lasy wiodą szlakiem w dal
Proszę odejdź, zostaw mnie.


Babcia Leonka przyniosła herbatę i poszła nakarmić kury do zagrody. Tymczasem ja w intelektualnej zapaści szukałem sposobu, jakby się stąd wyrwać a nie urazić mojego przyjaciela Kodża.
- Może masz ochotę na ryby? - zapytał mnie dziwnie pobudzony. I nie czekając na odpowiedź zerwał się z krzesła i poszedł do sieni po wędki. Nie wiedział, że z tym pomysłem przyszło moje wybawienie.
- Jasne Kodżo! Z tobą choćby do piekła. Tylko idźmy już bo od tej cebuli dostanę jakiegoś zaczadzenia.
Byłem w stanie pójść z nim dokądkolwiek, bo czułem, że jeszcze trochę i będzie to pierwszy przypadek na świecie zatrucia z powodu niedopuszczalnego stężenia tlenku cebuli, jeśli jest wogóle coś takiego.
Ale z rybami to nie tak hop siup, a nawet hip hop. Tu trzeba się porządnie napieprzyć. Najpierw wędki, wiązanie haczyków, spławików, ołowiu. Potem szpadel i do ogrodu nakopać robactwa. Dalej nagotować pęczaku i rowerem nad miejscową smródkę podkarmić leszcza. I z powrotem do domu na małe co nieco.
Tak było zazwyczaj, ale dziś Kodżo postanowił zapolować na grubego zwierza. Chciał mi pokazać co znaczy być myśliwym z powołania i przedstawił swój wychuchany w detalach plan.
Nocą przystąpiliśmy do jego realizacji, gdyż w dzień groziło nam niebezpieczeństwo oskarżenia o kidnapping. Mieliśmy w zamiarze zwędzić kurę. A, że babcia Leonka miała na stanie trzy sztuki, postanowiliśmy podpieprzyć jedną sąsiadce. Ta miała ich całą fermę i brak jednej mogła powetować sobie szybką reprodukcją. I tak oto pod osłoną nocy, zarzucając
parciany worek po ziemniakach na plecy, podeszliśmy jak najciszej się dało pod ogrodzenie sąsiedzkiej fabryki drobiu.
- Którą zwijamy? - Zapytał Kodżo.
- Ja tam wiem? Jakąś większą, grubszą, napasioną.
- Nie widzę nic, cholera. Ciemno, jak za czasów radzieckiej okupacji.
Właziliśmy na teren fermy przez dziurę w płocie, którą Kodżo wcześniej wyciął szczypcami do cięcia żywopłotu. Miało być szybko i bezboleśnie. Cap za pióra i do worka, zanim się kura zorientuje w sytuacji. Polazł Kodżo w noc jak w ciemną dupę i odtąd nie tyle go widziałem, co słyszałem cichnące w dali kroki. A więc namierzałem go i odgadywałem rozwój tej bezdusznej grabieży przy pomocy prymitywnej echolokacji.
Minęło może z pięć minut. Ja zamieniony w słuch i napięty jak skobel w procy a Kodża ni ma. Znaczy się przepadł? Zadziobały go? I wtedy przypomniały mi się mrożące krew w żyłach hiczkokowe ptaki i poczułem, że nie biorę już tego na klatę, nie dźwigam zwyczajnie -spierdalam.
A tu nagle jak walnie. Brzęk metalu, wrzaski, piski, krzyki. Coś tam zamajaczyło w mroku, wydęło się konturami postaci i zdechło. Zesrałem się w trupa i chyba zaczęło mnie być widać w tych ciemnościach bo Kodżlo trafił do mnie na wzrok.
- Maras! Mam kurę! Dawaj spieprzamy, bo ta babka ganiała mnie z jakimś garnkiem po podwórku. Słyszałem, jak śmiga mi nad głową, ale kure mam, nie dałem się stary.
Nie mogłem wyksztusić z siebie słowa. Kodżo szarpnął mnie za rękaw za sobą i poleciałem na ziemię jak kłoda. Podczołgaliśmy się pod dziurę w płocie i rwaliśmy z tamtąd tak szybko, że nie zauważyłem kiedy drutem wystającym z płotu zrobiłem sobie w kurtce drugi zamek - na plecach.
