Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Tak słucham?... Nie, nie chcę... A czy to ma jakieś znaczenie, dlaczego nie? Po prostu: nie i już... Dobrze. W takim razie: nie chcę, bo jestem wyjątkowo nieuprzejmym, złośliwym i wrednym babskiem!
Odłożyłam słuchawkę. Po chwili jednak, telefon dzwonił kolejny raz, nawet już nie liczyłam, który dzisiejszego dnia. Wzruszyłam tylko ramionami.
" Nie odbieram."
Zaczynało się najczęściej popołudniem i trwało nawet do wieczora. Telefonowali różni, sama już nie wiedziałam jak ich nazwać... Na usta cisnęły mi się wyłącznie niecenzuralne słowa. Tym razem zdecydowałam, że zignoruję natrętów. Niech sobie dzwonią, jak nie mają nic lepszego do roboty.
Po kilkunastu sekundach sygnał ucichł.

Wczoraj było dokładnie tak samo. Najpierw musiałam tłumaczyć, że nie mam zamiaru wykupywać udziału w willi na Majorce, żeby w zamian za to mieć prawo do spędzania tam wakacji. Potem, że nie jestem zainteresowana prezentacją absolutnie niezwykłych i niezastąpionych w każdym gospodarstwie domowym, cudownych naczyń kuchennych. Nie chciałam też skorzystać z darmowej degustacji win połączonej z możliwością ich zakupu... Chwila spokoju i znowu ktoś dobijał się do mojej linii telefonicznej.
- Tak, słucham?
W odpowiedzi usłyszałam dźwięczny, dziewczęcy głosik.
- Dzień dobry - przywitała się bardzo grzecznie młoda osóbka. - Dzwonię z Instytutu Badania Rynku, przeprowadzamy ankietę konsumencką w grupie wiekowej pomiędzy osiemnastym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia, wśród osób zatrudnionych albo gdzie przynajmniej jeden członek gospodarstwa domowego ma pracę, ankieta jest anonimowa, potrwa kilka minut, czy pani mieści się w tym przedziale wiekowym a jeśli tak, czy zechce pani wziąć udział? - wyrecytowała prawie na jednym wydechu.
No trudno było się nie zmieścić. A swoją drogą, zawsze, przy takich okazjach, zaczynało mnie nurtować pewne pytanie: co się dzieje z ludźmi, którzy przekroczyli tę magiczną cezurę wiekową? "Przecież również i mnie może się to kiedyś przytrafić! Wolałabym, więc wiedzieć zawczasu, czy warto czekać, żeby przekonać się osobiście, bo to trochę niepokojące, że wszystko do sześćdziesiątki piątki - a potem, co?!..."
Oczywiście nie podzieliłam się moimi spostrzeżeniami z ankieterką, bo sądząc po jej głosie tego typu refleksje były jej jeszcze obce. Natomiast nie omieszkałam wytknąć jej pewnej nieścisłości.
- Proszę Pani - zaczęłam bardzo uprzejmie - po pierwsze: ankieta nie jest anonimowa, bo skoro dzwoni Pani do mnie do domu, to jak może być anonimowa?
- Ale w ankiecie nie ujawniamy danych respondentów.
Dobrze niech jej będzie, że nie ujawniają. Ale miałam coś jeszcze w zanadrzu.
- Po drugie: owszem, wezmę w niej udział, ale najpierw podam pani numer mojego konta bankowego.
- Nie, nie musi pani. Nie ma takiego wymogu.
- Podam pani numer mojego konta bankowego - kontynuowałam niewzruszona - na które przekażą państwo honorarium za mój udział w badaniu.
- Ale, to badanie jest bezpłatne - stwierdziła naiwnie
- A ile płaci państwu firma na zlecenie, której przeprowadzają państwo tę ankietę?
W odpowiedzi usłyszałam tylko trzask odkładanej słuchawki.
