Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jakoś ciężko mi teraz dokładnie określić dzień w jakim się to stało, a porę dnia tego tym bardziej, jednak sama wystawa niezaprzeczalnie wydarzyła się w moim życiu, choć piętna założonego przez organizatorów chyba do końca w nim nie odbiła. Trudno tak dokładnie to określić, bo ani zbytnio nie patrzyłem, ani nie słuchałem eksponatów (poza tym jednym, co tak treściwie i krótko; a i tym jeszcze jednym co tak z polotem), ale takie mam wrażenie i mnie jako mnie niełatwo coś na to poradzić.

Jasno było na pewno, a może też i wtorek, gdy szedłem przez park nieduży, otaczający mieszkanie, w którym nie dane mi nigdy było posiedzieć, telewizji pooglądać ni radia posłuchać. Na staw patrzyłem i szumu śmieci przelatujących z wiatrem nieopodal słuchałem. No jak co wtorek, chociaż środami i sobotami też się mnie zdarzało przechadzać tamtędy, ale w sobotę nikt wystawy by chyba nie organizował, bo ludzie się do parku w stawie kąpać by przyszli i wystawcom przeszkadzali zdecydowanie. Słońce świeciło przez chmury, ale nie takie co to jak się człowiek patrzy to od razu myśli, że zaraz deszcz na niego spadnie i zastanawia się czy zdąży dobiec do przystanku autobusowego, a po drodze roztrząsa czy bardziej zmoknie jak biegnie czy może jakby szedł krokiem spokojnym, tylko zwykłe chmury, jakie w audycjach radiowych o pogodzie określają jako lekkie zachmurzenie. Oczu mrużyć nie musiałem, także widziałem wszystko jasno i wyraźnie jak na osobę o wzroku zmęczonym od patrzenia, bo przecież starałem się patrzyć od początku życia, a już na pewno od początku życia takiego świadomego, co to wiedziałem kiedy i jak. Kapelusz zdjąłem bo mimo chmur ciepło było, a do tego w kapeluszu tak jakoś się niedobrze czułem alejkami parku spacerując, podczas gdy na ławce znajomek bez kapelusza na głowie siedział, bo ten przed nim z drobniakami paroma w środku egzystował. Ja do niego - czy sam sobie drobniaków nawrzucał, czy się za robotę wziął, a jeśli tak czy na ubranie nowe czy może bilet kolejowy potrzebuje, a ten mi nagle (ja się nie spodziewałem), że po drugiej stronie stawu jest wystawa, co trzeba pewnie płacić, ale warto bo eksponaty ciekawe i nieprędko będzie okazja coby je zobaczyć, a już na pewno nie w tym parku niewielkim.

Drobniaka rzuciłem, łyka pociągnąłem i chwili nie czekając polazłem na stawu drugą stronę, bo mimo iż jasno to nie tak wcześnie wcale, a płacić nie będę jak na wszystko popatrzeć nie mogę. Znajomek posiedział na tej ławce jeszcze chwilę, ale drobniaka mojego wyciągnął i egzystencję kapelusza przed nim przerwał a rozpoczął obok, od strony kosza na śmieci co mu łobuzy dno oderwali. Jak za drzewa się chowałem to siedział jeszcze ale się uśmiechał w taki sposób, że kto jak kto, ale ja to się przestraszyłem nie lada. Duży był, brodaty, z okiem szklanym i zębami bez wyjątku złotymi, a smarki Straszydło na niego mówili, co mu się nawet, nawet wydawało. Dla mnie nie było to wcale ot takie sobie, zwłaszcza że brama wystawy zaczęła już się z wolna zza krzaków wyłaniać a za nią ludzi mrowie nieprzebrane, chociaż sobotami niektórymi więcej mi się zdawało. Kapelusz na głowę naciągnąłem, poły marynarki otrzepałem, papierosów w kieszeniach poszukałem (nie znalazłem, pewnie znajomek co go dzieciaki Straszydłem nazywają by miał, ale ja się trochę wracać do niego obawiałem) i do bramy, elegancko z drągów olbrzymich zaimprowizowanej podszedłem jak gdyby nigdy nic.

