Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

. Od świateł na wieżach telewizyjnych rozchodziła się czerwona łuna. Miasto było niezwykle spokojne, ciche. W ten szczególny sposób, w jaki może być ciche miasto pełne nocnego życia. Gwar i szum zamieniały się, w tej chwili, w ciszę tak kojącą, że człowiek chciał się w niej zatopić. Cisza nie była brakiem dźwięku, była symfonią odgłosów – idealnie harmonijną.

Może z powodu wilgotnej i mglistej pogody, a może to późna pora przegoniła już z ulic większość przechodniów. Zapełniali teraz liczne puby. Zadymione i duszne.
W kilku świerkach rosnących wzdłuż chodnika grały świerszcze – a raczej jeden, wytrwały, brzęczący…
Gdzieś w oddali rozległ się krótki kobiecy krzyk, z przeciwległej strony słychać było głuche szczekanie wielkiego psa. Po drugiej stronie jezdni przejeżdżał rowerzysta – zahamował ostro, wyminął przepełniony śmietnik, po czym ruszył dalej.

Poświata z wież telewizyjnych wydawała się coraz bardziej czerwona, krwawa. Jednak kolor krwi nie był jedynym, który wypełniał powietrze – zielony neon nad jakimś sklepem oświetlał stalowe sukiennice, a żółte latarnie co parę metrów rzucały jasne kręgi dziwnego światła. Dominik wolałby, żeby te latarnie dawały białe czy raczej niebieskawe światło – miałby wtedy wrażenie, że znajduje się gdzieś na innej planecie lub na polu oświetlonym tylko przez księżyc w pełni.
Szedł spokojnie i równo, trzymając ręce w kieszeniach skórzanej kurtki. Starej, poprzecieranej w kilku miejscach – ale, nie miało to większego znaczenia. Skręcił za rogiem – krajobraz nie zmienił się w znaczący sposób. Na ulicy pojawił się jakiś przechodzień. Wprawdzie Dominik widział już wcześniej parę żywo dyskutującą, ale wtopili się oni w tło miasta i dźwięków – podobnie i ten człowieczek, wypłacający teraz gotówkę z bankomatu, po chwili zanikł w metropolii.
Na jednym z gzymsów ktoś postawił pustą puszkę po piwie – ciekawa odmiana w monotonii betonu. Przejechał samochód – jego odgłos wydawał się być czymś osobliwym tej nocy. Zakłócił miły spokój – na szczęście tylko na chwilę. Dziś każdy dźwięk wybijający się z tła metropolii był osobny, odizolowany, zaczynał się i kończył, mijał i pozostawiał po sobie tylko echo – niepokojące wspomnienie, które kołatało się jeszcze przez moment i dodawało tej nocy niezwykłego zabarwienia. Dominik delektował się tym skarbem, wchłaniał w siebie atmosferę miasta, niczym nie zakłóconą, czystą...

- Hej! Lotnik! – ochrypłe wołanie przerwało ciszę – może masz ochotę na działkę, co? – Dominik miał ochotę po prostu przejść nie zwracając uwagi na tego czubka, ale facet zaczął iść za nim i ciągle coś krzyczał. Jakiekolwiek zamieszanie, było mu akurat dzisiaj, wybitnie nie na rękę.
- Idź do diabła, człowieku. Nie chcę twojego towaru.
- Dziś masz u mnie rabat! To jedyna taka okazja!- facet był zbyt namolny jak na dzisiejszy humor Dominika. Jeden szybki cios w podbródek wystarczył, żeby diler wylądował w rynsztoku. Niestety udało mu się zmącić spokój Lotnika – Dominik zaczął zastanawiać się, skąd ten podrzędny przestępca zna jego ksywę. Ktokolwiek mu ją zdradził, zapłaci za to. Jednak nie dziś, dziś nie ma na to czasu.