" Utleniła się jak włosy po perhydrolu - roześmiałam się w duchu i pomyślałam, że ją akurat mam chyba z głowy na dłuższy czas."
Telefon jednak nie dawał za wygraną. Kolejna zadzwoniła agentka firmy ubezpieczeniowej oferując mi wyjątkowo korzystną polisę, na niezwykle atrakcyjnych warunkach.
- Nie ma sprawy - odpowiedziałam bez namysłu - Z jednym zastrzeżeniem.
- Oczywiście, jesteśmy zawsze do dyspozycji klienta.
- Podpiszę umowę, ale w zamian pani podzieli się ze mną swoją prowizją. Fifty fifty.
Na chwilę odebrało jej mowę - pewnie pomyślała, że zwariowałam. W końcu odpowiedziała z lekkim zakłopotaniem w głosem:
- Nie przewidujemy tego typu procedur.
- To błąd. Taki brak elastyczności w pani zawodzie? W takim razie sama pani rozumie, że skorzystam z usług konkurencji.
I odłożyłam słuchawkę.
Potem była przedstawicielka firmy telekomunikacyjnej, która najwyraźniej poczuła się osobiście dotknięta moją odmową i stwierdziła bez żadnych ogródek, że ja muszę być jakaś głupia, skoro nie chcę płacić taniej za telefon. Na co ja odpowiedziałam jej, że jest mi bardzo przykro - zarówno ze względu na nią, jak i na innych - że ludzie są dziś zmuszeni do wykonywania tak beznadziejnej pracy. W związku z tym życzę jej, żeby znalazła sobie w najbliższej przyszłości coś bardziej sensownego, ale teraz szkoda, żeby marnowała swój czas, bo na mnie nic nie zarobi. A, i żeby przekazała to swoim koleżankom, które regularnie nachodzą mnie w domu.
Następny telefon był od pani z Instytutu Hydrologii z propozycją przeprowadzenia w moim mieszkaniu darmowego badani wody.
- A filtry też potem państwo montują za darmo?
- Ale my...
- Bo widzi pani, muszę się do czegoś przyznać: zalegam z opłatami
i akurat tak się składa, że odcięto mi wodę. Interweniowałam już wprawdzie w Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej, bo wie pani czym może się skończyć taki brak wody? Świerzb, parch, liszaj, egzema a nawet tyfus plamisty... to nie są żart. Ale wie pani ile takie sprawy się ciągną. A taki filtr mogłabym odsprzedać i zapłacić zaległości. W sumie to mogliby go państwo nawet nie montować...
Kolejny był przedstawiciel funduszu emerytalnego ( to pewnie na wypadek gdybym chciała się dowiedzieć jak to jest po sześćdziesiątce piątce), któremu obiecałam, że skorzystam z jego propozycji pod warunkiem, że załatwi mi lepszą pracę, bo wtedy uzyskają ode mnie wyższą składkę i wszyscy będziemy zadowoleni.
Po nim, kobieta oferująca wydawnictwa multimedialne, do nauki języków obcych.
- Niech mi Pani wierzy za niewygórowaną cenę otrzyma Pani słownik, podręcznik i zestaw płyt CD. Wspaniała jakość, wspaniały dźwięk...
- Zajefaje niezła ściema a za ile to sie ma?
- Przepraszam, nie rozumiem...
- Ja też nie, ale fajnie brzmi.
Zadzwoniła też jakaś, najwyraźniej oszczędna, firma, bo cała oferta została odtworzona przez automat. Wprawdzie nie musiałam w związku z tym strzępić języka na tłumaczenie, że czegoś nie chcę kupić, ale nagranie było długie i zablokowało mój telefon na jakieś dziesięć minut. Szczęście, że w tym czasie nie wybuchł u mnie pożar, nie próbowali się włamać złodzieje i, że nie dostałam ataku serca. Pomyślałam jednak, że to jest jakieś wyjście. Może już czas się ucywilizować i kupić sobie telefon z automatyczną sekretarką.

