Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jesień w tym roku byłą niesamowicie zimna. Silny wiatr wyrywał czarną parasolkę ze zmarszczonej ręki starej kobiety. Deszcz stopniowo przestawał padać. Była już przy schodach do swojego jednorodzinnego domu. Złożyła parasol potrząsając nim, pozbywając się osadzonych kropel. Płaszcz powiesiła w ganku.
- Niech obeschnie - powiedziała, do siebie dom był pusty.
Z torebki wyjęła portfelik, odłożyła go do komody przy ścianie. Wyjmowała go tylko do sklepu albo kościoła. Bardzo go lubiła, przypominał jej zmarłego dwanaście lat temu męża. Dostała go na kolejną rocznicę ich ślubu.
- ach, kiedy to było Janku, kiedy… - westchnęła, wspominając męża, bardzo jej go brakowało. Jednak pogodziła się z jego odejściem, takie jest życie człowieka.
- szykuje, tam dla mnie miejsce - zawsze myślała, tłumacząc sobie jego śmierć.
Teraz mogła odwiedzać go tylko na cmentarzu, robiła to codzienne. Dziś była u niego po kościele. W Niedziele zawsze chodziła zapalić świeczkę na jego grobie. Zawsze.
Zegar wybił godzinę czternastą, była już okropnie głodna. Spóźniła się gotowaniem ziemniaków. Jednak obiad był gotowy. Nakryła do stołu. Mariusz, jej syn obiecał ze przyjedzie dziś na obiad. Wychowała go, na dobrego i wykształconego człowieka. Była z niego dumna, gdy skończył studia z wyróżnieniem. Teraz pracował gdzieś w banku. Zawsze zaganiany, rzadko kiedy miał dla niej czas. Każda godzina spędzona w jego towarzystwie była cenna, każde słowo zamienione z nim.
- Jest asystentem dyrektora banku, to tak jak vice - dyrektor - chwaliła się swoim koleżankom.
Była z niego naprawdę dumna. Jej kochany jedynak. Włożyła w niego całą swoją miłość, szczególnie po śmierci męża. Stał się jej całym światem. Mariusz się spóźniał. Kobieta siedziała samotnie przy stole. Głód był już niesamowicie wielki. Spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła osiemnasta. Kobieta nie jadła już od trzynastu godzin. Czekała na swojego synka. Mogłaby czekać jeszcze kilka razy tyle o głodzie i w zimnie jeśli trzeba by było, byle ją odwiedził. Chodź na chwile.
Starsza kobieta w milczeniu sprzątnęła do regału serwis obiadowy, tak jakby jej syn ją odwiedził, a teraz sprzątałaby po jego wizycie. Usiadła. Na komodzie zobaczyła jego zdjęcie w ramce. Był młodszy, może jeszcze w czasie studiów. Rozpłakała się. Łzy jedna za drugą spływały po policzkach. Kobieta sięgnęła do komody. Wyjęła różaniec. Uklękła i odmówiła cały, dwukrotnie.
- może, coś mu wypadło… oby tylko nic mu się nie stało… - mówiła szeptem, płacząc. Rozmawiając z krzyżem na ścianie. Mokrą szmacianą chustką wycierając łzy.

* * *
Wróciła właśnie z cmentarza. Otwierając drzwi, usłyszała dzwoniący telefon. Z pośpiechem wbiegła do domu. Zostawiając błotne ślady na dywanie. Usłyszała już tylko kończący monolog nagrywany na automatycznej sekretarce. Podniosła jeszcze słuchawkę, sprawdziła czy na pewno odłożył już słuchawkę. Nie zdążyła. Teraz musiała obsłużyć tą machinę nowoczesności. Kiedyś Mariusz pokazywał jej jak obsługiwać sekretarkę, ale nie zrozumiała do końca. Nie robiąc mu jednak przykrości, kiwnęła głową na tak, gdy spytał czy rozumie. Teraz wyszło jej kłamstwo. Wciskała klawisze od prawej. Taśma przewinęła się, potem znowu. W końcu rozległ się jego głos gdzieś w środku nagrania, może jeszcze dalej : ,,… że nie przyjechałem, nie mogłem, u nas wszystko dobrze, przyjedziemy…”. Kobieta przypadkiem przycisnęła czerwony guzik. Nie wiedziała co to oznacza. Taśma cofnęła się i skasowała. Przez kilka sekund próbowała jeszcze coś zrobić, nadaremnie.
- przyjedzie, to dobrze, ciekawe tylko kiedy… - powiedziała pod nosem, żałując że skasowała taśmę.