Tak się mnie jako mnie przynajmniej wydawało, że prezentuje się nadzwyczaj okazale stojąc przy bramie i czekając na biletera coby mi udostępnił wejściówkę, podczas gdy tłumy przechodziły, mijały mnie nie zwracając uwagi na zapłatę za oglądanie wystawy. Zrozumienie się pojawiło w postaci Organizatora, co pod wąsem się uśmiechał niemrawo , a oczami strzelał w elegantkę oglądającą eksponaty, jawnie aż do bólu i mówił mi przy tym, że wystawa darmowa i jak mam ochotę to niech wchodzę, a jak nie mam to po co bramę zastawiam tak że zainteresowani nie bardzo mają jak przejść, a nawet się trochę (tak matka z dzieckiem na ręku jemu zgłosiła) się mnie obawiają w tym kapeluszu, co to niby ma już swoje lata i dziur trochę. Ja kapelusz lubiłem, ale zdjąłem bo żal mi dzieci co na rękach są noszone, przez matki, które ludzi porządnych do mundurowych (Organizator munduru nie miał, ale surdut bordowy, a w klapie medal) zgłaszają, że się ich boją niby. Mam owszem znajomków, co gęby mają, że sam się boję na ławce z nimi siedzieć, ale ja jako ja się do nich żadną miarą nie zaliczam a nawet gdybym chciał to zaliczyć bym się nie mógł. Organizator dalej w elegantkę strzelał oczami i ostrożnie się do niej zbliżyć usiłował, czego ta nie zauważała, bo gdyby zauważyła to jak nic by się zaczerwieniła i albo uciekła w tłum się schować, albo się sama do Organizatora zbliżać rozpoczęła.

Papierosa w drugiej kieszeni znalazłem, ale tytoniu się z niego tyle wysypało, że było jakbym pół papierosa palił, że niby podniosłem z podłogi przez któregoś z wizytantów wystawy niedopalonego, czy zabrałem mniejszemu i słabszemu, że niby już nie chciał. Nie było przyjemnie jak się patrzyli z obrzydzeniem, a kapelusz do tego mi wypadł przy bramie gdzieś i na pewno tłum go zadeptał tak, że mu jeszcze lat przybyło. Się z nim w myślach pożegnałem, ostatnie krople dymu połknąłem i słońcem zachęcony a uśmiechem znajomka wciąż zaniepokojony, kroki ku eksponatom skierowałem, bo mi jeszcze zamkną tę wystawę i nic już sobie nie pooglądam.

Eksponaty rozstawione były jeden po drugim naokoło placyku małego co w sobotę się na nim ustawiał wózek z watą cukrową, ale ja nigdy nie kupowałem bo się potem broda kleiła i ciepła wodą trzeba było płukać żeby jakoś wyglądała. Sporo ich było co niemiara, a tak zmyślnie Organizator wykombinował, że najnowszy z samego brzegu a potem już tylko starsze aż do najstarszego. A jak się nowy pojawiał, to się wszyscy o jedno miejsce do tyłu przesuwali, a ten najnowszy stawał na podnośniku pierwszym z brzegu i mówił co miał do powiedzenia.

Posłuchałem pierwszego, ale mówił, że lubi nasz park, a to nic ciekawego przecież nie jest, bo ja też nasz park lubię i przecież nie po to się na wystawę wybrałem, żeby słuchać, że eksponat, co przypominał chudego chłopaka jacy chodzą po parku ale w nocy i z dziewczętami raczej, a nie sami tak ja czy moi znajomkowie, mówi na temat lubienia tego parku przez niego jako niego. No to się zacząłem przesuwać wolno zgodnie z tym jak mnie to mrowie co to raz narastało, a innym razem jakby się przerzedzało całkowicie posuwało, a tak to sprytnie było, że koło wszystkich eksponatów mogłem je mijać, ale nie wszystkie musiałem słuchać, bo tak jak tamten chudy na przykład - nic zajmującego nie mówili.

Stanąłem sobie tak niepozornie jakby z boku troszkę, pożałowałem, że tego papierosa niekompletnego w całości połknąłem, i się przysłuchiwać zacząłem elegantce co to Organizator na nią okiem strzelał przy drągowej bramie, co teraz już jej widać nie było bo krzaki mi zasłaniały całkiem tak jak stałem. A elegantka o chłopcu, synku swoim najpewniej z takim polotem opowiadać rozpoczęła, że aż mnie łzy pociekły i nie tylko mnie ale i wizytantom wszystkim niemalże co stali przy mnie przed tym eksponatem. Tylko chudy co już z podnośnika zlazł krzywił się i obraźliwe jakieś słowa starał się połową gęby wypowiadać ale ja i kilku chłopów jeszcze, się krzywo patrzyło na durnia, więc zamilkł, jak od niego oczekiwano. A elegantkę wnet po ramieniu poklepywać zaczęto, ale ja się nie zdobyłem i nie klepnąłem bo ja tylko o tym chłopcu bym słuchał, a ciężko mi mówić o nim bo ani go znam, ani nawet na oczy widziałem.

