Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


a ja proszkiem do pieczenia potraktowałam, zgroza
O! A ja je hodowałam przez kilka lat u siebie w doniczce z kwiatkami! Łaziły po biurku, podłodze, komputerze... Bardzo mi było raźno z tymi małymi zwierzątkami. Są szalenie ciekawymi istotami. Zaprzyjaźniliśmy się. Dużo mi opowiedziały o sobie.
Niestety któregoś roku odeszły. Nie wiem, dokąd - może w jakieś sfery transcendencji? Sokratex powiedział, że pewnie zamieszkały w eterze Internetu, bo w końcu tam mają idealne warunki. Pewnie tak: nikt ich nie niepokoi i mogą czytać wszystkie nasze wiersze, listy, pamiętniki, opowiadania i reklamy.
Ale kilka tygodni temu, kiedy na dworze były wielkie mrozy (niespotykana w Polsce temperatura minus dwadzieścia stopni i pełne zaskoczenie nagłą zimą), zobaczyłam na podłodze dużego pokoju mrówkę. Była wyraźna i realna, spacerowała sobie tu i tam, jakby wróciła w dobrze znane miejsce i czyniła obchód, sprawdzając, co się zmieniło pod jej nieobecność. Powiedziałam jej radośnie: "Dzień dobry!" Skinęła głową w skupieniu. Może więc wrócą tu wszyscy - moi przyjaciele mrówkowie? Brakuje mi ich.
  • Odpowiedzi 78
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




zapukaj!
natychmiast otwieram,
wieko jeszcze klekocze!

:)))
Magdo, ale czy będziemy się jeszcze pamiętać? lub raczej: CZYM będziemy się wtedy pamiętać?
skoro nasze mózgi ulegną rozkładowi? ech... dlaczego to nikomu nie przyjdzie do głowy
za życia! ;)
Jak to nie? Chyba mnie nie doceniasz, jak zwykle:
[url]www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=86420#dol[/url]
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


wiersz nie jest pisany w celu "się podobania", ale siłą rzeczy podoba się, lub nie. więc i w tym rzecz. co do marzeń, to jestem jak ten pański eskomos. tyle, że zamiast sikać pod one drzewo, wolę spać. kiedyś taki film był, dawno, pewnie mało kto pamięta "Ewa chce spać". Ewa to ja.

skojarzenie z "Ewa chce spać"też potrafię, jak to geniusz wytłumaczyć :)
wspomniałem o Eskimosie, itp. a mróz jak wiadomo, zamyka oczy.
zabrzmiało proroczo;) widzę, że lubisz mnie pan, panie Wstrętny i dobrze życzysz:) zejścia nie planuję, ale niezbadane są wyroki;) jak pan taki mądry, to lepiej niech mi pan powie, gdzie moja biedna duszyczka trafi, ksiądz po kolędzie powiedzieć nie chciał.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


myślisz, że podobnie do tej pani wszystko można wymarzyć, czy też wyobrazić sobie?
że istnieje jakaś skończoność w tym co nieskończenie możliwe? albo przynajmniej pół na pół -
zawsze jest tyle samo tego co jeszcze niewiadome, ile już wiadomo ;)

co do Eskimosa... co to za świat, w którym nie ma drzew?
wraca człowiek z pubu i nie masz gdzie przystanąć :)

również pozdrawiam.
Faktycznie ;)) ale kto im broni postawić sobie lodową latarnię ? No tak, nie zaszeleści :)
Związek tej pani z mrówką (wygadana... wygadała) jest podobny do związku z wyczytaniem mrówki w taki sposób, że stała się ciałem ;))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


myślisz, że podobnie do tej pani wszystko można wymarzyć, czy też wyobrazić sobie?
że istnieje jakaś skończoność w tym co nieskończenie możliwe? albo przynajmniej pół na pół -
zawsze jest tyle samo tego co jeszcze niewiadome, ile już wiadomo ;)

co do Eskimosa... co to za świat, w którym nie ma drzew?
wraca człowiek z pubu i nie masz gdzie przystanąć :)

