Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Fakt faktem niemiłosiernie znęcał się nad tekstem "wladzia", ale z tego co poczytałem - tylko nad tekstem (w dodatku beznadziejnie słabym). "Wladziu" jak każdy uczciwy grafo jechał mu per ty, co rzeczywiście łamie regulamin. Czy to zielone światełko dla grafomanii w dziale Z? Wg mnie powinno się rozróżniać krytykę bijącą w tekst, a wyzywanie kogoś od "pedała". Ew. upomnieć gdy ktoś nadgorliwie krytykuje, ale nie stawiać dwóch takich osób na jednej szali, bo jest to diametralna różnica (nawet wpis regulujący bytność w dziale Z informuje, że WSZELKA krytyka dozwolona) . No chyba że się wszyscy nagle zaczniemy ślicznie kochać i zlikwidujemy ten podział, albo wyraz "wszelka" zamienimy na "tylko łagodna".

Dwa - dowiedziałem się że wpis zakazujący dwóch nicków został usunięty. Dlaczego nie zostałem o tym poinformowany szybciej, zanim zdążyłem wyśledzić i jak się okazało niesłusznie oskarżyć Bergamotkę o oszustwo?

Reasumując - jakie są powody do uczynienia takich a nie innych kroków? (szczególnie ciekawi mnie zniesienie punktu regulującego posiadanie równocześnie dwóch nicków, brak bufona jakoś przeżyje).

Opublikowano

Nie wiem, za co bana dostał, ale należał mu się ban za floodowanie ;-) Widziałem mnóstwo jego wypowiedzi pod kilkoma wierszami z rzędu o treści: "ale pan zasrał to forum". Jest to jakiś rodzaj floodingu i jest to też przecież wyzwisko, atak na człowieka, a nie na tekst.
Nie wiem, czemu się Pan dziwi?

Władziu i bufon są po jednych pieniądzach. Ich konflikt cieszy, jak cieszył onegdaj konflikt III Rzeszy z ZSRR ;-)
Mam nadzieję tylko, że tym razem ZSRR (władziu) dostanie szybciej po uszach, chyba że już dostał.

Co do podwójnych nicków - mówiło się już kiedyś na tym forum o tym. Nawet angello się wypowiadał. Możliwe, że było to podczas Pańskiej nieobecności spowodowanej zbanowaniem.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


w watku poniżej zostało ustalone że bycie homoseksualista to nic obraźliwego a więc tym bardziej nazywanie kogos homoseksualistą tez niczym obraźliwymbyc nie moze, a więc ten argument odpada...

a ban? wladzio i smerf to ta sama osoba - ktos chyba mysli ze to smieszne - takie pseudo konflikty... mamy tu po prostu kolejną falę dzieciarni na forum, trzeba przetrzymać, czy banowanie pomoze - nie wiem, ale juz mi sie nie chce go czepiać - akurat takich osob jak smerf czy wladziu czy paru innych nowych nickow mi nie szkoda, zwlaszcza ze serio mi sie wydaje ze to jedna osoba za wszystkim stoi
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wiem czy mister kazelot jest ślepy: chodzi o wyraz "pedał" a nie o wyraz "homoseksualista"

a co do podwójnych nicków jestem przeciwko, chyba że portal będzie informował o pojawianiu się danej osoby pod innym nickiem - tu proponuję komisje śledcze...


gdzie jest oyey? ktoś wie?

zdrówko Jimmy
Opublikowano

Jimmy, zastanawiałem się po prostu. No bo tak: bufon przyznał się raz, że ma tytuł doktora, a na pewno tak powiedział. Oyey, jak mówisz, też doktorem był. To pierwsze podobieństwo.

Drugie podobieństwo jest takie, że oyey robił akcje z kupą, wpisując wszystkim, że ktoś "zrobił kupę", bufon pisał: "ale pan zasrał to forum". An jeden ani drugi nigdy nie napisali nic na temat.

Trzecia sprawa jest taka, że bufon pisał specjalnie gniotki w Wu i dodawał: "piszę słabo, ale nie wklejam tego w Zet. Idźcie za moim przykładem". Dziwna akcja jak na kogoś, kto niby "obserwuje to forum od kilku tygodni, ale dopiero teraz się zarejestrował" (tak mniej więcej brzmiały słowa bufona). A wiersze były swiadomie tak słabe, bufon chciał pokazać, że pisząc coś tak głupiego nie należy tego publikować w Zet. To wprawdzie nie mówi, że bufon to był oyey, ale daje do myślenia ;-)

Czwarta sprawa jest taka, że bufon od razu zaatakował pewne osoby (np. mariannę). Widać było, że zatarg był starszy i pewnie rozpoczął się jeszcze na innym nicku.

