Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Obudził się, z suszą w gardle, w swoim brudnym, dusznym pokoju. Przez chwilę myślał, że to jakiś tani motel. Ocuciło go kłucie w sercu, gdy dostrzegł zwiędłe paprocie zrozumiał, ku własnemu przerażeniu, iż to nie zawał. Wyczołgał się z łóżka, spojrzał na zegarek – 12.59. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy położył się spać albo wstał o normalnej porze. Zapalił papierosa, a spoglądając na kalendarz odhaczył w myślach „kolejny dzień bez niej”. Tyle razy myślał o samobójstwie, aż nie był do końca pewien, czy jeszcze żyje. Ciszę w pokoju i w jego głowie przerwał telefon.

- Halo – oczy mu się kleiły. Słuch pracował na zwolnionych obrotach.
- Co się z tobą dzieje – szef darł mu się do ucha. – Cały ranek dzwonię.
- Przejdź do rzeczy – poszedł do kuchni szukać popielniczki, ostrożnie manewrując papierosem z długim ogonem popiołu. Cały pokój był usłany kiepami, ale teraz czystość i dotarcie do popielniczki na czas stało się sprawą ambicji. – Kurwa – nie zdążył do popielniczki - mówże w czym rzecz muszę się napić kawy.
- Jest robota. Pojedziesz do Nevady. Dokumenty wysłałem pocztą. Rusz tyłek i sprawdź skrzynkę, najwyższy czas ją odkurzyć – powietrze przeszył śmiech spoconego grubasa. - W razie czego dzwoń.
- Jasne – starał się udawać entuzjazm, ale skupił się na mieszaniu kawy.
- I jeszcze jedno, nie schrzań tego!

Zawsze uważał, że co do szefa to miał w życiu szczęście. Zakładając spodnie katował się widokiem słonecznego lata za oknem i obalając swe założenia sprzed kilku miesięcy stwierdził, że jednak jest to najbardziej wkurwiająca pora roku. Ale może już żadna pora nie byłaby na czas, na pewno nie dla niego.
Przekopując stertę ulotek dotarł do meritum. Ulotki wylądowały na podłodze. Porozrzucał je trochę, żeby nie wskazywały bezpośrednio na niego. Wtapiając się w starą kanapę otworzył kopertę. Uwielbiał te urzędnicze papierki. Suche, precyzyjne, nie przywołują wspomnień ani nie determinują przyszłości. Miał jechać do Midgetville, w stanie Nevada. Bazgranina szefa wyjaśniała resztę;
Liczba mieszkańców; 132 dusze. Problem w tym, że miasteczko nie widnieje na żadnej mapie. Wiadomo, że istnieje, ludzie o nim słyszeli, ale wygląda na to, jakby nikt tam nie był. Miesiąc temu w okolicy zaginęła grupka młodzieży, 7 osób. Ostatni raz widziano ich na stacji benzynowej w Shagstone, 20 mil od domniemanego Midgetville.
- „Shagstone”, co to za nazwa do cholery? – miasteczko to właśnie zajęło pierwsze miejsce na jego liście najgorszych dziur na świecie.
Poszedł do łazienki ogolić się przed podróżą, by chociaż z tym mieć spokój przez kilka dni.
- Gdybym nie był taki przystojny to od razu palnąłbym sobie w łeb – powiedział zobaczywszy swoje odbicie w lustrze, lecz za chwilę poczuł bolesne ukłucie, które nieubłaganie przypominało mu jak bardzo jest żałosny.
Jeszcze przed wyjazdem postanowił się trochę pomęczyć. Usiadł i wpatrywał się w słuchawkę. Dzwonić, czy nie? Jeśli zadzwoni to usłyszy jej głos, ale zapewne i słowa, których ma już dość.
I choć oboje wiedzą i czują, że ma rację to ona zawsze znajdzie głupią ripostę na jego argumenty, aby nie musieć dorosnąć. Skończyły mu się słowa, czyny, gesty. Najbardziej adekwatne, by pokazać jej jak bardzo ją kocha byłoby wyrwanie sobie żył razem z sercem. Ale to chyba zbyt melodramatyczne.
Najpierw myślał, że po prostu boi się jej nie kochać, że boi się pustki, ale teraz już nie wie, jak się tego pozbyć. To znaczy wie. Wie, że to już nie przejdzie. Na dobrą sprawę wiedział od początku. Że prędzej gej zostanie papieżem. Postanowił sobie darować. Chciał tylko przypomnieć sobie chwilę, w której kompletnie stracił zmysły.
- Może dostałbym z tego tytułu, jakąś rentę? – zaciągnął się Pall Mall’em i porzucił optymizm. Na razie.
Wsiadł w starego Mustanga i ruszył przed siebie.

