Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

***


jest w tobie tchnienie jezior
zielony poszum lasów
świeżość kwitnących łąk

i coś z lotności wiatru
trochę ze słońca blasku
i księżycowych pełń

więc w radość twą popłynę
w twój zapach się zanurzę
więc



***


Stała naprzeciw siebie nad wezbraną rzeką
i padał deszcz ze śniegiem i ze śniegiem deszcz
przebiegały przez nią i przez jej przeźrocze,
łabędzie po niebach wracały jak echo.

Która była którą? Zatracone w sobie
zagubiły drogę, którą tutaj przyszły:
rzuciły się, chcąc odejść, przez wezbraną wodę
i przez siebie na brzeg, jeszcze bledsze wyszły.

I patrzyły na siebie przez piany na rzece,
jak śnieg pada z deszczem i jak z deszczem śnieg.
Na łabędzie, jak echo na przeciwnym niebie
lecące za nimi ku drugiemu z nieb.



***


czarna polana

Jest taki las... zaczyna się w lesie,
by ten prawdziwszy wydał się sobie:
cieniodrzew rzuca w nim czarne słońce?
drzewocień tak snuje się po drodze?

Ileż w nim razy byłem... bez ciebie
szukając ciebie - zanim odeszłaś.
Zaczynał się las, gdzie las się kończy
i dalej rósł tak, jak... nie pamiętam.

Lecz skoro chodzę po nim, zatem... jest!
Jak kiedyś zbieramy w nim jagody:
- ty, której poza nim, nigdzie nie ma
- ja, który nie znam powrotnej drogi.



***


Ślad

małej stopy na pustyni
jak zadra lodu wbita w upał.
Wędrowcy wokół się stłoczyli
i na kolana któryś upadł.

- Jedźmy efendi, to tylko wiatr
przyniósł znad morza Czerwonego
kobiety zapach, jej ciała ślad. -
- Szatański gad zniósł go na pewno! -

Gdzie spojrzeć piaszczy dal pustynia
i słońce piekli się w zenicie,
ale ten jeden się zatrzymał
a karawana dalej idzie.

Dawno dotknęła wód oazy,
spieczone plecy wciera w drzewo
i rozpowiada wkoło każdy
o odciśniętym śladzie przez Nią.

W oliwnym gaju, wieczorami
jest przyjacielem krwawe słońce,
- tu kończą żywot karawany,
a ten co został? To był... nonsens:

Ciągle "wędruje ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)"


(Ostatnia strofka jest fragmentem
"Piosenki" z 1938 roku
Krzysztofa Kamila Baczyńskiego)

***


Wieczór dziś cichy, zwyczajny
i trudno go zauważyć,
dlatego takie wieczory
gubiłem już tyle razy.

Potem w pamięci, uwierzysz?
- jak w Biurze Zgubionych Rzeczy:
lśnią twoje włosy na wietrze,
a w oczach słońce znów świeci.

Tuż obok, migoczą w rzece
po sam pas drzewa nadgniłe...
a przecież ja te wpółdrzewa
nie z tobą, miła zgubiłem?

I znam cię taką - wieczorną,
dzień ma się dopiero zdarzyć.
I wieczór zwyczajny, cichy,
aż trudno go zauważyć.


***


gdy "Stary niedźwiedź mocno śpi..."

Noc zagościła w przykrótkich zasłonach,
księżyc przekomarza się z wiatrem -
przy nas doskonałość zawstydziła się,
że jest przedoskonalona
nagle.

Noc listopadowa wtem tak stroma!
- ileż razy sen na nas z niej spadnie?
Szkoda chwili... kochajmy się, póki
nasze na wierzchu, jej - na dnie.


***


Jesteś

taki przezabawny
ciągle
w parkach kradniesz kwiaty

Jestem!
przez otwarte wrzucam okna
wkładam do snów poematy


zatęsknisz
śnić mnie jeszcze
(tu następuje wrzucenie
kwiatów zawiniętych
w poemat)

Nic się nie stało. Nie zdarzyło nic.
I nawet jeszcze nie zacząłem śnić.
Więc czemu tęsknię i czego pragnę,
nie mogąc zasnąć i zbudzony nagle?

Czemu cię widzę wszędzie dokoła,
świat cały wokół twe imię woła,
gdy nawet oczu nie śmiałem marzyć -
nie znałem przecież, że możesz się zdarzyć?


