Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

znam taką zabawę
służy do wirowania w głowach
i to wszystko dasz wiarę?

ktoś dziwny i nieprzystający
mógłby to nieopatrznie nazwać
miłością na którą nikt nie liczy
nikt z tu obecnych

jeśli już

ta nieopatrzna miłość jest jaszczurką
ona robi wszystko wiedziona instynktem
wiesz taka śliska i ruchliwa
i ma rozdwojony język

czasem bywa tak
że plan się zmienia
komuś zdarza się traktować
akt jak normatywny

nie mnie
ja mogę co najwyżej
zwiększyć ostrość

Opublikowano

Zacznę od interpretacji na chłodno.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


* Mamy tu do czynienia z przerzutnią, i.e. wyłamaniem się z typowego dla reszty utworu zapisu: 1 wers - 1 zdanie (ew. równoważnik lub część zdania złożonego). Służy to chyba podkreśleniu wagi słowa "miłość" - o niej przecież jest wiersz... Chyba, że się mylę ;)

**[urzeczony] "akt" - tu oczywiście: stosunk płciowy (celowo używam tak suchego określenia, bo i tak go traktuje podmiot liryczny).

"akt normatywny" - źródło prawa; źródło praw i obowiązków, jakim jest dla owych "dziwnych i nieprzystających" akt (w znaczeniu jednego wyrazu).

Zachwyt mój wynika z tego, jak suchy termin nawet z takiej dziedziny jak prawo może znaleźć sobie miejsce w utworze poetyckim. Gratuluję, ja bym chyba na coś podobnego nie wpadł; może dlatego, że prawem zajmuję się na codzień ;) [/urzeczony]

Podsumowując interpretację: podmiot liryczny jest młodym człowiekiem. Wskazują na to zarówno sposób wysławiania się, jak i fakt, że najwyraźniej dopiero co dowiedział się co nieco o dorosłym życiu ;p Ów młody człowiek widzi w "tym" wspaniałą zabawę, źródło mocnych wrażeń. Co więcej, za "dziwnych" ma wszystkich tych, którzy widzą w akcie miłosnym (przepraszam, podmiocie, ja też należę do tych dziwnych :D) coś więcej. Uważa, że ta ich "miłość" jest ślepym podążaniem za instynktami. On ocenia życie chłodno i nie daje się zwieść dziwnemu uczuciu, które w jego przekonaniu tylko zwodzi na manowce (rozdwojony język -> wąż -> zakłamanie, podstep, zło - ten wers też mie urzekł ;) gratuluje pomysłu).

Podmiot liryczny jest dumny z powyższych odkryć (chwali się nimi komuś, może przyjacielowi, obaśniając porzy okazji "pułapki" związane z seksem. Ma się za "oświeconego" (owo dumnie: "nie mnie" - w tym miejscu niemal widze jego mine i wypiętą pierś ;)) i nie dopuszcza myśli, że ci "dziwni" mogą mieć w jakimkolwiek stopniu rację.

Owa uwydatniona duma, wydaje mi się, znamionuje ironiczne nastawienie Autora do podmiotu lirycznego. Tym samym wiersz staje sie dla mnie próbą pokazania niezgody Autora z przedstawioną posatwą życiową wielu młodych ludzi. Dzięki, mości Żubrze, wiersz niezmiernie mi się podoba; dam plusa, a nawet dwa.

Od strony technicznej: wyrzuciłbym jedyny znak zapytania - jest moim zdaniem niepotrzebny. Retoryczne pytanie jest na tyle popularne, że każdy czytelnik sam go sobie tam wstawi. A jak nie... to tym lepiej, bo wiersz będzie bardziej wieloznaczny ;) Gratuluję dobrego utworu.

Pozdrawiam,
Drax
Opublikowano

@lubię latawce
Nie martw się, to ja jestem zgryźliwy ostatnio:P
Pozdro, uszy do góry

@Drax

Twoja interpretacja po części bardzo zbieżna z moim zamierzeniem, po części niekoniecznie. Nie zgodzę się tylko z tym fragmentem:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Najbardziej nasze interpretacje zbiegają się jeśli chodzi o ogólną sytuację, mniej w kwestii charakterystyki peela, ale cóż, treść wiersza jest podobno pośrodku.

Nad znakiem zapytania myślę i nie mogę się zdecydować.