Uwielbiał zapach drogi, czy to w nocy, czy w dzień, czy w upał, czy w deszcz. Przejeżdżając przez każde kolejne miasto, widząc jego światła, ulice, wypełnione życiem, niczym arterie czuł się, jakby odkrywał nowy świat. Parkował, gdzieś na chwilę, a w myślach zaczynał nowe życie. Potem wymierzał sobie porządny policzek i ruszał dalej. Puszczał kasetę Stones’ów albo Sinatry, podkręcał do oporu i znikał w nocy.
Po trzech dniach podróży jedzenie w kiepskich restauracjach i spanie w jeszcze gorszych motelach dało się we znaki. Gdy rano spojrzał we wsteczne lusterko obiecał sobie, że dzisiaj będzie unikał luster. Zajechał do Shagstone prawie nad ranem i stwierdził, że palcem nie kiwnie dopóki nie odeśpi.
Motel w Shagstone nie był lepszy, czy gorszy od pozostałych mu podobnych, ale teraz zasnąłby na stercie siana. Spędziwszy trzy godziny na solidnym śnie i pięć na bezustannym paleniu połączonym z maniakalnym, błagalnym gapieniem się w sufit stwierdził, że pora na śniadanie. Jako, że lubił porównywać się do gwiazd, był przekonany, że Johnny Depp musiał cierpieć na ostrą bezsenność grając w „Las Vegas Parano”. Przeświadczony o byciu częścią marnego przedsięwzięcia artystycznego wszedł do lokalnego dinera na śniadanie. Zajadał się kęsami przypalonej jajecznicy kombinując, kto mógłby być reżyserem.
- Terry Gilliam – zbyt oczywiste. Bóg – ograne.
Stanęło na Van Sancie. Tą optymistyczną myślą zakończył posiłek. Dał sowity napiwek Betsy, kelnerce, której uroda przeminęła dobre dziesięć lat temu, ale nikt nie miał odwagi jej tego powiedzieć.
Niewyspany, ale za to najedzony ruszył na poszukiwanie Midgetville. Niestety Betsy nie dała mu żadnych wskazówek oraz wyraźnie zaznaczyła, by nie niepokoił takimi pytaniami klientów, więc był zdany na siebie. Sprawdzał każdy goły fragment ziemi, gdzie wyrwa w roślinności albo skałach sugerowałaby ukrytą drogę. Po godzinnych poszukiwaniach na chybił trafił szczęście się do niego uśmiechnęło. Droga zaczynała się za wielką skałą, jakieś 500 stóp od autostrady. Skała wyglądała jakby postawiono ją w celu zamaskowania tejże tajemniczej trasy, prowadzącej do mitycznego, legendarnego miasteczka. Biegła ona prosto, systematycznie w dół, tak że po kwadransie autostrada i krajobraz znikły za horyzontem. Poczuł się niepewnie, ale nie miał wyjścia, musiał jechać przed siebie. Za chwilę miało się okazać, czy Midgetville to faktycznie zamieszkała jest przez karłów.
- A może „małych ludzi”, jak oni chcą żeby ich nazywać? – uwielbiał zadawać sobie tego typu dylematy bez rozwiązania. – Do diabła z tym, może nie słyszeli o poprawności politycznej.
Gdy jego cierpliwość miała się ku końcowi z drogi wyrósł znak;

Midgetville, 128 dusz. Nie jesteś tu mile widziany. Zawróć.