* * *
Wysprzątała cały dom, była już strasznie zmęczona. Miała już odpocząć, ale postanowiła wyszorować jeszcze podłogę. Dawno to robiła, chyba przed jego ostatnią wizytą. Usłyszała coś. Spojrzała przez okno, sąsiad przyjechał z pracy, nic nowego. Spojrzała w drugim kierunku i zobaczyła gołe drzewo, kompletnie bez liści. Jesień była już późna. Płytki chodnikowe i schody całe zawalone były liśćmi. Nie wiedziała jak mogła tego nie zauważyć, wychodząc na cmentarz. Do swoich obowiązków dodała jeszcze zmiatanie liści.


* * *
Już czwarty dzień, jak czeka na przyjazd syna. Wiadomość na sekretarce była jasna, mówił ze przyjedzie. Była strasznie zmęczona, jej samotne życie stopniowo zamieniało się w koszmar. Nikt jej nie odwiedzał. Nawet koleżanki przestały czemuś przychodzić na herbatkę i plotki. Początkowo ją to cieszyło, czasem miała ich strasznie dość. Teraz oddala by wiele za kontakt z kimkolwiek. Pocieszała się. Mariusz odwiedzi ją lada dzień. Codziennie była gotowa. Obiad był przygotowany , dom wysprzątany jakby zbliżały się święta. Dla niej odwiedziny syna były czymś więcej niż świętem. Były cudem. Samej było jej źle, strasznie źle, a Mariusz zmieniał wszystko. Kolejny raz wyszła na dwór. Ubrała ciepły płaszcz, deszcz na szczęście nie padał już od dwóch dni, nawet wiatr nie był już tak silny. Do zmęczonej pracą ręki wzięła drewnianą miotłę. Zmiotła schody z liści, robiła to dwa razy dziennie rano i popołudniu. Liści wciąż przybywało. Sama nie wiedziała skąd. Bo drzewa w okolicy były już bezlistne. Było jej gorąco. Wyraźnie osłabła całą tą przydomową pracą. To zmiecenia został już tylko chodnik prowadzący od domy do furtki. Przeszła kilka kroków z miotłą w ręku. Wzięła oddech i energicznie zmiatała liście. Źle się poczuła, słabo. Oblał ją zimny pot. Grawitacja okazała się silniejsza od słabych nóg. Poczuła tylko lekkie ukucie w klatce piersiowej. Próbowała jeszcze przez moment oprzeć się na miotle, nie dała rady. Upadła. Powoli traciła świadomość. Zawiał mocny wiatr, poczuła go na wilgotnej twarzy. Złoto - brązowe liście wciąż spadały ku ziemi. Gładko lądowały na gruncie, kończąc żywot wracając do ziemi.

* * *
Mariusz wrócił z cmentarza. Długo nie mógł uwierzyć w śmierć matki. Miała przed sobą jeszcze wiele czasu. Miała zobaczyć wnuki. Doczekać ich chrztu, komunii, a może nawet ślubu. Tym czasem zobaczyła tylko swoją synową. Żałował także, że jej wtedy nie odwiedził, stracił ją na zawsze. Nie miał nawet komu się poskarżyć. Miał w prawdzie swoją żonę, ale rodziców stracił. Bezpowrotnie i szansy odwołania. Teraz codziennie był u niej na cmentarzu. Nowe kwiaty i znicze zmieniały się kilkakrotnie w przeciągu tygodnia. Znalazł czas. Był cały dla niej. Każdego dnia.





Pisałem 15 - 16 październik ‘06r
Mark P.