No tak, udało nam się zwędzić kurę i ujść z życiem, ale co dalej. Nie mogliśmy przynieść żywej kury do domu. Ot i problem z drobiem.
- Ty, Maras, kura nam żywa niepotrzebna. Ty widziałeś żeby ktoś łapał węgorza na żywe mięso?
Zaufałem słowom Kodża, gdyż to on był tu ekspertem od łowienia ryb. Skoro nie łapie się węgorza na żywe mięso to trzeba kropnąc kurę. Byłem przekonany, że zrobi to Kodżo. Pewnie niejedną ma już na sumieniu, to walnie sobie kolejną kreske na gitarze.
- Pierdolniesz ją w łeb Maras? - Wystrzelił do mnie, kiedy zbliżaliśmy się do pierwszych domostw babcinej wioski.
- Co? Ja? Nie moge Kodżo. Obrzydliwy jestem, nie wytrzymam napięcia, zemdleję.
Musiałem wyglądać na tyle krucho, że Kodżo sam zabrał się za mordowanie. Spodziewałem się, że walnie jej w łeb tasakiem, zetnie siekierą, coś w tym stylu. A on dawaj sznurek od snopowiązałki i kurze na szyję. Zapętlił. Zacisnął. Podał mi jeden koniec sam trzymając drugi.
- Udusimy kurę, nikt nie będzie słyszał. Ciągnij Maras z całych sił.
Kura zduszona sznurem siłą odśrodkową powoli zamykała lewe oko.
- Ty patrz Kodżo, zabijamy ją. Ona umiera.
- Coś ty z kurami to nie tak łatwo, są cholernie odporne. Ciągnij jeszcze, powiem Ci kiedy stop.
Drżałem na całym ciele. Uczestniczyłem w morderstwie niewinnej niczemu kury. Tam lisa jakiegoś, coś. Poćwiartowałbym bo nie lubię cholery, fałszywe to takie. Ale kura? To nawet nie będzie się czym chwalić ludziom z paczki.
- Dorba. Już. - I kura padła na bok wyciągając pazury.
Przywiązaliśmy koniec sznurka do płotu a ciało rzuciliśmy w krzaki przykrywając nazrywaną naprędce trawą. Skoro węgorz żywi sie padliną, musiała przeleżeć tam aż do wieczora niezauważona, aż dojdzie, okrasi się i nabierze smaku.
Czułem się tak, jakby moje sumienie przyłapało mnie na gorącym uczynku i zaraz pomyślałem sobie o tym, że przecież kury też idą do nieba. I pojawił się dylemat iście archetypiczny. Otóż, ta kura, która od zarania dziejów była, jest i będzie naszym ludzkim nierozwiązywalnym problemem, dotyczącym swego pochodzenia, teraz powróciła drogą posiadanego przeze mnie sumienia w celu dokonania zemsty filozoficznej na swoim oprawcy.
- Kodżo? Zwierzęta też mają duszę? Idą do nieba? Jak to jest?
Myślałem o tym namiętnie maszerując osraną przez tutejsze bydło popegeerowską drogą. W tym czasie nie zaciągnąłem się ani razu papierosem. Tak jakbym nagle mocniej zaczął cenić sobie własne życie. W domu babcia Leonka umiętoliła nam ciasto do podkarmiania. Oczywiście jechało cebulą i Kodżo zrobił drugie. Robaki na parapecie wiły się w trocinach, jak sznurówki w rękach przedszkolaka. Popołudnie płynęło nam na dłubaniu się w akcesoriach wędkarskich, które Kodżo gromadził tu chyba przez wieki, albo dostał w spadku po dziadku i dziadku dziadka. Babcia Leonka swoim zwyczajem poszła wyciągnąc nogi. To tradycyjne jej zlegiwanie nazywała przyzwyczajaniem się do trumny, bo to Pon Bog s tej połki bieri i nie znacież gadziny moje wy duraki. Pod drzwi powoli podchodził wieczór. Graliśmy w karty a śpiąca Leonka trzęsła powietrzem w całym domu chrapiąc jak stara rosyjska ciężarówka. Tak upływał nam czas, owinięty onucą swojskiego życia. Leniwy, jakby wytrącony z cywilizacji.
