Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi oczami
tracimy 60 sekund światła*


a jednak brak mi powrotu do snu, na wolnych fregatach
mijam lepsze słowa. oddaję w mezalians parę lekkich fraz

to wciąż są szarpane płótna
jawnych praobrazów – łopoczących żagli

teraz wymaga kilku ciężkich kotwic. zapatrzenia
trzymam w stosach iberyjskie książki
po jednej na rejs, związane czekaniem. kończy się wojna
z wymogiem chłodu. znów można mrużyć oczy do słońca



----------------------------------------------------------
*g.g.márquez
Opublikowano

Ciekawy wiersz, ,,czas oblizuje usta z soli''-warte uwagi i zastanowienia. W tym wierszu pojawiają się słowa, które są drogowskazami dla czytającego- domyślamy się, co Autor miał na myśli. Dobre podsumowanie.

Opublikowano

Przypomniał mi się motyw listów/żaglówek (z wiersza jakiegoś egzotycznego Poety, teraz nie pamiętam kto zacz) - taki sam spokój tekstu, można by powiedzieć - falowy.
Oczywiście to nie jest zarzut - w tym wierszu dominuje w jakiś sposób problem przemijania, ale także problem zwrócenia się do "praobrazów" (czyżby platonizm?), a także problem zapisu słowa, zatrzymania tego, co w ruchu, co niestatyczne, przemijalne.
Wg mnie wiersz bardzo dobry, ma styl, ma myśl, daleki od frazesu i frapujący.
Pozdrawiam.

Opublikowano

no Skarbie, muszę przyznać, że cudnie mi tutaj. może jedynie te "praobrazy" mi tu jakoś zgrzytają. gratuluję, oj chciałabym pisać na takim poziomie jak Ty /marzenia/

pozdrawiam cieplutko :*

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...