również pozdrawiam.
Faktycznie ;)) ale kto im broni postawić sobie lodową latarnię ? No tak, nie zaszeleści :)
Związek tej pani z mrówką (wygadana... wygadała) jest podobny do związku z wyczytaniem mrówki w taki sposób, że stała się ciałem ;))
bo może sobie mrówka wymarzyć albo też wyobrazić takie ciało? czy pół na pół. czółko mam jedno (dalej wyliczać nie będę, chyba, że wstrętny napisze erotyk, wtedy pogadamy inaczej) pozostaje marzyć.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Magdo, ale czy będziemy się jeszcze pamiętać? lub raczej: CZYM będziemy się wtedy pamiętać?
skoro nasze mózgi ulegną rozkładowi? ech... dlaczego to nikomu nie przyjdzie do głowy
za życia! ;)
Jak to nie? Chyba mnie nie doceniasz, jak zwykle:
[url]www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=86420#dol[/url]
ależ to jest właśnie dowodem, że tu myślimy... czymś, czego nie będzie tam:

Wszystko, co dobre i co złe było - trzeba zapomnieć
Inaczej czeka mnie wieczne piekło po tamtej stronie.

to jak martwić się na zapas, czy na dysku który spłonął razem z domem
nie zostały czasem nasze maile ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


masz rację i nawet teoretycznie jest to możliwe:
każdy kabel telefoniczny ma jakąś tam skończoność rozmów, zanim łącza nie zaśniedzieją
i nie odmówią posłuszeństwa. albo, co nawet bardziej prawdopodobne -
w słuchawce nie zatka się membrana od mikrokropelek śliny rozmawiającego.
słowotok tej pani (milion słow na minutę) mógł spowodować szybsze skorodowanie łączy
przewidzianych na jakieś 100 słów na minutę o kto wie, czy nawet nie awarię satelity na orbicie? :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


masz rację i nawet teoretycznie jest to możliwe:
każdy kabel telefoniczny ma jakąś tam skończoność rozmów, zanim łącza nie zaśniedzieją
i nie odmówią posłuszeństwa. albo, co nawet bardziej prawdopodobne -
w słuchawce nie zatka się membrana od mikrokropelek śliny rozmawiającego.
słowotok tej pani (milion słow na minutę) mógł spowodować szybsze skorodowanie łączy
przewidzianych na jakieś 100 słów na minutę o kto wie, czy nawet nie awarię satelity na orbicie? :)
i zamarznięcie piekła. dziękuję. postoję.
ps. słowotok tej pani się nie powtórzy, spokojna pańska głowa.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


masz rację i nawet teoretycznie jest to możliwe:
każdy kabel telefoniczny ma jakąś tam skończoność rozmów, zanim łącza nie zaśniedzieją
i nie odmówią posłuszeństwa. albo, co nawet bardziej prawdopodobne -
w słuchawce nie zatka się membrana od mikrokropelek śliny rozmawiającego.
słowotok tej pani (milion słow na minutę) mógł spowodować szybsze skorodowanie łączy
przewidzianych na jakieś 100 słów na minutę o kto wie, czy nawet nie awarię satelity na orbicie? :)
Ty wiesz... chyba masz rację. Przypomniałem sobie, że kobitka rozmawiając gryzła jakiegoś rogala.
Wszystkie dziurki były potem zapchane... błeee. Może się łącza po prostu zadławiły. Tylko pytanie - tą bułą, czy rozmową ;)) ?
www.youtube.com/watch?v=otqKhjkct1M&NR=1
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie umiem pisać erotyków, więc może tylko napiszę co sobie o nich myślę?



Bóg jest jeden, jedyny
dlatego mój nie może być twoim.

Dziesięć przykazań napisał dla mnie,
jakże miałbym dociekać, czy wszystkich przestrzegasz?
Może twój pomylił się lub przerwał w połowie
i dlatego cudzołożysz, pożądasz rzeczy bliźniego
- grzeszysz myślą ale już nie uczynkiem.



