Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Przemów szkłem”

Tamten rok był inny od pozostałych lat. Drzewa przygasły, a ulice wyglądały jakoś dziwnie. Pod naporem śniegu zatraciły swą prostolinijność. Kołysały się ze mną. Wszystkie smutne. Miłość uciekła, jak koń albo pies, zagubiona, gdzieś po drodze.
Zimą 1995 roku wygrałem konkurs na sobowtóra Elvisa w kategorii ryb i płazów. Organizowany przez Dom Kultury Siwego Pola zapewniał mi wyjazd do Egiptu na światowy zjazd naśladowców Króla.
Przechadzając się wąskimi uliczkami dostrzegłem faceta, stojącego pośrodku placu.
Bez ogródek, rozmyślał na głos. Zastanawiał się czemu nagle zmiękł? Czy to wina upału, czy też złych doświadczeń z dziewczynami? Nie chciał skończyć w kreskówce nie zwróciwszy niczyjej uwagi. Podszedłem do niego, by lepiej mu się przyjrzeć.
- Hieny cmentarne, hieny – przemówił głosem, który wprawiał jego ciało w spazmy. – Psy wyjące do księżyca! A ja wciąż daleko od mych oświetlonych, turkusowych drzwi. – Hieny! Hieny! Zabierzcie je ode mnie. Już mnie to nie bawi!
Lekko mnie przeraził. Ale w głębi duszy czułem się podobnie.
- Zostanę twoim ochroniarzem – nerwowo zdrapywałem piasek z pomiędzy łusek – jeśli okażesz się moim oddanym przyjacielem.
- Mów mi Basia – rzekł z kamienną miną.
- A ty mi Henryk – odparłem.
Stojąc w milczeniu zapaliliśmy po papierosie. Basia patrzył na mnie dość nieśmiało, niby zerkając, gdzieś w przestrzeń, jakby chciał ogarnąć cały krajobraz dzieląc go na mozaikę. W końcu się odezwał.
- Wiesz co? Po dłuższym namyśle wolałbym, żebyś nie mówił do mnie Basia.
Nie wiem, czemu, ale rozbawiło mnie to potwornie i wypuściłem z ust papierosa.
- W porządku – nie chciałem, by źle zinterpretował moje poczucie humoru. – W takim razie, jak mam cię wołać?
Wziął głęboki oddech wypuszczając strumień dymu przez nos. Słychać było świst włosków w środku, a następnie impet z jakim powietrze rozbiło się o wąsy.
- Jegomość. Mów mi Jegomość.
Prawdę mówiąc nie sądziłem wtedy, iż to imię utrzyma się tak długo.
- W porząsiu. A gdzie twój bohater? – starałem się rozplątać rozmowę.
- Uciekł wzdłuż tamtej alei – wskazał palcem na uliczkę za naszymi plecami.
- Czemu?
Rzucił niedopałkiem o ziemię przypadkowo trafiając w krawędź buta.
- Kurwa mać! Nowe buty, dopiero wczoraj je ukradłem! – spojrzał na mnie zawstydzony. - Były domysły i przypuszczenia, ale wszystko rozbiło się o pieniądze. Nie wiem, – westchnął – lecz wygląda mi to na trzeci świat.
- Może dlatego, że jesteś tu pierwszy raz?
- Nosisz kalesony? – odbił piłeczkę.
- Tak – w kalesonach czułem się bezpieczniej, choć z racji odmienności gatunkowej były mi zupełnie niepotrzebne.
- Nie będę słuchać rad odnośnie projekcji mojej psyche od kogoś, kto nosi kalesony. Wskazówki dotyczące tańca przyjąłbym bez dwóch zdań, lecz nie wykłady o psyche! Co to, to nie!
Zamilkł. Krztusił się tylko nieprzyjazną dla oka architekturą. Słońce prażyło nas z całych sił. Gdy dostrzegło duszącego się w upale psa trochę odpuściło i mogliśmy schronić się w nowo powstałym cieniu. Na straganie występował treser pcheł, które wyrwawszy się z niewoli obskoczyły turystów. Najżałośniejszy facet, jakiego można znaleźć w najżałośniejszym momencie swojego życia wyszedł z ubikacji i wciąż oglądał się na cienie z klozetu. Podczas, gdy świeży mocz nie zdążył jeszcze zniknąć z jego spodni. Woda lała się ze studni. Nad głową zabrzęczała nam mucha. Nie zrozumiałem ani słowa z tego, co próbowała nam powiedzieć, więc poleciała spytać mężczyznę, który udawał kogoś innego po drugiej stronie ulicy.
- Wiesz, jak znaleźć pylony? – próbowałem zainteresować Jegomościa geografią eksperymentalną.
