Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Otwórz okno - to chłodne, nocne powietrze jest interesujące.
Pozwól by cały świat zajrzał do środka, kto dba oto, kto co widzi.
Jestem Twoim pasażerem, jestem Twoim pasażerem.

(Deftones - Passenger)


Cz. I

- Odprowadź mnie do domu. Jestem zmęczona i boli mnie głowa. Mieli okropne piwo. Chyba się porzygam. – stwierdziła. Jej brązowe oczy nie prosiły. One rozkazywały. Zawsze stawiała mnie przed faktem. – Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Weź mnie za rękę – błagałem. Tylko o tym marzyłem. Znaliśmy się dwa miesiące. Kochałem ją, choć nie wierzyłem w istnienie miłości.
- Robert. Nie – odpowiedziała zdawkowo. – Przecież wiesz.
- Tak być nie może. Ciągle myślisz o tym chamie? On cię zdradził z inną. – W tej chwili przekonałem się, że mężczyznę też można strasznie zranić i chciałem, aby cały świat w to uwierzył. Potrafiłem ją pokochać. Zaopiekować się tą rudą dziewczyną ze Śląska. Bronić jej przed nachalnymi facetami w barach. Mogłem ją przenieść na rękach przez rozżarzone palenisko. Gdyby tylko zechciała. – Aniu…
- Nie Robercie. Wracajmy. Późno już.
- Skoro nalegasz. – odpuściłem sobie. Wiedziałem, że jeśli będę naciskał, to tylko pogorszę swoje i tak kiepskie położenie.
- Wezmę taksówkę. Poradzę sobie – powiedziała do mnie. Jak zwykle pewna siebie. Pocałowała mnie w czoło, co mnie dodatkowo rozdrażniło. Odsunąłem się od niej niczym rażony piorunem.
- Aniu. Zaczekaj – ocknąłem się. – Muszę ci to powiedzieć. Jeśli nie kochasz mnie, to przynajmniej mi powiedz czy jest jakaś szansa…
- Niestety – przerwała mi. – Dwa dni temu myślałam, że coś z tego będzie, ale się najwidoczniej myliłam. Przykro mi.
- Przykro ci? Chcesz tak po prostu zakończyć naszą znajomość? Powiedz mi to!
- Robert.
- Jestem twoim pasażerem. Wywozisz mnie na pustkowie. Pozostawiasz bez wody. I odjeżdżasz z uśmiechem na twarzy. – Zacisnąłem pięści. Zimny wiatr zawiał mi prosto w twarz. Wsiadła do samochodu i odjechała.

