Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

pojedynek na ubitym z lekka polu


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

)))...Ooooooo, zdaje siem, że możemy wrócić w końcu do wątku, po dłuuuuugaśnej przerwie..)) Hura, hura...)))...Ja swego tekstu nie tykałem, jest jaki był.;-) No, to oczekiwam na Jury Szanowne i, ekhem, Przeciwnika.;-))))

  • Odpowiedzi 61
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

))))....OK, w takim razie nie przedłużajmy...))...Ja wklejam jutro rano, około 7.00, Tobie proponuję to samo...) A do tego czasu, myślę, zbierze się całe Jury...)..,.Czyli jutro, 7.00 - godzina 0...)))

pozdrawiam.;-)))

Opublikowano
wizja lokalna


Pokój, jakich wiele: w kącie tkwi gitara,
na meblach bibeloty, w sumie niezły pasztet,
miszmasz i poplątanie – co drugi, to antyk,
albo coś koło tego. Myślę, że należy
spokojnie omieść całość wzrokiem. Zza okna śpiew kosa,
który się pojawił znikąd (albo skądkolwiek), jak danie na wynos,

dla podkreślenia ciszy wnętrza. Do tego martwy nos
równie martwego faceta z portretu, nad gitarą.
Stoję w towarzystwie porucznika Kosa
(dobrze, że nie Klossa) – w sumie: niewąski pasztet,
tak dać się wrobić. Cóż, należy
zapomnieć chyba o antyku

stojącym w kącie. Choć ten antyk –
sam w sobie - nadaje się "na wynos",
jak nadawał się wtedy. Mówiłem: należy
brać i wiać. Sama gitara,
to niezły łup (choć pasztet
ze zbyciem). A ja (dureń), zasłuchałem się w kosa

trelującego za oknem. Srał pies kosa!
Trzeba było brać ten antyk!
Teraz mam pasztet.
Żeby to jeszcze był on "na wynos",
jak ta gitara,
po którą tu zbłądziłem. Dobra, należy

brać przykład z mędrców – stoików. Bo co? Ona leży
(Ona – zleceniodawca) – i ja leżę. Lecz wyrok, jak kosa -
dla mnie, nie dla niej. Czy gitara
była tego warta? Wyjdę z kicia (jak Bóg miły), jako antyk,
przez durny układ: "gitara jest na wynos".
Niezły pasztet.

Właściwie sam się wplątałem w ten pasztet.
(Mmmmm...Najlepszy z wątróbek zajęczych: mielimy je, potem należy
leciutko podsmażyć, dodać boczku i przypraw...Ostudzić i podawać na wynos,
dla najlepszych gości). No, ale ja tu gadu-gadu, a nade mną kosa
wyroku, za jeden głupi antyk,
choćby nim była najdroższa w świecie gitara.

Ta cała gitara, to niezły pasztet,
a do tego antyk (??) Mówiłem – należy
wiać, nie spać wśród treli kosa, gdy chłonął zapach trawy nos.
Opublikowano

Oj, dopiero teraz przeczytałem prywatną wiadomość od MM - On wklei około 8.30. Myślę, że nic się nie stanie - nie przewiduję trzęsienia ziemi, ani końca świata...)))...poczekamy...;-))

pozdrawiam...;-)

Opublikowano
gitara – konstelacja otwartego pasztetu z ziemi należycie wyniesiona o świcie.