Różniste eksponaty były na wystawie. Taki niewielki człowiek, ale z wąsem jak z obrazów starodawnych, krzyczał, że to niby go wszyscy oszukali, ale krzyczał chwilkę tylko, że zwalniać nawet nie trzeba było przy nim, to też się nasłuchał, od jednych, że go żadnym sposobem nie oszukali, od innych, że i owszem, od trzecich, że krzyczał za cicho, a kolejnych że w sam raz. Chyba na brata jego się potem natknąłem, bo wąs jak nic taki sam, a i wzrost równie nikczemny, ale oszustwo wykładał teraz tak dla mnie jako mnie nie do pojęcia, że słuchać się go nie dało i w końcu chyba nikt (ja na pewno!) nie słuchał, a na pewno nikt nie powiedział nic, a elegantka się nawet nie zatrzymała, bo chyba Organizatora wypatrywała. Zresztą mały z wąsem mówił i mówił, tak że się nic nie straciło, bo zawsze można było sprytnie się wycofać i to tak żeby nikomu nie przeszkadzać i posłuchać kawałka chociaż co ma do powiedzenia i nawet to się jako tako dało słuchać, ale to nie na wystawie przecież, ale w parku na ławce chętnie bym pogadał i o oszustwie mu wytłumaczył parę rzeczy.

I zatkało mnie w pewnym momencie, bo patrzę a tu dzieciaki krzyczą Straszydło! Straszydło! I faktycznie znajomka widzę mojego co egzystuje jako eksponat na nowym na samym początku podnośniku i opowiada że pomidorową z ryżem mu małżonka na obiad upichciła i że on ją tak lubi normalnie (pomidorową się znaczy, chociaż małżonkę najpewniej też), że mógłby jeść i jeść. No i ja już nie wytrzymałem i głośno w krzyk, że pomidorowa to z makaronem tylko no bo jakim cudem z ryżem, jak gołąbki na przykład. A chudy, wąsaci, elegantka i inni, że olaboga ale że z ryżem, a że z makaronem, a chlebem może i tak w kółko, jak jakieś nie wiadomo co. A znajomek mój na to, ze on z ryżem i już, a jak się nie podoba, to nie muszą podziwiać jego jako eksponatu i on sobie może iść i nie musi wcale być tu bo to przyjemne nie jest.

I nie wiem jak to się stało, ale mnie na podnośnik załadowali, i gapią się, jakbym miał coś niby powiedzieć, chociaż się przecież nie zgłaszałem żebym miał coś opowiadać. Ale tak patrzę na nich, a na znajomka najbardziej i jak widzę że te zęby swoje złote szczerzy a słońce się w nich jeszcze odbija, to mnie do łba przychodzi, że przecież jak pogadać będę chciał, to pogadam tam gdzie miejsce ku temu sprzyjające. Na ławce w parku. W mieszkaniu. Gdziekolwiek. A tu gadać trzeba bo to wystawa takiej natury i gadka moja ma być na tą wystawę specjalnie. Ze przecież on, Straszydło też by o pomidorowej normalnie nie dyskutował, ale jak wystawa co ma powiedzieć coś, no to mówi. I to widzę w jego pysku strasznym acz poczciwym, jak się z politowaniem uśmiecha, a zęby jego złote odbijają mnie na podnośniku. I nic nie mówiłem, a tylko oko szelmowsko mu puściłem, a jak się w odbicie w zębach gapiłem, to było jakbym puszczał do siebie.

Opublikowano

Owa stylizacja językowa nie jest poprowadzona konsekwentnie. Chciałeś chyba zastosować składnię łacińską, ale orzeczenie nie zawsze ląduje na końcu zdania (bądź części zdania), no i zdania nie rozpoczynają się od spójnika, a dodatkowo słowa typu ziomek lub coby dodatkowo burzą całe decorum. To raczej taki mix róznych stylistyk niezorientowany na coś konkretnego.
Jednak pomysł całkiem, całkiem... Poczekamy, zobaczymy, widoki na przyszłość są...