- Zawrócić? Jeszcze czego! – wcisnął gaz do dechy.

Miasto utknięte było w kanionie, jakby ktoś wcisnął je w skałę dzieląc ją na dwa. Domki przypominały te ze „Smurfów”, oczywiście nie były w kształcie grzybów. Normalne domki, tylko mniejsze, jak na placu zabaw. Wszystkie białe. Na przeciwległym końcu nad wszystkim górował kościół. Poza tym jakiś zapuszczony motel, a w centrum ratusz i biuro szeryfa w jednym. Czuł na sobie spojrzenia mieszkańców. Tej garstki w mieście i dziesiątek ukrytych za firankami w oknach. Zatrzymał się przed ratuszem/biurem szeryfa. Wyszedł z niego mężczyzna, około metra sześćdziesięciu wzrostu, broda a’la ZZ Top, fajka, kowbojskie buty, jeansy i flanelowa koszula.
- Mała parodia Johna Wayne’a – pomyślał. – Przedstawienie czas zacząć. Powoli wysiadł z samochodu.

- Witam szeryfie – wyciągnął rękę oraz jakiś uśmiech, który znalazł na dnie kieszeni.
- Czego tu szukasz? Cokolwiek to jest nie znajdziesz tego tu – zgasił go szeryf.
- Nazywam się Mike Calvino. Detektyw Mike Calvino. Szukam grupki nastolatków – miasto ucichło. - Mogli tędy przejeżdżać...jakiś czas temu. Niebieski Voyager?
- Nikt tędy nie przejeżdża. A już na pewno nie bandy wścibskich bachorów.
- Rozumiem – Mike rzucił niedopałek na ziemię, starał się to zrobić najspokojniej, jak tylko był w stanie. – Pozwoli pan, że zostanę tu na dzień, dwa, zanim ruszę dalej.
- Motel jest nieczynny – uciął szeryf.
- Mogę spać w samochodzie – nagle facet z odznaką zmienił ton.
- W porządku – westchnął spoglądając na zebranych wokół nich mieszkańców. – Zapraszam pana na piwo, naprzeciwko – detektyw odwrócił się i dostrzegł bar.
- Ok. Powiedzmy za pół godzinki . Skoczę do fryzjera.
Szeryf pożegnał go kowbojskim gestem, czyli, jak to mawiał znajomy Mike’a: „z kapelusza”.
Salon fryzjerski mieścił się w ogólno przyjętych wyobrażeniach. Pachniał pomadą i starymi pornosami.
Sędziwy karzełek w fartuchu drzemał w jednym z trzech foteli.
- Świadczy pan usługą przycinania włosów łonowych? – detektyw zaintonował to pytanie, jakby przesłuchiwał fryzjera w charakterze świadka. Uwielbiał to robić zwykłym ludziom.
- Słucham? – staruszek upuścił grube, jak ściana okulary.
- Tak też sądziłem. Pan wybaczy, ale musiałem spytać – fryzjer nadal nie wiedział, gdzie dzwonią. Widząc to Mike postanowił darować sobie sarkazm. – W takim razie na jeża. I golimy.
- Tak jest.
Fryzjer był na tyle ślepy, iż nie zawracał sobie głowy różnicą wzrostu między Mike’em, a pozostałymi klientami. Mike’owi na szczęście także było wszystko jedno.