Po drugiej półlitrówce wstaliśmy od stołu. Rozochoceni i pełni dobrych myśli poszliśmy po sprzęt. Naładowaliśmy plecaki ciastem, robakami i swojską kiełbasą. Już na wychodne babuszka wcisnęła nam jeszcze półlitra spirytusu i kilka granatów cebuli, bo jakże inaczej; - Nasz ci Kodźo, bieri. Noc, zimno. Żeby wy na jakim lodzie nie zostali. To i wzięliśmy by Leonce nie robić przykrości.
- Ciemno, że oko wykol. - Zagaił Kodżo, kiedy maszerowaliśmy opuszczając wioskowe domostwa.
- Pamiętaj o naszej kurze. Chyba jej nikt nie podpieprzył co? - Zapytałem nieco zakłopotany.
Mgła ucinała nam drogę, ale w tej sytuacji była naszym sprzymierzeńcem. Musieliśmy tylko wrzucić kurę do podziurawionego worka, zawiązać, przeciągnąc nad smródkę i wrzucić do wody, oplatając koniec sznurka wokół pochylonego z brzegu drzewa. To zadanie było o tyle niebezpieczne, że droga nad jezioro prowadziła przez podwórko Kazia rzeźnika. Taką ksywkę otrzymał Kaziu od czasu, kiedy ganiał po wiosce z siekierą za jakimś drugim pijakiem, z którym wcześniej pił i tamten wychlał mu ostatnią flaszkę, gdy Kaziu spał smacznie po fiolecie. Od tamtej pory wszyscy mieszkańcy wioski obchodzili jego posiadłość szerokim łukiem. Nikt nie chciał doświadczyć siekierezady na samym sobie.
Udało nam się trafić w miejsce porzuconych wcześniej zwłok naszej ofiary-przynęty. Trochę po omacku szukaliśmy rękami w wysokiej trawie dowodu naszje zbrodni a tu nic. Nie ma kury.
- Ty M, to jakaś szajba. Gdzie jest nasza kura. - Kodżo był widocznie przejęty, bo łaził na czworakach w tę i wewtę zataczając coraz większe koła, aż wreszcie wlazł w jakieś gówno.
- Ale wali! W co ja wlazłem? Jesteś tu M?
- Tak jestem, czekaj, szukam sznurka. Po nitce do kłębka.
Nagle doszło nas gdakanie z drugiej strony płotu. W tym czasie znalazłem koniec sznurka, którym nie wiedzieć dlaczego, przywiązałem wcześniej zwłoki naszej nieśmiertelnej kury.
- Zobacz Kodżo, ona żyje. Chodzi tam, po drugiej stronie. Przelazła przez dziurę w siatce.
- Jasna dupa. Mówiłem Ci, że z nimi nie tak łatwo. - Powiedział Kodżo cały czas wycierając ręcę czym się dało.
- I co teraz? Ty się znasz Kodżo to daj jakiś pomysł.
Przyciągnęliśmy kurę do siebie i dawaj ją mordować raz jeszcze. I znowu pentelka, zacisk i przęciąganie liny między sobą. Kura powoli zamykała oczy, łeb przechyliła na bok i fik do góry pazurami.
- No to teraz chyba już nie wstanie. Kura to nie kot. Ile ona może mieć żyć? - Zapytał mnie zmęczony po egzekucji.
- Nie pierdziel Kodżo tylko dawaj ją do worka i idziemy. To jakieś szaleństwo. Nie wierzę, że biorę w tym udział.
Ruszyliśmy ciągnąc za sobą na sznurku worek nabity kurą. Wchodzliśmy powoli na teren Kazia rzeźnika i Kodżo przezorny pokazywał mi co chwila palcem, że mam być cicho. Starałem się nawet nie oddychać, by nie zbudzić miejscowego psychopaty, bo nas rozpruje i po rybach. Szliśmy w milczeniu, prawie na palcach, starając się jak najciszej powłóczyć workiem. Już byliśmy na samym środku kaziowego podwórka, w miejscu, gdzie delikatnie demaskowało nas słabe światło żarówki wiszącej nad wejściowymi drzwiami jego mieszkania. Było tak cicho jak nigdy w moim życiu. Miałem nawet wrażenie, że razem z Kodżem przewidzieliśmy się tej wiosce. Już mijaliśmy podwórko. Furtka otwarta na oścież była tuż tuż. Uśmiechnąłem się do Kodża i pokazałem palcem w jej kierunku. I się zaczęło.