Zerwałem się z kolan i wybiegłem z kościoła. Pojechałem tramwajem na Kazimierz. Drzwi otworzyła jej współlokatorka. Była ekskluzywną kurewką.
- Anka nie chce z tobą rozmawiać. Idź sobie.
- Uderzyć cię?! – podniosłem rękę i wcisnąłem się na siłę do środka. Wściekłość zmieszana z namiętnością ogarnęły mój umysł. Mała iskierka mogła teraz spowodować ogromny pożar. Tak naprawdę nie było odwrotu. Anna siedziała przy komputerze. Znowu rozmawiała z jakimś obcym facetem na czacie. Sprawiało jej radość podrywanie tych głupich fagasów. Wysyłała im nawet prawdziwe zdjęcia. Opowiedziała mi kiedyś, że umówiła się nawet z jednym z nich. Była królową uwodzenia.
- Możemy porozmawiać? – spytałem.
- O rany! Robert, ależ mnie wystraszyłeś. – odwróciła się nagle w moją stronę. Szybko zmierzyła mnie wzrokiem z góry do dołu, a następnie wstała z krzesła - Co tu robisz? –
z fałszywą przymilnością zaprosiła mnie do salonu. Pozbierała z sofy bieliznę.
- Nie mogę bez ciebie żyć. – wyłkałem. Wiedziałem, że mężczyzna, który wypowiada takie słowa, jest na straconej pozycji. Wysyła sygnał, który informuje kobietę o jego bezbronności.
- Nie zaczynaj. – odpowiedziała. - Już sobie wszystko wyjaśniliśmy. Nie mam zamiaru do tego wracać. – Z jej twarzy znikł obłudny uśmiech.
- Aniu, czy on cię denerwuje? – spytała zdenerwowana Daria. Dopiero teraz dostrzegłem, że cały czas przysłuchiwała się rozmowie. W dłoni trzymała tłuczek do mięsa i przyglądała się mi bardzo uważnie.
- Odłóż to. Nic się złego nie dzieje. – uspokoiła ją Ania.
Dziewczyny wyszły na chwilę do kuchni. Rozmawiały bardzo intensywnie. Wiatr za oknem przybrał na sile. Zbliżała się wichura. Podszedłem do okna. Zagrzmiało gdzieś daleko. Postanowiłem, że nigdzie się nie ruszę, dopóki Ania nie porozmawia ze mną poważnie.
- Robercie, chyba musisz opuścić to mieszkanie – powiedziała Daria. – Wkrótce przyjdzie Andrzej.
- Kim jest Andrzej? – zapytałem. Poczułem się źle. Miałem ochotę zwymiotować na podłogę.
- To przyjaciel. – uśmiechnęła się drwiąco. Zauważyłem, że Daria ma ładne piersi. Bardzo jędrne. Dwie bliźniacze wieże wykonane przez wybitnego architekta życia.
- Posłuchaj skarbie. Zadzwoń do Andrzejka i powiedz mu, żeby dzisiaj nie przychodził na pogaduchy. Mam względem was inne plany.
- Przestań! – zirytowała się Daria. W przedpokoju zobaczyłem cień Ani. Powiedziała, że musi na chwilę wyjść i za niedługo wróci. Za oknem rozszalała się burza.

Poczułem kobiecą rękę w spodniach. Rozpięła mi rozporek i zaczęła się bawić moim członkiem. Ścisnęła go mocno, a potem włożyła do ust. Leżałem na wielkiej sofie z zamkniętymi oczami. Wyobrażałem sobie, ze jestem teraz z Anią, i że delikatnie pieszczę jej twarz. Byłem niestety w tym momencie z inną kobietą i w dodatku z dziwką.
- Dobrze ci, hm? Oh. A teraz mnie wyliż. – poprosiła.
- Usiądź mi na twarzy – zaproponowałem.
- Miau. – mruknęła.
- Podoba ci się?
- O tak. Pieprz mnie. Rżnij mnie mocno. Wbij się we mnie. Tak. Cała drżę. Głębiej.
Oh! – jęczała bardzo głośno. I gdy skończyliśmy, to pozostawiłem na stoliku nocnym dwie stówy, ale ich nie przyjęła. – Nie idź jeszcze. – Zostałem wiedząc, że miłość mojego życia pieprzy się teraz z jakimś Andrzejem, który ma prawdopodobnie wygląd chłopczyka z reklam golarek.

Pragnąłem zostać Jamesem Deanem. Kupiłem nawet stare Porsche. Obciąłem włosy i zaczesałem do góry. Nieodłącznym elementem mojego nowego stylu bycia stał również specyficzny chód Jimmiego oraz jakieś outsiderskie nawyki. Zwykłem bowiem siadać z boku na spotkaniach ze znajomymi. Izolowałem się od towarzystwa.
Samochód kupiłem z odszkodowania z wypadku. Cudem przeżyłem zderzenie czołowe na autostradzie. Źle się czułem ze świadomością, iż kierowca z drugiego auta zginął. Jednak policja nie znalazła podstaw, ażeby wszcząć przeciwko mnie jakieś postępowanie. Kompletny brak dowodów. Po całym zajściu nie zrezygnowałem z brawurowej jazdy. Gdy wciskasz gaz do dechy nie ma taryfy ulgowej. Albo ty, albo ktoś inny. Zwycięzca może być tylko jeden.
Myślałem o zmianie nazwiska na Bergman. Był taki reżyser. Gdybym się tak nazywał, to wszyscy by mnie szanowali. Imponowałbym Ani. Obecnie traktowała mnie jak bogatego bubka. Syna swojego ojca. Nieodpowiedzialnego gnojka Roberta Berga.
Zacząłem się spotykać z Darią. Nie zależało mi na niej. Chciałem być blisko Ani. Miało to jedną wadę. Obserwowałem biernie jak wzrasta w niej uczucie do Andrzeja. Nigdy gnojowi ręki nie podałem. On myślał, że Dostojewski jest rosyjskim ambasadorem w Warszawie. Urodą nadrabiał braki mózgu.