***


Na jeziorze już cisza. I tylko rozblaski
kąpią puchy łabędzie w pomarszczonej fali.
Niesie wiatr pajęczyny, zamarłego lata

odgłosów kruche nitki i chowa gdzieś w dali.
Więc stoję. Niewysłowna. Z głową pod chmurami.
Sukni zieleń soczysta bezmiar smutku plami

zdając się zwielokrotniać żałosność jesieni,
jakbym nagle wtargnęła śmiejąca, radosna
wznosząc echa uśmiechów w ciemnej, chłodnej sieni

do domu, w którym pachnie świeżo ścięta sosna,
dokańczają się świece w konarach lichtarza.
W ostry ból zrozumienia: nie mam gdzie już wracać.

***


Dobranoc

Płakała w nocy lecz jej płacz
Zagłuszał cichy rynien szmer
Bo właśnie o niej sam śnił a
Jej płacz użyźniał jego sen
Na wodzie wierzby gięły się
Był słońcem wielki złoty dzban
Dolewał ciepła w jego dzień
U niej gęstwiała zimna mgła
Płakała w nocy lecz jej płacz
Zbyt cichy był by przebić się
Przez jego nieruchomą twarz
Gdy w księżyc niski do niej biegł
A w górze krążył srebrny smok
Łuskami jak latarnie lśnił
Ej smoku dobry ląduj chodź
Raz w koniczyny ziemskie wnijdź
Daj wdrapać się na mocny kark
I drogą mleczną nieś mnie nieś
Spójrz jak rosami miła ma
Czekając na nas śmieje się
Płakała w nocy lecz jej płacz
Nie zbudził nigdy go ze snu
Płakała w nocy łkała a
Tak dobrze było we śnie mu


Opublikowano

Boski Kaloszu! :) nie podoba mi się pierwszy wiersz, no, mówię, jak jest, jak na spowiedzi.
jest taki trochę - wątły... :( /albo angie niewrażliwa, nieczuła, z kamienia ;P - pytanie retoryczne, of course :P

drugi ładny. taki... otwarty i zakmnięty zarazem, w szklanej kuli, w dwóch niebach z przeciwka

trzeci wiersz jest szalony. tytuł czytam - czarna polewka, polewkę polano, podano do stołu. jagody...
no - się w tym wierszu zakochałam i nie znam powrotnej drogi.

ślad - podoba mi się umiarkowanie. czylo - hm... tak średnio na jeża; nie znalazłam w nim dla siebie śladu.

następny wiersz ma w sobie jakiś sztarbowsko-gałczyński urok :)
stary niedźwiedź chyba też, ale rozkręca się w ostatniej strofce :D:D

za to dobranoc - mój ulubiony. kurcze, skądś go znam :D
jest super - oddałabym za niego wszystkie... nawet buty :P

pozdrawiam, andżelika

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Z tym wierszem związane jest pewne wydarzenie sprzed paru lat. Byliśmy akurat
umówieni z grupką zaprzyjaźnionych poetów na recital Janusza Radka... ale
może przytoczę rozmowy nazajutrz i jak ten wiersz widział dosłownie ktoś z boku:

> Warto było zaufać M i wszystkim, którzy zachęcali do obejrzenia
> spektaklu:
>
> To tylko ślad po recitalu, który zostawia ślad:-)

ja dodam jeszcze inny ślad, zapachowy :)
- BK dzierżył w dłoniach torbę z kosmetykami renomowanej firmy
francuskiej,
które to kosmetyki własnie odebrał jako nagrodę za wrzuconą kartke z
wierszem.

otóż przechodząc niedawno koło salonu firmowego przypomiał sobie że kończy
mu się woda do golenia; ponieważ akurat nie miał przy sobie drobnych a w
witrynie zauważył ogłoszenie o konkursie na hasło reklamowe szybciutko
skreslił kilka wierszowanych słów. i zapomniał.
aż do przedwczoraj kiedy to dostał telefon od pani mówiacej łamaną
posko-francuszczyzną informującą go o tej drobnej wygranej :-)))

(imię i nazwisko, jak to się pisze, znane Redakcji)

