Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie widziałam wiersza w warsztacie, więc czytam "na świeżo".
Niebo może być postrzegane jako ściana, gdy peel znajduje się w pozycji horyzontalnej.

W wierszu znalazłam się jak we śnie. Peel w pozycji horyzontalnej, spadający wgłąb kamiennej studni. Ostatni wers popsuł mi perspektywę, ale jakby go potraktować jako moment przebudzenia - nawet by pasił.

Pozdrawiam :-)

  • Odpowiedzi 56
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ściany są pionowe przede wszystkim.

Pomieszałeś. skrzydła ptaka nie robią niczego na próżno. Chyba że to kura, pingwin, albo emu:P Kupy się to nie trzyma. Ptaki w ogóle są bardzo pracowite. Nie próżnują.

kamień - serce - to zestawienie było w miliardach wierszy. Kamienne serce przeszło nawet do frazeologii. Słabo

OK, ale czemu znów?

Nawet jakiś zabieg.

Ten sam zarzut: ściany są pionowe, sklepienie nieba nie i dlatego to porównanie jest dupne. Porównanie ma polegać na przeniesieniu cech jednego przedmiotu na drugi. Jakie cechy ściany możemy przenieść na niebo? Czy niebo nas od czegoś odgranicza jak ściana? Nie. Czy podtrzymuje coś? Nie. Czy można z nim zrobić coś takiego, jak ze ścianą, na przykład powiesić na nim plakat? Nie.

Wojaczek kiedyś użył porównania "kamień nieba słyszy" i tu masz trafne zastosowanie tego zabiegu:
Niebo nie zareaguje niewzruszone na krzyki, tak jak kamień. Czy znajdziesz podobne przeniesienie cech w swoim porównaniu?

Na dodatek puenta jest jak dla mnie nieco truistyczna. No daleko jesteśmy od nieba... i co? Z tego coś ma wynikać?

Bartoszu, przepraszam cie za to, ze pod twoim wierszem komentuję wypowiedź degrengolady, ale zbulwersowała mnie ona bardzo i pokazała, ile zawiści jest w niektórych ludziach(jej powodów nie mnie się dopatrywać). Z tego powodu komentarze wszelakie stają się li tylko krytyką dla krytyki, kpiną dla kpiny, czepialstwo dla czepialstwa, tak dzisiaj modne w mediach (dla niektórych jak widać zaraźliwe), nie wnosząc nic wartościowego.
Sciana nieba - a jak patrzymy na niebo nad horyzontem morza, to jest poziome, czy pionowe? Przeciez nie potrzeba głowy zadzierac, ono jest przed nami, jakby ścianą stało na wodzie...
A ściana nienawści, albo śmiechu - jaka ona jest, pionowa, czy pozioma?
Próżno łapią powietrze skrzydła połamane, poranione...
Zwykle było serce kamienne, a tu jest "kamień niczym serce"...
Znów, bo kiedyś była, potem nie, a teraz ZNÓW jest...
To powtórzenie jest świetne - potęguje zapadanie ciszy... Cicho, że słychać ciągnące żurawie...
Wszystkie cechy ściany można przeniesć na niebo (poeto! wyobraźni trochę!) -
niebo, to widoczne, oddziela nas od Nieba-życia wiecznego chociażby.
niebo podtrzymuje słońce i księżyc i gwiazdy, by nie spadły na ziemię. "Promień słońca zawieszony w niebie..."
A ściana dymu? A nieraz jest taki sztynk, że siekierę można powiesić. Nie można?
A kamień reaguje na krzyki? To już prędzej niebo...
Tak, daleko jesteśmy od nieba, z tego ma wynikać coś bardzo prostego - powinniśmy się do niego zbliżyć.

I wynikać ma z tego coś bardzo prostego - słońce nie jest złote, cisza nie gra, marzenia nie fruwają, sukces nie dodaje skrzydeł, komentarze nie są konstruktywne, a więc o dupę potłuc ( własnie - można je o dupę potłuc? ), poeci to psychole, więc psychole to poeci??? ...

Czyżby nastała era kompletnej degrengolady komentatorskiej?

Eeeeeech - Piast

p.s. W górę serca, wyobraźni, uczuć, miłości i radości - alleluja i do przodu!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Mnie odpowiada.
Również uważam, że "ściana nieba" nie jest złą metaforą.
Niebo otacza nas zewsząd. 'Mamy je' od spodu, z góry, po bokach. A gdy leżymy na ziemi, to niebo rzeczywiście może wydać się 'ścianą'.
Poza tym - mimo, że 'niebo', jego granica - jest niematerialna, to jakąś granicę stanowi. Atmosfera nie przepuszcza np. meteorytów, które spalają się podczas lotu ku dołowi, jest tam warstwa ozonowa itp. itd. Więc nie wiem, czemu nie można powiedzieć, że niebo jest czymś w rodzaju ściany. Zwłaszcza, że w wierszu można pozwolić sobie na więcej, niż (przykładowo) w potocznym języku.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



i Piaście zacny
dobrześ napisał, ale chyba zbytecznie, choć nie powiem - zacytowany tekst najcelniejszy.
A zbytecznie, bo cała ta "analiza i interpretacja" autorstwa zupełnego rozkładu wartości moralnych - wyjątkowo stłamszona i naprawdę nie warta Twojego klawiaturowego pióra.