Tymczasem stolika Wróżbity przechodził ogromny kapelusz.
Sombrero sięgające kilku meksyków z doczepionym u dołu drobnym chłopiną,
rzadkim jak złudzenie
Srebrnosiwe wąsy zwisały do ziemi malując
dwa wyjątkowo mokre rowki w błocie.
Całość wyglądała jak owa nierozsądna kolej wąskotorowa,
która wyłania się niekiedy z jednego brokułu mgły
by natychmiast przepaść w bemolu drugiej

moja żona lubiła amigo
rżnęła w karty i przegrywała
zrozpaczona piła borygo
ziała

poniosło się asfaltem wieczornego nieba,
poniosło się ku znów tej samej pierwszej gwiazdce
aby dokładnie pośrodku bezsensu minąć echo

mój mężulek piku piku chorował
zaskórniaczka miał serce w skarpecie
choć do śmierci ani mru ani słowa
umarł przecie

Echo, chłopina, wąsy, oraz to wszystko co napisane powyżej
zniknęło równie szybko jak się pojawiło dając pole do popisu
rozbudzonej wyobraźni

- Idiotyczne
zagaił Wróżbita

- Ale ustawia nas realnie w świecie
zaoponował Wstrentny
- To dzięki takim chwilom, beznadziejnie głupim i absolutnie
nieoczywistym istniejemy bardziej, wydając się normalni.

- A te piosenki?

- Są jak dno szklanki z herbatą, bez którego nie wiedzielibyśmy ile
łyżeczek cukru wsypać. Poza tym - łyżeczka wpadałaby do szklanki
raz na zawsze. Ów chłopina (ja wiem, wiem, że nierealny i głupi)
potrzebny jest całemu światu, aby mógł istnieć
w swoim wyobrażeniu oczywistości a Ziemia kręciła się w jedyną słuszną str
onę
dookoła Księżyca, czy jak to teraz mówią podług aktualnego stanu wiedzy?

- Zostawmy chłopinę w sombrero, lepiej zobaczę co
tymczasem urosło w Kartach
żachnął się Wróżbita


Nie tak, nie tak, nie nie, nie nie tak
- w pustym kościółku szepcze echo.
To licho w ciszy sieje zły mak
i piołun wlewa w gardła uśmiechów.

Nie tak, nie tak, nie nie, nie nie tak
- gwiazdy cekinów w welonie młodej
szponami szarpie cienisty ptak,
zgaszone rzuca na podłogę.

Gdzieś tam, nad ranem śnią wesele
i w tańcu suknię przytulił frak,
a echo lata po kościele:
nie tak, nie tak, nie nie, nie tak...



- Zupełnie bez sensu i nie na temat
zaproponował Wstrenty
- A poza tym, to takie oczywiste morałki.

Wróżbita wyciągnął telefon komórkowy i spojrzał przeciągle
w pocerową snami nadciągająca noc.
- Telefon też jest oczywisty.
Nawet małpa w ZOO wiedząc, że to nie banan -
pieprznie nim o ziemię i poszuka czegoś
jadalnego dla siebie



oczywiście zapalamy światło

wjeżdżamy samochodem do automatycznej myjni
wybierając stosowny, jesienny program

w międzyczasie oglądamy zdjęcia z Marsa


oczywiście oczy wiście
nic nie rozumiejąc



Tu Wróżbita pieprznął telefonem o chodnik i
wyciągnął z torby banana :


Wróżbita:
w pożal się boże małym miasteczku
w nudnej godzinie, gdzieś bez adresu
potrafi przecież wykluć się
coś zgoła nieoczekiwanie innego

banan:
a trawy wtenczas rosną, zielenią
całkiem zwyczajnie
starzeją się

Wróżbita:
więc zrozpaczona, bez szans na jutro
spotkała gościa i stało się
z brzuchem chodziła, tak stało się, że
pomyliła kalendarzyk z numerem jego jedynego kołnierzyka

banan:
a drzewa wówczas po prostu szumiały
tak jakby szumiały
bez tego całego wszystkiego

Wróżbita:
ten gość to aparat był, bo
aż dotąd przez życie bez butów szedł
choć nie pił tęgo, nie klął jak szewc
jakby z galery złudzeń zbiegł

banan:
a jesień akurat pryskała sady, i
deszcze jak dreszcze ciągnęły skądś
jesienne chmury kaszlały wciąż

Wróżbita:
ci pokochali się, psioczyły baby
nawet za mocno jej nie tłucze?
ten inny człowiek
ten dobry mąż

banan:
ziąb jak próchnica wykruszał liście
latarnie wcześniej kiwały się
(jeśli oczywiście posiadały aktualne żarówki)