* * *

Nareszcie dotarł na miejsce. Kamienica była stara i zniszczona – wszędzie odpadał tynk, a na klatce schodowej czuć było moczem. Dominik zaczął wspinać się po schodach. Spotkanie miało się odbyć na ostatnim piętrze.
- Już myślałem, że nie będę wiedział, które to mieszkanie – stwierdził na widok wyrośniętego goryla stojącego przy jedynych drzwiach na poddaszu. Skoro w słowniku ochroniarza nie istniał słowo ironia, Dominik spokojnie nacisnął klamkę i wszedł do zrujnowanego hotelowego pokoju.
W środku czekali już dwaj, ubrani w czarne garnitury, mężczyźni.
- Masz chip? – zapytał jeden z nich głosem, który w zamierzeniu miał pokazywać opanowanie. Siedział na staromodnym fotelu. Obok stała zdezelowana lampa z ciemnozielonym abażurem. Była jedynym źródłem światła w pokoju – przez nią pomieszczenie wydawało się jeszcze bardziej obskurne. Dominik znał faceta – oczywiście. To on dowodził całą operacją, a dziś pofatygował się osobiście po odbiór „łupu”.
- Jasne, że mam. Dotrzymuję zobowiązań. – ze spokojem odpowiedział Lotnik.
- Dobra, załatwmy tę sprawę jak najszybciej. – Wtrącił drugi mężczyzna, drugorzędny agent, którego Dominik widział po raz pierwszy w życiu. Był pewny, że facet nie należy do zbyt rozgarniętych. Za to, z pewnością, świetnie spełnia rolę goryla i chłopca na posyłki.
- Najpierw moja zapłata.
- Zaraz, zaraz – to chwilę poczeka. Jesteś pewny, że to TEN chip? Dlaczego mamy tak po prostu TOBIE zaufać? – facet podniósł lekko głos, co odsłoniło jego podenerwowanie.
- Dobrze wiesz, że możecie mi ufać. TYLKO MI możecie ufać w tej sytuacji. To chyba jasne? – Dominik zwrócił się do siedzącego na fortelu, ton jego głosu nadal był spokojny, ale ta sytuacja zaczynała go powoli drażnić. Wkurzali go ci tchórzliwi agenci, którzy nie potrafili poradzić sobie bez jego pomocy. I to nawet w tak banalnej sprawie. A przecież on już dawno odszedł z organizacji. Po tamtym etapie życia zostały mu tylko marne wspomnienia i ksywa.
Właściwie było nieco dziwne, że poprosili, aby pomógł im zdobyć ten dziwny chip. Tym bardziej, że robota była piekielnie prosta, a oni mają wielu młodych, zdolnych i lepszych od niego ludzi. Tak czy inaczej Dominik nie zadawał pytań. Zgodził się dla świętego spokoju. Zresztą usta zamknęła mu suma zawierająca sześć zer. Potrzebował tej gotówki. Owszem, korciło go, żeby się dowiedzieć, po co im ten chip…
Tak czy inaczej, teraz, kiedy wykonał zadanie, chciał jak najszybciej zakończyć sprawę i wrócić do codziennego życia. Z pełnym kontem.
- Dobra. Tu jest twoja kasa. – Agent siedzący w fotelu wstał, wziął srebrną walizkę stojącą między fotelem a lampą i podał ją Dominikowi. Lotnik otworzył zatrzaski.
- Siedem milionów. Tak jak się umawialiśmy. Nie musisz przeliczać. – Dominik podniósł kilka plików banknotów, wyglądało na to, że nie chcą go oszukać. Ciekawe.
- Teraz twoja kolej.
Lotnik wyjął z kieszeni paczuszkę. Odwinął chip z chusteczki i położył go delikatnie na wyciągniętej dłoni agenta dowodzącego. Ten wyjął palmtopa i podłączył chip.
- Wszystko się zgadza.
Po tych słowach Dominik chwycił walizkę, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia.
- Lotnik... Państwo jest Ci wdzięczne za pomoc. – usłyszał za sobą głos drugiego agenta. Nawet nie spojrzał w jego kierunku. Po prostu otworzył drzwi, podniósł rękę na pożegnanie i wyszedł. Minął goryla przy drzwiach i zaczął schodzić starymi, drewnianymi schodami. Każdy jego krok odbijał się echem od ścian, z których prawie cała farba zeszła jakieś pół wieku temu.

