Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jesień w tym roku byłą niesamowicie zimna. Silny wiatr wyrywał czarną parasolkę ze zmarszczonej ręki starej kobiety. Deszcz stopniowo przestawał padać. Była już przy schodach do swojego jednorodzinnego domu. Złożyła parasol potrząsając nim, pozbywając się osadzonych kropel. Płaszcz powiesiła w ganku.
- Niech obeschnie - powiedziała, do siebie dom był pusty.
Z torebki wyjęła portfelik, odłożyła go do komody przy ścianie. Wyjmowała go tylko do sklepu albo kościoła. Bardzo go lubiła, przypominał jej zmarłego dwanaście lat temu męża. Dostała go na kolejną rocznicę ich ślubu.
- ach, kiedy to było Janku, kiedy… - westchnęła, wspominając męża, bardzo jej go brakowało. Jednak pogodziła się z jego odejściem, takie jest życie człowieka.
- szykuje, tam dla mnie miejsce - zawsze myślała, tłumacząc sobie jego śmierć.
Teraz mogła odwiedzać go tylko na cmentarzu, robiła to codzienne. Dziś była u niego po kościele. W Niedziele zawsze chodziła zapalić świeczkę na jego grobie. Zawsze.
Zegar wybił godzinę czternastą, była już okropnie głodna. Spóźniła się gotowaniem ziemniaków. Jednak obiad był gotowy. Nakryła do stołu. Mariusz, jej syn obiecał ze przyjedzie dziś na obiad. Wychowała go, na dobrego i wykształconego człowieka. Była z niego dumna, gdy skończył studia z wyróżnieniem. Teraz pracował gdzieś w banku. Zawsze zaganiany, rzadko kiedy miał dla niej czas. Każda godzina spędzona w jego towarzystwie była cenna, każde słowo zamienione z nim.
- Jest asystentem dyrektora banku, to tak jak vice - dyrektor - chwaliła się swoim koleżankom.
Była z niego naprawdę dumna. Jej kochany jedynak. Włożyła w niego całą swoją miłość, szczególnie po śmierci męża. Stał się jej całym światem. Mariusz się spóźniał. Kobieta siedziała samotnie przy stole. Głód był już niesamowicie wielki. Spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła osiemnasta. Kobieta nie jadła już od trzynastu godzin. Czekała na swojego synka. Mogłaby czekać jeszcze kilka razy tyle o głodzie i w zimnie jeśli trzeba by było, byle ją odwiedził. Chodź na chwile.
Starsza kobieta w milczeniu sprzątnęła do regału serwis obiadowy, tak jakby jej syn ją odwiedził, a teraz sprzątałaby po jego wizycie. Usiadła. Na komodzie zobaczyła jego zdjęcie w ramce. Był młodszy, może jeszcze w czasie studiów. Rozpłakała się. Łzy jedna za drugą spływały po policzkach. Kobieta sięgnęła do komody. Wyjęła różaniec. Uklękła i odmówiła cały, dwukrotnie.
- może, coś mu wypadło… oby tylko nic mu się nie stało… - mówiła szeptem, płacząc. Rozmawiając z krzyżem na ścianie. Mokrą szmacianą chustką wycierając łzy.

* * *
Wróciła właśnie z cmentarza. Otwierając drzwi, usłyszała dzwoniący telefon. Z pośpiechem wbiegła do domu. Zostawiając błotne ślady na dywanie. Usłyszała już tylko kończący monolog nagrywany na automatycznej sekretarce. Podniosła jeszcze słuchawkę, sprawdziła czy na pewno odłożył już słuchawkę. Nie zdążyła. Teraz musiała obsłużyć tą machinę nowoczesności. Kiedyś Mariusz pokazywał jej jak obsługiwać sekretarkę, ale nie zrozumiała do końca. Nie robiąc mu jednak przykrości, kiwnęła głową na tak, gdy spytał czy rozumie. Teraz wyszło jej kłamstwo. Wciskała klawisze od prawej. Taśma przewinęła się, potem znowu. W końcu rozległ się jego głos gdzieś w środku nagrania, może jeszcze dalej : ,,… że nie przyjechałem, nie mogłem, u nas wszystko dobrze, przyjedziemy…”. Kobieta przypadkiem przycisnęła czerwony guzik. Nie wiedziała co to oznacza. Taśma cofnęła się i skasowała. Przez kilka sekund próbowała jeszcze coś zrobić, nadaremnie.
- przyjedzie, to dobrze, ciekawe tylko kiedy… - powiedziała pod nosem, żałując że skasowała taśmę.

