Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kto umie pomóc, kto zaradzić może
chorobie serca, przypadłości duszy,
co w grząską topiel wciąga mnie po uszy,
co ciska siłą na tortury łoże?

Czy jeszcze gdzieś poranne wstają zorze?
Czy nasze dzienne sprawy ktoś poruszy?
Czy ktoś dla wstążki swoją kopię skruszy,
czy pozostała plama po honorze?

Nie ma miłości na dzisiejszym świecie,
jest telewizja, pieniądz i narkotyk -
pomyślcie, dokąd drogą tą idziecie...

Lawina złości na pył was rozgniecie
i nie pomoże świętej wody dotyk,
ani pobożnych modłów antybiotyk.


17 czerwca 1997

[sub]Tekst był edytowany przez Lefski dnia 10-07-2004 19:33.[/sub]

Opublikowano

Forma podoba mi się bardzo - uwielbiam wiersze z rymami i rytmami;)))A niestety powstają chyba coraz rzadziej. Treść jest...no cóż...nawet nie trzeba jej komentować - rozumie się sama przez się, i wyrażona nadzwyczaj jasno. "Plama po honorze" - naprawdę niezła.Ogólnie - wiersz podoba mi się. Mam jedynie dwie małe "uwagi";
1. Czy "grząski" nie pisze się czasem przez "s"?;)))(Chyba, że to ja mam problemy z ortografią;)))
2. Czy w ostatnim wersie 3. strofy nie byłoby lepiej napisać :"pomyślcie, dokąd drogą tą idziecie..." ? Myślę, że rytm byłby wówczas lepszy... Chyba, że tylko mi się wydaje;))))))))
Czekam na więcej wierszy.

Opublikowano

Kłaniam się nisko w podzięce pochwały, zawsze otwarty na szczerości słowa, pragnę bezbłędnie - choć błędy popełniam - ubrać w litery, co pomyśli głowa. Dziękuję - Lefski
[sub]Tekst był edytowany przez Lefski dnia 11-07-2004 04:37.[/sub]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...