Wróżbita:
lecz wyobraźcie sobie: tamtych dwoje
raz tam nie dokręciło gazu
ona umarła od tego w łóżku
on trochę dalej (i nie od razu)

banan:
czterdzieści dni listopad wył
w tym pożal się boże nudnym miasteczku
w pustym pokoju skrzypiały drzwi



Kiedy Wróżbita przełknął ostatni kęs banana, Wstrentny zakrzyknął:

- A to mi się podoba!
Przygnębiające i nie ma sensu więc ma sens,
zatem dobrze oddaje Istotę Miłości.
Można by powiedzieć: jest do dupy!
Ta, jak wiadomo, to pięta achillesowa każdej Miłości,
wystarczy tedy celnie trafić, aby zabić nawet te pozornie nieśmiertelne



jesteś północą a ja północą
srebrzystą konewką gaszę minionych facetów
przemijam jak przemijali
gasząc srebrzystą konewką minionych facetów

cipuszko, a co byś powiedziała
gdybym pozostał do rana?
od dębu wypłakał się raz do brzozy

zobaczyć, czemuż to jesteś północą
a ja muszę gasić srebrzystą konewką minionych facetów
przemijać jak przeminęli
gasząc srebrzystą konewką minionych facetów


cipuszko
cip uszko!
cip cip uszko?

w twoich oko licach jest mnóstwo dymu
zwęglone ślady cygar minionych facetów
podejdź
szepnę ci, że i tak cię kocham

zanim przeminę
zgaszony srebrzystą konewką




Blaknąc powoli, słowa srebrzystej konewki odsłaniały kolejne
polany wilgotnej nocy, kosmiczne tratataj wozy wyjeżdżały na czarne plaże
ciągnąc za sobą kłęby słonecznych spalin.
Na dole ludzie jak zwykle mordowali ludzi, umierali ze starości albo
po prostu ginęli wysadzani w locie przez terrorystów z porwanych samolotów.
Na szczęście dla degradacji środowiska naturalnego
większość ludzi w tym samym czasie produkowała nowych ludzi
z krótkotrwałą gwarancją przyszłości a


Pewien poeta napisał wiersz.
Wiersz piękny, piękniejszy od niego.
Temu poecie, nie wiem czy wiesz?
- skrzydła urosły z tego.

Potem, rzecz nie do wiary??
- poeta wyleciał kominem!
Psuł na ratuszach zegary,
miał przy tym wesołą minę.

I całe szczęście, powiem szczerze
że nie wydali tego wiersza.
Zaś ów poeta?... w taniej operze
gra zielonego świerszcza.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Faktycznie ;)) ale kto im broni postawić sobie lodową latarnię ? No tak, nie zaszeleści :)
Związek tej pani z mrówką (wygadana... wygadała) jest podobny do związku z wyczytaniem mrówki w taki sposób, że stała się ciałem ;))
bo może sobie mrówka wymarzyć albo też wyobrazić takie ciało? czy pół na pół. czółko mam jedno (dalej wyliczać nie będę, chyba, że wstrętny napisze erotyk, wtedy pogadamy inaczej) pozostaje marzyć.
no właśnie, a mrówa ma dwa czułki, ale czy wyobraźnię większą? Jakość jest ważna, nie ilość ;)
Wstrentny...? napisze, na pewno. :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie umiem pisać erotyków, więc może tylko napiszę co sobie o nich myślę?



Bóg jest jeden, jedyny
dlatego mój nie może być twoim.

Dziesięć przykazań napisał dla mnie,
jakże miałbym dociekać, czy wszystkich przestrzegasz?
Może twój pomylił się lub przerwał w połowie
i dlatego cudzołożysz, pożądasz rzeczy bliźniego
- grzeszysz myślą ale już nie uczynkiem.