Od siebie dodam, że z tydzień wcześniej przechodziłem koło salonu "Yves Rocher"
i zauważyłem konkurs na hasło reklamowe. Nie namyślając się, wpisałem ten wierszyk,
tyle że pod tytułem: "Kobieta pachnąca Yves Rocher".
Po tygodniu zadzwoniła do mnie Francuzka, przedstawiciel firmy w Polsce
i na wpół po polsku na wpół po francusku oznajmiała, że co prawda nie jest to hasło,
ale wiersz jest tak cudowny, tak wspaniały, że Kierownictwo postanowiło
nagrodzić go dodatkowo koszykiem perfum i mam to natychmiast odebrać tam,
gdzie go wysyłałem.
Chyba przez dwa lata chodziłem wyperfumowany jak Ludwik XIV drogimi kosmetykami,
a wiersz jak widać, został do dziś.

Jednak "Dobranoc" też mi się podoba o wiele bardziej.
Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam.
Opublikowano

Ja te wszystkie Twoje wiersze pojmuję jako całość...
...całość natury niesamowicie wrażliwej, dostrzegającej to , co nieuchwytne...Obrazki liryczne dotyczące miłości...pieknie nakreślone:):)...chyba nie powinno sie ich rozdzielać....tak jak nie można rozdzielać uczuć i przeżyć:)
Bernadetta

Opublikowano

:) mniam pyszny szwedzki stół, najbardziej smakowało to:

Stała naprzeciw siebie nad wezbraną rzeką
i padał deszcz ze śniegiem i ze śniegiem deszcz
przebiegały przez nią i przez jej przeźrocze,
łabędzie po niebach wracały jak echo.

Która była którą? Zatracone w sobie
zagubiły drogę, którą tutaj przyszły:
rzuciły się, chcąc odejść, przez wezbraną wodę
i przez siebie na brzeg, jeszcze bledsze wyszły.

I patrzyły na siebie przez piany na rzece,
jak śnieg pada z deszczem i jak z deszczem śnieg.
Na łabędzie, jak echo na przeciwnym niebie
lecące za nimi ku drugiemu z nieb.
B.K

Cudowne, choć pachnie mi Balladą o rzece Baczyńskiego, przynajmniej cien zamysłu się stamtąd wziął, ale dalej poprwadozne już po swojemuy, te lustrzane metafory super pomyśł forma chce nadgopnić treść i przekręca i się z-lustrza ;) Bardzo dobry, cohć.. wsybitnie romantyczny, czyż nie?

Ale tak silna poezja jeszcze wróci do łask, poki co lewacka-hedonistyczna-finajsera nadaje inny ton i wmawia, że prawość to fałsz, a ich przekręty i materializm to prawość, ale nie łammy się - tenchwilowy triumf zezwierzecenia kiedyś minie!

A wierszy cudowny

pozdr.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie, zainspirowała mnie Pani Elżbieta Lipińska, którą znasz z Nieszuflady jako Holy Golightly.
Poszukaj wiersza "Roztopy" - właśnie pod jego wpływem napisałem swój.
[quote]
Ale tak silna poezja jeszcze wróci do łask, poki co lewacka-hedonistyczna-finajsera nadaje inny ton i wmawia, że prawość to fałsz, a ich przekręty i materializm to prawość, ale nie łammy się - tenchwilowy triumf zezwierzecenia kiedyś minie!
Oby. Ludzie wiele by stracili, gdyby zapomnieli, co to jest liryka.
Dziękuję i serdecznie pozdrawiam.
Opublikowano

Powiem po prostu ... Twoje liryki zawsze mnie urzekają, są takie pachnące uczuciem, barwne jak miłość w różnych porach roku i czułe jak spokojne fale jeziora muskające stopy na plaży księżycową nocą:))). Jesteś od dawna w moich ulubionych...
:)))))
Serdecznie pozdrawiam
-Krystyna

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



- Krysiu, Twoja wypowiedź potwierdza moje przypuszczenia, dotyczące genezy powstania pseudonimu artystycznego Poety, który daje... oj, daje wzruszeń i poruszeń moc.

-Dlaczego Boskie Kalosze? To proste: on, na codzień musi chodzić w kaloszach, albowiem brodzi nieustannie w potokach łez, łez wzruszeń. Normalnie, chlapa jesienna bez względu na porę roku- stąd - Kalosze. Boskie zaś, bo to łzy kobiet, a te, przyznasz, są boskie same z siebie.:)))


- Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



- Krysiu, Twoja wypowiedź potwierdza moje przypuszczenia dotyczące genezy powstania pseudonimu artystycznego Poety, który daje... oj, daje wzruszeń i poruszeń moc.

