Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

smarkacz
z gołą pupą loczkami
wielkim łukiem na ramieniu
garścią strzał

dlaczego właśnie on
łobuz wiercipięta

jakże mądry jest los
takiego właśnie zausznika wysyłając
w świat dorosłych

bezbronna nagość dziecka
wzbudza zaufanie
pozwalamy na zabawę pod oknami
na naszych ulicach

z szelmowskim uśmiechem
ten wysyła zatrute pociski
tłumacząc się dziecinnie
- to żarty to tylko żarty

i zostawia nas z raną
po której nawet blizny
przypominają wiersze
pisane nigdy nie wysychającym atramentem

kiedy odwracał się ode mnie
poznałem jego tajemnicę
znużoną twarz starca
żującego z bezsilną złością słowa
- trafiłem cholera trafiam zawsze
wiatr mi znowu w kołczanie pomieszał

Opublikowano

...A książka, z której jest to zerżnięte, nazywa się, bodajże: "Amor na Olimpie" Parandowskiego, tak? Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.

pozdrawiam.;-)

Opublikowano
Lobo.; jeśli tak, to proszę otworzyć na stronie, gdzie ten wiersz...i potwierdzić;
takie przypuszczenie zaspokaja moją próżność...dziękuję! J.S


Panie Jacku, proszę nie próbować robić ze mnie idioty, to dość żenujące jest, Pan wybaczy. Ogółem widomo jest, że Parandowski nie pisał wierszy. Natomiast skrabnął taką książeczkę swego czasu, gdzie potraktował mitologię nieco bardziej żartobliwie. Pański tekst jest zwersyfikowanym skrótem opowiadanka "Eros na Olimpie", z książeczki pod tym samym tytułem. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić, pisałem o tym wcześniej. Natomiast takie zagrywki jak powyższa są poniżej poziomu jakiejkolwiek dyskusji.

pozdrawiam.;-)
Opublikowano

Lobo.; poniżej dyskusji jest samo posądzenie o to, że coś zostało przeze mnie "zerżnięte";
wyrokowanie o tym w komentarzu jako pewnik /???!!!/ stawia autora rzeczywiście w pozy-
cji bezdyskusyjnej...i żadne zapewnienie, że w świadomości autora w trakcie pisania wiersza
ta pozycja książkowa nie istniała wydaje się już spóźniona - czytelnik wie lepiej... J.S

Opublikowano

Drogi Lobo,

nie wiem kim jesteś, ani kto jesteś.
Natomiast postawienie zarzutu plagiatu ("jest zerżnięte") jest zdecydowanie przekroczeniem mojego wyobrażenia o Tobie, jako postaci literackiej (tj. piszącego i komentującego). Taki zarzut należy udowodnić nie tylko w oparciu o wlasną (zawodną często) pamięć, ale odpowiednie cytaty.
Mam nadzieję, że to zrobisz. W innym wypadku będę uważał, że osiągnąłeś w tym geście poziom młodszego z braci Kurskich.
Pozdrawiam serdecznie
b.
PS. Wiersz mi się podoba, pewnie bym go skracał, ale ma w końcówce obraz, który mnie porusza.

Opublikowano

Drogi Autorze, drogi Romanie Bezecie:
Pierwszy mój wpis brzmiał:


...A książka, z której jest to zerżnięte, nazywa się, bodajże: "Amor na Olimpie" Parandowskiego, tak? Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.

Autor, nie dość, że nie przedstawił argumentu przeciw, choćby na zasadzie: "nie, nie wiem o co chodzi, nie czytałem tej książki", to napisał: ... takie przypuszczenie zaspokaja moją próżność...dziękuję! J.S

Po moim kolejnym wpisie (i kolejnej prośbie o poprawianie mnie, jeśli coś niezgodnie z prawdą napisałem), następuje atak, nie tylko (jak widzę) ze strony Autora, ale także tzw oburzonego czytelnika. Panowie, śmiech na sali, po prostu. Zamiast parować w jakiś sposób postawiony zarzut ( w stosunku do tekstu), następuje prezentacja zarzutów w stosunku do komentatora, czyli mnie. Panie Romanie - nie jestem postacią literacką, jestem postacią realną. Natomiast jeśli Pan, Panie Romanie chciałby sprawdzic zasadność mojego zarzutu - zapraszam do lektury podanej przeze mnie książeczki - z pewnością jest dostępna w bibliotekach. Panie Jacku - jakiegokolwiek argumentu z Pańskiej strony się nie doczekałem i, jak widzę, nie doczekam, pozwolę sobie więc zakończyć dyskusję. Tekst, tak czy siak, dość słabiutki, nie ma w gruncie rzeczy o co kruszyć kopii (czy czegokolwiek innego).