Tymczasem stolika Wróżbity przechodził ogromny kapelusz.
Sombrero sięgające kilku meksyków z doczepionym u dołu drobnym chłopiną,
rzadkim jak złudzenie
Srebrnosiwe wąsy zwisały do ziemi malując
dwa wyjątkowo mokre rowki w błocie.
Całość wyglądała jak owa nierozsądna kolej wąskotorowa,
która wyłania się niekiedy z jednego brokułu mgły
by natychmiast przepaść w bemolu drugiej

moja żona lubiła amigo
rżnęła w karty i przegrywała
zrozpaczona piła borygo
ziała

poniosło się asfaltem wieczornego nieba,
poniosło się ku znów tej samej pierwszej gwiazdce
aby dokładnie pośrodku bezsensu minąć echo

mój mężulek piku piku chorował
zaskórniaczka miał serce w skarpecie
choć do śmierci ani mru ani słowa
umarł przecie

Echo, chłopina, wąsy, oraz to wszystko co napisane powyżej
zniknęło równie szybko jak się pojawiło dając pole do popisu
rozbudzonej wyobraźni

- Idiotyczne
zagaił Wróżbita

- Ale ustawia nas realnie w świecie
zaoponował Wstrentny
- To dzięki takim chwilom, beznadziejnie głupim i absolutnie
nieoczywistym istniejemy bardziej, wydając się normalni.

- A te piosenki?

- Są jak dno szklanki z herbatą, bez którego nie wiedzielibyśmy ile
łyżeczek cukru wsypać. Poza tym - łyżeczka wpadałaby do szklanki
raz na zawsze. Ów chłopina (ja wiem, wiem, że nierealny i głupi)
potrzebny jest całemu światu, aby mógł istnieć
w swoim wyobrażeniu oczywistości a Ziemia kręciła się w jedyną słuszną str
onę
dookoła Księżyca, czy jak to teraz mówią podług aktualnego stanu wiedzy?

- Zostawmy chłopinę w sombrero, lepiej zobaczę co
tymczasem urosło w Kartach
żachnął się Wróżbita


Nie tak, nie tak, nie nie, nie nie tak
- w pustym kościółku szepcze echo.
To licho w ciszy sieje zły mak
i piołun wlewa w gardła uśmiechów.

Nie tak, nie tak, nie nie, nie nie tak
- gwiazdy cekinów w welonie młodej
szponami szarpie cienisty ptak,
zgaszone rzuca na podłogę.

Gdzieś tam, nad ranem śnią wesele
i w tańcu suknię przytulił frak,
a echo lata po kościele:
nie tak, nie tak, nie nie, nie tak...



- Zupełnie bez sensu i nie na temat
zaproponował Wstrenty
- A poza tym, to takie oczywiste morałki.

Wróżbita wyciągnął telefon komórkowy i spojrzał przeciągle
w pocerową snami nadciągająca noc.
- Telefon też jest oczywisty.
Nawet małpa w ZOO wiedząc, że to nie banan -
pieprznie nim o ziemię i poszuka czegoś
jadalnego dla siebie



oczywiście zapalamy światło

wjeżdżamy samochodem do automatycznej myjni
wybierając stosowny, jesienny program

w międzyczasie oglądamy zdjęcia z Marsa


oczywiście oczy wiście
nic nie rozumiejąc



Tu Wróżbita pieprznął telefonem o chodnik i
wyciągnął z torby banana :


Wróżbita:
w pożal się boże małym miasteczku
w nudnej godzinie, gdzieś bez adresu
potrafi przecież wykluć się
coś zgoła nieoczekiwanie innego

banan:
a trawy wtenczas rosną, zielenią
całkiem zwyczajnie
starzeją się

Wróżbita:
więc zrozpaczona, bez szans na jutro
spotkała gościa i stało się
z brzuchem chodziła, tak stało się, że
pomyliła kalendarzyk z numerem jego jedynego kołnierzyka

banan:
a drzewa wówczas po prostu szumiały
tak jakby szumiały
bez tego całego wszystkiego

Wróżbita:
ten gość to aparat był, bo
aż dotąd przez życie bez butów szedł
choć nie pił tęgo, nie klął jak szewc
jakby z galery złudzeń zbiegł

banan:
a jesień akurat pryskała sady, i
deszcze jak dreszcze ciągnęły skądś
jesienne chmury kaszlały wciąż

