Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nie ma nas już powyżej poniżej
schody

zgadzam się na zadośćuczynienie
w końcu jest jeden Bóg: Ojciec i Syn i Duch Święty
jak jedna racja

nie liczę do trzech
nie potrafię

zapanować nad nerwami od czasu pierwszej dużej wojny

Opublikowano

Tytuł niewątpliwie o podtekście religijnym, sugeruje także, iż podmiot liryczny wypowiadać się będzie na tematy oscylujące wokół wiary, Boga, przekonań, poglądów na płaszczyźnie wyznaniowej, egzystencjalnej

Peel przypomina mi bardziej filozofa, aniżeli teologa, chociaż przyjmuje on, że Bóg istnieje /o czym świadczyć może między innymi duża litera w tymże wyrazie/, a w każdym razie - istota odpowiedzialna za stworzenie świata Aczkolwiek z drugiej strony np strofa trzecia wydaje się być o zabarwieniu ironicznym, czyli w takim wypadku nie wierzyłby on w Boga, ani żadną inną substancję Jakkolwiek jest zdecydowanie inteligentny i doświadczony

W strofie pierwszej, moim zdaniem, podmiot liryczny mówi o tym, że hmm jego związek\małżeństwo\poczynania zmierza\ją w odpowiednim kierunku Nie wartościuje poszczególnych sytuacji, nie rozmyśla godzinami nad pojedynczymi, nawiasem mało istotnymi w kontekście całego przedsięwzięcia, zajściami Po prostu idzie swoją drogą Przytakuje Biblii, że zachowania należy nagradzać w zależności od ich skutków Tak czy inaczej, pomimo ogólnej pewności siebie, coś w peelu wygasło albo przycichło, straciło swoją początkową siłę Jest pewien kontrast pomiędzy pointą a pierwsza strofą, co może stanowić swego rodzaju dość specyficzną klamrę kompozycyjną 'Duża wojna' kojarzy mi się nie z wielkim konfliktem na skalę światową /choć i tak może być/, a raczej z poważną kłótnią, sporym nieporozumieniem z drugą osobą Od czasu tego starcia podmiot liryczny ma pewną traumę

Cóż, czy z czymkolwiek trafiłem ? Nieco inaczej napisany w porównaniu z poprzednimi Twoimi wierszami, ale w zasadzie bez różnicy /dla mnie :P/, bo tekst jest dobry i przekonywujący Ode mnie ocena jak najbardziej pozytywna :)

Pozdrawiam

Opublikowano

Jedyne co mogę wywnioskować tak na szybko z tego wiersza, to to, że podmiot neguje ogólnie pojęte dobro siły wyższej. Widać tu tez jakiś brak wiary w ludzkość, że niby osiągnęliśmy szczyt rozwoju moralnego, a teraz to już tylko stopniowo w dół. Uzasadnieniem tego wszystkiego jest wojna... Trochę mi to 'zagubionym pokoleniem' podchodzi ("pierwsza duża wojna" się z I wojną światową kojarzy bardzo nachalnie), wręcz emanuje - te nerwy tp jak się patrzy shellshock. Powiem tak: to już było -po 'Łejstlandzie' Elliota i 'Słońcu, co też wschodzi" Ernesta to już chyba nie zostało nic do powiedzenia w tej kwestii. Nieco zbyt kompaktowy utwór jak na ten temat, kompaktowość formy nie pozwala na rozwinięcie, dodanie czegoś nowego. Nie powiem, że źle, ale powiem, że mnie się po prostu nie podoba (bo ja to wybredny jestem).

Opublikowano

Mr.Suicide - jeżeli już musiałbym faktycznie pisać o swoim utworze, to rzeczywiście "wojna" w Twoim ujęciu jest mi bliższa (tzn. mojemu zamysłowi). Co do reszty, zwyczajowo już zostawiam odbiorcy, niech wyciąga, o ile ma ochotę (a Ty zawsze masz, podziwiam :)

Jasiu zły - może to będzie dziwne, ale jak przeczytałem: "Nie powiem, że źle, ale powiem..." to się ucieszyłem - znam wybredność (a ile razy poznałem ją na sobie :) na tyle, że nic więcej nie potrzebuje.