* * *

Nagle krokom Lotnika zawtórował inny dźwięk – odgłos upadania na podłogę dwóch ciężkich przedmiotów. Chwilę po tym, jak echo wybrzmiało, trzasnęły drzwi. Z całą pewnością były to drzwi pokoju na poddaszu. Dominik odruchowo wyjął broń i od razu ją odbezpieczył. Pospiesznie zszedł na półpiętro. Odłożył walizkę i zaczaił się w ciemnym rogu. Tymczasem dudnienie szybkich, ciężkich kroków coraz bardziej narastało.


Borys zbiegał coraz prędzej. Czuł, że coś może pójść nie tak, a nie wolno mu zawalić tego zlecenia. Zabiją go, jeśli nie przyniesie chipu. Zaniepokoił go gość, który przyniósł przesyłkę – na początku chciał zabrać chip od razu – bez cackania się, jednak szybko zorientował się, że wtedy będzie łatwym łupem dla tych dwóch z pokoju. Udało mu się uniknąć jednej wpadki. Niestety wydarzenia i tak potoczyły się nie po jego myśli. Faceci zbyt szybko postanowili wyjść z pokoju, a on nie był pewny czy dostawca opuścił już budynek. Mniejsza z tym – chip jest najważniejszy. Trzeba go jak najszybciej dostarczyć szefowi. Ruszył, prawie biegiem, po schodach.
Nagle poczuł, jak coś palącego i zimnego jednocześnie, przebija jego udo. Padł na kolana. Zaczął zwijać się z bólu. Zobaczył „Lotnika” – jak nazywali go agenci, leżący teraz w kałuży krwi. Dominik celował w niego swoją spluwą – Borys już wiedział jak to wszystko się skończy.

Skoczył na dostawcę, ale nawet nie zdołał go dosięgnąć. Udało się – nikt nie dowie się, kim są jego zleceniodawcy. Szybko zaczął tracić oddech. Po chwili ruszył w drogę do piekła.

* * *

Dominik był niezadowolony, że zadziałał odruchowo. Nie powinien był zabijać goryla. Tamci na górze z pewnością nie żyją. Ten tutaj nie wiadomo dla kogo pracował. Wszystko to oznacza kłopoty. Póki co, wyjął z kieszeni goryla chip. Owinął go w białą chustkę.
„Zabawne, że ją ciągle noszę…” – pomyślał. Powoli ruszył w dół, do wyjścia i potem dalej, ulicami pustego miasta.
Postanowił sprawę chipa odłożyć na później. Będzie musiał zdecydować, co z nim zrobić, komu oddać. A może w ogóle go nie oddawać? Zobaczy. Na razie postanowił iść tam, gdzie myśli mu się najlepiej.

Opublikowano

witam - przedstawiam to krótkie opowiadanko (jeszcze jakieś trzy części, albo dwie :P)
z góry uprzedzam, że było ono pisane w ramach ćwiczenia, więc wybitne, zapewne, nie jest;

bardzo proszę o wskazówki

pozdrawiam serdecznie /IW


część II: h ttp://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?pid=591817#591817
część III: h ttp://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=80636
część IV: h ttp://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?pid=595562#595562

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Po lekturze całego fragmentu:
1. bardzo się silisz z opisami (opis z początku - niebywale silony)
2. nie masz porywającego stylu.
3. w ogóle leżą u ciebie dialogi, które chyba powinny być ozdobą takich utworów...