Opublikowano

Moje pierwsze odczucia po przeczytaniu:

Tekst ładny, choć może nazbyt oczywisty. Ale przecież nie wszystkie muszą być tajemnicze czy zaskakujące. Tu już w połowie było wiadomo co się stanie, nie mniej jednak rzecz nie stała się przez to nudna. Narracja jest prowadzona może trochę naiwnie ale w znacznym stopniu dobrze. Martwi mnie natomiast zakończenie. O ile cały tekst miał nie wiele błędów jako takich (kilka powtórzeń itp.), o tyle zakończenie zupełnie nie pasowało do reszty. Za bardzo chyba moralizatorskie jak dla mnie.
Mimo, że temat mógłby wydawać się trochę tendencyjny, to opisany został w sposób nie tyle nowy ile przystępny (może poza zakończeniem) i łatwy.
Moje ogólne wrażenie - dobre. Gorąco zachęcam do dalszych prób.

Pozdrawiam serdecznie.

do lilki: to nie wrażliwość tylko OBRAZOWOŚĆ :)

Opublikowano

dzięki za ocenę i rady!! to drugie przedewszystkim:) popracuje jeszcze nad zakończeniem bo rzeczywiscie najmniej mi sie ono podobało, a wyszło takie jakie wyszło bo troszke sie z nim pośpieszyłem ( kolejny raz wychodzi ze z pisaniem nie można sie śpieszyć)... ubzdurałem sobie ze go skończe w poniedziałek i skończylem, efekt jest nienajlepszy, ale to iż pracę umieściłem tutaj nie znaczy ze skończylem ją...obiecuje nanieść poprawki...

Będe próbował dalej pisać... bo mam kilka tamatów w głowie, a nowe wciaż sie pojawiają.
jeszcze raz dzięki, i zachęcam do dalszego czytania moich prac i oceniania( także jeszcze tej, kto tam nie przeczytał i nie ocenił, życzyłbym sobie także zeby każdy kto przeczyta zostawił po sobie jakiś komentarz, choćby króciutki, każdemu bedzie milej widzeć jakieś słowa pod swoim tekstem,) dzieki
Pozdrawiam
Marek

Opublikowano

Wiesz... z tekstem nigdy nie należy się spieszyć. Ale ten problem dotyczy chyba wszystkich nas :) Tekst powinien poleżeć. Dojrzeć jak wino. Zostać przeczytany po tygodniu, dwóch - żeby można go było obiektywnie ocenić. Potem poprawki - ja kiedyś np twierdziłem, że poprawianie to gwałt na natchnieniu. W końcu jednak musiałem przyznać, że przecież nie jestem Słowackim, a to nie jest romantyczna improwizacja. Teraz jest lepiej, widzę, że idę do przodu dzięki wstrzemięźliwości:) To taka dygresja.
Mam natomiast pytanie, które wcześniej mi umknęło - co znaczy tytuł? Bo nie mogę odnaleźć w tekście jego umotywowania. Pozdrawiam - poeta2K

Opublikowano

Twarz jesiennego deszczu...

wyobraź sobie twarz kobiety, która czeka na syna
twarz faceta, który wie, że zawiódł matkę, i nie może tego naprawić

jesienny deszcz zawsze kojarzył mi sie z jakimś smutkiem, coś co dzieje sie naturalnie, wplywa na nasze życie, wprowadzając smutek, choć my stoimy obok, niby na niego odporni, a jednak nie, twarz obrazuje bohaterów, ich smutek, życie przepełnione nieodwracalnym żalem tak wiec, napiasć można by : "smutna twarz bohetera"

Opublikowano

niech obeschnie płasz;D - powiedziała do siebie, dom był pusty w znaczeniu nikogo w nim nie było, bo mieszkała sama

przychodzi mi na myśl pewnien cytat z filmu, oddajacy obraz mojej pracy

- kilka niedociągnieć jest...
- a gdzie tu są dociągniecią...

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Skoro zostałam tu zaproszona i kilka razy poproszona o komentarz, to się wypowiem, bo mam dużo uwag.

Tak, jak pod innym utworem Włuczykija - zacznę od pochwał, żeby osłodzić nieco resztę.