* * *
Wysprzątała cały dom, była już strasznie zmęczona. Miała już odpocząć, ale postanowiła wyszorować jeszcze podłogę. Dawno to robiła, chyba przed jego ostatnią wizytą. Usłyszała coś. Spojrzała przez okno, sąsiad przyjechał z pracy, nic nowego. Spojrzała w drugim kierunku i zobaczyła gołe drzewo, kompletnie bez liści. Jesień była już późna. Płytki chodnikowe i schody całe zawalone były liśćmi. Nie wiedziała jak mogła tego nie zauważyć, wychodząc na cmentarz. Do swoich obowiązków dodała jeszcze zmiatanie liści.


* * *
Już czwarty dzień, jak czeka na przyjazd syna. Wiadomość na sekretarce była jasna, mówił ze przyjedzie. Była strasznie zmęczona, jej samotne życie stopniowo zamieniało się w koszmar. Nikt jej nie odwiedzał. Nawet koleżanki przestały czemuś przychodzić na herbatkę i plotki. Początkowo ją to cieszyło, czasem miała ich strasznie dość. Teraz oddala by wiele za kontakt z kimkolwiek. Pocieszała się. Mariusz odwiedzi ją lada dzień. Codziennie była gotowa. Obiad był przygotowany , dom wysprzątany jakby zbliżały się święta. Dla niej odwiedziny syna były czymś więcej niż świętem. Były cudem. Samej było jej źle, strasznie źle, a Mariusz zmieniał wszystko. Kolejny raz wyszła na dwór. Ubrała ciepły płaszcz, deszcz na szczęście nie padał już od dwóch dni, nawet wiatr nie był już tak silny. Do zmęczonej pracą ręki wzięła drewnianą miotłę. Zmiotła schody z liści, robiła to dwa razy dziennie rano i popołudniu. Liści wciąż przybywało. Sama nie wiedziała skąd. Bo drzewa w okolicy były już bezlistne. Było jej gorąco. Wyraźnie osłabła całą tą przydomową pracą. To zmiecenia został już tylko chodnik prowadzący od domy do furtki. Przeszła kilka kroków z miotłą w ręku. Wzięła oddech i energicznie zmiatała liście. Źle się poczuła, słabo. Oblał ją zimny pot. Grawitacja okazała się silniejsza od słabych nóg. Poczuła tylko lekkie ukucie w klatce piersiowej. Próbowała jeszcze przez moment oprzeć się na miotle, nie dała rady. Upadła. Powoli traciła świadomość. Zawiał mocny wiatr, poczuła go na wilgotnej twarzy. Złoto - brązowe liście wciąż spadały ku ziemi. Gładko lądowały na gruncie, kończąc żywot wracając do ziemi.

* * *
Mariusz wrócił z cmentarza. Długo nie mógł uwierzyć w śmierć matki. Miała przed sobą jeszcze wiele czasu. Miała zobaczyć wnuki. Doczekać ich chrztu, komunii, a może nawet ślubu. Tym czasem zobaczyła tylko swoją synową. Żałował także, że jej wtedy nie odwiedził, stracił ją na zawsze. Nie miał nawet komu się poskarżyć. Miał w prawdzie swoją żonę, ale rodziców stracił. Bezpowrotnie i szansy odwołania. Teraz codziennie był u niej na cmentarzu. Nowe kwiaty i znicze zmieniały się kilkakrotnie w przeciągu tygodnia. Znalazł czas. Był cały dla niej. Każdego dnia.





Pisałem 15 - 16 październik ‘06r
Mark P.

Opublikowano

Moje pierwsze odczucia po przeczytaniu:

Tekst ładny, choć może nazbyt oczywisty. Ale przecież nie wszystkie muszą być tajemnicze czy zaskakujące. Tu już w połowie było wiadomo co się stanie, nie mniej jednak rzecz nie stała się przez to nudna. Narracja jest prowadzona może trochę naiwnie ale w znacznym stopniu dobrze. Martwi mnie natomiast zakończenie. O ile cały tekst miał nie wiele błędów jako takich (kilka powtórzeń itp.), o tyle zakończenie zupełnie nie pasowało do reszty. Za bardzo chyba moralizatorskie jak dla mnie.
Mimo, że temat mógłby wydawać się trochę tendencyjny, to opisany został w sposób nie tyle nowy ile przystępny (może poza zakończeniem) i łatwy.
Moje ogólne wrażenie - dobre. Gorąco zachęcam do dalszych prób.