- O wy skórwygnoje!!! Gdzie w moje podwórek wyśta nalazły!
Kaziu rzeźnik wyskoczył jak z procy pędząc prosto na nas. Cholera wie skąd się wziął. Było tak, jak słyszałem z opowiadań - darł mordę i wyzywał. Z tą tylko różnica, że zamiast siekiery dziś miał widły.
- Chodu Kodżo! Szybko! Spierdalamy!
Wiałem ile sił w nogach, ale worka z kurą nie puszczałem z rąk. Kodżo spieprzał aż zaczął gubić osprzęt wędkarski. Jakby tego było mało nasza nieśmiertelna kura znowu zaczęła gdakać. I tak waliliśmy na oślep gdzie kto może. A z nami wędki, robaki, ciasto, żyłki, spławiki, haczyki, kulki ołowiu i kura w worku na węgorze. Odskoczyliśmy Kaziowi na odległośc na tyle bezpieczną, że wreszcie można było złapać trochę oddechu.
- Ty słuchaj. Myślisz, że on naprawdę mógł nas tymi grabiami...? - Zapytałem z trudem łapiąc oddech.
- Co? Stary, on zrobiłby nam z dupy durszlak. I nie grabie tylko widły. - Kiedy to mówił zatelepało nim, jak psem, kiedy strząsa z siebie sierść postawioną na sztorc ze strachu.
A kura dalej swoje gdaak! dgaak!.
- Ty durrrrna. - Wycedził przez zęby Kodżo i zgniutł jej łeb obcasem, by nie zdradziła naszej lokalizacji.
- Chodź. Pewnie spuchł, albo wpadł gdzieś do rowu pijaczyna.
Ruszyliśmy w znane nam miejsce, tam, gdzie wcześniej podkarmialiśmy leszcza ziemniakiem. Przycupnęliśmy na zwalonym drzewie, które chowało konary w lustrze jeziora jaśniejącego wschodzącym słońcem. Kodżo nauczył mnie rozwijać wędki i nakładać robaki. Później poszedł nawrzucać cegieł i utopić worek z kurą w miescu, gdzie smródka dawała upust swoim ciężarom. Tak zawsze robił jego dziadek, bo tam było najgłębiej, więc najszybciej brał węgorz. Kiedy wszystko było już gotowe, wystarczyło tylko czekać. Kodżo wyciągnął papierosy. Paliliśmy leniwie, wpatrując się w spokój otaczającej nas zewsząd wody. Tak odlegli od wszystkich najważniejszych spraw, bez których normalnie nie mogliśmy się obejść. Od przeszłości, której nigdy nie chcielibyśmy pamiętać. Zawieszeni w krainie bezokoliczników implikujących miejsca i ludzi. Rozumiałem go coraz bardziej. Był częścią natury. Instniał tu tak, jakby nie było „wczoraj” i „jutro”, jakby liczyło się samo trwanie.
- A jak z tatą Kodżo? - Zapytałem sucho.
- A jak ma być? Pije... Nie wrócił...Ehh. - Zaciągnął się ostatni raz rzucając resztki papierosa do wody i poszedł sprawdzić worek z dziurami.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jak już kogoś sami poprawiamy, złośliwie do tego komentując należy własną wypowiedź utrzymać w należytym porządku. > za tak zbudowane zdanie na pierwszym roku polonistyki dostaje się w ten pusty garnek vel łbem vel głową zwanym.
Właśnie się dowiedziałeś,że kobiety pożerają? One jeszcze więcej potrafią ale nie powiem, bo mnie zlinczują. Popraw to i dalej do roboty, nie przejmuj się czasem, nie ma czym.
Opublikowano

