Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

lubię w swoim posprzątanym domku
wtulić się w zapach ciszy opanowującej ściany
oddychają swobodnie kwiaty na oknie bujnie
zasłaniają świat dookoła jakby nie istniał
zgrzyt starego zegara przeciąża wyrzuty
godzina po godzinie zamiera w oczekiwaniu
zmiany do przewidzenia - licho wie po co

na dobre czy złe
w samo południe cień mi zabiera
moja przypadłość psiakrew cholera
znam pochodzenie tego herr drania
licho wie po co deszczem fontanny
wydzwania
w przybytku tuż obok wanny

skleroza nie boli
czyżby dlatego sik szedł powoli
trafił na dobre podłoże ten ...syn alzheimera
- kropka i koniec -
psiakrew cholera
dzwoniec

Opublikowano

tak mnie ostatnio na smiech bierze,
gdy pod nogi pcha mi się zwierze,
koty króliki psy i papuga,
brudzi paskudzi i jeszcze fuka

więc siadam i z wami
gadam
coby się pośmiać z własnej gupoty....
gdy mi na pościel sikają koty....psiakrewcholera,
na złość mi zbiera
taka afera
z tymy zwierzamy
cmok
Rafałku, Judytko i HAYQ
Marletto miłych snów...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


po pierwsze primo - gadaj jak to robisz że masz posprzatany domek?
a po drugie primo - mietłą tego Alzmera, czy inne licho ;)
myślę że I strofka mogłaby istnieć zupełnie niezależnie
znów zakręciłaś aż miło :)
jeszcze wpadnę,
:)))
Opublikowano

posprzątany domek to głowa wymieciona z myśli, bo alzheimer wymiata wszystko, taką cholernik ma mietłe. hiehie
i jest jak jest
przykro, miałam sąsiada z tymże zaczynał łądnie mówić, a potem się gubił by kończyć wyzwiskami na chorobę...
cmok
miło cię widzieć,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...