Pełne zaciśnięte wargi przywodzą mi na myśl zimę. Pojechaliśmy do Zakopanego. To się działo po miesiącu naszej znajomości. Zasłoniłem ci oczy. Śmiałaś się głośno. Tańczyliśmy przy ognisku rozpalonym na polanie pośród śniegu. Nie docierało do nas zimno. Twoje rude kręcone włosy falowały, gdy podnosiłaś jedną nogę na przemian z drugą, aby w końcu upaść na biały puch.
Rozmawialiśmy całe noce o Schopenhauerze i filozofii wschodu; dyskutowaliśmy namiętnie o kinie azjatyckim, zachwycając się mimiką twarzy japońskich aktorów; planowaliśmy wyjazd w podróż życia kolejką transsyberyjska, która miała potrwać dwa tygodnie. Wmawiałaś mi, że człowiek z natury jest zły, a jak na ciebie patrzyłem, to wątpiłem w te słowa.
Chowaliśmy się przed światem w małym drewnianym pokoiku na poddaszu. Czerpałem radość z obcowania z tobą. Zadawałaś mnóstwo pytań, a ja nie potrafiłem odpowiedzieć na większość z nich. Zahipnotyzowany twoim głosem płynąłem w nieznane.

- Dzwoniłam do domu. Jutro idę na operacje. – powiedziałaś.
- Będę trzymał kciuki. – Wiedziałem, że to nic poważnego, a jednak się martwiłem. Siedziałem całe popołudnie z telefonem w ręku. Pisałem smsy do znajomych. Grałem w gry sportowe i zdobywałem mistrzostwo świata w piłce nożnej, jednak w życiu byłem ciągle na etapie eliminacji. Musiałem jakoś wypełnić czas. Patrzyłem więc tępo na album z pracami surrealistów. Salvador Dali miał Galę. Ja miałem Anię. Zrozumiałem podczas tego wyczekiwania w jak ogromnym stopniu jesteśmy do siebie podobni.
Mróz nie odpuszczał. Prezenter pogody tradycyjnie straszył niezbyt optymistyczną prognozą pogody. Zima miała trwać pół roku.
- Halo. To ja, Robert. Dzwonie, bo nie odpisałaś mi na sms. Jak się czujesz? To się cieszę. Kiedy się spotkamy? Jak to nie chcesz? Aniu! Halo? – Gdy odłożyła słuchawkę, uświadomiłem sobie, że znów jestem sam. Straciłem pokrewną duszę. Wykręciłem ponownie ten sam numer. Nikt nie odebrał.

