Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

za długie na haiku:) co by nie powiedzieć jednak w haiku obowiązują
jakieś zasady i jak chcemy utwór nazwać "haiku" to musi jednak coś z tego mieć:)
To co Pani prezentuje, to raczej miniatura jak już:) Pozdr. EK

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Podoba mi się.
To prawie haiku, tylko za dużo słów. Ja czasem piszę kilka wersji i wybieram jedną.

zielone krople
strącam z igieł modrzewia
radość poranka

nawet wyszło 5-7-5 :-)
Opublikowano

To w zasadzie 2 haiku i moga być prezentowane całkiem oddzielnie.
Tutaj przedstawiłam je razem, gdyż tak je napisałam jeden po drugim.
Ale radość w tym drugim jest niezależna od padającego deszczu.
Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



nie moga bo wtedy straca sens zwlaszcza to pierwsze. to co probujesz napisac to tzw "tanka". ogolnie rzecz biorac to dlugie haiku (dotyczy pojedynczej chwili i scisle zwiazanej z nia pojedynczej refleksji). oczywiscie typowe tanka powinno miec 5 linijek ale podobnie jak w haiku liczba 3 wersow, ta liczba nie jest kanonem tylko ograniczeniem gadulstwa. o ile mi wiadomo to pierwsze tanka w Polsce napisal Leopold Staff

budowalem na piasku
i zwalilo sie
budowalem na skale
i zwalilo sie
teraz budujac zaczne
od dymu z komina

jak wklepiesz w google to znajdziesz tego wiecej. jedne lepsze drugie gorsze podobnie jak haiku.

I drag a dead dog
off the road and get back
in my car
sometimes all that's left
is the right preposition

- Dave Bacharach

a lightning strike
splits our old apple tree ---
I never dreamed
the death that parted us
would not be one of ours

- Beverly George

pietrek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...