Wróżbita:
ci pokochali się, psioczyły baby
nawet za mocno jej nie tłucze?
ten inny człowiek
ten dobry mąż

banan:
ziąb jak próchnica wykruszał liście
latarnie wcześniej kiwały się
(jeśli oczywiście posiadały aktualne żarówki)

Wróżbita:
lecz wyobraźcie sobie: tamtych dwoje
raz tam nie dokręciło gazu
ona umarła od tego w łóżku
on trochę dalej (i nie od razu)

banan:
czterdzieści dni listopad wył
w tym pożal się boże nudnym miasteczku
w pustym pokoju skrzypiały drzwi



Kiedy Wróżbita przełknął ostatni kęs banana, Wstrentny zakrzyknął:

- A to mi się podoba!
Przygnębiające i nie ma sensu więc ma sens,
zatem dobrze oddaje Istotę Miłości.
Można by powiedzieć: jest do dupy!
Ta, jak wiadomo, to pięta achillesowa każdej Miłości,
wystarczy tedy celnie trafić, aby zabić nawet te pozornie nieśmiertelne



jesteś północą a ja północą
srebrzystą konewką gaszę minionych facetów
przemijam jak przemijali
gasząc srebrzystą konewką minionych facetów

cipuszko, a co byś powiedziała
gdybym pozostał do rana?
od dębu wypłakał się raz do brzozy

zobaczyć, czemuż to jesteś północą
a ja muszę gasić srebrzystą konewką minionych facetów
przemijać jak przeminęli
gasząc srebrzystą konewką minionych facetów


cipuszko
cip uszko!
cip cip uszko?

w twoich oko licach jest mnóstwo dymu
zwęglone ślady cygar minionych facetów
podejdź
szepnę ci, że i tak cię kocham

zanim przeminę
zgaszony srebrzystą konewką




Blaknąc powoli, słowa srebrzystej konewki odsłaniały kolejne
polany wilgotnej nocy, kosmiczne tratataj wozy wyjeżdżały na czarne plaże
ciągnąc za sobą kłęby słonecznych spalin.
Na dole ludzie jak zwykle mordowali ludzi, umierali ze starości albo
po prostu ginęli wysadzani w locie przez terrorystów z porwanych samolotów.
Na szczęście dla degradacji środowiska naturalnego
większość ludzi w tym samym czasie produkowała nowych ludzi
z krótkotrwałą gwarancją przyszłości a


Pewien poeta napisał wiersz.
Wiersz piękny, piękniejszy od niego.
Temu poecie, nie wiem czy wiesz?
- skrzydła urosły z tego.

Potem, rzecz nie do wiary??
- poeta wyleciał kominem!
Psuł na ratuszach zegary,
miał przy tym wesołą minę.

I całe szczęście, powiem szczerze
że nie wydali tego wiersza.
Zaś ów poeta?... w taniej operze
gra zielonego świerszcza.


piękny morał. dziękuję.
www.youtube.com/watch?v=zCzJgiY7ESc
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


a to jest bardzo ciekawy temat :) mianowicie - niektóre źródła podają, że w optymalnych
dla siebie warunkach samce mrówki żyją cztery miesiące, a samice, jak to one, dłużej
nawet o 2 miesiące. optymalnym miejscem dla mrówek na pewno nie są pomieszczenia mieszkalne,
w których umierają szybciej. czyżby więc "dobrze znane mrówce miejsce" to takie sprzed tygodnia? ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Karol mógłby przysiąc, że słyszy rozchodzący się w oddali hałas szkolnego dzwonka. Odruchowo zaczął zastanawiać się, czy jest to sygnał na przerwę czy zajęcia, aż przestraszony tym momentem ,,upupienia”, odwrócił się z powrotem tyłem do świata, otworzył drzwi, i postawił pierwszy krok w dół korytarza.