Na początku kwietnia przewidywania specjalistów od chmur i wyży barycznych powędrowały do lamusa. Wiosna wcisnęła się w umysłu par, które oblegały ławki. Przemykałem szybko przez miasto. Nie mogłem znieść tego zjawiska. Kiedy ktoś zainstaluje dla par jakieś parkometry? Niech poznają jaką cenę trzeba zapłacić za uczucie.
Miłość dla mnie stała się przegniłym jabłkiem, które można obkroić, pozbawiając tym samym najcenniejszych kawałków lub po prostu wyrzucić i zapomnieć jak o zeszłorocznym śniegu
Wieczorem poszedłem do STAVANGROS. Spotkałem Tomka i Zosię. Wypiliśmy po kilka piw. Zamówiliśmy greckie karamas i smażone kalmary.
- Kiedy ty sobie znajdziesz dziewczynę? – spytał Tomek. Wiedział, że nie lubię tego typu rozmów, ale uparcie naciskał na mnie. – Niedawno powiedziałeś nam o jakieś uroczej osobie. Miałeś nam ją przedstawić.
- Daj mu spokój. Nie widzisz jak wygląda. – próbowała łagodzić sprawę Zosia.
- Dam sobie radę. – odrzekłem. Dopiłem piwo i wstałem od stolika – Czasami lepiej być samotnym szczęściarzem niż cierpieć w duecie. – Poszedłem do toalety. Dlaczego Zosia to powiedziała? Co było nie tak ze mną? Dziś w lustrze prezentowałem się całkiem przyzwoicie. I chyba moja pewność siebie pokonała zdrowy rozsądek.
- Mam na imię Karina. – wyszeptała mi do ucha jakaś blondynka, gdy przechodziłem obok baru.
- Robert. Postawić ci drinka?
- A na co cię stać koguciku? – spytała zalotnie. Pomyślałem sobie, iż nie warto takiej okazji przepuścić. – Whisky, koniak, Wermut. Nie wiem, co lubisz.
- Koniaczek. – Miała słodki głos. Kilka godzin spędzonych z nią w łóżku przekonało mnie też do jej gorących ust. Robiła nimi cuda.

Obudziłem się na potwornym kacu. Założyłem spodnie. Robercie, ależ z ciebie
ogier – pomyślałem i pierwszy raz od kilku dni uśmiechnąłem się. Podarowałem jakieś drobne żebraczce. Nie czyniłem tego zazwyczaj, lecz dziś był wyjątkowy dzień. Nastąpiło odrodzenie. By uczcić dzień, zjadłem wystawne śniadanie, wybrałem kilka krawatów na wieczór.
- Panu we wszystkim do twarzy – kokietowała mnie sprzedawczyni. Nadmiar doznań erotycznych i niedawna lektura Markiza De Sade nie pozwoliły mi przeoczyć uroczego elementu jej garderoby. Przez czarną sukienkę prześwitywała biała koronkowa bielizna.
- Nazywam się Bergman, Robert Bergman – skłamałem.
- Lidia. – odpowiedziała kobieta. Speszyła ją trochę moja bezpośredniość.
- To jest moja wizytówka. Zadzwoń. – Obdarowałem sprzedawczynię hollywoodzkim uśmiechem, bo w końcu moje zęby kosztowały 30 000zł, więc lubiłem się nimi chwalić.
- Oto pański zakup – Z oblicza Lidii zniknęły wszelkie objawy niepewności. Skryła się za maską oficjalności. Ja jednak wiedziałem, że w głębi siebie jest nieśmiałą dziewczynką, którą ktoś przebrał w to zabawne wdzianko, żeby udawać poważną kobietę.
- Do zobaczenia. – zabrałem torbę i wyszedłem.

Lidia miała jednak styl. W dzielnicy willowej wynajmowała stary dom. Kupiła kilka rzeźb. Miała świra na punkcie świeczników. Nie na pierwszej, a na drugiej randce poznałem uroki jej sypialni. Była kiepską kochanką. Szybko dochodziła i momentalnie zasypiała. W tej znajomości chodziło bardziej o przyjaźń niż o seks.
- Kiedyś stąd wyjdziesz i nie wrócisz. – stwierdziła pewnego ranka i nie myliła się. Za dwa dni już nie przyszedłem. Dowiedziałem się od Tomka, który też robił zakupy w tym samym butiku, iż zmieniła pracę. Podobno pewnego dnia przyszła do sklepu w koszuli nocnej. Szukała krawatów. Zakręcona neurotyczka.
- Wiesz czemu zostawiłem te wszystkie kobiety? – zapytałem Tomka.
- Nie musisz mi mówić. Domyślam się. – Po raz pierwszy zachował się jak na dobrego kumpla przystało.
- Jutro do niej pójdę. – powiedziałem. Siedzieliśmy przy stoliku na zewnątrz. Wrzucałem kostki cukru do filiżanki i odjechałem swoim surrealistycznym pojazdem wyobraźni gdzieś daleko.
- A jeśli nie będzie chciała z tobą rozmawiać? – spytał Tomek. Ocknąłem się. Popatrzyłem mu w prosto w oczy i zrobiłem minę sprzedawcy odkurzaczy, któremu bardzo zależy na finalizacji transakcji.
- Spróbuję. – wyrzekłem.