Opowiadanie mi się podoba - smutne, samotne, zimne. Choć temat nieco oklepany i faktycznie (jak to już zaznaczył poeta2000) już przed połową można się domyślić zakończenia, to i tak uważam, że nie jest złe.

Natomiast nie zgadzam się z poetą2000 w kwestii błędów. Ja widzę je w prawie każdym zdaniu (na pociechę mogę dodać, że późniejsze opowiadanie jest już lepsze pod tym i wieloma innymi względami). Nie wyrzucę tu wszystkich, bo mój komentarz byłby dłuższy, niż samo opowiadanie, a poza tym - do każdego błędu jest kilka przykładów, więc po co wszystkie tu przytaczać?

"Złożyła parasol potrząsając nim, pozbywając się osadzonych kropel." Może tak: "Złożyła parasol. Potząsnęła nim, żeby pozbyć się osadzonych kropel"?

"Płaszcz powiesiła w ganku" - "(...) powiesiła na ganku".

"powiedziała, do siebie dom był pusty. ", "szykuje, tam dla mnie miejsce", "ach, kiedy to było Janku, kiedy" i wiele innych - to, czego czepiałam się także w tamtym opowiadaniu: przecinki nie tam, gdzie trzeba. Masz wyraźne problemy z interpunkcją. Może spróbuj sobie wymyślić jakieś ćwiczenie, żeby się nauczyć tych znaczków...? To nie przytyk. Ja tak serio. Przydaje się - wiem z doświadczenia... :)

"Z torebki wyjęła portfelik, odłożyła go do komody przy ścianie. Wyjmowała go tylko do sklepu albo kościoła." - w tym momencie była w domu, więc dlaczego go wyjęła? Niekonsekwencja. Błąd logiczny.

"Dostała go na kolejną rocznicę ich ślubu." - bez "ich", bo wiadomo, że jej i męża. Z kolei "ich" zdaje się sugerować (kiedy to zdanie jest wyrwane z kontekstu), że to była czyjaś inna rocznica.

"W Niedziele" - normalnie "niedzieli" nie pisze się dużą literą. To był dla niej jakiś szczególny dzień? Bo nie jest to zaznaczone w tekście poza tym, że bohaterka chodziła wtedy na grób męża. Duża litera więc wygląda jak błąd.

"vice - dyrektor" - bez myślnika.

"Stał się jej całym światem. Mariusz się spóźniał." - "Mariusz" powinien już być w następnym akapicie.

"Głód był już niesamowicie wielki" - może "Głód był już niesamowity" albo "(...) był już nie do wytrzymania"?

"Chodź na chwile" - choć na chwilę. "Chodź" to tryb rozkazujący, np. "chodź tutaj".

"Starsza kobieta w milczeniu sprzątnęła do regału serwis obiadowy, tak jakby jej syn ją odwiedził, a teraz sprzątałaby po jego wizycie" - Może bez "a teraz sprzątałby po jego wizycie"? Po "odwiedził" kropkę walnąć? I tak wiadomo, o co chodzi, a tak, jak jest teraz - powstaje wielosłowie i niepotrzebne powtórzenie.

"Na komodzie zobaczyła jego zdjęcie w ramce. Był młodszy, może jeszcze w czasie studiów." - może "(...) w ramce - jeszcze z czasów studiów"?

"Z pośpiechem wbiegła do domu. Zostawiając błotne ślady na dywanie." - to, co wcześniej - interpunkcja. Tyle, że tu przecinek jest zastąpiony kropką. To powinno być zdanie złożone, a nie dwa zdania.

"Usłyszała już tylko kończący monolog nagrywany na automatycznej sekretarce." - "(...) kończący się monolog (...)"? Albo "(...) koniec monologu (...)"?

"Podniosła jeszcze słuchawkę, sprawdziła czy na pewno odłożył już słuchawkę.", "Teraz musiała obsłużyć tą machinę nowoczesności. Kiedyś Mariusz pokazywał jej jak obsługiwać sekretarkę", "(...) kompletnie bez liści. Jesień była już późna. Płytki chodnikowe i schody całe zawalone były liśćmi. (...) Do swoich obowiązków dodała jeszcze zmiatanie liści" - powtórzenia.