zacz, powiadają, że gdy noc – gitara
z dala na niebie, jak otwarty pasztet
(świeci gwiazd zastęp) a już ci to antyk
wydartych ciągów, do których należy
(zwierzyn i cudactw) śmietanka z ko-kosa,
kosa miast gryfu i wszystko na wynos,

sino o świcie, gdy z podstawy nos
w trzos księżycowi, słońcem co-gita, „RA”
brał noc, a ziemia nietrafio-na leży
i jazz’i póki owy gwiezdny pasztet
zamiast motyki nie trąca z u-kosa,
schodząc z niebiosa jako ten rom-antyk

planty zanosi, gdzie rzaz grudy – antyk
przestał być – ino „kpinos - winos – wynos”
w „titino-kino” wierzyć nie należy
kiedy z „ekrana” błyszcząca gitara
robi miast owej motyki, zacz, pasztet
gryfem szurnięty zawszeć jak ta kosa

nuż, sadż się w bajdzie jak orzech z ko-kosa
i z poza bajdy w czas wbij, żeś dom-antyk
i pchnij w ton gwiazdy aż otwarty pasztet
z następstw uleci - taki to na wynos
jak major tak i minor, acz, gitara
nie siara, zaraz jej się co należy

ze zwierzyn, cudactw, w niebie ona leży,
zacz, tobie myśli z kokosu jak kosa,
tnie chmara, mara, wygięta gitara
z księżycem strojąc, lecz dźwięczy jak antyk
jej darty zastęp znowu gdzieś na wynos
linią czerwieni i znów masz ten pasztet

otwarty w bardy, wykapany pasztet
azali - znasz ten – ton dnia jak należy
gdyż noc odchodzi a z nią wsio na wynos
w dal siną płynie – gdzie czerwieni kosa
ozdób niebiosa wykapany antyk
zacz, z Salvadora Dali ta gitara

acz, by żar żalu - gitara nie pasztet
i żaden antyk boć i gwiezd-na leży
acz, człek z u-kosa wstaje z niej na wynos
Opublikowano

)))...No i dobra...))

P.S. MM, masz błąd w ostatnim trójwersie. Musi być:

...gitara....pasztet

...antyk...należy

...kosa...wynos

daję czas na poprawienie do 12.00

)))))

pozdrówko.;-))

Opublikowano

To dla Niej żeś, Lobo, chciał ukraść tę gitarę
z Salvadora Dali? Dla tego pasztetu?
A idź że z tym ptakiem! Toś, panie, romantyk!
Toż Ona dnie całe koło wina leży
z majorem Kosem. I sama jak antyk, a żądli jak osa!
OK.! Uroda rzecz gustu, off course (he he, fioletowy nos!)

Muzyka sfer, Messa? Czy winos na wynos?
Gitara z ekrana się gnie i jest git. A Ra
Ci ino w głowie, niebieskie migdały i kokosy.
I ty żeś romantyk? Z motyką na pasztet?
(oby był świeży, jak należy).
A niebo, słońce, księżyc – toż to antyk.

Opublikowano

Przeczytałam dokładnie oba wiersze.

Lobo wykorzystał formę sekstyny do opowiedzenia pewnej historii. Autor pokazuje nie tylko przebieg zdarzenia od początku (zlecenie) do końca (wieloletni wyrok), ale prezentuje też bohatera, pokazuje jego złożoną i ciekawą osobowość. Z jednej strony widzę pragmatycznego złodzieja – wkurzonego i rozpamiętującego okoliczności wpadki, z dugiej – zapamiętałego miłośnika śpiewu ptaków, pięknych wnętrz i wykwintnych potraw.
Z każdą kolejną zwrotką, dzięki powracaniu tych samych słów kluczowych, opowieść zawraca, a jednocześnie zatacza coraz szersze kręgi - coraz lepiej, szerzej poznaje się zarówno okoliczności, jak i bohatera.
Nie umiem profesjonalnie ocenić formy wiersza, uważam jednak, że Lobo doskonale wykorzystał formę sekstyny dla opowiedzenia historii na tyle złożonej i brzemiennej w skutki, że nie sposób by ją było przedstawić w kilku prostych słowach.