Odszykowany, żwawym krokiem ruszył na spotkanie z szeryfem. Stróż prawa siedział przy barze otoczony tłumem. Wyglądało to na naradę wojenną.
Mike zakaszlał doniośle. Rozmowy ustały, ludzie zaczęli się rozchodzić. Szeryf wskazał detektywowi miejsce obok siebie.
- Tobiasz Stulejko, szeryf – wyciągnął dłoń. Jego uśmiech był rozbrajająco szczery albo był świetnym aktorem.
Mike zawahał się na chwilę.
- Mike Calvino, detektyw.
- No proszę Włoch – odezwał się barman.
- Właściwie to Irlandczyk – odparł Mike, co bardzo rozbawiło wszystkich przy barze. – Naprawdę. Mój ojciec zmienił nazwisko, gdy przeprowadził się do włoskiej dzielnicy. Niewiele mu to dało, bo wykiwał mafię i zginął. Ale nazwisko już zostało.
Szeryf, jakby próbował ponownie skoncentrować się na swoich myślach.
- Słuchaj...Mike. Cenimy sobie prywatność. Zawsze tak było. Nikt nas tu nie odwiedza, my nikogo nie zapraszamy.
- Rozumiem, ale szukam...
Stulejko nie dał za wygraną. Chciał mieć ostatnie słowo.
- ...ich tu nie ma. Nie było i na pewno nie będzie – w tym momencie Tobiasz uśmiechnął się, jakby posiadał wiedzę większą, niż ta, do której się przyznawał.
- W porządku – Mike stwierdził, że słownymi utarczkami wiele nie zdziała. Postanowił uśpić uwagę wszystkich i poszperać nocą.
- Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy – szeryf uśmiechnął się i uderzył dłonią w blat. – Charlie piwko dla tego pana. Ma pan pokój w motelu. Oto klucz – wręczył Mike’owi pęk kluczy, jeden do motelu, drugi do jego pokoju. Numer 01.
- Bardzo dziękuję, jutro się wyniosę – Calvino chciał definitywnie zakończyć rozmowę i spokojnie obmyślić plan działania. Na odchodne szeryf poklepał go stanowczo po plecach.

Detektyw Calvino siedział przy piwie, wpatrzony w żar na czubku papierosa.
- Kiepski dzień? – rzekł barman, przecierając kufle.
- Po prostu idealne połączenie ironii i sarkazmu – odparł Mike, po czym dopił piwo i wyszedł.

Większość mieszkańców raczyła się teraz drinkami i piwem, także miał więcej swobody, by się rozejrzeć. Zszedł z głównej ulicy postanowiwszy skryć się za domkami. Intrygowało go pytanie, co może się znajdywać za kościołem. Noc była przerażająco cicha. Niekiedy dobiegały tylko okrzyki i toasty dochodzące z pijalni. Niebo nad miasteczkiem było bezchmurne, ale zupełnie pozbawione gwiazd. To go zaniepokoiło. Ale nie był przesądny ani specjalnie wierzący, więc postanowił nie traktować tego jako złego znaku.
Kościół zdawał się pusty. W witrażach odbijało się światło, które równie dobrze mogło pochodzić od świec, jak i ogni piekielnych. Zafascynowany tym blaskiem Mike stracił czujność, w ostatniej chwili usłyszał kroki za plecami. Odwrócił się na pięcie i w pierwszej chwili miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Przed oczyma miał małego księdza. Powstrzymał wrodzoną złośliwość.

- Witaj synu – głos duchownego był dobrotliwy i kojący.
- Witam ojcze.
- Zgubiłeś się?
- Nie – roześmiał się, by uwiarygodnić swoje słowa. – Nie mogę spać, a spacer zawsze dobrze mi robi.
Ksiądz odpowiedział sympatycznym uśmiechem obnażając niepełne uzębienie.
- Ale uważaj na siebie. Nie zapominaj, że to pustynia.
- Nie zapomnę. Dobranoc – odszedł szybkim krokiem dyskretnie oglądając się przez ramię.