jest źle. lecę dalej.
Opublikowano

bardzo zdrowe podejście macie, panie kolego...

proszę też nie brać obie zanadto do serca, bo ze mną jest tak, jak z trenerem sportowym: opieprzam tylko tych, z którymi wiążę jakieś nadzieje; jeśli kogoś nie opieprzę, znaczy, że macham na niego ręką. albo: że jest znacznie, znacznie lepszy ode mnie i nie godzi mi się po prostu go opieprzać.

peanów nigdy ode mnie nie usłyszysz - nie po to są chyba te fora, żeby sobie nawzajem kadzić, a żeby się poprawiać, da?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



oczywiście
jak to mówią: "ćwiczenie czyni mistrza" [wiem, strasznie ograne]

choć przyznać muszę, że jednak coś pozytywnego zawsze miło usłyszeć, nawet jeśli niczego to nie nauczy :P

w każdym razie dzięki za analizę i powytykanie błędów
niestety,żeby zajrzeć porządnie czas znajdę, pewnie, dopiero po weekendzie, ale popoprawiam - słowo :)

serdeczności

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałem jak dajesz mu pieniądze  a ledwie wczoraj  gdy ja chciałem od Ciebie pożyczyć,  zbyłeś mnie tym,  że nie masz tyle  by jeszcze pożyczać innym. I ja bynajmniej nie potrzebowałem na wódkę a po drugie oddałbym Ci te drobne już dziś a on, zerknął przez ramię na kloszarda, który ściskał pięciodolarówkę,  tak mocno niczym  kochanego syna albo wyśnioną kochankę, będzie miał u Ciebie wieczny dług w piekle. Dziękuję, że traktujesz żuli spod sklepu, lepiej niż starych przyjaciół.     Wykonał ruch jak gdyby chciał, obrócić się i ruszyć do bezdomnego, wyrwać mu banknot  i wsadzić go sobie do kieszeni kurtki. W tym czasie  pozostawiony sam sobie kloszard,  skierował swe posuwiste,  niepewne kroki do sklepu. Mi w tym czasie udało się  ukierunkować rozmowę znów  na poprzednie, przyjemniejsze tory. Gdy wróciliśmy do dialogu  o dzisiejszej próbie naszego zespołu i zaczęliśmy omawiać koszta  związane z wynajęciem sali koncertowej, bezdomny opuścił sklep. Teraz w jego dłoni  zamiast dolara z Lincolnem, spoczywała niewielka butelka  najtańszej whisky.     Widać byłem finalnym darczyńcą tego dnia. Jego oczy śmiały się wręcz  do rubinowego płynu w środku. Alkohol widział w nim kogoś więcej  niż istotę z marginesu. Nie widział w nim ofiary  ani rzuconego w  otchłań choroby uzależnionego. Był naczyniem,  które skupiało w sobie procenty. Mistrzem powolnych,  wymierzonych dokładnie łyków. Lekarzem swej duszy. Szamanem inicjacji. Wyzwolonym z  systemu praw społecznych bytem. Był plamą na honorze krajobrazu, lub plamą honoru  pośród upadku ideałów społecznych.     Usiadł z butelką na niskim murku i pociągnął z niej solidny łyk. Dlaczego mu się tak przyglądasz? Liczyłeś na to że kupi sobie burgera i colę? Nie znasz go?  Zapytałem wybijając go lekko z rytmu. Że co? Czy z nim kiedyś gadałem? Nigdy w życiu. Raz, kilka lat temu  podszedł do mnie  i poprosił o drobne.  Kazałem mu spadać i grzebać w śmietniku. Czekaj, czekaj … a niby dlaczego  miałbym go znać? Gość jest legendą. Jeszcze żywą. Mój rozmówca zrobił wielkie, zdumione oczy. Legendą? Pijaków?  Pobił jakiś miejscowy rekord promili i przeżył? Czy obudził się w kostnicy  i kazał się zawieźć z powrotem na imprezę?     