Pozdrawiam serdecznie.

do lilki: to nie wrażliwość tylko OBRAZOWOŚĆ :)

Opublikowano

dzięki za ocenę i rady!! to drugie przedewszystkim:) popracuje jeszcze nad zakończeniem bo rzeczywiscie najmniej mi sie ono podobało, a wyszło takie jakie wyszło bo troszke sie z nim pośpieszyłem ( kolejny raz wychodzi ze z pisaniem nie można sie śpieszyć)... ubzdurałem sobie ze go skończe w poniedziałek i skończylem, efekt jest nienajlepszy, ale to iż pracę umieściłem tutaj nie znaczy ze skończylem ją...obiecuje nanieść poprawki...

Będe próbował dalej pisać... bo mam kilka tamatów w głowie, a nowe wciaż sie pojawiają.
jeszcze raz dzięki, i zachęcam do dalszego czytania moich prac i oceniania( także jeszcze tej, kto tam nie przeczytał i nie ocenił, życzyłbym sobie także zeby każdy kto przeczyta zostawił po sobie jakiś komentarz, choćby króciutki, każdemu bedzie milej widzeć jakieś słowa pod swoim tekstem,) dzieki
Pozdrawiam
Marek

Opublikowano

Wiesz... z tekstem nigdy nie należy się spieszyć. Ale ten problem dotyczy chyba wszystkich nas :) Tekst powinien poleżeć. Dojrzeć jak wino. Zostać przeczytany po tygodniu, dwóch - żeby można go było obiektywnie ocenić. Potem poprawki - ja kiedyś np twierdziłem, że poprawianie to gwałt na natchnieniu. W końcu jednak musiałem przyznać, że przecież nie jestem Słowackim, a to nie jest romantyczna improwizacja. Teraz jest lepiej, widzę, że idę do przodu dzięki wstrzemięźliwości:) To taka dygresja.
Mam natomiast pytanie, które wcześniej mi umknęło - co znaczy tytuł? Bo nie mogę odnaleźć w tekście jego umotywowania. Pozdrawiam - poeta2K

Opublikowano

Twarz jesiennego deszczu...

wyobraź sobie twarz kobiety, która czeka na syna
twarz faceta, który wie, że zawiódł matkę, i nie może tego naprawić

jesienny deszcz zawsze kojarzył mi sie z jakimś smutkiem, coś co dzieje sie naturalnie, wplywa na nasze życie, wprowadzając smutek, choć my stoimy obok, niby na niego odporni, a jednak nie, twarz obrazuje bohaterów, ich smutek, życie przepełnione nieodwracalnym żalem tak wiec, napiasć można by : "smutna twarz bohetera"

Opublikowano

niech obeschnie płasz;D - powiedziała do siebie, dom był pusty w znaczeniu nikogo w nim nie było, bo mieszkała sama

przychodzi mi na myśl pewnien cytat z filmu, oddajacy obraz mojej pracy

- kilka niedociągnieć jest...
- a gdzie tu są dociągniecią...

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Skoro zostałam tu zaproszona i kilka razy poproszona o komentarz, to się wypowiem, bo mam dużo uwag.

Tak, jak pod innym utworem Włuczykija - zacznę od pochwał, żeby osłodzić nieco resztę.

Opowiadanie mi się podoba - smutne, samotne, zimne. Choć temat nieco oklepany i faktycznie (jak to już zaznaczył poeta2000) już przed połową można się domyślić zakończenia, to i tak uważam, że nie jest złe.

Natomiast nie zgadzam się z poetą2000 w kwestii błędów. Ja widzę je w prawie każdym zdaniu (na pociechę mogę dodać, że późniejsze opowiadanie jest już lepsze pod tym i wieloma innymi względami). Nie wyrzucę tu wszystkich, bo mój komentarz byłby dłuższy, niż samo opowiadanie, a poza tym - do każdego błędu jest kilka przykładów, więc po co wszystkie tu przytaczać?

"Złożyła parasol potrząsając nim, pozbywając się osadzonych kropel." Może tak: "Złożyła parasol. Potząsnęła nim, żeby pozbyć się osadzonych kropel"?

"Płaszcz powiesiła w ganku" - "(...) powiesiła na ganku".