- Nylony? Masz na myśli nylon, handlową nazwę włókien poliamidowych; wprowadzoną przez koncern Du Pont de Nemours z USA, który w 1938 roku rozpoczął ich produkcję na skalę przemysłową?
- Nie, chodzi mi o pylony, w świątyniach starożytnego Egiptu. Para masywnych budowli kamiennych w formie wież o prostokątnych podstawach, zwężających się ku górze.
Myślał przez chwilę.
- Mówisz, o tych śmiesznych wieżach?
- Dokładnie.
- Oczywiście, że nie wiem, gdzie są, ale mogę cię do nich zabrać.
Ruszyliśmy przez pustynię. Kreśląc mnóstwo nieregularnych linii na piasku, a także omijając złośliwe żmije dotarliśmy do pylonów. Tabliczka na skraju wykopalisk głosiła:
„W tym mieście nie znajdziesz złodziei”
Nie wiedziałem, jak to interpretować. Na szczęście spotkaliśmy tam ekspedycję profesora Munchausena.
- Moje uszanowanie profesorze – ukłoniłem się. Profesor nie wyglądał ciekawie. Miał w ekipie tylko dwóch ludzi, niewidomych mormonów, więc odkopywanie ruin gołymi rękoma zaznaczyło się u niego zdartą skórą dłoni i amerykańskim potem, czyli w tym wypadku owalną plamą na jedwabnej koszuli. – Może nam profesor powiedzieć, mniej więcej, kiedy ujrzymy pylony? – spytałem grzecznie i niezbyt nachalnie, by nie oderwał swojej uwagi od muchy zaplatanej we włosy. I przypadkiem nie przeniósł frustracji na mnie. Na próżno.
- Spytaj liści, po których stąpasz przemądrzała rybo – odparł gruboskórnie.
- Jakich liści? – mimo najszczerszych chęci nie dostrzegałem niczego prócz piasku. Przez chwilę, gdy wyostrzyłem swoją percepcję do granic możliwości, byłem w stanie rozróżnić każde, pojedyncze ziarnko. Lecz i to nie pomogło – Żadnych tu nie ma! – stwierdziłem stanowczo.
Jegomość próbował mnie uspokoić, ale męczył go irytujący, suchy kaszel przez co, o mały włos nie rzuciłem się na profesora z pięściami.
- Skoro nie ma liści, to nie ma także odpowiedzi. Żegnam szanownych panów.
Oddalił się do swojego namiotu. Nie miałem mu tego za złe. Profesor Munchausen był dziwakiem. Wiele w swym życiu przeszedł. Od dnia narodzin nie mógł znieść dźwięku domofonu, a przez całe dorosłe życie odrzucał ideę telefonu. Nie wierzył również w kuchenki mikrofalowe. Aż któregoś dnia jego własna żona zamknęła go w domu i uciekła z kochankiem na Białoruś. To nim wstrząsnęło. Wtedy postanowił poświęcić się nauce. Kolekcjonował lunety i nie mógł pogodzić się z tym, że reflektory zajęły ich miejsce w optyce. Przez wiele kolejnych lat walczył, o zniesienie aberracji sferycznej. Bezskutecznie. W roku 1970 odwiedził Londyn. Pewnego mglistego wieczora siedząc w pubie usłyszał rozmowę dwóch archeologów. Wspominali oni, o lornetce Kopernika, którą starożytni Grecy ukryli wraz z winogronem wśród egipskich pylonów. Wtedy to absolutnie poświęcił się jej poszukiwaniom. Razem z doktorem Gawinem przekopali pół Afryki i przylądek Canaveral, gdzie Gawin został bezczelnie zastrzelony przez ochronę.
Zostawiwszy Egipt za nami kontynuowaliśmy wędrówkę w poszukiwaniu cudów inżynierii. Jegomość zastanawiał się, dlaczego nie rozumie swojego języka?
- To dosyć dziwne nie sądzisz? W dodatku nie mam żadnej waluty i słyszę wszelakie dźwięki - nastawił czujne ucho. – Krowie dzwonki na rynku, czy też anioły w architekturze. Wszystkie one wirują z nieskończoną gracją. Rozumiesz coś z tego?
Bardzo chciałem wesprzeć go radą, ale nie znałem się wtedy na takich rzeczach.
- Trudno powiedzieć - grałem na czas. – Wiem tylko, że Camus upadł pod swoim ciężarem gatunkowym – rzekłem, zabiwszy mu prawdziwego gwoździa na kilka następnych godzin.
Tymczasem okazało się, iż to autor lekko się zagapił i wprowadził zbyt wiele wątków pobocznych.