Pamiętasz sezon Sfinksów w dziewięćdziesiątym trzecim? Zbiłem go z tropu zupełnie. Wybacz ale jak przez mgłę, ironizował, miałem wtedy dwa lata i Ty zresztą też. A co to ma z nim wspólnego? Bo ten oto gość,  zapewnił nam wtedy  wicemistrzostwo stanu. Jedyne jak dotąd w historii. Do niego również należy  nie pobity rekord przebiegniętych jardów i celnych podań w historii klubu. Oto przed Tobą  James Crighton we własnej osobie.     Mój kolega nie dał się nabrać, choć była to czysta prawda. Pieprzysz! Crighton zarobił miliony  przez lata gry. Mam gdzieś jego platynową kartę w domu. Mój ojciec miał piłkę  podpisaną przez niego na jakimś festynie. Zrobił sobie z nim zdjęcie. Stało na kominku w zaszczytnym miejscu. Bliżej jego oczu niż własna rodzina. Crighton był bogiem. Kasyna, fury, kobiety, modelki, apartamenty. Kasa lała się jak szampan. Fakt, chyba miał tutaj kiedyś dom. Przepisał na syna, wtrąciłem,  tylko on mu został. Cały czas próbuję go wyciągnąć z ulicy  ale stary zawsze wraca pod sklep. A kasa? Nie da się przepić milionów. Ostatni majątek, który miał przepisał na syna. On nie nosi nazwiska ojca lecz matki. Jednej z setek kochanek Crightona. A kasa poszła w butelki, koks i ruletkę.     Normalnie historia na film, ironizował dalej, ktoś może kiedyś mu pomoże  na pewno nie ja. A ja tak. Pamiętam każdą noc i zimę  spędzoną na ulicy. Rękawice bez palców  nad rozpalonymi koksownikami. Napady na pustostany  jakiś miejscowych gówniarzy. Pożary i bójki. Godziny na komisariatach. Chociaż tam było ciepło. Jeden z policjantów  zawsze poratował świeżą kawą  a czasami wczorajszym donutem. Pamiętam odór wyziewów  z kratek ściekowych. Spało się na nich w plątaninie starych szmat i kocy, wyciągniętych ze śmietnika. Błagało się o resztki z restauracji albo drobne. Przeszukiwało budki telefoniczne  i kosze na przystankach. Cały dobytek mogłem zmieścić w marketowym wózku na kółkach. I broniłem go jak niepodległości. Pisałem dziesięć lat  z poziomu bruku i o bruku. Tragedie i dramaty o ludziach duchach. O swoim utraconym człowieczeństwie. Nie znałeś mnie wtedy i postąpiłbyś ze mną  tak jak dziś z Crightonem.     A ja mam wobec niego i innych dług. I spłacam go w tych kilku dolarach. Nie piszę o tym co ludzie chcieliby czytać a o tym czego nie chcą widzieć i czego nie chcą być świadkami. A ja nie boję się już żyć. Nie boję potknąć się i zderzyć z brukiem. Bo wiem, że na Crightona  i innych mogę liczyć. A ludzie niech dalej żyją sobie  na swoim biegunie. Chyba nie słyszał ostatnich zdań. Podszedł szybko do Crightona. Dał mu kilka banknotów z portfela. Uścisnął dłoń. Wyjął marker z torby na ramię a były gracz umieścił na niej swój autograf. Tak powinno czcić się legendy.          
    • @Berenika97 ... wrócić do siebie ...   pierwszy krok zrobiła  kota polubiła    on ją wyprowadzi  do parku na słońce  i psotami podsunie  myśli kwitnące    jak on  była kiedyś śmiała    więcej życia  już więcej  nie będzie się bała  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • @Berenika97 Smutny obrazek kobiety, która dała zbyt dużo siebie. Ładny wiersz. Pozdrawiam Cię

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @Berenika97 dzięki serdeczne

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...