Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

. Oglądanie serwisów informacyjnych to czysty masochizm. Tym bardziej od samego rana. To jak stanięcie na drodze stada tysiąca słoni pędzącego w stronę wodopoju. A ona od półtora tygodnia nie ominęła żadnego. W niektórych momentach zaczynała już wątpić czy ma to jakikolwiek sens, ale musiała czekać. Prędzej czy później, na pewno, zdarzy się coś niezwykłego…Tak czy inaczej cierpliwość nie należała do jej dobrych stron, a teraz pozostawało jej tylko obserwować wiadomości i przeszukiwać Internet. Doprowadzało ją to do furii. Do tego czytała prasę. Codzienną.

Dziś zaspała na pierwszy serwis. Trzeba będzie po drodze na uczelnię kupić gazety. I kawę. Koniecznie. Póki co zabrała wszystkie papiery i wyszła do samochodu. W czasie drogi będzie można wysłuchać jakichś informacji w radiu. Ale najpierw gazety. Tylko trzeba się spieszyć.

* * *

Powoli nacisnął żelazną klamkę starych, wysokich na trzy metry drzwi. Ich dębowe drewno było wyraźnie naznaczone ręką czasu. Pęknięcia i ślady korników naruszyły ich dostojną strukturę i subtelne rzeźbienia.
Przekraczał te wrota już wiele razy – na pamięć znał sceny wyryte w drewnie przed kilkoma wiekami, każde wgłębienie i skazę. Ruszył prosto. Jego kroki odbijały się od wysokich ścian i pięknych krzyżowych sklepień donośnym, głębokim echem. Nieliczne, stare, kamienne rzeźby wodziły za nim swoimi pustymi oczami.
Lubił przychodzić o tej porze do Katedry. Odpowiadała mu jej gotycka architektura. Dostojna i czysta. Na szczęście nigdy jej nie zamykano. Choć to akurat nie byłaby żadna przeszkoda.
Przynajmniej teraz, w środku nocy, panował tu spokój i całkowita cisza. W końcu mógł pomyśleć. Na chłodno przeanalizować wydarzenia wieczoru i kilku poprzednich tygodni.
…Czy wierzył w Boga? Niekoniecznie. Wierzył w absolut. Nawet nie w los. Ale w coś. Coś większego od niego. Mądrzejszego i silniejszego. Ale nie zwykł się niczemu podporządkowywać. Tym bardziej religii. Oczywiście religia była przydatna. Wygodna. Na przykład, gdy trzeba było jakoś wyjaśnić swoje niepowodzenia, cierpienie lub zwalić winę za postępowanie. No i oczywiście religia pociesza. Śmierć to nie koniec drogi... Ciekawe.
Zresztą nie przyszedł tutaj, żeby rozmyślać o takich bzdurach. Trzeba się skupić na rzeczywistości. A przede wszystkim zdecydować co dalej zrobić z tym piekielnym chipem.

* * *

- Dzięki za whisky. – Jej głos był delikatny i miękki, nawet pomimo tego, że mówiła głośno próbując przekrzyczeć gwar pubu.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Dominik Black. – Lotnik wyciągnął rękę na powitanie.
- White. Alicja White – miała mocny uścisk. Spojrzała mu prosto w oczy, jakby chciała zajrzeć w głąb duszy.
Dominik usiadł na wolnym fotelu przy stoliku, który zajmowała. Wiedział już jaka taktyka będzie najlepsza. Tak, to będzie proste. Zdobyć jej zaufanie, a potem chip.


Było ciepło. Czerwcowo. Deszcz padał równo, wytrwale, ale na horyzoncie już się przejaśniało. Słońce właśnie zachodziło, chmury mieniły się tam różem, fioletem i pomarańczem. Jednak wszędzie poza zachodnim krańcem nieba były szaro – granatowe. Typowa pogoda.
Wracali razem idąc powoli pośród spadających kropelek wody, pod jednym parasolem. Był czarny i duży – jakby stworzony na taką właśnie okazję. Gdzieniegdzie zaczął prześwitywać błękit, a na wschodniej stronie nieba widać już było pierwsze gwiazdy.
Alicja dawno nie czuła się tak spokojna i na swój sposób bezpieczna. Nawet nie protestowała, gdy objął ją ramieniem. Okazał się inteligentnym, dobrze wychowanym mężczyzną. Prawdziwym dżentelmenem. Rzadkość. Swoją drogą nigdy nie sądziła, że pozwoli się poderwać facetowi w barze. I to w dodatku na whisky. Ale, trzeba przyznać, dobrze to rozegrał. Bardzo dobrze.
- Jesteśmy na miejscu. Dzięki za eskortę.
- Cała przyjemność po mojej stronie. – Dominik uśmiechnął się szelmowsko. Wiedział, że odrobina nonszalancji i impertynencji połączone z pewnością siebie i dobrymi manierami mogą zdziałać cuda. Deszcz ustał. Zrobiło się cicho i spokojnie. Jak zwykle po ulewie. Lotnik spojrzał jeszcze Alicji w oczy, dotknął jej policzka, zbliżył się…
- Nie całuję się na pierwszej randce – przerwała mu z uśmiechem.
- A więc to była randka? W takim razie liczą na następną – Black, jakby w ogóle nie stracił animuszu i pewności siebie. – Dobrze. Dobranoc.
Alicja otworzyła drzwi i powoli weszła do domu. Zamknęła za sobą drzwi. Przez okno dostrzegła, że Dominik powoli odchodzi.
Odetchnęła głęboko. Zdjęła płaszcz i buty. Już wchodziła do salonu, gdy ciszę zakłócił dzwonek do drzwi. Otworzyła. Na werandzie, oparty o framugę, stał Black. Już miała zapytać czy czegoś nie zapomniał, gdy zorientowała się, że ją całuje.
- To już nie jest pierwsza randka. – szepnął, gdy wchodzili do środka.