Pozdrawiam Cię serdecznie i Bartosza też :)

PS. A wiersz super /tylko ta cisza :)) /
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ściany są pionowe przede wszystkim.

Pomieszałeś. skrzydła ptaka nie robią niczego na próżno. Chyba że to kura, pingwin, albo emu:P Kupy się to nie trzyma. Ptaki w ogóle są bardzo pracowite. Nie próżnują.

kamień - serce - to zestawienie było w miliardach wierszy. Kamienne serce przeszło nawet do frazeologii. Słabo

OK, ale czemu znów?

Nawet jakiś zabieg.

Ten sam zarzut: ściany są pionowe, sklepienie nieba nie i dlatego to porównanie jest dupne. Porównanie ma polegać na przeniesieniu cech jednego przedmiotu na drugi. Jakie cechy ściany możemy przenieść na niebo? Czy niebo nas od czegoś odgranicza jak ściana? Nie. Czy podtrzymuje coś? Nie. Czy można z nim zrobić coś takiego, jak ze ścianą, na przykład powiesić na nim plakat? Nie.

Wojaczek kiedyś użył porównania "kamień nieba słyszy" i tu masz trafne zastosowanie tego zabiegu:
Niebo nie zareaguje niewzruszone na krzyki, tak jak kamień. Czy znajdziesz podobne przeniesienie cech w swoim porównaniu?

Na dodatek puenta jest jak dla mnie nieco truistyczna. No daleko jesteśmy od nieba... i co? Z tego coś ma wynikać?

Bartoszu, przepraszam cie za to, ze pod twoim wierszem komentuję wypowiedź degrengolady, ale zbulwersowała mnie ona bardzo i pokazała, ile zawiści jest w niektórych ludziach(jej powodów nie mnie się dopatrywać). Z tego powodu komentarze wszelakie stają się li tylko krytyką dla krytyki, kpiną dla kpiny, czepialstwo dla czepialstwa, tak dzisiaj modne w mediach (dla niektórych jak widać zaraźliwe), nie wnosząc nic wartościowego.
Sciana nieba - a jak patrzymy na niebo nad horyzontem morza, to jest poziome, czy pionowe? Przeciez nie potrzeba głowy zadzierac, ono jest przed nami, jakby ścianą stało na wodzie...
A ściana nienawści, albo śmiechu - jaka ona jest, pionowa, czy pozioma?
Próżno łapią powietrze skrzydła połamane, poranione...
Zwykle było serce kamienne, a tu jest "kamień niczym serce"...
Znów, bo kiedyś była, potem nie, a teraz ZNÓW jest...
To powtórzenie jest świetne - potęguje zapadanie ciszy... Cicho, że słychać ciągnące żurawie...
Wszystkie cechy ściany można przeniesć na niebo (poeto! wyobraźni trochę!) -
niebo, to widoczne, oddziela nas od Nieba-życia wiecznego chociażby.
niebo podtrzymuje słońce i księżyc i gwiazdy, by nie spadły na ziemię. "Promień słońca zawieszony w niebie..."
A ściana dymu? A nieraz jest taki sztynk, że siekierę można powiesić. Nie można?
A kamień reaguje na krzyki? To już prędzej niebo...
Tak, daleko jesteśmy od nieba, z tego ma wynikać coś bardzo prostego - powinniśmy się do niego zbliżyć.

I wynikać ma z tego coś bardzo prostego - słońce nie jest złote, cisza nie gra, marzenia nie fruwają, sukces nie dodaje skrzydeł, komentarze nie są konstruktywne, a więc o dupę potłuc ( własnie - można je o dupę potłuc? ), poeci to psychole, więc psychole to poeci??? ...

Czyżby nastała era kompletnej degrengolady komentatorskiej?

Eeeeeech - Piast

p.s. W górę serca, wyobraźni, uczuć, miłości i radości - alleluja i do przodu!
Jeśli ściana nieba tak bardzo odpowiada czytelnikom, to może (for all of them sake) pozostaw ją. Może wiersz jest wspaniały, może jestem idiotą... pozdrawiam wszystkich:)


P.S. na emocjonalność Piasta nie odpowiem. Życzę jeszcze raz przemiłego dnia: ja - ograniczony.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Czy naprawdę zamiast pisać to wszystko nie lepiej było powiedzieć po prostu:
"nie rozumiem, nie czuję, to nie moje klimaty"? Uwierz mi degrengolado
- kiedy wiem, że tekst jest gniotem, to go po prostu nie wklejam, ew. kiedy
ktoś mi wyperswaduje, że jest porażką - usuwam. Ty nie wyszedłeś/aś
w swojej krytyce poza poziom argumentów w stylu "nie podoba mi się, bo nie",
dlatego nie uda ci się mnie przekonać, że ten tekst jest słaby.