Minąwszy Gibraltar doszliśmy na drugi koniec opowieści. Nad Siwym Polem zawitała wiosna. Pogoda była już ewidentnie zbyt zaawansowana na lato. Wiatr przynosił smoliste latawce z płonących łąk. Dzieci na karuzeli łapały je, niczym magiczny pył. Mieliśmy jednak mniej poetyckie sprawy do załatwienia. Pijąc wino w jednej z bram, co jakiś czas wyglądaliśmy na policjantów. Kiedy tylko się zbliżali Jegomość wpadał w kuriozalne ataki sztucznego kaszlu, podczas gdy ja symulowałem ekstatyczne szamotanie pępka. Jednak wiosna, jednowymiarowo chłodna tego roku, nie dawała nam spokoju, zmarznięci nawet nie dokończyliśmy pierwszej butelki. Słońce zachodziło z wolna, niebo cedziło je przez chmury. Wynajęliśmy pokój u starej pani Forlando, która zwykła przeciągle wyrzucać z siebie słowa: - Zapraszaaaaam. Weeeeeeeejdźcie – mówiła. W dodatku oddychała, charcząc na pokaz nowotworowymi płucami, a my z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu, za co miała nas spotkać kara. Położywszy się do łóżka zasnąłem niemal od razu. Jegomość obudził mnie po piętnastu minutach. Uwielbiał to robić, kiedy nie mógł zasnąć. Odruchowo strzeliłem go z otwartej pięści w twarz, tak jak to mam w zwyczaju.
- Henryk wstawaj, słyszę jakieś pluski na schodach – oznajmił rozdygotanym falsettem.
- I, co z tego?
- Jak to co? Pewnie jakaś kropla wody lub innego płynu wspina się po schodach!
- Łyknąłeś za dużo powietrza, czy co? Jaka kropla? Na jakich schodach?
- Chodź, posłuchaj! – zaciągnął mnie pod drzwi.
Faktycznie. Kropla wody wspinała się po schodach. Wyznaczała swą drogę w ciemności. Kap, kap, kap. Zatrzymywała się, by po chwili ponownie ruszyć z jeszcze większym uporem pokonując grawitację i zmieniając los jej podobnych. Nie wierząc własnym uszom, ani uszom kolegi wyjrzałem za drzwi. Noc była nieprzenikniona, a od dłuższego wpatrywania się w ciemność stawała się bordowa
w moich oczach. Wyszedłem z pokoju. Zapaliłem światło na korytarzu i ujrzałem człowieka w podartej marynarce pamiętającej połowy wielorybów.
- Jegomość przyjdź tu.
Cykor wyjrzał nosem z pokoju.
- To pan Buzzati, nie jakaś kropla – pan Buzzati, właściciel starego roweru, o zósemkowanych kołach, często wynajmował pokój u pani Forlando.
- To, czemu brzmiało, tak dziwnie, jak woda? – spytał przyjaciel.
- To pewnie przez wino w jego brzuchu. Bulgotało, gdy wtaczał się po schodach.
- Niech ci będzie, ale to jakaś podejrzana sprawa! – pogroziwszy palcem wrócił do łóżka.
- Zapewne – odparłem nie kryjąc sarkazmu. Zasnęliśmy nie podejrzewając niecnych zamiarów autora.

