Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ponoć żony gotują zupy a zatem pierwsza
będzie z dyni pluniemy pestkami za siebie
na drugie ruskie z dużą ilością cebuli
w kuchni płacz że nie można mieć wszystkiego
z czegoś trzeba rezygnować wiem wiem
tien-szan śpi jak staruszka nie trafię po śladach

nie kłamię lubię antonówki rude koty i mlecze
choć mają korzenie moje są skarłowaciałe
byle podmuch i lecę jak dmuchawiec
mówisz chwyć się mojego swetra kochanie

ta włóczka jest mocna wiem wiem
ale ja nie jestem rzepem

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



kwiecień plecień co przeplata
wy głosujta na krzywaka!!!

PS - ruskie - mniam
PS2 - a całkiem poważnie - fajny wiersz.

a ja dobre robię
oj dobre
takie pękate i dużo cebuli
żeby sobie pobeczeć
Opublikowano

ruskie?
uwielbiam
dużo cebuli musi być
i pamiętam dowcip studenta z Krakowa
w latach siedemdziesiątych paradował po krakowskim rynku z wielkim napisem na piersiach:

NIE LUBIĘ RUSKICH

na plecach grzmiało:

PIEROGÓW

:):)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



a ja panu powiem tyla
że pierogi z czosnkiem to dla mnie pestka
oprócz tego dziołcha potrafi warzyć
*naleśniki z czosnkiem
*zupa czosnkowa
*czosnek zapiekany w łupinach
*pietruszka z czosnkiem na kruchej sałacie z sosem serowym
*śledzie z czosnkiem w śmietanie
to tylko czubek góry czosnkowej

i niech to szanowny członek komisji weźmie pod uwagę
podczas rozpatrywania konkursu
i do tego robi nalewki wszelakie, piwo kapslowane otwiera sprawnie to samo z winem

ps. buzie też ma pikną jak i cała reszta

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...