Dziękuje i pozdrawiam.

Opublikowano

wiersz ma zabarwienie filozoficzne fakt...nuta refleksji jest wyrazista , jak i motyw religijny...zadumałam się nad tym wierszem..i to jego najwiekszy plus:)...magia przyciągania uwagi...:)...lubie kiedy wiersze w ten sposób wpłyną na moją refleksyjną naturę:)....
pozdrawiam.....

Opublikowano

Jestem pełen uznania, bo zawsze podobała mi się dyskretna ironia w poezji, chociaż sam nie bardzo potrafię się nią posługiwać. A ironia w tym utworze jest wyraźna, choć nie narzucająca się. Przekonuje.

Zawiera się ona w czwartym i piątym wersie: "...jest jeden..." - mówi podmiot liryczny, a z drugiej strony wymienia trzy osoby Trójcy Św. I podkreśla to jezcze stwierdzeniem: "jak jednaracja" uniwersalna, absolutna (tak jak absolutny i uniwersalny jest Bóg). Trudno powiedzieć, czy PL w Niego wierzy. Wydaje się, że nie, bowiem neguje on wszelkie absoluty.

Na samym początku wiersza odrzuca hierarchię 'racji' ("nie ma nas już powyżej poniżej"). Dla wyjaśnienia obrazu dodaje: "schody". Synonim wyrazu "stopnie", które jednak mają i inne znaczenie: chodzi tu w moim przekonaniu o stopniowanie racji. Dla PLa 'racja' (w sensie światopoglądu, widzenia świata) nie podlega wartościowaniu ze względu na słuszność, 'wyższość racji'.

Ironicznie jednak zgadza się on na pokutę, czy karę za poglądy. Naprawdę neguje jej sensowność; nie dopuszcza karania za myśli, przekonania. Wyśmiewa wszystkich tych, którzy chcą go napiętnować za to, że myśli odmiennie od nich, chociaż ich pogląd jest 'jedynie słuszny'.

Dodaje, również ironicznie, że nie pojmuje idei absolutu ('nie liczę do trzech / nie potrafię'). Nie pojmuje, albo po prostu nie godzi się na nią, uznając każdy pogląd za równy innym. Na koniec wyznaje, że jest porywczy w sporach światopoglądowych. Pierwszy taki spór ("duża wojna") pozostawił w nim traumę; od tamtego czasu jest bardzo drażliwy na punkcie naruszeń wolności sumienia.

Nie znam bliżej Autora, więc dalsza część interpretacji zapewne okaże się nieuzasadniona. Jednak wszystko, o czym dotąd napisałem kojarzy mi się z minionymi (ale nie tak znów odległymi) czasami Polski Ludowej. W owym czasie raz po raz wybuchały w naszym kraju spory światopoglądowe na linii władza - społeczeństwo, które mogą być ową "pierwszą dużą wojną" w życiu PLa. Władza w owym czasie przypisywała sobie właśnie rację absolutną i konsekwentnie starała się tłumić wszelkie przejawy wolnomyślicielstwa.

Wydaje się, że PL odnosi się w utworze do czasów współczesnych, gdzie raz po raz różne grupy przypisują sobie jedynie słuszną rację i szykanują wszystkich inaczej myślących. Podmiot liryczny nie apeluje jednak o tolerancję. Nauczony doświadczeniem nie wierzy w skuteczność takich nawoływań. Dlatego pozwala sobie jedynie na gorzką ironię względem tych, którzy go opluwają i chcą zmusić do pokuty.