Obudziliśmy się z suchotą w gardłach. Paprocie umarły, a słońce wskakiwało za chmury na sam zapach naszych skarpetek. O poranku zęby Jegomościa były żółte, jak zorze, a mój oddech odpychający, lecz nie mogłem znaleźć na niego metafory. Ironia i szyderstwo wlane do pustych naczyń, stały się mętną cieczą.
- Wstajemy? – senne oczy Jegomościa stanowiły odpowiedź.
- Wiesz co? – zapalił papierosa. Ten poranny smakował mu najbardziej. – Historię z Beatlesami jeszcze przeżyłem, ale odkąd Edyta Bartosiewicz się rozpadła nie mam motywacji, by wstawać z łóżka. Przynajmniej nie codziennie.
- Jak rozpadła? Przecież to nie był zespół! – często mylił daty i pojęcia.
- A, czy ktoś twierdzi inaczej? – sprostował moje myśli.
- W sumie...
Nakryliśmy twarze kołdrami. Przecież odwieczny dzień za opuszczonymi żaluzjami mógł być równie dobrze zafałszowaną nocą. W końcu niebo zmęczyło się błękitem, po czym zapadł wieczór. Pustym ulicom towarzyszyło ich własne odbicie w witrynach, psy odsypiały ciężki dzień, podczas gdy koty rozpoczynały swój. Nigdzie nie słychać syren. Zegar przestał tykać. Bateria wyczerpała się liczeniem gwiazd.

Powiadają, że profesor Gawin wiedział, kto był Kubą Rozpruwaczem. Nim umarł na Florydzie przekazał swoją wiedzę pewnemu amerykańskiemu komandosowi, śledziowi imieniem Teodor. Wraz z niebagatelną wiedzą teoretyczną zlecił mu również misję. Misję, której celu nie pozna nikt, chyba że Teodor postanowi inaczej.
Cały dzień spędziliśmy z Jegomościem na opróżnianiu butelek z tanim winem, niewątpliwie ulegając magii kolorowych etykiet. Wróciwszy wieczorem planowaliśmy partyjkę egzystencjalnego pokera, lecz zmógł nas sen i ekwilibrystycznie zasnęliśmy w fotelach. Niestety mój przyjaciel nie dał mi się nacieszyć tym stanem, a jak wiadomo pijane sny bywają fantastycznie odrealnione.
- Henryk! – wołał przerażony. – Henryk! Tym razem to nie są przelewki.
- Co? Znowu co? – bełkotałem.
- Ryba. Jakaś ryba wspina się po schodach – mówił szarpiąc mnie za ramię. - Na pewno. Dzisiaj się nie mylę.
- Daj mi spokój – odepchnąłem go w kierunku drzwi.
Uchylił je robiąc głupią minę, która polegała na tym, iż zamykał oczy i zaciskał zęby, jak gdyby chciał uciszyć trzeszczące zawiasy. Na korytarzu rozbłysły dwa ślepia.
- Masz dwie sekundy – oznajmił głos w ciemnościach. Przez chwilę Jegomość przypuszczał, iż to Chuck Norris ukrył się w mroku, lecz odrzucił tę możliwość i jego myśli błyskawicznie wróciły do koncepcji z rybą.
- Dwie sekundy do czego? – ledwo zdążył spytać, kiedy dostrzegł łuski połyskujące w blasku księżyca, po czym wylądował na podłodze.
Obudziłem się z niesmakiem i ujrzałem powalonego przyjaciela. Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem. Stwór umieścił mojego kumpla na kanapie bez użycia siły fizycznej. Tym samym sposobem posadził mnie obok. Kiedy tylko Jegomość się ocknął ryba przemówiła.
- Witam szanownych dżentelmenów – słońce już wschodziło. Ryba okazała się śledziem. Nigdy nie widziałem Teodora, znałem go jedynie z opowieści, ale wszystkie szczegóły pasowały. Spokojna, pociągła twarz, umięśnione płetwy oraz pewne siebie spojrzenie. – Są tacy, którzy twierdzą, że widzieli, jak moje spojrzenie topi asfalt oraz, że czuję zakłopotanie w obliczu schodów. Być może. Nie będę zaprzeczał. Ja wiem tylko tyle, iż nazywam się Teodor Kuby Rozpruwacza. Obserwowałem was od jakiegoś czasu. Jesteście zadufani w sobie, chamscy oraz ordynarni. W dodatku posiadacie denerwującą manierę kończenia nawzajem własnych myśli. Za dużo pijecie i nie potraficie się powstrzymać od kąśliwych uwag pod względem innych. Dlatego też was uciszyłem.
Ale najpierw kilka formalności – podał nam jakieś dokumenty. – Wypełnijcie je proszę. Byle szybko.