Tym niemniej dziękuję za wizytę i naprawdę szczerze zapraszam na przyszłość
- może kiedyś ja napiszę coś, co uznasz za wartościowe, może kiedyś ty napiszesz
krytykę, z którą będę mógł się zgodzić i się do niej zastosować. I tak całe to frum
opiera się na dyskusjach.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie ma chyba wspanialszego momentu dla wierszoklety, niż ten, kiedy okazuje się,
że czytelnik potrafi widzieć wiersz z zupełnie innej perspektywy (w tym konkretnym
przypadku - dosłownie;) i że to ma sens, ba, jest nawet lepsze niżby sam autor chciał:)
To jest cudowna interpretacja Fanaberko, po prostu zgadłaś moje myśli:)
Głęboki ukłon dla ciebie za ten komentarz!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Metaforą?

http://pl.wikipedia.org/wiki/Metafora

na pewno?

tak, to metafora czyli przenośnia - figura stylistyczna występująca zwykle w poezji, oparta na skojarzeniu dwóch zjawisk i przeniesieniu nazwy jednego zjawiska na drugie
np. stalowe nerwy

http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=2510775
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Zawiści? W stosunku do kogo i w związku z czym ta zawiść, bo ja jej jakoś w sobie nie odnajduję. Napisałem tylko co myślę o powyższym tekście...

I komentarze w tych mediach strasznie szkalują jedyna i najsluszniejszą ze słusznych władz... Ja Pana również pozdrawiam.

Pana zdaniem pionowe? Interesujące.

Te przymioty zdaje się nie mają tego typu właściwości.

ale w tekscie tego nie ma. Są zwykle pasie.

zestawienie to samo

ale po co?

mnie sie wydaje, że o echo chodziło, ale każdy ma prawo do swojej int.

Niebo oddziela nas od nieba? Od życia wiecznego? Pan jadł jakieś grzybki, czy coś?

Skąd Pan bierze te brednie? A wie Pan, że Ziemia krąży wokół Słońca i jest okrągła? Podstawówkę Pan skończył?

Pan bredzi, a ja nie wiem nawet o czym....

Powinniśmy? Może zostań Pan astronautą? Ja mam dla Pana rewelację, ona zwali Pana z nóg. Niebo w sensie biblijnym (bo Pan chyba miesza te pojęcia) pisze się z WIELKIEJ litery. Inaczej niebo jest nieboskłonem. Czy powinniśmy się zbliżać do nieba? Ja nie wiem czy powinniśmy, bo tam jest cholernie zimno i dopiero próżno.


Dalej to Pan pisze że mój komentarz nie jest konstruktywny i inne niczym nie poparte fantzamty, więc proszę wybaczyć, ale nie będę się ustosunkowywał.

Pozdrawiam słonecznie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Metaforą?

http://pl.wikipedia.org/wiki/Metafora

na pewno?

tak, to metafora czyli przenośnia - figura stylistyczna występująca zwykle w poezji, oparta na skojarzeniu dwóch zjawisk i przeniesieniu nazwy jednego zjawiska na drugie
np. stalowe nerwy

http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=2510775

Ja rozumiem, że to jest SJP, ale gdzie tu masz przeniesienie nazwy jednego zjawiska na drugie? to jakaś durna def.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ale czemu, jeśli ja rozumiem?

Niby czemu mam wierzyć?

a jak Ty ją odpierasz?

Stary, bez urazy, ale masz straszną tendencję do "pierdzenia tekstem" i to nie jest takie złe, ale jeśli później jeszcze znajdujesz w sobie przekonanie,że to atrakcyjna poetyka,,, ech.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



tak, to metafora czyli przenośnia - figura stylistyczna występująca zwykle w poezji, oparta na skojarzeniu dwóch zjawisk i przeniesieniu nazwy jednego zjawiska na drugie
np. stalowe nerwy

http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=2510775

Ja rozumiem, że to jest SJP, ale gdzie tu masz przeniesienie nazwy jednego zjawiska na drugie? to jakaś durna def.

Ta definicja jest durna jak ten wiersz. A co do twojego ostatniego komentarza
- powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


to kiepsko jak na poete:P

"Poetę"? Pani żartuje - ja tylko lubię pierdzić tekstem.

Ale niech ci będzie, udało ci się mnie sprowokować:)

A zatem:



Myli się pani, nigdy pani tego nie zrozumie.



Słowo harcerza.



Chodzi o pani krytykę? No przecież napisałem wyraźnie.

Stara, bez urazy, ale to ty masz "straszną tendencję". Odbijasz bez sensu
piłeczkę (to powiedzmy, mogę pominąć milczeniem), ale jeśli później jeszcze
znajdujesz w sobie przekonanie, że to jest "krytyka", "dyskusja"... ech.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...