Dzisiejszy dzień utwierdził mnie w tym przekonaniu, bo aparat nie umilkł na długo. Wkrótce natrętny sygnał dzwonka znowu brzęczał mi w uszach. W końcu nie wytrzymałam.
- Słucham, o co chodzi tym razem?
- Dzień dobry - powitał mnie nieco speszony - zapewne moim obcesowym wstępem - głos. - Chciałabym zaproponować Pani prenumeratę nowego periodyku...
" O, periodyk - pomyślałam. - Znaczy będzie kulturalnie i na poziomie "
- ... z branży kosmetologicznej. Razem z prenumeratą otrzyma pani katalog naszych produktów i prawo do nabywania ich na preferencyjnych warunkach a zaznaczę, że naszych kosmetyków nie można kupić w sklepach.
- A ile woluminów liczy sobie państwa periodyk?
- Dwanaście
- A te preferencyjne warunki, na czym polegają?
- Jako prenumeratorka, raz w miesiącu będzie pani miała prawo do zakupienia polecanego w numerze kosmetyku z rabatem.
" Hm?!" Byłam już zmęczona i żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mi do głowy. Przez chwilę myślałam nawet, żeby załatwić ją tak, jak wczoraj panią z Instytutu Hydrologii: liszaje, egzemy i te sprawy, ale to byłoby pójście na łatwiznę, poza tym nie lubię się powtarzać. Niech szare komóry buzują...
- Ding, dong!
Z kłopoty wybawił mnie dzwonek do drzwi.
- Przepraszam panią, ale ktoś właśnie do mnie przyszedł. Muszę otworzyć. Niech pani zadzwoni później a ja się zastanowię. - zakończyłam dyskusję.
" Nie! - myślałam w drodze do wejścia - chyba jednak załatwię ją liszajami. A co tam! Lepsze jest wrogiem dobrego."
Otworzyłam. Przede mną stał jakiś smętny człowieczek w maturalnym garniturki i z plecaczkiem przewieszonym przez ramię. Wydał mi się znajomy.
- Proszę panią - zaczął. - Mam taką serdeczną prośbę. Przyjechałem dziś rano pociągiem w sprawie pracy...
Teraz sobie przypomniałam - wczoraj zaczepiał przechodniów na ulicy. Dokładnie z takim samym tekstem
-...ale okradziono mnie na dworcu i nie mam jak wrócić do domu. Czy mogłaby mnie pani wspomóc? Zbieram na bilet.
- A ile panu brakuje?
- Ile będzie pani uprzejma.
- Rozumiem, że pracy pan nie dostał?
- Nie. Proszę panią... - machnął tylko ręką.
- Dobrze, w takim razie dam panu dwie dychy...
- Dziękuję! - przerwał mi - Serdecznie dziękuję!
-... ale w zamian umyje mi pan okna.
Facet najpierw zgłupiał. Potem udał pośpiech, spoglądając nerwowo na zegarek:
- Przepraszam, ale... za godzinę mam pociąg... muszę już iść.
I poszedł.
- Dryń, dryń!...
" O! To pewnie znowu dzwoni ta od periodyku - pomyślałam. - No liszaje, do dzieła!"
- Tak, słucham?
- Dzień dobry. Proszę pani, nasza firma przeprowadza badania konsumenckie. Chciałabym zaprosić panią na jedno z nich. Płacimy za udział. Czy byłaby pani zainteresowana?
" No nareszcie coś do rzeczy - ucieszyłam się."
- Oczywiście
- W związku z tym poproszę panią o odpowiedź na klika pytań z kwestionariusza kwalifikacyjnego: czy pani używa pasty do zębów?
- Zęby jeszcze mam, więc używam.
- No tak, oczywiście. A jakiej pasty najczęściej pani używa?
- A jakiej powinnam używać?
- No tak, oczywiście. Czy ma pani dzieci?
- Nie.
- No tak... Na pewno?!
- Wie pani, gdybym była mężczyzną, to rzeczywiście mogłabym nie mieć, co do tego pewności.
- No tak, Niestety w takim razie nie spełnia pani kryteriów...
- ?!
Do tej pory nie wiedziałam, że posiadanie dzieci bądź ich brak może mieć jakiś związek z pastą do zębów. Może warto poinformować o tym wszystkie kliniki zajmujące się leczeniem bezpłodności! Pytanie tylko: co jest wtórne, a co pierwotne? Czy ktoś, kto nie ma dzieci po prostu w pewnym momencie swojego życia przestaje myć zęby? Czy może - nie ma dzieci bo nie myje zębów. Taki antykoncepcyjny inhalator.
Odbierając kolejny telefon pomyślałam, że nieuchronnie nadchodzą czasy, kiedy z nas wszystkich zrobią akwizytorów albo ankieterów.
- Słucham?
- Ziutek?! No cześć stary! Co tam u ciebie słychać?
- Jakoś leci, pomalutku... Ale to niestety pomyłka
- O przepraszam bardzo.
- Ależ nie ma za co.
" Szkoda, jak już jakiś normalny człowiek, to niestety nie ten numer. Ale czy ja mam głos podobny do Ziutka?"
Zdecydowałam, że nie ma na co czekać, bo do reszty zachrypnę. Spojrzałam na zegarek: " Jeszcze zdążę!". Już miałam wychodzić, ale znowu zadźwięczał dzwonek.
- Uwaga! - poinformował mnie głos z nagrania - Bardzo ważna wiadomość o wygranej! Z przyjemnością zawiadamiamy, że jesteś laureatem naszej loterii! Aby dowiedzieć się o wysokości wygranej skontaktuj się z nami pod numerem: zero siedemdziesiąt, zero...
"Oni nawet łysemu sprzedaliby szampon do włosów i przeprowadzili ankietę z niemową. Koniec z tym! "
I pobiegłam, czym prędzej do miasta zaopatrzyć się w odpowiedni telefon. Z sekretarką. W sklepie. Z półki. Osobiście.