-Dlaczego Boskie Kalosze? To proste, on na codzień musi chodzić w kaloszach, albowiem brodzi nieustannie w potokach łez, łez wzruszeń. Normalnie, chlapa jesienna bez względu na porę roku- stąd - Kalosze. Boskie zaś, bo to łzy kobiet, a te, przyznasz, są boskie same z siebie.:)))


- Pozdrawiam.

Almare!
Zgadzam się z Tobą. Dodam może, że w moim odczuciu Boskie Kalosze jeszcze dlatego, że są pokorne, nie wynoszą się, drepcą po błocie (zapewne jesiennym) po śladach (a może na stopach?) Pana Boga wszędzie tam, gdzie ktoś potrzebuje ciepła, czułości i otuchy... dlatego często piszę zwracając się do niego po prostu Boski! I dlatego poezja Boskich Kaloszy jest boska :))))
Pewnie się zarumieni jak przeczyta, ale nich tam, skoro i Ty tak uważasz...
:))))
Serdecznie pozdrawiam
-Krysia
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



- Krysiu, Twoja wypowiedź potwierdza moje przypuszczenia dotyczące genezy powstania pseudonimu artystycznego Poety, który daje... oj, daje wzruszeń i poruszeń moc.

-Dlaczego Boskie Kalosze? To proste: on, na codzień musi chodzić w kaloszach, albowiem brodzi nieustannie w potokach łez, łez wzruszeń. Normalnie, chlapa jesienna bez względu na porę roku- stąd - Kalosze. Boskie zaś, bo to łzy kobiet, a te, przyznasz, są boskie same z siebie.:)))
Liryka ma to do siebie, że porusza to, co siedzi w człowieku najgłębiej, więc jest... najbardziej ludzkie. To co od dziecka chowamy tak dobrze, żeby nikt nie mógł nas zranić.
Stąd chyba bierze się jej siła, ale i... bezbronność.
Coś jak "Stary niedźwiedź mocno śpi..." - czyli listopadowy znak zodiaku:
groźnie brzmiący Skorpion albo, jak kiedyś nasi przodkowie nazywali o tej porze
układ gwiazd na niebie, bardziej swojski: Niedźwiadek.
Dziękuję i pozdrawiam.
Opublikowano

czytałam raz,drugi i trzeci i jeszcze wracam....i znów nie będę mogła zasnąć...z poruszenia

ogrzać się
chciałam ciepłą chwilą
jednym wspomnieniem zasmucić

przeszedłeś Panie
w "Boskich Kaloszach"
nim się zdążyłam odwrócić

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję Ci, tym bardziej bo umieściłem takie właśnie wiersze w kilka godzin po śmierci ojca.
Właśnie dlatego, żeby ktoś taki jak Ty przeczytał i.. zamyślił się przez chwilę "poruszony" jak to pięknie napisałaś.
Sam też chciałem zająć na chwilę myśli czymś innym, nierealnym, nie z tego świata 9 listopada który powiedział "Dobranoc" bliskiej mi osobie.
Takich komentarzy bardzo potrzebowałem i serdecznie dziękuję za nie Tobie i Innym.
Opublikowano

tym bardziej cieszy fakt, że w takich chwilach ktoś ucieka w poezję żeby się schować przed bólem,ja wiele razy tak robiłam.Ponad sześć lat temu życie mnie tak okrutnie doświadczyło że umarłam,przestałam malować,pisać ale wracam...Dopiero od miesiąca znów zaczęłam pisać wiersze,malować i jest mi z tym lżej na sercu choć wiem że dawne rany już nigdy się nie zagoją.Tym bardziej życzę Panu wytrwałości,niech Pan nie żałuje swych pięknych słów bo może ktoś taki jak ja może ich potrzebować by wstać i iść dalej...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Rozumiem doskonale. Znam ten stan, który nazywam stanem Dafne. Nie można
się wtedy poruszyć, krzyknąć, człowiek trwa zamieniony jak Dafne w drzewo bobkowe,
utkwiony na brzegu dotychczasowego życia:

www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?pid=619463#619463

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...