"Nawet koleżanki przestały czemuś przychodzić na herbatkę" - "(...) z jakiegoś powodu(...)"?

"oddala by" - razem. I literówka. ;)

"Codziennie była gotowa. Obiad był przygotowany" - powtórzenie. Może ten obiad niech sobie będzie na stole...? Albo niech ona codziennie na niego czeka, a nie będzie gotowa...?

"Ubrała ciepły płaszcz" - a w co go ubrała? ;D

"Wyraźnie osłabła całą tą przydomową pracą" - może osłabła przez pracę? Bo nie ma takiej formy w naszym języku, żeby słabnąć pracą.

"ukucie" - na mojej ulicy jest zakład kosmetyczny. Na szyldzie (albo na drzwiach - nie pamiętam) jest napisane "PRZEKUWANIE USZU". I od kilkunastu dobrych lat zastanawiam się, na co też oni te uszy przekuwają...? ;D
(dla tych, którzy nie wiedzą, o co mi chodzi - powinno być "ukłucie"...)

"Bezpowrotnie i szansy odwołania" - tu akurat może być (i powinno) "bezpowrotnie i bez szansy odwołania".

Poza tym, masz mnówstwo literówek.

No. Tom się znów nagadała. :) Mam nadzieję, że następne opowiadanie będzie lepsze (w sensie - mniej błędów). :) Czekam na nie z niecierpliwością.