Dzięki za interpretację, cieszę się, że wiersz przypadł do gustu.
Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ha, może to dlatego, że ja do takiego podmiotu lirycznego byłbym negetywnie nastawiony. Przelałem tym samym własne poglądy na Autora i zobaczyłem w wierszu bardziej to, co chciałem zobaczyć, niż to, co tam faktycznie było. ;)

Pozdrawiam,
Drax
Opublikowano
znam taką zabawę
służy do wirowania
w głowach i to wszystko
dasz wiarę

ktoś nieprzystający mógłby
nieopatrznie nazwać to miłością
liczyć choć nikt nie liczy
nikt z tu obecnych

jeśli już

ona jest jaszczurką
wiedzioną instynktem
śliska i ruchliwa ma rozdwojony
język

czasem bywa że plan się zmienia
zdarza się traktować
akt jak normatywny

ja nie
mogę co najwyżej
zwiększyć ostrość


co do interpretacji, dla mnie jest stosunkowo;p oczywista. podoba mi sie akt normatywny. czyta sie troche ciężko. ja bym to przepisała, mała propozycja wyzej. póki co, to nie jest to dla mnie do końca wiersz, bardziej luźny zapis pewnych zamysleń, moze faktycznie jakiegos monologu pl'a do kumpla. Do mnie i trafia i nie trafia;|
pzdr ciepło:)
aga
Opublikowano

"taka" - "ruchliwa"
nie brzmią blisko siebie zbyt dobrze

do tego

wyraz "bywa" nie potrzebnie wtrąca rym

"akt jak normatywny"

znów: "akt" - "jak"
powodują problem nakładania się brzmieniowych bliskości na siebie
gdyby powiedzieć tak: "aktem normatywnym" zamiast: "akt jak normatywny"
- na mój marny rozum - lepiej

Treść jest dla mnie rozlazła, choć chyba rozumiem, co autor chciał powiedzieć. Kojarzy mi się z płytą/okładką: Marillion "fugazi", wszak tam chodzi o kobietę i o kameleona, który rozdwojonym językiem włada. Włada także rozdwojeniem - "miłość". Oczywiście pseudomiłość, której widzę dopełnienie w ostatnim słowach:

"ja nie
mogę co najwyżej
zwiększyć ostrość"

Zwiększyć, to można płonień pod zupą na piecu - nie uczucie. Jeśli potrafisz regulować rzekomą miłość, miej pewność, że jest ona fałszywa.

Tyle marnych myśli z mojej strony
Z wierszami jest tak, że nie można o nich powiedzieć czy dobre czy złe. Mogą jedynie skłonić cię do refleksji.

kłaniam się

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ha, może to dlatego, że ja do takiego podmiotu lirycznego byłbym negetywnie nastawiony. Przelałem tym samym własne poglądy na Autora i zobaczyłem w wierszu bardziej to, co chciałem zobaczyć, niż to, co tam faktycznie było. ;)

Pozdrawiam,
Drax
Tak jak wspomniałem: treść wiersza jest pewnie między nami - autorem i Odbiorcą, ale postawa autora niech nie ma tu znaczenia, skoncentrujmy się na peelu:P

Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ja bym tak tego jednak nie przycinał, lubię trochę 'przegadywać'. Fajnie, że akt normatywny przypadł. Ok, monolog peela, ale dlaczego do kumpla?
Pozdrawiam, dzięki
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


I Ty skłoniłeś mnie do refleksji. Kilku co najmniej, zwłaszcza jeśli idzie o dobór słów w tym wierszu. A co do słów, które tu pogrubiłem - nie chodziło o regulowanie rzekomej miłości. Absolutnie.
Dzięki i pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wskazuje na to sposób wysławiania się pdomiotu lirycznego:
[quote]i to wszystko dasz wiarę?
[quote]znam taką zabawę
- to mi przywodzi na myśl nastolatka chwalącego się kumplowi jakims nowym "odkryciem" ;)
[quote]ktoś dziwny i nieprzystający
- podmiot liryczny identyfikuje się z pewną grupą, której przeciwstawia "dziwnych i nieprzystających". Nie potrafię tego dobrze uzasadnić, ale odnoszę wrażenie, że zalicza do tej grupy również rozmówcę; świadczy o tym ogólnie "koleżeński" ton wypowiedzi.

Poza tym niewyszukany język i słownictwo wskazują na osobę młodą. A ton "przechwalania się obyciem", wiedzą przemawia za tym, że mówi do kogoś, z kim jest w bliższej relacji, "na ty". Jeśli nie kolwga, to może młodsze rodzeństwo?

Pozdrawiam,
Drax
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No nie wiem, ja tak to widzę; nie znaczy to, że tak widzą i inni. A przechwałki? "Znam taką zabawę" i przede wszystkim końcówka w stylu "oni wszyscy są głupcami - nie ja..." Wydaje mi się, że ta inwersja jeszcze potęguje wrażenie.

Poza tym od słów "jeśli już" zaczyna się fragment, w którym podmiot liryczny zaczyna wręcz "pouczać" rozmówcę o tym, czym "tak naprawdę" jest miłość (jego zdaniem, rzecz jasna). Takie wrażenie, nie potrafię tego lepiej wytłumaczyć :(

Aha no i jeszcze to "wirowanie w głowach" - umknęło mi poprzednio :D Ten kolokwializm też mi pasuje do młodzieńca rozmawiającego z kolegą ;) Ale to tylko impresje Draxa, który za uatorytet w dziedzinie interpretacji żadną miarą uchodzić nie zamierza ;)

Pozdrawiam,
Drax

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...