Zajęło nam to kilka sekund. Wręczyliśmy mu formularze. Spojrzał na nie zszokowany.
- „Ulubiony zespół – De Bitels”? Co to ma do cholery znaczyć? – spojrzał na Jegomościa.
Próbowałem się odezwać. Teodor machnął ręką i słowa nieoczekiwanie ze mnie wypłynęły.
- Przepraszam, ale on jest słuchowcem stąd pisze, że mówi.
- Wy chyba jesteście bardziej popaprani niż przypuszczałem. Wyjaśnię wam zasady; nakładam na was ciszę chyba, że zaczarujecie mnie kwiecistą mową. To wam zdecydowanie nie wyszło.
- Nie mogliśmy tego wiedzieć! Jegomość był recytatorskim mistrzem swojej szkoły! Nie zauważył Pan? – próbowałem ratować się słusznym oburzeniem.
- Czego?
- Przecież to cytat z „Kupca weneckiego”!
Nie dał się nabrać. Tylko zaśmiał się okrutnie.
- Wobec despoty wszyscy są równi, równi zeru mianowicie. Dobrze przejdźmy do meritum. Zraniliście wiele osób, dlatego jako zadośćuczynienie musicie uszczęśliwić kobietę.
- Zrozumieć kobietę!? – czułem, że to koniec. Jegomość wciąż musiał milczeć.
- Głusi też jesteście? Uszczęśliwić, nie zrozumieć. Próbować zrozumieć kobietę, to jak depilować sobie jądra po pijaku! Jestem sadystą, ale bez przesady nie jestem nienormalny.
- Proszę wybaczyć – rzekłem – ale przypadkowo musiał Pan nałożyć częściową ciszę na nasze uszy.
- Faktycznie, pardon – skinął głową i wszystko wróciło do normy.
Może poza tym, że w mgnieniu oka znaleźliśmy się w centrum jakiejś metropolii.
- Spójrzcie na tę dziewczynę - Teodor wskazał na brunetkę. Choć wyglądała bardziej, jak hemoroid z rzęsami. – Macie ją uszczęśliwić. Ty, – wskazał na mnie – ty to zrobisz. Mieliśmy przekichane. – Zabierz ją do tej restauracji, a ja schowam się w truskawkowym deserze tego faceta, żeby mnie nikt nie poznał. Może nie jestem stary, ale całkiem sławny – po czym zniknął.
Zrobiłem, jak kazał. Podszedłem, po czym grzecznie zaprosiłem ją na drinka. Rozmowa zbytnio się nie kleiła. Była brzydka, ale miała inteligencję tych ładnych. Paranoja. Nie szło z nią normalnie porozmawiać, a w menu nie mieli żadnych awaryjnych tematów. Zauważyłem oczy Teodora obserwujące mnie spomiędzy truskawek i moreli.
- To jest nie wykonalne! – wydarłem się w niebogłosy.
- Nie marudź! To wasza ostatnia szansa! – pogroził jakimś świstkiem papieru.
Kelner chyba pomyślał, że to do niego albo liczył na napiwek. Podszedł do mnie z uśmiechem Ronalda McDonalda na twarzy.
- Mam na imię Manuel. W czym mogę pomóc?
- Nie dziękuję – odparłem. W tym samym momencie spojrzałem na Teodora w sosie truskawkowym. Zrobił kwaśną minę i poczuł nadchodzącą zgagę.
- Jest inny sos? – spytał kelnera krztusząc się powietrzem i nadmiarem glukozy.
- Nie – uciął Manuel. – Ale są inne śledzie.
Teodor poczuł się trochę zmieszany. Dziewczyna wracała z toalety. Była tam ze dwadzieścia minut. Widocznie przycinała sobie nos.
- Nie dam rady – próbowałem się ratować. - Rozumiem deszcz, częściowo Salvadora Dalego i metafory Andrzeja Strejlaua, ale to jest niewykonalne!
- Turlaj dropsa! – Teodor zagrzewał mnie do walki.
Westchnąłem zrezygnowany.
- Prędzej znajdę przód pomarańczy.