Pozdrawiam, R.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @andrew @wiedźma @LessLove @Alicja_Wysocka @Kwiatuszek @Posem serdecznie Wam dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @jjzielezinski   I ze wzajemnością! Wszystko mam czarno na białym! W dokumentach - to są formalne dowody! A pan by wszystko chciał, abym publicznie opublikował? Po co i w jakim celu? Takich rzeczy nie wolno ujawniać! To pokazanie na tacy wrogom własnych argumentów formalnoprawnych! Serdecznie zapraszam na mój esej pod tytułem - "Jasinizm" - tam opublikowałem wszystkie badania, a pan? Istnieje jeszcze badanie wiarygodności - wiarografem - zrobi to pan?   I jeszcze jedno: oskarżył mnie pan o kłamstwo bez udowodnienia, a na to jest - artykuł 234 kodeksu karnego - od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.  
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      No nie ma wyboru :) Pozdrawiam!
    • ]WIELKA FLAMANDZKA[ "Κάτω από το .40 δεν υπάρχει λαός. Πάνω από το .50 δεν υπάρχει Θεός" - Φ. Νίτσε, Ο πρωκτός του Ζαρατούστρα Flamandki idą w tan, nie mówiąc nic Nie mówi im  nic niedzielny dzwon  Flamandki idą w tan, nie idąc w noc Flamandki to nie mówiący typ  Idą w tan, bo mają dwadzieścia lat Wiek, gdy musisz zaręczyć się  Zaręczyć, by móc wziąć ślub Ślub, byś  dzieci mieć mógł Tak uczyli  rodzice nas Mnich, i Eminencja sam Arcykapłan, co w katedrze jest  Dlatego tak, dlatego tak idą w tan  Flamandki  Flamandki  Fla- Fla- Fla-  Flan Idą w tan, nie idąc w dreszcz Nie idą w dreszcz w niedzielny dzwon  Idą w tan, nie roniąc łez  Flamandki nie ze łzawych są Idą, bo minął trzydziesty rok A to rok, gdy dobrze pokazać, że Wszystko dobrze, dzieci rodzą się Jak chmiel i żyto w krąg  Że dumą rodziców są  I Mnicha, i Eminencji, co  Kapłanem tu w katedrze jest  Dlatego tak, dlatego tańczą wciąż Flamandki  Flamandki  Fla- Flo Flamandki idą w tan, nie brnąc w śmiech Nie brną w śmiech, w dzwonu broń Nie brną w śmiech, bo śmiech to grzech Flamandki nie mają zmysłu doń Tańczą wciąż, choć już sześć dych - Dostojny wiek, czas pokazać, że Dobrze jest, wnuki wyszły ci Jak chmiel i żyto w szkle  Wszystkie spowite w czerń  Jak Mnich, Eminencja Jej Co w klasztorze pędzi też Dziedziczą ją, jak tan ten Flamandki  Flamandki  Fla- Fla- Flen Flamandki dą w tan, choć minęło lat sto  A nasz sto musisz wykazać się Pokazać, że umiesz wychylić szkło  Z chmielu i żyta, co utrzymało cię Idą w sto pas do przodków, w ten sam dzwon Co mnich, a nawet Ekscelencja, co Archiprezbitrem post mortem zrobili go I dlatego idą jeszcze raz w tan, to szkło  Idą w tan, choć nie chce zgiąć się krzyż, Zdjąć się krzyż, ten wielki dzwon Wziąć ten krzyż, krzyż lżejszy niż Tan tan, tan ten po zgon Flamandki Flamandki Fla- Fla- Pa pa Pavulon...     (MAŁY GATSBY) 'Out stultum caedis Out stultorum caedebas" M. Aurelius, Ars philosophiae. Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, Marathon Dołącz się, włącz się w maraton nasz  Zawsze idziemy w tan, gdy muzyka gra Dołącz do nas, pod ręką maraton masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo wokół lat dwudziestych ryk Ryk, bo w wannie skończył się gin  Lecz w W-D-O-W-D i odkupienie win Do sławy szlak i mocny życia łyk  Lindbergh, Liberty Dzwon Wciąż niemy film, gra Al Capone Czarny, Czarny Poniedziałek, upadek giełd Lecz ty wciąż w tańcz, tańcz, nieważny געלט Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, pij ten bełt Dołącz się, włącz się w maraton nasz  Zawsze idziemy w tan, gdy muzyka gra Dołącz do nas, pod ręką maraton  masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo w nas lat trzydziestych jęk  Jęk, bo wokół gonitwy zgiełk Buster ma kamienną twarz, lecz Charliemu świat pękł  Kupony, slamsy, z Frankensteina piekł   Adolf wszedł  za to z  Hindenburga trup NEP i zboże dorodne jak elektryczny słup  Zadzwoń do  brokera i miętusy kup  Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, cię rżnął głup! Dołącz się, włącz się w nas Zawsze idziemy w tan, muzyka gra Dołącz, pod ręką  masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo wokół lat czterdziestych dym Dym, bo trąby sławy grzmią tym Co nadchodzą, kładąc rym, Gdzie Dachau, Hakenkreuz, i Gott mit Ihm "Ósmego dnia stworzył Bóg Grzybć",  Jako ersatz Trwać wyst. Oppenheimer, R.!!! Pokój słodki tak, jak twa mać  Więc tańcz jeszcze tańcz, nim oddasz życia ster  Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, Marathon Maraton, maraton Mara, Mara, mara zer  Dołącz, włącz się w maraton nasz  Zawsze idziemy w tan, gdy muzyka gra Dołącz, pod ręką maraton  masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo wokół lat pięćdziesiątych śpiew  Śpiew bo jednak po coś była ta krew  I już sześćdziesiątych swing prawom wbrew I siedemdziesiątych piasku gniew Następnych z Wall Street wilczy zew Potem Stadion X, dalej koniec World I  pracujący bez cztery L Wszystkich na Mars wyśle Elon nas Przyjemność dla mas, wdzięki  z Only Fans,  Więc tańcz, wtańcz nas w ten radosny czas! Maraton, maraton Mara, Mara, Mara, but by was!  Dołącz, włącz  maraton nasz Zawsze  w tan, gdy gra Dołącz, masz Tan dnia Więc idź w dym, dym jak Rzym! Rzym, więc zaświadcz życiem swym, gdzie Krym. Tan, bo lat dwudziestych skamla pies Pies, bo dni kres Kres, bo bój ma gest Gest choć, choć krwi dość jest Tan lat skamla jak pies Pies, bo kres Kres, bo gest Gest choć, chodź, jest
    • @Jacek_Suchowicz   Dziękuję    Łukasz Jasiński 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...