Zastrzeżeń technicznych większysch nie mam. Może tylko nieco niejasno brzmi dla mnie drugi wers. Nie jestem przekonany, czy dobrze zrozumiałem owe enigmatyczne "schody". Być może warto by dodać czytelnikowi jakąś wskazuówkę, ustawiając ten wyraz w innej formie gramatycznej, może z przyimkiem lub przymiotnikiem, który wskazywałby na funkcję tego wyrazu w tekście...

Jednakże za cały utwór wielki plus ode mnie. Przekonał mnie i podoba się, zwłaszcza, że jak się rzekło, cenię zręczną ironię w poezji. Zdaje się, że Autor sam wątpi w wartość tego utworu, skoro umieścił go w P. Ja osobiście nie wahałbym się przenieść go wyżej.

Pozdrawiam,
Drax

Opublikowano

Bernadetta1 - to ja bardzo dziękuje, o to właśnie chodzi, o zadumę. To duży plus - dla tekstu, rzecz jasna :)

Drax - przeczytałem z uwagą (i trochę z przerażeniem) Twoje (nie wiem, czy przechodziliśmy na Ty, ale to chyba najwyższa pora) celne uwagi. Oczywiście, że temat krąży obok dogmatu, a co za tym idzie, może bardziej w niego uderza, niż w samą postać Boga. Dogmat z racji swego znaczenia (czyli racja, w którą należy wierzyć bez żadnego zastanowienia) jest on pewnym paradoksem, o który zabijano się od wieków. Nie będę już tutaj interpretował samego siebie, ale jeszcze jedna uwaga - ostatni wers jak widzę jest różnie odbierany - a gdyby tak odnieść go tylko do samego podmiotu?
Enigmatyczne schody - można pomyśleć np. o schodzeniu w dół (to poniżej, czyli jakby degradacja, oddalenie,symboliczne też schodzenie do piekła itp...)
Co do autobiografii to jedyną represją ze strony komunizmu było to, że nie obejrzałem bajki 13 grudnia i podobno strasznie beczałem :)
A co do Z to moje, że tak powiem, życzenie się spełniło - zaczynają tam wydawać się Ci, którzy powinni, a Ci, którzy nie powinni zlatują z prędkością światła. Ja już tam swoje namieszałem, teraz sobie spokojnie kibicuje.
Dziękuje za wyczerpujący komentarz i pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Widzę tu obrazki jakby odległe od siebie. Czy tak się pisze poezję? Nie mnie sądzić nad papierem. W pierwszych dwóch wersach można umiejscowić wszystko. Niemniej "nie ma" i "schody" wskazują na problem, na kłopot, na nierówność, na podnoszenie lub upuszczanie egzystencjonalnego ciężaru, który tak samo boli. W drugiej peel ma problem, bo wstawia "i" między trójosobowym Bogiem: "Bóg i Syn i Duch Święty" - błędnie dzieli Go na części. Ostatecznie bredzi, że to jedna racja - przed którą chce zadość uczynić. "Nie liczy do trzech - nie potrafi" - znów wszystko i nic: można bezsilność peela rzecz jasna odnieść do wcześniejszych słów o Bogu, ale można również wyobrazić sobie, że tu ktoś nie potrafi grozić, rozkazywać: "liczę do trzech". Jeden. Dwa. Trzy. Strzelam. Wchodzę. Otwieram. Mówię... "Duża wojna" - jest tak samo wieloznaczna. Reasumując - rozlazły ten twór cholernie. Kiedyś Bogdan Zdanowicz skomentował objaśnienie mojego wiersza - "że podobnie można zinterpretować - z pomocą wyobraźni - instrukcję żelazka". Nie ma wątpliwości Autorze. Czegoś prześwity widać - lecz nie ma jednej myśli, nie ma spójności, myśli odpływają a słowa nie wskazują na coś/kogoś konkretnego, wszak wiemy, że chodzi o Boga i człowieka - ale co konkretnie, każdy sobie może wymyślić osobistą bajkę na osobistym szkielecie autora i każdy będzie szczęśliwy. Czy na tym ma polegać poezja? Mi to nie przeszkadza ale są znawcy, którym niestety.