Wyciskałem z mojego samochodu ile się dało. Miałem wrażenie, iż nie jadę sam. Duża prędkość podniecała mnie bardziej od seksu. Ponad dwieście kilometrów na godzinę. Zbliżam się do Ani. Za chwilę powiem jej jak bardzo ją kocham. Uklęknę przed nią jak to zwykłem czynić w kościele. Jestem przekonany, że tym razem mnie przyjmie. Gdzieś tu mam płytę Deftones. Uwielbiam ten utwór. Passenger. 220 km/h. Przelatuję nad pasem zieleni. Porsche odrywa się od ziemi. Kocham to uczucie. Człowiek jest zły z natury. Co za brednie. Skłamałem. Wcale się nie oderwałem. Uderzyłem chyba w coś…
Opublikowano

"- Kiedyś stąd wyjdziesz i nie wrócisz. – stwierdziła pewnego ranka i nie myliła się. Za dwa dni już nie przyszedłem."

trzeszczy mi coś i to

"rudą dziewczyną ze Śląska" z reklamą kojarzy się

może tylko mnie?

+

Opublikowano

- Odprowadź mnie do domu. Jestem zmęczona i boli mnie głowa. Mieli okropne piwo. Chyba się porzygam. – stwierdziła. Twoje brązowe oczy nie prosiły. One rozkazywały. Zawsze stawiałaś mnie przed faktem. [...]
– W tej chwili przekonałem się, że mężczyznę też można strasznie zranić i chciałem, aby cały świat w to uwierzył. Potrafiłem pokochać.

Drzwi otwarła jej współlokatorka - otworzyła

Zwykłem bowiem siadać na spotkaniach ze znajomymi z boku. -brzmi jakby znajomi pochodzili "z boku" np. na spotkaniach ze znajomymi zwykłem siadać z boku.

++

Opublikowano

przyznaję, że bardzo mi się spodobało. oto kolejna osoba
z forum od której muszę się wiele nauczyć :D

Konradzie, opowiadanie miejscami bardzo mnie wzruszyło / to chyba wspomnienia powracają
chwiejnym krokiem/, łezka w oku się zakręciła jak bioderka w sambie :P. oj, raczej przy Stonesach, których teraz słucham :). czekam na kolejną część, bo wciąga

zdrówka i serdeczności Espena Sway :)

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Całkiem zgrabne i genialny utwór jako przewodni wybrałeś. Ale nie zapominaj, że to nie tylko Deftones, lecz ktoś z nimi nagrał i warto to zaznaczyć ;)
Jeszcze tylko kilka wytknięć:
"Zakręcona neurotyczna" - A nie neurotyczka?
"- Jutro do niej Pojdę" - pójdę ;)

Pozdrawiam i pisz dalej ;)

Opublikowano

Witaj po dłuższej przerwie!
Błędy poprawiłem. Kolejne części się tworzą, więc zapraszam do czytania.
Utwór oczywiście świetny i dla niewtajemniczonych dodam, że pochodzi on z płyty "White Pony" (2000, Maverick). Gościnnie śpiewa James Keenan Maynard (wokalista Toola).

Opublikowano

Wiosna wcisnęła się w umysłu par, które oblegały ławki.- coś nie tak z tym zdaniem

Nie czyniłem zazwyczaj, lecz dziś był wyjątkowy dzień. - czego nie czynił?

za dużo tego "iż", wymień w niektórych momentach na "że". jeśli chodzi o dalszą estetykę, to masz dziwny układ w dialogach - raczej nie stawia się kropki w pół zdania, jak to robiłeś. np.
- Robert. Nie.(ta niepotrzebna, KULA;) – odpowiedziała zdawkowo. – Przecież wiesz.

itd. z tymi kropkami.
pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...