Kilka dni później znalazłam w skrzynce pocztowej stos ulotek i jedną większa przesyłkę. Reklamówki zaraz wyrzuciłam do śmietnika. W domu otworzyłam pakunek...
- Co to jest?!
Już sięgałam po słuchawkę, żeby zadzwonić do nadawcy i wyjaśnić sprawę, ale nie zdążyłam. Ktoś mnie uprzedził. Odebrałam telefon.
- Dzień dobry. Chciałabym zaproponować Pani prenumeratę nowego periodyku...
- Tak wiem. Z branży kosmetologicznej. Proszę pani, słyszała pani o liszajach...
Niestety nie poszło mi tak łatwo jak się spodziewałam, bo oczywiście okazało się, że ich kosmetyki są niepowtarzalne, wyjątkowe i absolutnie rewelacyjne. Przebadane dermatologicznie, hypoalergicze, homeopatyczne... Dopiero wzmianka o odszkodowaniu na wypadek wystąpienia odczynów alergicznych załatwiła sprawę.
Teraz mogłam wreszcie zająć się wyjaśnieniem kwestii przesyłki. Wybrałam numer widniejący na fakturze pod adresem nadawcy. Po krótkiej chwili oczekiwania zgłosiła się centrala: " Witamy w Telemarket Shise. W trosce o najwyższą jakość świadczonych usług informujemy, że wszystkie rozmowy są nagrywane. Jeśli nie wyrażasz zgody na nagranie, rozłącz się... Witamy w punkcie obsługi klienta. Jeśli chcesz się połączyć z działem sprzedaży - wybierz jeden, z konsultantem - wybierz dwa... z działem reklamacji - wybierz dziewięć. Aby powrócić..."
- Dział reklamacji, słucham, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Proszę Pani właśnie odebrałam przesyłkę od państwa, której wcale nie zamawiałam.
- Proszę podać kod zamówienia.
- Ale nie było żadnego zamówienia!
- Skoro Pani otrzymała przesyłkę...
Podałam jej ten kod. Przez chwilę słuchałam jak wstukuje kolejne cyfry na klawiaturze komputera
- Proszę Pani wszystko się zgadza. Zamówienie zostało złożone.
- To ciekawe. W takim razie może mi Pani jeszcze powie, kto złożył to zamówienie?
- Oczywiście. Pani sekretarka i z nią proszę wyjaśniać tę sprawę...

Opublikowano

hahahahahahahahahahahahahah


fan - ta - sty - czne...


" Muszę odpisać na korespondencję...Ikea do mnie pisze Liedl i Biedronka, zawsze tyle tego"


Czysty, życiowy realizm, jaki uwielbiam, całość przemyslana ( bo nie wierzę , że to wszystko przydarzyło ci się w życiu, a jesli nawet , to niew takich ilosciach,), napisane z lekkością, z punktu widzenia kobiety, jakby odpornej na te wszystkie dziwactwa, trochę zniesmaczonej, ale cierpliwej, i ciekawskiej. "Ja w centrum wielkiego kogla mogla" i co najwazniejsze, napisanej z ogromną dawką humoru, ironi, żartu, wiem,że sytuacje, które opisujesz same w sobie są śmieszne, komediowe, ale sztuką jest nie zabić w nich tego właśnie humoru, przez nieudolne pisanie. Tobie się udało...jESTEM POD DUŻYM WRAŻENIEM, oby więcej takich kawałków....