Natomiast wiersz Messy – to jeden wielki opis, poetycki i pełen refleksji. Ma kilka pięknych momentów, kilka ciekawych, zatrzymujących gier słownych.
Forma sekstyny wydaje się nie mieć tu specjalnego znaczenia, jeśli już – to raczej jest naczyniem, balonem ściskającym i ograniczającym kłębiącą się zawartość. Mam takie odczucie, że nie wszystkie słowa kluczowe zostały w równym stopniu zasymilowane, np.: w każdej zwrotce słowo „pasztet” wydaje mi się obce, niedopasowane do całości. Pomyślałam, że wiersz mógłby być dłuższy lub krótszy bez większej straty dla całości przekazu.
Wiersz podoba mi się, ale nie widzę wykorzystania formy dla przedstawienia treści, a to zdaje się ma być przedmiotem oceny.

Obstawiam następująco:
Lobo pierwsze miejsce, Messa drugie.
Ciekawa jestem werdyktu jurorów. (trzy dni ;).
Gratulacje dla obu poetów – za wiersze i sam turniej. Fajna zabawa :-)
Fanaberka
:-)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo dobrze, Jo asiu, powinny być co najmniej dwie czirliderki :-)))

Ps. To nagietkowe niebo też mi się podoba.
Tyle, że w tych zawodach chyba chodzi o umiejętność wykorzystania formy. A może się mylę :-).
Dzie wuszko, to może umówmy się tak:
jeśli mój faworyt wygra - piszesz dla mnie wiersz.
jeśli wygra Messa - ja piszę dla Ciebie haiku.
(czas nieokreślony - miewam problemy z natchnieniem ;))))

Co Ty na to?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo dobrze, Jo asiu, powinny być co najmniej dwie czirliderki :-)))

Ps. To nagietkowe niebo też mi się podoba.
Tyle, że w tych zawodach chyba chodzi o umiejętność wykorzystania formy. A może się mylę :-).
Dzie wuszko, to może umówmy się tak:
jeśli mój faworyt wygra - piszesz dla mnie wiersz.
jeśli wygra Messa - ja piszę dla Ciebie haiku.
(czas nieokreślony - miewam problemy z natchnieniem ;))))

Co Ty na to?

jajć, dziewczyny - ja już trzymam za obie Panie kciuki
z ukłonikiem i poezją MN

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @karenka Bardzo dziękuję za docenienie mojej poezji i za Twój miły dla moich oczu komentarz. :) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński
    • In honor of the 250th anniversary  of the Declaration of Independence  of the United States of America -------///---\\\------- United States — Forever Free In Philadelphia’s summer heat, Colonies rose to break defeat. An alien crown across the sea, No longer ruled our destiny.   Despite the roar of distant hates, They wrote the birth: United States. Where rights are not a gift of kings, But truth that every person brings.   "We hold these truths," document said, Like thunder rolling overhead: That life and freedom must belong To every voice, however strong.   Through fear of war and breaking ties, Beneath uncertain, watchful skies, They signed their names in bold resolve, To let a new world form and evolve.   And now, two hundred fifty years, By triumphs, happiness and tears, A shining hope for all to see, United States — Forever Free. -------///---\\\-------
    • Dinis, Król Rolnik i plantator sosny, Spotkawszy żonę niosącą chleb skrycie – A był on dla niej mężem bezlitosnym – "Co niesiesz?" – spytał. "Róże, na me życie!" – Rzekła Isabel. Fartuch kłamstwo schowa? "Jakże to, w styczniu?" – dociskał dręczyciel. Ale że biednym służyła królowa, Niebo ruszyło z odsieczą rychliwą I zamiast chleba – Dinis się dziwował – W fartuchu róże barwą osobliwą, Złotokremową odbłysnęły słońcu, Ciesząc niewinną, tudzież świątobliwą, Kłując pysznego, który jednak w końcu Pomyślał: Może sadzić w tym miesiącu?
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Maniuś   Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.   Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.   Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.   Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.   Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.   Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".   W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie. Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.  
    • Ograna w czasu saz cwana RGO    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...