       

      Przed małym chłopczykiem otworzyła się przestrzeń markotna i wydrążona spalenizną. Światło latarki nie docierało do sklepienia, dając wrażenie przestrzeni niemożliwej, nieeuklidesowo zmieszczonej parę metrów pod powierzchnią budynku. Po ścianach szły żelazne belki, a cała sala wyglądała jakby Karola, w ramach kary za wagarowanie, połknęła ogromna ryba. Blok światła bijący z wiszących w górze drzwi zaczął się powoli zwężać, aż skurczony do wąskiego ostrza dźgnął chłopca w plecy, po czym rozpuścił się w mroku jak idealne narzędzie zbrodni. Przeraziło Karola to, jak bardzo się nie bał. Sam, w podziemiu opuszczonej fabryki, zdawał się czuć jak u siebie, swobodnie wdychał morowe powietrze, wypełnione czymś, co w najlepszym przypadku mogło być węgielnym pyłem - powinien się bać! Ucieczka przed tym, kim sam sobie wydawał się być była wyczerpująca, tym bardziej kiedy nie wiedział czy faktyczny ,,on” jest goniącym czy zbiegiem. Hałdy węgla starały się wypełnić całe możliwe miejsce, pięły się w górę, aż na pewnej wysokości zlewały się z czernią ścian. Martwiła Karola chęć wspięcia się na jedną z nich, lecz każdy krok jedynie osuwał grudy węgla, cofając chłopca z powrotem na ziemię. Z każdym następnym rozgałęzieniem wnętrze olbrzyma zaciskało się coraz to ciaśniej wokół intruza. Chłopak słabł, jakby jelita podziemnych korytarzy wysysały z niego energię życiową. Nie było to przykre uczucie, nie przypominało nudności ani mdlenia, wydawało się bardziej oderwaniem od rzeczywistości, derealizacją z rzędu tych do których dążą ludzie oddający się medytacji. W zeszłe wakacje Karol, próbując skakać do wody na podmiejskim zalewie, poślizgnął się na molo i wpadł do zbyt głębokiej dla niego wody. Mama poszła chyba po coś do jedzenia, a dziesięciolatek zaczął na plecach spokojnie opadać ku dnu. Było to dziwnie błogie uczucie. Rozgrzane letnie słońce wbijało tańczące smugi w taflę wody, która od spodu jarzyła się anielskim widowiskiem kolorów i kształtów (gdyby tylko Monet chciał nurkować!), cały gwar przepełnionej plaży ustępował miejsca idealnej ciszy, która wraz z rześkim chłodem tworzyła oazę odpoczynku z której nie chciało się uciekać. Koniec końców, chłopak oczywiście zdołał wypłynąć, ale doświadczenie tonięcia zostawiło w jego umyśle dziwnie ponętny ślad. To uczucie wracało teraz ciągnąc za warkocz nostalgii (do czego? śmierci?). Karol obawiał się tego, gdzie uciekał jego duch. Nie chciał on przecież umierać! Widmo jutrzejszego sprawdzianu, chociaż w innym rzędzie wielkości, nadal zaburzało sobą horyzont. Ta fabryka nie miała stanowić końca, nawet nie do końca musiała istnieć, miała stać obeliskiem na drodze ku zmianie, mogła nią być każda inna, dlaczego więc nie mógł pokochać każdej innej? Strzępy żelastwa układały się w coraz to bardziej kubistyczne kształty, pajęczyny tłuste od zebranego kurzu zwisały z odnalezionego sklepienia.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w porywach wiatr zmienia kolory zieleń błądzi w słowach   kiedy patrzysz mi w oczy zawężam się wokół drzewa chwila grzechu Warta   nad rzeką zagubiona Ewa maluje jabłko będziemy zrywać i przytulać się do siebie