Kłaniam się
Opublikowano

ot i anka - bo trza by się zabrać do roboty, ale jakiś fatalny dzień dzisiaj...

lubię latawce - oddech jest najważniejszy, zaprawdę :)

Rachel Grass - i nie trzeba nic wymyślać, dzięki za ślad.

Wojtek Bezdomny - "każdy sobie może wymyślić osobistą bajkę na osobistym szkielecie autora i każdy będzie szczęśliwy. Czy na tym ma polegać poezja?"
- odpowiadam - TAK.

"Bóg i Syn i Duch Święty" - błędnie dzieli Go na części.

- odpowiadam: czy krytyk przed tym spostrzeżeniem zapoznał się z "Błogosławieństwem"? Chyba nie, bo takich pierdół, że "podmiot błędnie dzieli" by nie pisał.



Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Błogosławieństwo wyraża Boga trochę w innym kontekście niż peel z wiersza. "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego - amen", to coś innego niż: "w końcu jest jeden Bóg i Syn i Duch Święty" - to trochę niezręczne spłaszczenie i przerzucenie w potoczny język. Błogosławieństwo pokazuje, że Bóg jest JEDEN samo przez się - "w całości" (w całym błogosławieństwie). W końcu Błogosławieństwo wyraża Całe Imię Boga. Podobnie zresztą mówimy wskazując znak krzyża. W wierszu za sprawą: "jest jeden Bóg" dochodzi do zakłócenia monolitu Boga i można odnieść wrażenie, że jest jeden Bóg i (dopiero potem) Syn i Duch Święty - nie stanowiące z Nim całości.
Bóg i Ojciec - nie mogą być w tym wypadku i nie są w tym wypadku słowami o tym samym znaczeniu - nie są wymienne, bo to Bóg ma wymiar: Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wyrażenie z wiersza zgodne byłoby z wiarą chrześcijańską dopiero w takiej postaci: "w końcu jest jeden Bóg: Ojciec i Syn i Duch Święty". Nie mam co do tego wątpliwości - proszę zapytać na parafii.

Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Błogosławieństwo wyraża Boga trochę w innym kontekście niż peel z wiersza. "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego - amen", to coś innego niż: "w końcu jest jeden Bóg i Syn i Duch Święty" - to trochę niezręczne spłaszczenie i przerzucenie w potoczny język. Błogosławieństwo pokazuje, że Bóg jest JEDEN samo przez się - "w całości" (w całym błogosławieństwie). W końcu Błogosławieństwo wyraża Całe Imię Boga. Podobnie zresztą mówimy wskazując znak krzyża. W wierszu za sprawą: "jest jeden Bóg" dochodzi do zakłócenia monolitu Boga i można odnieść wrażenie, że jest jeden Bóg i (dopiero potem) Syn i Duch Święty - nie stanowiące z Nim całości.
Bóg i Ojciec - nie mogą być w tym wypadku i nie są w tym wypadku słowami o tym samym znaczeniu - nie są wymienne, bo to Bóg ma wymiar: Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wyrażenie z wiersza zgodne byłoby z wiarą chrześcijańską dopiero w takiej postaci: "w końcu jest jeden Bóg: Ojciec i Syn i Duch Święty". Nie mam co do tego wątpliwości - proszę zapytać na parafii.

Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Błogosławieństwo wyraża Boga trochę w innym kontekście niż peel z wiersza. "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego - amen", to coś innego niż: "w końcu jest jeden Bóg i Syn i Duch Święty" - to trochę niezręczne spłaszczenie i przerzucenie w potoczny język. Błogosławieństwo pokazuje, że Bóg jest JEDEN samo przez się - "w całości" (w całym błogosławieństwie). W końcu Błogosławieństwo wyraża Całe Imię Boga. Podobnie zresztą mówimy wskazując znak krzyża. W wierszu za sprawą: "jest jeden Bóg" dochodzi do zakłócenia monolitu Boga i można odnieść wrażenie, że jest jeden Bóg i (dopiero potem) Syn i Duch Święty - nie stanowiące z Nim całości.
Bóg i Ojciec - nie mogą być w tym wypadku i nie są w tym wypadku słowami o tym samym znaczeniu - nie są wymienne, bo to Bóg ma wymiar: Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wyrażenie z wiersza zgodne byłoby z wiarą chrześcijańską dopiero w takiej postaci: "w końcu jest jeden Bóg: Ojciec i Syn i Duch Święty". Nie mam co do tego wątpliwości - proszę zapytać na parafii.

Pozdrawiam

Peszy mnie dyskusja z osobami, którzy twierdzą, że wiedzą, kim jest Bóg. Jeżeli piszesz "Całe imię Boga" nie zapominaj o Sidra, Tathmahinta, Adramacie, Dagoul We Adom itd. Oczywiście jeżeli pójdziesz tym torem, zostaniesz człowiekiem pysznym, ponieważ wiesz, że Nadanie Imienia oznacza akt posiadania władzy, a władze ma tylko Bóg. Dalej - zapoznaj się DOKŁADNIE ze znaczeniem słowa "Dabar" (Słowo), to pomoże Ci trochę ogarnąć kontekst tekstu, a i powstrzyma od wypisywania kolejnych głupot.
Jeżeli piszesz: " bo to Bóg ma wymiar: Ojca i Syna i Ducha Świętego" to ja się pytam - co to dokładnie znaczy? Jaki Bóg ma wymiar? Substancji, materii, a może semantyki, o którą właśnie się potykasz. Jedyne, co możesz w tej materii odkryć (określenia kim jest Bóg"), to "Ego sum, qui sum". I wyżej nie podskoczysz. Możesz powtórzyć za Kartezjuszem, że Bóg jest stwórcą istnienia rzeczy i esencji, czyli tzw. "wiecznych prawd", możesz stanąć też po drugiej stronie takiego pojmowania, ale nie wmówisz mi, że TY wiesz kim jest Bóg.
I wreszcie, na koniec, zamiast łażenia na parafię,zagadka - kto to powiedział:
"prędzej ja przeleje może do tego dołka, niż ty zrozumiesz tajemnice Trójcy Świętej.
Dobra, żegnam pana bo może pan matury za kogoś pisze? Niech pan się uczy, dużo uczy, bo licho na razie.
Opublikowano

Spokojnie Panie Krzywak. Nie powiedziałem, że wiem Kim jest Bóg (proszę mi pokazać w którym miejscu) a raczej jak jest postrzegany w katolicyzmie. Konkretnie chodzi tylko o to, iż według prawd wiary kościoła katolickiego postać jednego Boga ma postać trzech osób będących jednością. Powtórzę jeszcze raz: Bóg według katolicyzmu to: Ojciec i Syn i Duch Święty, a nie jak w przypadku peela, który twierdzi, iż "w końcu jest jeden Bóg i Syn i Duch Święty" - gdzie Ojciec? W tym wypadku Ojciec nie jest zamienny z Bogiem, bo to Bóg jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. A zresztą - cała sprawa jest śmieszna, bo ja nie powiedziałem, iż to Pan popełnił błąd a peel. Niestety Pańska reakcja wskazuje, że to niestety Pan. Proszę nie pałać taką agresją w stosunku do mnie, bo moja uwaga jest czyście przypadkowa - nie złośliwa. Jeśli Pan nie chce niech Pan jej nie przyjmuję - po prostu mam poczucie, iż w tym wypadku się nie mogę mylić - i tyle.