Bardzo fajne opowiadanie - stylistycznie i treściowo świetne! Bardzo mi się podoba: dowcipne, barwne, trochę sentymentalne, trochę nostalgiczne - ta tęsknota "mieszczucha" z awsią, naturą, prostotą. Piękne.

Ale błędy rzeczywiście są i niestety psują odbiór. Popraw, a będzie genialnie:

"Śpiewał zazwyczaj coś kulinarnego, aby złagodzić zde[color=#FF0000]ż[/color]enie z zabużańską kuchnią babci Leonki.

których procesje przechodziły mi przez głowę, po co akapit tutaj?
gdy moja wrodzona kultura osobista nie pozwolila odmówić posłuchu babcinym opowieściom.

Wszystko brak przecinka co dostałem [color=#FF0000]uniej[/color] do jedzenia brak przecinka obowiązkowo było z dodatkiem cebuli.

Pajda chleba na zakąskę ze swo[color=#FF0000]i[/color]skim masłem,

nie [color=#FF0000]dz[/color]wigam zwyczajnie -[u]spierdalam[/u].
A tu nagle jak [u]pierdolnie[/u]. .........powtórzenie

- Ty, Maras, kura nam żywa [color=#FF0000]nie potrzebna[/color]. (...) Pewnie [color=#FF0000]nie jedną[/color] ma już na sumieniu, .......pisownia łączna

starając się jak najciszej powł[color=#FF0000]u[/color]czyć workiem.

Uśmiechnąłem się do Kodża i pokazałem palcem [color=#FF0000]e[/color] jej kierunku.

[color=#FF0000]Wógle[/color] nie [color=#FF0000]wiado[/color] skąd się wziął.

I tak waliliśmy na o[color=#FF0000]s[/color]lep gdzie kto może. A z nami wędki, robaki, ciasto, żyłki, spławiki, [color=#FF0000]ch[/color]aczyki, k[color=#FF0000]ó[/color]lki ołowiu i kura w worku na węgorze.

gdzie smródka dawał[color=#FF0000]o[/color] upust swoim ciężarom. Tak zawsze robił jego dziadek, bo [color=#FF0000]w tam[/color] było najgłębiej, więc najszybciej brał węgorz. Kiedy [color=#FF0000]wszysko[/color] było już gotowe brak przecinka wystarczyło tylko czekać."

To nie są wszystkie błędy, ale te najjaskrawsze. Czepiam się, ale to naprawdę bardzo psuje czytanie i smak opowiadania.
Pozdrawiam.
Oxy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Dobro

       