    • Karol mógłby przysiąc, że słyszy rozchodzący się w oddali hałas szkolnego dzwonka. Odruchowo zaczął zastanawiać się, czy jest to sygnał na przerwę czy zajęcia, aż przestraszony tym momentem ,,upupienia”, odwrócił się z powrotem tyłem do świata, otworzył drzwi, i postawił pierwszy krok w dół korytarza.   Przed małym chłopczykiem otworzyła się przestrzeń markotna i wydrążona spalenizną. Światło latarki nie docierało do sklepienia, dając wrażenie przestrzeni niemożliwej, nieeuklidesowo zmieszczonej parę metrów pod powierzchnią budynku. Po ścianach szły żelazne belki, a cała sala wyglądała jakby Karola, w ramach kary za wagarowanie, połknęła ogromna ryba. Blok światła bijący z wiszących w górze drzwi zaczął się powoli zwężać, aż skurczony do wąskiego ostrza dźgnął chłopca w plecy, po czym rozpuścił się w mroku jak idealne narzędzie zbrodni. Przeraziło Karola to, jak bardzo się nie bał. Sam, w podziemiu opuszczonej fabryki, zdawał się czuć jak u siebie, swobodnie wdychał morowe powietrze, wypełnione czymś, co w najlepszym przypadku mogło być węgielnym pyłem - powinien się bać! Ucieczka przed tym, kim sam sobie wydawał się być była wyczerpująca, tym bardziej kiedy nie wiedział czy faktyczny ,,on” jest goniącym czy zbiegiem. Hałdy węgla starały się wypełnić całe możliwe miejsce, pięły się w górę, aż na pewnej wysokości zlewały się z czernią ścian. Martwiła Karola chęć wspięcia się na jedną z nich, lecz każdy krok jedynie osuwał grudy węgla, cofając chłopca z powrotem na ziemię. Z każdym następnym rozgałęzieniem wnętrze olbrzyma zaciskało się coraz to ciaśniej wokół intruza. Chłopak słabł, jakby jelita podziemnych korytarzy wysysały z niego energię życiową. Nie było to przykre uczucie, nie przypominało nudności ani mdlenia, wydawało się bardziej oderwaniem od rzeczywistości, derealizacją z rzędu tych do których dążą ludzie oddający się medytacji. W zeszłe wakacje Karol, próbując skakać do wody na podmiejskim zalewie, poślizgnął się na molo i wpadł do zbyt głębokiej dla niego wody. Mama poszła chyba po coś do jedzenia, a dziesięciolatek zaczął na plecach spokojnie opadać ku dnu. Było to dziwnie błogie uczucie. Rozgrzane letnie słońce wbijało tańczące smugi w taflę wody, która od spodu jarzyła się anielskim widowiskiem kolorów i kształtów (gdyby tylko Monet chciał nurkować!), cały gwar przepełnionej plaży ustępował miejsca idealnej ciszy, która wraz z rześkim chłodem tworzyła oazę odpoczynku z której nie chciało się uciekać. Koniec końców, chłopak oczywiście zdołał wypłynąć, ale doświadczenie tonięcia zostawiło w jego umyśle dziwnie ponętny ślad. To uczucie wracało teraz ciągnąc za warkocz nostalgii (do czego? śmierci?). Karol obawiał się tego, gdzie uciekał jego duch. Nie chciał on przecież umierać! Widmo jutrzejszego sprawdzianu, chociaż w innym rzędzie wielkości, nadal zaburzało sobą horyzont. Ta fabryka nie miała stanowić końca, nawet nie do końca musiała istnieć, miała stać obeliskiem na drodze ku zmianie, mogła nią być każda inna, dlaczego więc nie mógł pokochać każdej innej? Strzępy żelastwa układały się w coraz to bardziej kubistyczne kształty, pajęczyny tłuste od zebranego kurzu zwisały z odnalezionego sklepienia.
    • @piąteprzezdziesiąte   A odpowiem w taki sposób: głosowałem przeciwko wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, także: byłem przeciwko wspieraniu Ukrainy, de facto - współczesnej Chazarii, dalej: stanąłem po stronie ofiar - Liban, Palestyna i Iran, więc: mam czyste sumienie i nie mam żadnego obowiązku brać odpowiedzialności za wybory innych osób.   Nie należę do żadnych państwowych związków literackich - nie jestem na utrzymaniu podatników, nie należę również to tak zwanego salonu: artystów-celebrytów, najpierw wybrałem pracę zawodową - Zakład Pracy Chronionej, Archiwum Akt Nowych i Libertyński Klub Narodowy i nie należę do żadnego towarzystwa wzajemnej adoracji i tyle wystarczy?
    • @Annna2 W takiej przestrzeni zmieści się wszystko  :) Dziękuję, pozdrawiam. 
    • TRWANIE W NADZIEI   Blade szkło Oddech Wiatr Dźwięk   Ćma w słoiku pyli światłem Bije o szkło   Żar papierosa Punkt Czerwony Gasnący Oświetla twarz   Język imienia Echo Kamień Jeszcze cały   Pękło Nie szkło Noc Budzę się
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...