Tymczasem w barze trwała narada. Szeryf zebrał wokół siebie najznamienitszych mieszkańców.
Stwierdziwszy, iż nie brakuje nikogo ważnego uderzył kuflem w blat, czym spowodował natychmiastową ciszę.
- Dobrze – jeszcze raz zmierzył wszystkich wzrokiem. – Wiemy, po co się tu zebraliśmy. Jakie są propozycje?
Pierwszy odezwał się rudowłosy mężczyzna, we flanelowej koszuli w kratę.
- Postąpmy według tradycji. Nie możemy ryzykować. To detektyw. Jeśli znajdzie go przed nami będziemy mieli wielki problem.
- Zgadzam się – dorzucił ktoś z tłumu.
W tym samym momencie do baru wbiegł zdyszany ksiądz.
- Ojcze Paserby – rozległ się szept. Dwaj mężczyźni pomogli duchownemu usiąść i złapać oddech.
- Co się stało? – spytał szeryf. Nie mógł ukryć nerwów.
- Ten Calvino. Węszył koło kościoła. Na pewno pójdzie do wąwozu. Trzeba go powstrzymać.
- Brać go! - wspólnym głosem domagali się wszyscy obecni.
- W takim razie nie ma co dłużej dyskutować – stwierdził Stulejko. – Idziemy.
Rzeka ludzi wypłynęła z baru i podążyła śladami detektywa.

Tymczasem światła miasta gdzieś znikły, a przed Mike’em rozlała się nieprzenikniona czerń nocy. Wyjął latarkę przypiętą do paska i starał się ułożyć sobie w głowie jakiś namacalny obraz otoczenia. Przeszedł kolejne miliony ziarenek piasku i w wąskim promieniu światła dostrzegł samochód. Żółte Camaro. Skierował latarkę w lewo. Mustang rocznik sześćdziesiąty czwarty. Gdy się do niego zbliżył dostrzegł górę blachy przed sobą.
- O kurwa! Niezły salon – zapalił papierosa i uświadomił sobie, iż to na pewno nie jest szrot. Za tym wszystkim musiało kryć się coś mrocznego, niebezpiecznego i chorego psychicznie. – „Chorego psychicznie”? – pomyślał analizując swe myśli. – Kurde nawet myślę niegramatycznie.
- Pomocy – usłyszał cichy jęk.
Idąc za głosem znalazł młodego chłopaka w podartych, zakrwawionych ciuchach, schowanego pod Voyager’em.
- Pomóż człowieku – rzekł młodzieniec. – To banda krwawych karłów!
Mike uśmiechnął się w myślach. Był zbyt skołowany, by zdobyć się na jakąkolwiek mimikę.
- Jasne. Nie martw się – wyciągnął chłopaka spod samochodu. – Słuchaj, dasz radę iść?
- Jake, jestem Jake.
- Miło mi, ale chyba nie mamy czasu na kurtuazję. Masz tu moje kluczyki. Obejdź góry i przy wjeździe do miasteczka znajdziesz mój samochód. Powinno ci się udać. Spotkamy się za godzinę przy autostradzie. Jeśli nie przyjdę spieprzaj stąd, gdzie pieprz rośnie.
Jake wziął kluczyki roztrzęsionymi dłońmi.
- Dzięki. Pokaż im – wykrztusił i zniknął w ciemnościach.

Mike usiadł na chwilę chcąc wszystko dokładnie przemyśleć. Chciał mieć chociaż zarys planu idąc na straceńczą misję.
- Tak ich kopnę w dupę, że zgłodnieją w powietrzu! – rzekł na głoś, aby dodać sobie otuchy.
- Obyś się nie zdziwił – usłyszał niski, męski głos za plecami i upadł twarzą w wyciekły olej.

Ocknął się w jakimś dusznym pomieszczeniu. Zirytowała go ciemność, której z zasady nie ufał.
Nagle ktoś oślepił go latarką, nim zdążył przywyknąć zapalono światło. Obraz stawał się wyraźniejszy, gdy ujrzał twarz szeryfa.
- Gdzie chłopak. Wiemy, że go spotkałeś – żyły na skroniach pulsowały, jak serce królika.
Mike z delikatnym uśmiechem na twarzy puścił pytanie koło ucha. Jakiś facet uderzył go zardzewiałą patelnią co, nawet biorąc pod uwagę okoliczności, było zupełnym brakiem klasy.
- Gadaj albo zaczniemy wyrywać ci paznokcie!
- Za późno, wszystkie poobgryzałem – odparł i otrzymał kolejny cios.