Alicja zdążyła sobie tylko uświadomić, że od dwóch tygodni nie miała czasu posprzątać.



* * *

Oddanie chipu byłoby głupotą. Zabiłaby go. Poza tym wolałby już jej nigdy więcej nie spotkać. Zdaje się, że zanim zdecyduje się na jakiś ruch, trzeba będzie sprawdzić o co dokładnie toczy się gra. A potem? W zależności od zawartość: można go oddać organizacji, podrzucić prasie lub sprzedać… komuś – nie ważne. Z pewnością jest sporo warty. To na pewno. Potwierdzała to suma w jego walizce.
Jest jeszcze jedno wyjście. Zostawić go sobie i zniknąć. Jedno z państw Środkowej Ameryki na pewno z chęcią go przyjmie. I jego walizkę oczywiście. W końcu zasłużona emerytura.

Na razie jednak trzeba przeanalizować sytuację. Powrót jak gdyby nic do hotelu nie jest zapewne najlepszym pomysłem. Po śmierci agentów trudno powiedzieć kto i co o nim wie… Jeszcze tamten diler.
Na szczęście komputer zostawił w bezpiecznym miejscu.

* * *

Dominik powoli wstał. Obejrzał się, czy aby na pewno nikogo tu nie ma. Ruszył wolnym krokiem do konfesjonału umieszczonego prawie przy samym ołtarzu. Uklęknął. Zrobił znak krzyża.
- Zgrzeszyłem ojcze…
- Wiem, mój synu. Ale to poczeka, czyż nie?
- Niestety… Masz mojego kompa?
- Oczywiście – ksiądz uśmiechnął się szeroko. Jego przełożeni nie byli zadowoleni z przyjaźni z Lotnikiem – i nie tylko z tego – ale miało to swoje plusy. Nawet Oni to zauważyli.



* * *

Dominik zawsze zostawiał swój sprzęt w katedrze. Najbezpieczniejsze miejsce – mawiał.

* * *

- Jak poszła akcja? Możesz coś zdradzić?
- Musiałbym zapewne Cię zabić, Marku. A tego obaj nie chcemy. Biorę komputer i znikam. – Dominik spojrzał w twarz przyjaciela. Wyrażała niepokój. – Odezwę się jeszcze.
- Amen.
Ksiądz Marek uchylił kratkę konfesjonału i podał Dominikowi laptopa. Lotnik powoli wstał, zrobił znak krzyża i ruszył do wyjścia.

Biblioteka publiczna będzie najlepszym miejscem, żeby przejrzeć chip. Z tego co pamiętał otwierali o 8.00, czyli ma jeszcze jakieś 4 godziny. Tak, czas na śniadanie.

Opublikowano

Przeczytałam obydwie części razem. Opowiadania sensacyjno-szpiegowskie to nie jest mój ulubiony typ literatury, nie mam zbyt wielkiego porównania więc trudno mi ocenić, na ile watek fabularny jest oryginalny, ale czytając, bez żadnego poświęcenia dotarłam gładko do końca - więc chyba nie jest źle. Natomiast wydaje mi się, że w wielu miejscach można byłoby jeszcze popracować nad stroną warsztatową. Przykładowo z części II (bo mam ją pod ręką), do przeformułowania skierowałabym zdania: "To jak stanięcie na drodze stada tysiąca słoni pędzącego z kamienistego górskiego zbocza w stronę wodopoju.", "Pęknięcia i ślady korników naruszyły ich dostojną strukturę i subtelne rzeźbienia.", "Uklęknął." W kilku miejscach szwankuje interpunkcja np, brak przecinków po wyrażeniach "tak czy inaczej" "póki co", wtrąceniach np. w zdaniu "Jednak wszędzie, poza zachodnim krańcem nieba, były szaro – granatowe.". Poza tym, w dialogach zarówno w Cz. I, jak i Cz. II brakuje wielkiej litery w zdaniach rozpoczynających się po kropce, znaku zapytania, wykrzykniku. I jeszcze jedna wątpliwość; w początkowym fragmencie Cz.I budujesz nastrój opisem miasta, świateł i dźwięków. Nie znam się na tym specjalnie, ale intuicyjnie nie pasuje mi ten opis do mglistej, wilgotnej pogody, która tłumi dźwięki (a nie pozwala słyszeć każdy osobno i wyraźnie) i rozmazuje kolory (a więc światła latarni nie kładą się na ziemi wyraźnym żółtym kręgiem). Ale może się czepiam. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



------------------------------

wielkie dzięki za wskazówki

Jutro, jak dobrze pójdzie, znajdę trochę czasu, żeby przelecieć jeszcze raz to opowiadanie i popoprawiać. Co do długiego zdania ze słoniami - miałem z nim problemy - nie mogłem się powstrzymać, żeby wstawić dłuższe porównanie, ale potem myślałem czyby tego nie skrócić i tak właśnie zrobię :D
Jeśli chodzi o mglistą pogodę - ten fragment powstał po spacerze, gdy panowała taka, mniej więcej, aura. Tak to zapamiętałem - dźwięki wybijały się i znikały szybko; co do światła, to jeszcze to przemyślę :P
dzięki wielkie za wskazówkę z dialogami - zawsze mam z tym problem

cieszę się, że udało się bez większych problemów dotrzeć do końca

serdeczności

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...