pozdrawiam.;-)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



To są, Szanowny Panie, zwyczaje lustracyjne, żeby oskarżony (wiersz, autor) musiał udowadniać swoją prawdę, a Pan Prokurator Lobo - szedł sobie... na piwo? W końcu upał jest dla wszystkich taki sam ;)
pzdr. b
PS. A'propos bibliotek, to ma pan błędne wyobrażenie - likwidują! (w końcu stąd te łżeelity som ;)
Opublikowano

Panie Romanie, nauka kosztuje. W Pańskim przypadku będzie to kosztować spacer do biblioteki. To chyba niewiele...;-) Autor nie musi mi nic udawadniać - nie jestem ciekaw aż tak bardzo, tekścik (jak wcześniej napisałem), tak czy siak słabiutki, szkoda wysiłków. I tak się dziwię, że Pan, Panie Romanie, gratis za papugę tutaj robi. Panowie rodzina jakaś, czy coś..??..;-))

pozdrawiam.;-)

Opublikowano

sz.p. Lobo.; postawienie mojej osoby przy nazwisku Parandowskiego wydało mi się wyróżnieniem;
czytałem wspomnianą lekturę - 25 lat temu! TA książka to "Eros na Olimpie", i tyle ma
wspólnego z zaprezentowanym tu wierszem, co autor z bin Ladenem.. wolność
skojarzeń i nakładających się klisz, tropów, toposów - wcale nie musi oznaczać
inspirację bezpośrednią, i pan o tym dobrze wie; żyjemy wszakże w kręgu kultury
żydowsko-grecko-rzymskiej; niemniej
użyta formuła: " A książka z której jest to zerżnięte..." jest jednoznaczna, i wolno
mi - jako autorowi - odciąć się od takich słów w formie, która akurat odpowiada
mojemu wyobrażeniu o kulturze wypowiedzi...pozdrawiam drogiego interlukutora i
życzę na przyszłość więcej powściągliwości; Jacek Sojan

Opublikowano

O, widzi Pan,Panie Jacku, gdyby od razu napisał pan ten komentarz, byłoby wszystko jasne od początku i oszczędzilibyśmy przynajmniej Panu Bezetowi niepotrzebnych nerwów i bicia piany. A tak chłop się zestresował (a gorąc cholerny), nie wiadomo jak to sie skończyć może, gdy tak chorągwią lustracji wywija i się w papugę bawi. Natomiast, wracając do tematu - nie do końca się z Panem zgadzam - tekst jest ewidentnie inspirowany Parandowskim i, gdyby próbował polemiki, zaprezentował inne spojrzenie na temat, próbował ucieczki od przedstawionego tam schematu - nie miałbym nic do gadania. Ale to jest najzwyczajniejsze powielenie, kopia (o tyle inna, że krótsza i zwersyfikowana) tamtego tekstu i, proszę mi wierzyć, gdyby sprawa była poważniejsza, to zawodowa papuga mogłaby Pana spokojnie podać do sądu o plagiat i stawiam garnec talarów przeciw czapce śliwek - wygrałaby sprawę na pierwszej rozprawie. No, to na tyle...))

pozdrawiam.;-)

Opublikowano

Lobo - u pana, jak u kataryniarza, w kółko to samo, i fakt nieprzystawalności prozy do poezji nie
daje panu nic do myślenia; na dobrą sprawę wszyscy plagiatujemy wszystkich, tylko
swojej wypowiedzi dajemy inne "oświetlenie" - co czyni różnicę estetyczną, czyli artysty-
czną charakteryzującą sztukę - jako pewnej formy ekspresji; tak to ujął swego czasu śp.
ks. Józef Tischner na wykładach w Collegium Witkowskiego;
a p. Roman Bezet i ja - to Dwaj Krakowscy Muszkieterzy w myśl hasła: wszyscy za
jednego i jeden za wszystkich; bardzo niebezpieczne typy spod krakowskiej latarni;
chodzimy z siekierami logiki i żyletkami ironii, jednym słowem - kryminaliści;

Opublikowano

)))...Panie Jacku, ależ chadzajcie sobie z czym chcecie...;-))...Towarzystwa też nie śmiem wybierać, jedyne co mogę skromnie zaproponować, to wymiana żyletek na bardziej nowoczesne narzędzia i wyostrzenie siekier, albowiem tępe bardzo.

pozdrawiam.;-))

P.S. na dobrą sprawę wszyscy plagiatujemy wszystkich, tylko swojej wypowiedzi dajemy inne "oświetlenie" - co czyni różnicę estetyczną, czyli artysty-czną charakteryzującą sztukę - jako pewnej formy ekspresji; ano właśnie o tym cały czas, z uporem kataryniarza, mówiłem - w tym tekście nie ma "innego oświetlenia", nie ma "różnicy artystycznej" i nie ma "osobistej formy ekspresji".

pozdr.