Zdenerwowany szeryf wybiegł z pokoju a za nim pozostali. Zatrzasnęli drzwi zostawiwszy Mike’a sam na sam ze sobą. Gdy głosy na korytarzu ustały postanowił sprawdzić solidność więzów, które go krępowały. Po kilku minutach siłowania i nadwyrężonym nadgarstku oswobodził się. Zdjął pistolet, który miał przytwierdzony taśmą do pleców. Ale wtedy dopadła go refleksja.
- Właściwie czemu miałbym im nie pozwolić mnie wykończyć? Miałbym to z głowy – sprawdził magazynek. – Jedenaście – rozmyślił się. – Kurwa przez całe życie tylko się rozmyślam. No cóż, ale przynajmniej w tym jestem konsekwentny – przeładował Magnum. – Wolę już umrzeć w rajtuzach babci niż w tej dziurze.
Ułożył liny, by wyglądały na nienaruszone a za plecami ściskał spluwę czekając na finał tej historii.
Mali ludzie wrócili. Każdy miał jakieś narzędzie, które najpewniej nie miało służyć naprawieniu roweru.
Nastała cisza. – Efekt wielokropka – pomyślał detektyw. Jeden z mężczyzn zbliżył się do niego ze złowrogim spojrzeniem. Kojoty, gdzieś na pustyni, wyły do Księżyca. Myśli Mike’a wyły mu w głowie. Szczególnie jedno, mocne postanowienie – nie spierdolić tego. Zdawał sobie sprawę, że jeśli się pomyli to będzie ostatnia pomyłka w jego życiu.
- Nikt nie będzie za tobą tęsknić śmieciu – rzekł mężczyzna przydeptując papierosa.
- No cóż...dwa razy próbowałem się zabić – odparł Calvino – raz w wannie, raz w Szwajcarii.
- Tym razem pomyłek nie będzie – wtrącił szeryf.
W tym momencie Mike chwycił za broń i wystrzelił. Faceta przed nim odrzuciło wprost w ramiona pozostałych. Zalał się krwią i westchnął, jakby z ulgą. Mike zdążył oddać jeszcze dwa strzały kładąc dwóch przeciwników, nim reszta pojęła co się dzieje. Aby dodać sprawie dramaturgii wyskoczył przez okno. Nie zważając na szkło, które boleśnie wbiło się w skórę, ruszył do ucieczki. Aby zmniejszyć ból wmawiał sobie, że jest na akupunkturze. Szkło to igły, a wbija je prześliczna azjatka. Zbliżał się do drogi prowadzącej na autostradę. Słyszał tupot nóg za plecami i pojedyncze kule szepczące mu do uszu. Był na wysokości ostatniego domu w miasteczku, gdy przed oczami ujrzał sześć liter: Biblia, po czym zwalił się na ziemię. Ksiądz Paserby dobrotliwie spoglądał mu w oczy. Pistolet leżał na czyjejś werandzie. Głowa, siłą uderzenie, omal nie wybiła dziury w ziemi. Głosy były już bardzo blisko. Nie miał siły się starać. Zdał sobie sprawę, jak bardzo nie jest wyjątkowy. Każdy został lub zostanie gdzieś opisany; w książce, w czyimś pamiętniku, w wierszu. Istotę pojedynczego człowieka można uchwycić na fotografii, w słowach, czy w gestach. I ku swemu przerażeniu zrozumiał, że tak jak każdy z nas niczym się nie wyróżniał. Krew nie jest wieczna, pieniądze to gówno i jedyne co osiągnął to, po prostu, stracił mnóstwo czasu.

Opublikowano

Johny Deep nie jest gwiazdą jak zdaje się twierdzić narrator. To po prostu genialny aktor, a "Las Vegas Parano" rzeczywiście jest dziełem. Klimat Twoich tekstów jest dość silnie przesiąknięty kinem amerykańskim. Już kolejny raz się zachwycam nad pisarstwem ewana i słusznie, bo to dobry prozaik. Szkoda, że na razie tak mało osób to przeczytało. Nie wiedzą co tracą.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Jacek_Suchowicz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      To przykre,ale tacy jesteśmy.  Od do.   Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...