Opublikowano

Rewelacja, juz stracilem nadzieje, ze znajde tu tekst, ktory nie jest napuszonym banałem, a tym bardziej - ze sie szczerze uśmieję. Bardzo mi sie podobalo, choc podobało mi sie tylko dla tego, ze bylo smieszne i dobrze napisane. Sądzę jednak, ze absurdalne opowiadanie musi "odbywac sie" na wielu plaszczyznach, przede wszystkim musi odwolywac sie bezposrednio do uczuc czytelnika. Wlasciwie chodzi o plaszczyzne egzystencjalna, o bezposredni atak(?) na podwaliny świadomości w ogóle. Choć czy to jest atak, hm, moze raczej zasianie niepewnosci i mętliku w głowie. Wtedy absurd się dogłębnie przeżywa.
No ale to tylko moja koncepcja, a autorowi gratuluje i winszuje wyobraźni ;d

Opublikowano

Dzięki:)

Ad. Sanestis będzie ciąg dalszy, ale kiedy, jak i po co? Nie wiem:)

A ten kawałek to w zasadzie prequel historii Pstrąga i Jegomościa, co na pewno, jako wytrawny czytelnik i założyciel fanclubu Henryka, zauważyłeś;)

Ad. Dyzio. Jest smiesznie i dobrze napisane...czego więcej trzeba do szczęścia?:) A tak poważnie bardzo interesujący komentarz, hipoteza. Pisząc niczego nie zakładam i jeśli spełnię kiedykolwiek twoje założenia to tylko przypadkiem:) Polecam także inne moje opowiadania;)

Jeszcze raz dzięks.


Best regards.

  • 1 miesiąc temu...
  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

No coż, naprawdę nie spodziewałem się znaleźć tutaj tak udanego opowiadania.
Mam na myśli głównie to, co kierowało autorem, a co ja zrozumiałem jako
zdrową chęć szerzenia absurdu. Jeśli tak, to cel osiągnięty. Bardzo podoba mi
się tendencja do gubienia fabuły. Ona jest tutaj doskonale nieliniowa.

Bardzo dobrze przedstawia się wartość absurdalna postaci i wydarzeń, jednakże
niektóre niedorzeczności są według mnie zbyt rozwinięte, przez co łączą się na zasadzie
wątku przyczynowo-skutkowego (osobiście preferuję używać obrazów, które nie są
ze sobą zbytnio powiązane).

Postać Chucka Norrisa rzeczywiście zastosowana niepotrzebnie, choć wyczuwam, iż
nie w złej intencji. Niechcący jednak (a może chcący), poprzez umieszczenie samego
elementu, wrzuciłeś do bogactwa narracji wszystkie założenia z nim związane, które
według mnie są bezwartościowe (chodzi mi o całe to zamieszanie z Norrisem, które
nie było nawet śmieszne, a co dopiero absurdalne).

No i jedyny minus - bardzo krótkie! Chyba, że to również było jedno z założeń.
Urywa się bowiem w wyjątkowo zadziwiającym momencie.

Ogólnie Twoje opowiadanie naprawdę mnie pocieszyło.
Pozdrowienia.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...