kłaniam się

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie przechodziliśmy na "ty". Ja osobiście uważam, że "waszmościowanie" jest zabawniejsze, bo takie niedzisiejsze, ale jeśli Ty uważasz to za stosowne, to dlaczego nie? ;p

A co do uwag - czy faktycznie tak przeraziły? To tylko moja interpretacja. Spodziewałem się, że doszukiwanie się w tym wątku osobistego, odnoszącego się do Twojej biografii będzie błędem, ale napisałem, jak mi się skojarzyło. Tak naprawdę nie jest to zupełnie istotne, bo na właściwą treść wiersza wpływa tylko w minimalnym stopniu.


O Bogu wspomniałem tylko mimochodem, bo i wiersz tak w moim przekonaniu o Nim traktuje. Paradoks Boga Jedynego w Trzech Osobach posłużył tu za podstawę ironicznego odniesienia się podmiotu lirycznego do dogmatu jako takiego.


Wtenczas, jak napisałem, 'duża wojna' jest dla mnie pewnym konfliktem z drugim człowiekiem, czy grupą. Konfliktem oscylującym wokół jakiegoś dogmatu, który PL odrzuca, a w który "tamci" święcie wierzyli. Musiał on być na tyle przykry, że PL od tamtego czasu źle reaguje na wszelką dogmatykę.


Schody dlatego są enigmatyczne, że linijkę wcześniej PL sam zaznacza, że "nie ma nas już powyżej poniżej". Wszystkie poglądy są równowartościowe, a więc na tym samym stopniu. Tylko taka interpretacja przychodzi mi do głowy. Schody -> stopnie -> stopniowanie wartości.

Ew. być może chodzi o przekonanie podmiotu lirycznego, że poleganie na dogmatach to staczanie się na coraz niższe stopnie wartości. Ale to już wydaje mi się trochę naciągane... ;) Dlatego, jak się rzekło, sądzę, że mógłbyś tu, Michale (tak Ci na imię, prawda?), dodać jakiś element, który jaśniej, klarowniej wskazywałby o co chodzi. Tym bardziej, że zdaje się, nikt jeszcze na to nie wpadł ;) Ale to oczywiście tylko moja sugestia. Nie twierdzę, że to jest zbyt mętne, może tylko ja tu czegoś niedowidzę ;)

pozdrawiam,
Drax
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Augustyn któregoś wieczoru zaszedł na brzeg morza. Ujrzał tam dziecko, które nabierało w dłonie morskiej wody i zanosiło ją do wykopanego na plaży dołka. – Co robisz? – zapytał. – Przelewam morze – usłyszał odpowiedź. – Przecież to niemożliwe! – zaśmiał się Augustyn. Chłopczyk spojrzał na niego przenikliwie i powiedział: „Prędzej przeleję morze do tego dołka, niż ty zrozumiesz tajemnicę Trójcy Świętej”. Opowieść powszechnie znana w kręgach chrześcijańskich - nie potrafię ustalić kto jest jej autorem. Oczywistym jest, że w prawdy wiary się wierzy a nie je tłumaczy.

kłaniam się
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Augustyn któregoś wieczoru zaszedł na brzeg morza. Ujrzał tam dziecko, które nabierało w dłonie morskiej wody i zanosiło ją do wykopanego na plaży dołka. – Co robisz? – zapytał. – Przelewam morze – usłyszał odpowiedź. – Przecież to niemożliwe! – zaśmiał się Augustyn. Chłopczyk spojrzał na niego przenikliwie i powiedział: „Prędzej przeleję morze do tego dołka, niż ty zrozumiesz tajemnicę Trójcy Świętej”. Opowieść powszechnie znana w kręgach chrześcijańskich - nie potrafię ustalić kto jest jej autorem. Oczywistym jest, że w prawdy wiary się wierzy a nie je tłumaczy.

kłaniam się

Doskonale!!!
(plus to, co odpisałem na pv ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...