Opublikowano

ja nie odniosłam wrażenia, żeby bohater miał być profesorem filologii klasycznej... konsekwentnie prowadzona stylistyka nie oznacza dla mnie, że każde zdanie jest napisane tak samo i że jak łacińska składnia (ja się nie znam, nawet mi to do głowy nie przyszło!) to od razu klasyczne, niedzisiejsze słownictwo. Po prostu w całym tekście wypowiada się ten sam bohater, to widać, to dobrze. dla mnie ten bohater jest interesujący. tyle chciałam dodać.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Asiu, co ma piernik do wiatraka? Ja nic nie wspominałem obohaterze. Autor tekstu zastosował pewien sposób pisania, który przypomina składnię łacińską tylko połowicznie. Raz jest orzeczenie na końcu wyrazu, raz go nie ma. Chciałem tylko napisać, że nie mamy tu do czynienia ze stylistyką, a co najwyżej z próbą jej wprowadzenia w tekst. Nie rozumiem jaki maił zamysł autora względem tego zabiegu.
powtarzam, ja nic nie pisałem o bohaterze. chyba źle zrozumiałaś mój koment:)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Asiu, co ma piernik do wiatraka? Ja nic nie wspominałem obohaterze. Autor tekstu zastosował pewien sposób pisania, który przypomina składnię łacińską tylko połowicznie. Raz jest orzeczenie na końcu wyrazu, raz go nie ma. Chciałem tylko napisać, że nie mamy tu do czynienia ze stylistyką, a co najwyżej z próbą jej wprowadzenia w tekst. Nie rozumiem jaki maił zamysł autora względem tego zabiegu.
powtarzam, ja nic nie pisałem o bohaterze. chyba źle zrozumiałaś mój koment:)


To ma do wiatraka, że cały tekst jest wypowiedzią bohatera. Dlatego moim zdaniem to źle, że nie napisałeś nic o bohaterze, kiedy pisałeś o jego sposobie wypowiadania się. Bohater wypowiada się ze swoją własną świadomością i takim językiem, na jaki go stać. To, że lubi wykręcać zdania stawiając orzeczenie na końcu nie musi mieć nic wspólnego ze składnią łacińską. Rozumiesz o co mi chodzi? Gdyby to był tekst trzecioosobowy, to możnaby mówić o czymś takim, o czym Ty napisałeś, ale to jest napisane w pierwszej osobie, ktoś to mówi, opowiada, nie stylizyje swojej wypowiedzi świadomie na łacińską składnię, to autor stylizuje mowę bohatera na jego własną, indywidualną. Może źle używam słowa "stylizacja"... chodzi mi o to, że tekst jest napisany w specyficzny sposób, właśnie przez te wykręcanie zdań. Ok, zaczynam się powtarzać, to znak, że trzeba skończyć wypowiedź :P pozdrawiam ;)
Opublikowano

no dobra

albo się zapędziłeś , albo ja jestem na tyle głupim niedouczonym, realistą, że nie rozumiem co to za wystawa. Przynajmniej z treści nie wynika, czym ona jest, albo ja naprawdę tego nie pojmuję...
Jeśłi druga opcja jest tą właściwą to prosze o wyjasnienie.

Na starcie zawiało ukochanym Becketem....wiesz : "Jestem w pokoju mojej matki. Teraz ja tu mieszkam. Nie wiem jak się tu dostałem, może karetką pogotowia, w każdym razie jakimś pojazdem. Ktoś mi pomógł. Sam bym nie mógł." ... ale to był tylko taki wiaterek, wiatereczek, lekki powiew, choć styl masz zbliżony, trzymaj się tego kierunku.

1)choć piętna założonego przez organizatorów chyba do końca w nim nie odbiła. - mnie uczono, że coś może swoje piętno odbić na czymś... a nie w czymś.

2) Jesteś niekonsekwentny.

Jakoś ciężko mi teraz dokładnie określić dzień w jakim się to stało, a porę dnia tego tym bardziej(...) Jasno było na pewno, a może też i wtorek,

3) egzystuje jako eksponat - lubisz to słowo, bo pojawia sie ona wcześniej, ale egzystować to znaczy żyć, w globalnym znaczeniu ze wszystkimi problemami włącznie, nie można egzystować jako eksponat. Można go zastępować, sprawiać wrażenie sztuczności , ale nie egzystowac jako eksponat.

4) , że pomidorowa to z makaronem tylko no bo jakim cudem z ryżem, jak gołąbki na przykład. ????????????????????????????????????????????????? - że co ?

Początek zapowiadał coś fajnego, potem jednak wszystko siadło, nic się na tej wystawie (dziwnym pakrku) nie wydarzyło, prawdę mówiąc nie wiem o czym to jest...a ten szyk , o którym mówili moi poprzednicy, w takim nagromadzeniu jest męczący...

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...