      Pół żartem, a pół serio można powiedzieć, że prawdziwe Dobro to tylko Bóg i nikt poza Nim. Gdyby wgłębić się w to proste zdanie, to widać, że żartu w nim niewiele. Jeśli Miłość, Prawda i Piękno są dobrem, to dobro stanowi atrybut Boga, znany nam z Objawienia. Jeśli życie jest dobrem to stanowi ono atrybut Absolutu. Dobro jest przedmiotem nienawiści na tym świecie, a zarazem stanowi przedmiot pożądania. Ponieważ tego dobra jest na ziemi niewiele nieustannie toczą się o nie spory, kłótnie, walki i wojny. Doskonałość jest dobrem ale stanowi atrybut Absolutu. Doskonałe zło nie istnieje, podobnie jak doskonałe cokolwiek na tym świecie. Doskonałość rozumiana jako ideał. Dobrem jest harmonia różnych działań i funkcji wynikających z imperatywu formy człowieczej egzystencji. Wszelkie dysfunkcje, zakłócenia stanowią asumpt, bodziec do kaskady zła. Dobrem jest harmonia Łaski Bożej, zdrowego rozsądku, inteligencji, serca i duszy. Dobro tak rozumiane pomnaża dobro, sprawia, że na tym świecie i w tej cywilizacji zwiększa się rachunek dobra. Człowiek stresu, złej woli, człowiek chory sprawia, że pożądane dobro traci swoje atuty i zostaje zredukowane, zubożone. Staje się atrapą dobra, która nie przynosi prawdziwej radości, tylko nowe pożądania. W dzisiejszym świecie harmonia tak rozumiana jest dostępna tylko niewielu ludziom. Silne bodźce przymusu ekonomicznego czy fizycznego zmuszają wielu ludzi z pauperyzujących się, pauperyzowanych i spauperyzowanych grup społecznych do nieustannej pogoni za jakimkolwiek zyskiem. Niczym starożytni niewolnicy mogą powiedzieć, że dobro to brak jakichkolwiek uczuć i odczuć. Ich zamęczenie harówką nie ma nic wspólnego ze zdrowym zmęczeniem po całodziennym wysiłku, uczciwej pracy. Jak każdy ideał, ideał harmonii jest dobrem równie nieosiągalnym, jak inne na tym świecie. Niektórzy ludzie mówią, że Boga nie ma. Że ludzie modlą się do powietrza całymi godzinami… . A przecież i samo powietrze jest dobrem. Być dobrym dla wszystkich jak powietrze…? Każdy nim oddycha, wchłania chciwie niczym jakiś skarb. Gdy go gdzieś brakuje, opuszcza to miejsce i chciwie, łapczywie wtłacza w płuca tam gdzie ono jest, czując jak wraca mu życie, jasność umysłu. Gdy go zupełnie braknie człowiek umiera. Może modlitwa do tegoż powietrza to nie takie niemądre postępowanie, może wtedy zachodzi fluidyczny związek człowieka z odnowieniem, odświeżeniem się cząstek materii powietrza. Może powietrzu aby się odnowiło potrzeba tej minimalnej dawki bioprądów i fluidów, wydzielanych przez organizm ludzki…? Dobrze jest, kiedy ludzie nawzajem wybaczają sobie to, co uważają za złe, kiedy podają sobie ciepłe, serdeczne uściski dłoni. W naszych sercach budzi się jakaś radość z poczucia wspólnego dążenia ku jakiemuś Dobru, chociaż nie wypowiadamy jej głośno. Jest jakimś dobrem wspólne pomaganie sobie w kłopotach, w pokonywaniu jakiś przeszkód, w wypełnianiu obowiązków. Człowiek zatraca poczucie osamotnienia, wyobcowania we wrogim świecie, ma wrażenie, że ciało nie stanowi granicy jego jaźni i że żyje pomiędzy ciałami innych ludzi, że wypełnia się przestrzeń pomiędzy ludźmi jakąś energią… . Ma poczucie wspólnego losu w czasie i przestrzeni w jakich przyszło mu egzystować. Dobrem jest poszukiwanie swego indywidualnego głosu, głosu często zatracanego w społeczności wielkich molochów miejskich, swego odczucia świata, swego spojrzenia na siebie i innych ludzi. Społeczność w swej masie zniewala każdego człowieka, przymusza do porzucenia indywidualnej percepcji, rozumienia rzeczy, narzuca to co się samo narzuca lub co niesie „bagno behawioralne”. Dobrze jest, kiedy ktoś kocha zwierzęta, we właściwy sposób, sposób który podpowiada sama natura i potrzeba. Zwierzęta ze swej natury nieufne i płochliwe, właściwie traktowane, oswajają się i tracą lęk, nawiązują więź z człowiekiem. Często dokonują przy człowieku rzeczy, których w naturze nigdy by nie uczyniły: łaszą się, skaczą z radości, beczą, szczekają, kiwają łbami i są posłuszne dźwiękom ludzkiego głosu, którego artykulacji nie rozumieją. Jest dobrem zwrócenie uwagi komuś, że źle czyni, wyjaśniając dlaczego uważa się, że to coś jest złe, a to co się proponuje jest dobre. Człowiek osamotniony może właściwie nie pojmować i łatwiej zarazić się dobrem, niż złem, może zatracić siebie w walce o przetrwanie. Można powiedzieć, że dobrem jest kolekcja dzieł sztuki, która swym oddziaływaniem przenika ludzki umysł, ubogaca jego wyobraźnię, wzrusza, bawi, uczy. Dzieło sztuki jest dobrem związanym z sensem doczesnej egzystencji, z poczuciem piękna. Piękna muzyka potrafi przenieść człowieka w pozór jakiegoś innego świata, potrafi wrócić mu siły, ukoić bolesne rany, rozładować zły nastrój, a nawet uratować od zbrodni. Mówią o tym niektóre filmy fabularne, oparte o autentyczne wydarzenia (np. „Fitzcarraldo” W. Herzoga, „Misja” R. Joffe), publikacje książkowe, etc. Kunsztownie wykonaną kolię czy naszyjnik z pereł lub diamentów można uznać za jakieś dobro, ale… czy przynosi to więcej dobra czy zła? Jak dobry jest wynalazek penicyliny, ilu ludziom uratował życie doczesne? Ilu ludzi leżało w gorączce bez żadnej nadziei na wyzdrowienie i umierało? A jak spowszedniał ten wynalazek, to dobro, że każdy traktuje je niczym gruszki na drzewie, które można zerwać i zjeść w razie potrzeby? Któż pamięta dziś nazwisko tego dobroczyńcy, który wynalazł penicylinę? Można powiedzieć, że dobrem powszechnym stają się wynalazki współczesnej mikroelektroniki, wykorzystywane do rozmaitych urządzeń, mających za zadanie ułatwienia w egzystencji każdego człowieka, takie aby maszyny mogły zastąpić wysiłek ludzki i dać więcej wolności od wysiłku, od pracy. Dobrem są z pewnością radioodbiorniki, odtwarzacze laserowe, komputery osobiste, internet, telewizja. Dobre wynalazki to takie jak wynalazek żarówki T. Edisona, mogą służyć ludziom, ubogacać ich, wzmacniać, pomagać zapełnić nadmiar wolnego czasu. Ale powszechnie wiadomo, że dobre wynalazki mogą być wykorzystywane w złym celu przez ludzi o złej woli, mogą służyć złu. Dobrze jest, można powiedzieć, kiedy ludzie nie wynoszą się ponad siebie, kiedy są skromni, znają swoje możliwości, otrzymane dary, talenty i nie udają słońca, że są tak dobrzy, jak słońce i świecą na firmamencie dla wszystkich. 