A teoria, że to adolf, leży, bo adolf nie potrafi napisać jednego słowa, nie przestawiając w nim liter. Tymczasem bufon w ogóle tego błedu nie popełniał, a jeśliby to był adolf, to przynajmniej od czasu do czasu takie coś by wyszło.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dokładnie! Korzystam z oprogramowania monopolisty i nie przejde na mozille, nawet jezeli mami błedy podkreślac ;p

pozdr.

tak ps. teżsię zastanawiałem, czy to oyey, tyle że ja go nie nzałem osobiście, więc, odtwarząłem na podstawie postów.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No faktycznie, wiesz ja tam nie śledziłem jego komentarzy, a o sprawie się niedawno dowiedziałem na dyskusyjnym więc podejrzewam, że masz rację.
Sądziłem, że to adolf, bo ten kiedyś chciał o nim podyskutować (o bufonie) a kiedy napisałem, że to jego 2 nick, wyrzucił temat
zdrówko Jimmy

ps
pozostaje czkać na reinkarnacje ;p
Opublikowano

kazelot - popatrz co ja napisałem, a co Ty.

amerrozzo - ja się zgadzam, ale akurat nie to mnie denerwuje. Denerwuje mnie że niektórzy użytkownicy nabijają po 6000 równie głupkowatych komentarzy i to jest uznawane za ok. Dlatego albo albo - uznajemy, że tylko "mądre" komentarze zostawiamy, a te "głupie" usuwamy. Czyli tworzymy bezsens. Ja wiem, że jedna osoba może mieć 15 nicków - ale czy to jest racjonalne? Sama pisze wiersze i sama sobie pisze komentarze - to jest jakiś obłęd. A jeżeli tkwimy w obłędzie to usuwanie "obłędnych" użytkowników tworzy obłęd do potęgi entej.

Bogdan Zdanowicz - ja jestem mariann (khe khe), marianem, znaczy się ;)

adolf - tylko winny się tłumaczy

tadek niejadek - zapewne

Jimmy Jordan - śledztwo w toku :)


Reasumując - chodzi mi tutaj o kwestię podchodzenia do banowania. Daje sobie rękę uciąć że jakby bufon wpisywał 5000 razy dziennie "podoba mi się" to aż takiego problemu by nie było. Zresztą - nie ma bufona (i innych "ostrych krytyków), znowu wielkie G w Z. I taka jest prawda, a to lizanie się po jajkach wpół siebie komentujących jest obrzydliwe.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wiem czy mister kazelot jest ślepy: chodzi o wyraz "pedał" a nie o wyraz "homoseksualista"

zabawa w synonimy? :>
a czym sie różni "pedał" o "homoseksualista"? poza oczywiscie tym że pedał to homoseksualista płci męskiej, oraz kiedyś to słowo było używane przez dzieci żeby kogoś obrazić?
mam tu straszny zgryz, bo jeśli np. przez najbliżesz 10lat dzieci w podstawowkach zaczną krzyczeć "ty homoseksualisto" to ładunek negatywnych emocji w obu słowach się wyrówna, czy wtedy bufon dostanie oficjalne przeprosiny?? bo nie za bardzo rozumiem dlaczego niby karać kogoś za to że używa słowa które komuś innemu źle się kojarzy...
czym rózni sie pytanie
"lubisz chłopców"?
od
"jesteś pedałem"?
znaczy dokladnie to samo - tyle tylko że to drugie odpowiada żywotnym potrzebom naszego zaklamanego spoleczenstwa - bo jeśli osoba pytająca np. czuje obrzydzenie do osob lubiących chłopców to nie ważne w jakie slowa to ubierze - pytanie to będzie "agresywne" tak samo jeśli świadkowie słuchający tego pytania gardzą owymi osobami - odbiorą to pytanie tak samo, niezaleznie od nazwy...
abstrahując od tego czy zostalo użyte słowo pedał czy kurwa - czy naprawde jestesmy tak zakłamani że musimy sobie tworzyć eufemizmy na nazywanie rzeczy które są dla nas nieprzyjemne??
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wiem czy mister kazelot jest ślepy: chodzi o wyraz "pedał" a nie o wyraz "homoseksualista"

zabawa w synonimy? :>
a czym sie różni "pedał" o "homoseksualista"? poza oczywiscie tym że pedał to homoseksualista płci męskiej, oraz kiedyś to słowo było używane przez dzieci żeby kogoś obrazić?
mam tu straszny zgryz, bo jeśli np. przez najbliżesz 10lat dzieci w podstawowkach zaczną krzyczeć "ty homoseksualisto" to ładunek negatywnych emocji w obu słowach się wyrówna, czy wtedy bufon dostanie oficjalne przeprosiny?? bo nie za bardzo rozumiem dlaczego niby karać kogoś za to że używa słowa które komuś innemu źle się kojarzy...
czym rózni sie pytanie
"lubisz chłopców"?
od
"jesteś pedałem"?
znaczy dokladnie to samo - tyle tylko że to drugie odpowiada żywotnym potrzebom naszego zaklamanego spoleczenstwa - bo jeśli osoba pytająca np. czuje obrzydzenie do osob lubiących chłopców to nie ważne w jakie slowa to ubierze - pytanie to będzie "agresywne" tak samo jeśli świadkowie słuchający tego pytania gardzą owymi osobami - odbiorą to pytanie tak samo, niezaleznie od nazwy...
abstrahując od tego czy zostalo użyte słowo pedał czy kurwa - czy naprawde jestesmy tak zakłamani że musimy sobie tworzyć eufemizmy na nazywanie rzeczy które są dla nas nieprzyjemne??