Bardzo serdecznie ci dziękuję za dawke dobrego humoru i pozdrawiam .

P.R

Opublikowano

p.s to jeszcze raz ja zapomniałem o technicznych sprawach,

początek jest świetny, mądrzy mówią, że właśnie początek jest najważniejszy, historia ma swój konkretny początek, jakby ktoś zrobił cięcie w najmniej odpowiedniej chwili i od niej wszystko się zaczyna aż do końca, ten jest rewelacyjny. "Tak słucham, rach ciach pach i lecimy z opowiescią) widac wszystko jak na dłoni,kobieta rozmawia przez telefon, króciutka ekspozycja i start...błędów się nie dostrzegłem, pointa jest, więc całość ma ręce i nogi , lub jak kto woli poczatek srodeki koniec....jest rewelacja... Czekam na następne

Opublikowano

Praca na 3+
Taka lekka łatwa i przyjemna, napisana poprawnie.
Mnie tam na kolana nie rzucila. Historia troche nudna i w zasadzie o niczym.
A wątek z odpisywaniem na listy Ikei czy Pizza Hut był już w "Dniu Świra"

Opublikowano

Piotrze
Dziękuję Ci za komentarz - tym bardziej, że miałam dziś wyjatkowo podły nastrój. Coś w stylu: " Zabierają ci osiem godzin z życia i płacą marne pieniądze." Ja to nazywam - godziny wycięte z życiorysu - i wywalone na śmietnik. Nie do odzyskania.
Dzięki.

Oxymoron
Tobie też dziekuję. 3+ - to i tak nieźle.
Chciałabym jednak coś wyjaśnić - czy każde pisanie ( z rozmysłem nie używam słowa literatura) musi być ciężkie, trudne i nieprzyjemne? Zaangażowane, pogłębione albo wręcz odwrotnie - z założenia autsajderskie? Jeśli szukasz czegoś takiego - to już wiesz, że u mnie tego nie znajdziesz. Jesteśmy biegunowo odmienne. Ja najlepiej odnajduję się w satyrze, grotesce... itp. I prawdopodobnie takie tekściki będę tu publikować. Jeśli będę?
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję.

Opublikowano

Publikuj Małgosiu.
Nie twierdzę, ze to nie jest literatura, bo jest i to na 10 razy wyzszym poziomie niz moja. Ja pisac nie mam ani czasu, ani ochoty, ani tym bardziej predyspozycji.
Natomiast duzo czytam. W ksiazkach szukam tzw. "prozy zycia", szukam analogi, szukam prawdy.
Poza tym jestem cholernie wybredna:)
Na trzy z plusem malo kto u mnie zdaje, no... moze poza Piotrkiem (glownie dlatego, ze przesyla mi swoje rozbierane fotki;)
Trzymaj sie. Czesc.

Opublikowano

Wciągające i zabawne, podobało mi się bardzo :) Też mnie irytują takie telefony, ale z drugiej strony jak pomyślę o znajomych, które pracują w czymś takim, to już nie wiem, po czyjej jestem stronie... ostatecznie chyba zawsze najlepiej zostać po własnej ;)

również czekam na kolejne teksty, publikuj :)

pozdrawiam

Opublikowano

technikalia:
darmowego badani wody - badania
zajefaje - w slangu to brzmi "zajefajne". Lepiej zmienić, bo obecnie brzmi jak wyraz z pornosa albo czegoś w tym klimacie
Zadzwoniła też jakaś, najwyraźniej oszczędna, firma, bo cała oferta została odtworzona przez automat - zamiast przecinków proponowałbym pauzy bądź wyrzucenie przecinka przed "firmą"

Ja tarzałem się ze śmiechu. Doskonała dawka humory. Rewelka. Napisane lekko i z założenia w tonie ironicznym, którym wykpiłaś ten ekspansywny wszechogarniający konsumcjonizm i komercjalizm, korporacje, kkkyyy... Powiem nieco trywialnie (po ziomalksu - bo jeszcze należę do młodzieży) zajefaje... yyy zajefajny debiut. Witamy na forum. Oby tak dalej.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...