L.

Opublikowano

i tak Jacek udowadnia, że nie jest wielbłądem:)))

Jacku, daj tego golasa; mam z nim do pomówienia:)

a może to o Tobie?
"z gołą pupą loczkami
wielkim łukiem na ramieniu
garścią strzał"

tylko czyjej to łuk nad Tobą rozpostarty? ;)

lekką ręką napisany, a daje do myślenia...
to trochę jak z poetą, słowami i tematami... ;)

pozdrawiam serdecznie!
ewka

Opublikowano

Lobo.; nie ponoszę odpowiedzialności za to, że czytelnik nie widzi różnicy pomiędzy tym, co czyta;
skoro nie widzi, to albo brakuje wiedzy, umożliwiającej "zobaczenie tej różnicy", albo
zwykłej dobrej woli; kalka - którą tu mi się zarzuca może przecież funkcjonować także w
umyśle czytelnika; do wskazanej lektury wrócę z ciekawości, ale porównanie, które pan
czyni - juz wydaje mi sie pospieszne i powierzchowne; a skoro taki to słaby tekst - to
porównanie z Parandowskim musi być chybione; J.S

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Rafael Marius z pięknej toalety:) jutro mam ślub z stylu włoskim w plenerze w ciągu dnia do wieczora:) inaczej, bo w zieleni na zielonej łące pośród kwiatów i w koronkach drzew:) w nocy nie ma takiego efektu obcowania z naturą jak w dzień:) będzie to śliczny ślub:)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • w gwieździstym niebie nie było Ciebie  w toni oceanu pustka bez Ciebie  w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie  w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie    na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły  na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia  na rogatkach miast na szczytach gór  był tylko upiór mój miłości romantyczna    w setkach spojrzeń w barze i metrze  w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach  blichtru i sławy  nie było Ciebie i nie ma sprawy    W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie  w biodrach tańczących   piersiach gorących  brak Ciebie  w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie  po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie    
    • Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały  przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem  w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie  wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy  co schować chciały się  w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je  amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask  deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny  rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi.     Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona  trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca  niż zerwane  zwierzęcym pragnieniem  kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem  ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali  w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków  o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju.     W tej samej chwili  stojący przed swą chatą wojownik  ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą  kilka solidnie wystruganych strzał  o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa  zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach  wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu  w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował  i wstąpił z bronią do kniei  tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił  lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach  moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać  na pierwszy blask słońca  który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł  by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się  znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu.   Bór, im dalej prowadziła  wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka.  Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu  płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem  odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek  i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć  i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt  to w wielokolorowe runo. Szukał śladów.  I po chwili znalazł je.     Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko  w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę  rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów   w trzewiach powalonych pni  i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki.     Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie  w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila  gdy ujrzał także łeb z porożem  wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę.  Nałożył ją i wygiął cięciwę  gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę  dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz  i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch  pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował  i spokojnie w pełnym skupieniu  ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać  a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios.   Krwawy trop  to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew  czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym  że śmierć zwierzęcia  jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi  i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków  pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem  miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła.  Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej  i prowadziła wprost w rozwidlenie.     Gdy wyszedł na skraj poręby,  pierwsze co uczuł to  nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark  a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka  dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze  i bardzo wesoła a wręcz frywolna  jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać  pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny  oddalił się na zachód.  Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast  spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić,  że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec  a człowiek przywędrował widać z nieba  bo brak było wokół  jakichkolwiek śladów ludzkich stóp.     Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy  spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników  lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte  i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne  obok niego na trawie spoczywały też niespotykane  bo kremowe skrzypce  wykonane jednak jak najstaranniej  i widać było,  że są mu rzeczą w życiu najbliższą.  Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą  do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz  pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi  bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim  jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień.   Zanim jednak wykonał ku niemu  choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy,  przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać  ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją   a potem odskoczył jak oparzony,  macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz  jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz,  porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności.     Myśliwy wystąpił przed niego  i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością.  Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło  i zaczął wierzyć w to  że nie pochodzi ona z jego żył.     Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce?  Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów?     Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno,  lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem  głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam  z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce  a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich  otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu.     Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał  tym szerzej otwierały się  wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu,  trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała.   Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda  o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi  i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko  w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie  jak te które można usłyszeć  czasem nocą w kniei. Mówi się, że  korowody umarłych  przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta,  zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.                
    • @Waldemar_Talar_Talar

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...