      Dobrze jest żyć w kraju skromnych ludzi, pełnych rozsądnej pokory, szacunku dla dóbr rzeczywistych, dla wartościowych rzeczy, dla rzeczywistych dokonań, a nie iluzorycznych bufonad i fantastycznych wizji powszechnego dobrobytu. Można powiedzieć, że dobrze jest, gdy człowiek czuwa nad dobrem, nad tym aby posiadanego dobra nie utracić, a powiększyć jego zasoby. Można powiedzieć, że czuwanie nad dobrem jest podobne do czuwania nad własnym ogrodem. Dobrze jest pielęgnować roślinkę dobra, gdy nadciąga wicher podeprzeć listwą, usztywnić, gdy zbliża się powódź stosownie przekopać… . Dobrze byłoby pokusić się o dokonanie rozrachunku z samym sobą. Na czym to mogłoby polegać? Wystarczy obrać sobie z otoczenia dowolną rzecz, dowolny przedmiot i wyszukać w nim tylko i wyłącznie dobro, to co dobrego w nim widzę, a następnie wyszukać negatywy danej rzeczy. Później policzyć ile widziało się dobra, a ile zła… . Uczciwy rozrachunek może wiele powiedzieć o rachmistrzu. Ktoś wtedy powie: „widzę więcej zła w tym przedmiocie, niż dobra”. Czy to dobrze, czy źle?