do podstawówki chodzisz, że o przedszkolu piszesz?
różnica jest zasadnicza słowo "pedał" które tak ci się podoba, jest nacechowane negatywnie i jest wulgarne, pogardliwe itp...
natomiast w słowie "homoseksualista" nie ma rzeczywiście nic złego.
proszę aby zaprzestał pan tego typu jałowych wstawek...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


cholercia, a którz to to biedno słowo tak strasznie nacechował?? gzież to kryje sie ten ochydny wulgaryzm w tym słowie?? P E D A Ł ?? w ktorej to literce?? no i gdzie ta pogarda?? bo ja tu widzę tylko literki, może jakby sobie wyciął z betonowego klocka, moznaby w kogoś rzucić - ale tak tutaj na monitorze, nijak mnie skrzywdzić nie mogą...

może chodzi panu o to że "społeczeństwo" odczytuje taki zestaw literek jako wyraz niechęci i pogarda nadawcy komunikatu do odbiorcy tegoż... ale czy w takim razie należy za grzechy/oceney/mniemania jakigoś abstarakcyjnego społeczanswta, winić tych biednych kilka literek, względnie człowieka który je gdzieś tam ze sobą zestawił?? w końcu może w jego spoleczenstwie to slowo "homoseksualista" nosi wspomniany ładunek przypisywany przez pana błędnie "pedałowi"... a być może oba te słowa są tylko określeniem na osobę postepującą w określony sposob - a całe te negatywne nacechowania kryją sie w panskim umyśle/duszy...
może to pan gardzi pedałami ale do homoseksualistów już nic nie ma? może to pan i panu podobni są tak zakłamani że wymyślają sobie inne nazwy na te same rzeczy żeby moc w zależnosci od tego jak wieje wiatr udawać i wmawiac sobie że czują i myślą coś innego...?

jeżeli to "społeczeństwo" uważa PEDAŁA za coś gorszego, negatywnego = to nie ze wzgledu na literki w tym słowie a ze względu na to co MYŚLI się o ludziach tak się zachowujących - co w takim razie zmienia inna nazwa takiej osoby???
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


cholercia, a którz to to biedno słowo tak strasznie nacechował?? gzież to kryje sie ten ochydny wulgaryzm w tym słowie?? P E D A Ł ?? w ktorej to literce?? no i gdzie ta pogarda?? bo ja tu widzę tylko literki, może jakby sobie wyciął z betonowego klocka, moznaby w kogoś rzucić - ale tak tutaj na monitorze, nijak mnie skrzywdzić nie mogą...

może chodzi panu o to że "społeczeństwo" odczytuje taki zestaw literek jako wyraz niechęci i pogarda nadawcy komunikatu do odbiorcy tegoż... ale czy w takim razie należy za grzechy/oceney/mniemania jakigoś abstarakcyjnego społeczanswta, winić tych biednych kilka literek, względnie człowieka który je gdzieś tam ze sobą zestawił?? w końcu może w jego spoleczenstwie to slowo "homoseksualista" nosi wspomniany ładunek przypisywany przez pana błędnie "pedałowi"... a być może oba te słowa są tylko określeniem na osobę postepującą w określony sposob - a całe te negatywne nacechowania kryją sie w panskim umyśle/duszy...
może to pan gardzi pedałami ale do homoseksualistów już nic nie ma? może to pan i panu podobni są tak zakłamani że wymyślają sobie inne nazwy na te same rzeczy żeby moc w zależnosci od tego jak wieje wiatr udawać i wmawiac sobie że czują i myślą coś innego...?

jeżeli to "społeczeństwo" uważa PEDAŁA za coś gorszego, negatywnego = to nie ze wzgledu na literki w tym słowie a ze względu na to co MYŚLI się o ludziach tak się zachowujących - co w takim razie zmienia inna nazwa takiej osoby???

obraziłbym pana, ale szkoda mi na pana bana
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


debil i kretyn to też słowa fachowe - tyle tylko że używane do nazywania ludzi o odpowiednich cechach intelektualnych z czasem weszły do języka potocznego i nabrały znaczenia emocjonalnego... fakt jest jednak faktem że kiedyś badacz robił test inteligencji i jeśli wyniki były niskie to stwierdzał u osoby badanej debilzm - a osobę taką nazywał zgodnie z rzeczywistością - debilem.. to była po prostu nazwa służąca do precyzyjnego określenia stanu rzeczy... niestety nam przyszło żyć w takich czasach że "czarne" stało się "białym o innej orientacji w nasyceniu barwą" tylko po co te szopki?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...