"powiedziała, do siebie dom był pusty. ", "szykuje, tam dla mnie miejsce", "ach, kiedy to było Janku, kiedy" i wiele innych - to, czego czepiałam się także w tamtym opowiadaniu: przecinki nie tam, gdzie trzeba. Masz wyraźne problemy z interpunkcją. Może spróbuj sobie wymyślić jakieś ćwiczenie, żeby się nauczyć tych znaczków...? To nie przytyk. Ja tak serio. Przydaje się - wiem z doświadczenia... :)

"Z torebki wyjęła portfelik, odłożyła go do komody przy ścianie. Wyjmowała go tylko do sklepu albo kościoła." - w tym momencie była w domu, więc dlaczego go wyjęła? Niekonsekwencja. Błąd logiczny.

"Dostała go na kolejną rocznicę ich ślubu." - bez "ich", bo wiadomo, że jej i męża. Z kolei "ich" zdaje się sugerować (kiedy to zdanie jest wyrwane z kontekstu), że to była czyjaś inna rocznica.

"W Niedziele" - normalnie "niedzieli" nie pisze się dużą literą. To był dla niej jakiś szczególny dzień? Bo nie jest to zaznaczone w tekście poza tym, że bohaterka chodziła wtedy na grób męża. Duża litera więc wygląda jak błąd.

"vice - dyrektor" - bez myślnika.

"Stał się jej całym światem. Mariusz się spóźniał." - "Mariusz" powinien już być w następnym akapicie.

"Głód był już niesamowicie wielki" - może "Głód był już niesamowity" albo "(...) był już nie do wytrzymania"?

"Chodź na chwile" - choć na chwilę. "Chodź" to tryb rozkazujący, np. "chodź tutaj".

"Starsza kobieta w milczeniu sprzątnęła do regału serwis obiadowy, tak jakby jej syn ją odwiedził, a teraz sprzątałaby po jego wizycie" - Może bez "a teraz sprzątałby po jego wizycie"? Po "odwiedził" kropkę walnąć? I tak wiadomo, o co chodzi, a tak, jak jest teraz - powstaje wielosłowie i niepotrzebne powtórzenie.

"Na komodzie zobaczyła jego zdjęcie w ramce. Był młodszy, może jeszcze w czasie studiów." - może "(...) w ramce - jeszcze z czasów studiów"?

"Z pośpiechem wbiegła do domu. Zostawiając błotne ślady na dywanie." - to, co wcześniej - interpunkcja. Tyle, że tu przecinek jest zastąpiony kropką. To powinno być zdanie złożone, a nie dwa zdania.

"Usłyszała już tylko kończący monolog nagrywany na automatycznej sekretarce." - "(...) kończący się monolog (...)"? Albo "(...) koniec monologu (...)"?

"Podniosła jeszcze słuchawkę, sprawdziła czy na pewno odłożył już słuchawkę.", "Teraz musiała obsłużyć tą machinę nowoczesności. Kiedyś Mariusz pokazywał jej jak obsługiwać sekretarkę", "(...) kompletnie bez liści. Jesień była już późna. Płytki chodnikowe i schody całe zawalone były liśćmi. (...) Do swoich obowiązków dodała jeszcze zmiatanie liści" - powtórzenia.

"Nawet koleżanki przestały czemuś przychodzić na herbatkę" - "(...) z jakiegoś powodu(...)"?

"oddala by" - razem. I literówka. ;)

"Codziennie była gotowa. Obiad był przygotowany" - powtórzenie. Może ten obiad niech sobie będzie na stole...? Albo niech ona codziennie na niego czeka, a nie będzie gotowa...?

"Ubrała ciepły płaszcz" - a w co go ubrała? ;D

"Wyraźnie osłabła całą tą przydomową pracą" - może osłabła przez pracę? Bo nie ma takiej formy w naszym języku, żeby słabnąć pracą.

"ukucie" - na mojej ulicy jest zakład kosmetyczny. Na szyldzie (albo na drzwiach - nie pamiętam) jest napisane "PRZEKUWANIE USZU". I od kilkunastu dobrych lat zastanawiam się, na co też oni te uszy przekuwają...? ;D
(dla tych, którzy nie wiedzą, o co mi chodzi - powinno być "ukłucie"...)

"Bezpowrotnie i szansy odwołania" - tu akurat może być (i powinno) "bezpowrotnie i bez szansy odwołania".

Poza tym, masz mnówstwo literówek.

No. Tom się znów nagadała. :) Mam nadzieję, że następne opowiadanie będzie lepsze (w sensie - mniej błędów). :) Czekam na nie z niecierpliwością.

Pozdrawiam, R.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...