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Charismafilos Czasem to właśnie ta najmniejsza wystarczy, by rozproszyć nawet najgłębszy mrok ;)   @Berenika97 Nawet samotna latarnia wie, po co świeci <3 
    • żart, sobie na 40. urodziny, a'la The Curse of Millhaven dosyć wcześnie przylgnęła do niego ta, jakże adekwatna, ksywka. już we wczesnej podstawówce dostrzeżono, że jest pośród rówieśników niczym pojazd ze Zwickau na tle współczesnych aut. zaiste jest takim pociesznym i wyłupiastookim wyrobem z tworzywa sztucznego, ospałym i budzącym współczucie, uśmiech politowania, niedopieczonym, średnio dogotowanym ludkiem o bladej skórze, czole wiecznie zroszonym potem, o krzywych zębach. bije od niego umysłowa nieporadność i skrajne niewydarzenie, choć, co może dziwić, bo nie jest on typem geeka, uczył się najlepiej w klasie. typowy beciak, safanduła, przegryw, który, gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, pewnie, nie wytrzymując szykan, dałby upust przez lata tłamszonym uczuciom i odwiedził szkołę z bronią, stał się jednym z naśladowców Erica Harrisa i Dylana Klebolda. ale tu jest Polska, tutaj mógłby co najwyżej wparować z wiatrówką, albo, co bardziej prawdopodobne, strzelić  – ale samobója w ciemnym kącie pokoju, lesie, czy brudnej piwnicy. frustracja rosła, balon incelstwa pęczniał, podobnie, jak sam Trabanciuch. aż wreszcie trzasnęła żyłka pod kopułą i poszedł nasz bohater na dyskotekę. bez koszulki, świecić skórą koloru przejrzałej margaryny, półtuszami litego sadła i broczyć krwią. bo pociął się na środku densfloru okrutnie, przemyconym w nogawce nożem myśliwskim, pokroił z wprawą godną rzeźnika, z sadystyczną zapamiętałością. pisk dziewczyn, krople, strugi, wulgaryzmy, koniec tańca. obezwładnienie, karetka, szwy. i szpital, gdzie przebywa do dziś nasz bohater, którego bagienny ognik zapełgał raz, na chwilę (wystarczyło!). tabletki ponoć pomagają, olej miesza się z benzyną we właściwych proporcjach, prawie nie widać pęknięć duroplastu. tylko te myśli jak papier ścierny, w których Ferrari zderza się czołowo z Porsche, nie chcą minąć.  
    • są tacy którzy chwalą świat ale i tacy którzy przeklinają mówią to jedno zakłamanie że nic że tęcze i kwiaty one tylko prawdę zamazują którą każdy inaczej widzi zwłaszcza ci którzy na górze którym zawsze jest dobrze mówią Bóg świat stworzył nie wolno nań się obrażać tylko z nim się pogodzić że tylko w tym jest sens
    • Ciszę się , ze mój wiersz był inspiracją:):) serdecznosci:)
    • Śliczny wiersz:):) listy na dnie szuflady przechowują pamięć dni minionych:):)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...