Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tego popołudnia, mimo przejmującego zimna, Eliza wyszła na balkon. Był to jak gdyby odruch człowieka, któremu nagle zabrakło powietrza. Jej ruchy były gwałtowne, rozpaczliwe. Miała wrażenie, że balkon zachwiał się pod jej ciężarem, jak tratwa na morzu. Musiało to być tylko złudzenie, bo był mocny i solidny. Nowy. Nowy jak cały ten duży dom, jak łóżko w sypialni, jak oddech mężczyzny, który odtąd co noc już będzie spał obok niej. Nowy jak jej życie. Ostrożnie oparła się o balustradę. Do dużego pokoju przez nie zamknięte drzwi wpadł lodowaty wiatr, unosząc pojedyncze płatki śniegu i studząc kawę w porcelanowym kubku. Eliza wbiła wzrok w przestrzeń. W jej spojrzeniu nie było ani zainteresowania, ani obojętności. Przyglądała się nie tyle światu ile obrazom w swojej głowie. Była niedziela – pierwszy grudnia. Zaledwie jedna doba upłynęła od momentu gdy dobrowolnie zmieniła bieg swojej własnej rzeki. Jej myśli przesiąknięte były bielą – bielą tego śniegu wokoło; bielą sukienki z welonem, która w szafie wciąż jeszcze drżała z emocji; kredową bielą wczorajszego odbicia w lustrze, któremu bała się spojrzeć w oczy. Oddychała szybko, nie czuła zimna, nie widziała jak wiatr w szalonym tańcu plącze delikatne firanki, nie usłyszała kiedy stanął za nią Artur. Odwróciła się gwałtownie, gdy położył jej ręce na ramionach.
„Zupełnie jakby chciał powstrzymać ją przed rozłożeniem skrzydeł, powstrzymać ją przed odlotem” – pomyślała smutno drobna kobieta w oknie sąsiedniego domu.

Kobieta w oknie miała na imię Marta. Pierwszy grudnia nieoczekiwanie zaczął się dla niej przypływem silnych mdłości, które wzmagały się jeszcze, gdy bez słowa nalewała mężowi mocną herbatę i podawała kanapki z serem. Potem Krzysztof wyszedł do pracy. Wyszedł tak szybko, że niemal przypominało to ucieczkę, a ona została w brzydkim, pustym domu sama ze swoimi gorączkowymi myślami. Chodziła po pokoju w jedną i w drugą stronę. Przemierzyła kilometry znajdując się wciąż w tym samym miejscu – w tym ciasnym świecie między drzwiami a oknem, usiłując uporać się jakoś z tym, co zawisło ciemną chmurą nad jej świadomością. Dziecko? Niepewnie położyła dłoń na brzuchu, pytając siebie czy to może być prawda. A jeśli tak - która prawda byłaby lepsza. W jej życiu było dwóch mężczyzn – dwa niecelne strzały – jednego z nich kochała, a drugi był jej mężem. Do męża żywiła zawsze, o ile to możliwe, sympatię i niechęć jednocześnie. Wyszła za niego, przekonana że na nic lepszego od losu nie może liczyć. Gwiazdka z nieba spadła za późno, zbyt piękna i nierealna, by można było zbudować na niej coś trwałego, budowała więc tylko chwile ulotnego szczęścia i spełnienia. Budowała swoją baśń, aż do dnia – gdzieś tak w połowie października – gdy ten wspaniały mężczyzna gładko rozbił o jej twarz cierpkie słowo „koniec”.
Długo stała w oknie wpatrzona w rozległą biel, a po jej twarzy powoli spływał smutek.

***

Eliza też nie kochała męża. Im więcej nocy spędziła bezsennie czując przy sobie jego obce ciepło, tym bardziej stawało się dla niej jasne również to, że nigdy go nie pokocha. Uciekała od niego każdą myślą, z drugiej strony rozpaczliwie przekonując siebie, że wyłożyła swoje życie aksamitnym dywanem, że przecież nikt na loterii nie odrzuca wygranych losów. Dni były ostatnio bardzo pochmurne. Wierzyła, że gdy się przejaśni, wszystko będzie łatwiejsze. Przecież miłość nie jest najważniejsza – myślała.
A potem płakała do rana.

Marta już wiedziała. Lekarz potwierdził jej obawy. Nie powiedziała jeszcze Krzysztofowi. Zresztą już była pewna że on nie miał z tym nic wspólnego. Przez szereg nocy budziła się nad ranem gotowa biec do mężczyzny, którego kochała, gotowa porzucić wszystko, zburzyć swoje i jego dotychczasowe życie i żyć tym nowym, już stworzonym w niej. A potem uciekała myślą tuż spod jego drzwi i umierała z tęsknoty, z samotności, z braku odwagi. Krzysztof spał obok, oddychał obojętnie. Jeżeli nawet kiedyś ją kochał, nie wierzyła by coś zostało w nim z tego uczucia. Z tego śmiesznego uczucia żebraków.


***
Tego wieczoru Artur leżąc na plecach, wpatrzony w nieskazitelnie biały sufit, powiedział Elizie, że chciałby mieć dziecko. Zobaczyła w jego oczach ulotną tęsknotę, wzdrygnęła się mimowolnie. Poczuła jak pętla na szyi znów zaciska się mocniej, wzięła głęboki oddech. Odpowiedziała mu „Jeszcze nie teraz.”


Krzysztof wrócił z pracy o piętnastej. Marta czekała na niego z gotowym obiadem i z podjętą decyzją. Skłamała patrząc mu w oczy „Zostaniesz ojcem.”

***

Decyzja Elizy dojrzewała dłużej. Ale nadszedł dzień, gdy była już nieodwracalna. Zastanawiała się chwilę, czy czuje żal. Nie czuła. Tylko dłonie lekko jej drżały, jak w pierwszej klasie przed sprawdzianem.

Marta usiadła ciężko na kuchennym taborecie. Bardzo szybko się teraz męczyła. Krzysztof wyjął jej z ręki ścierkę i sam zaczął wycierać talerze. Uśmiechnęła się do niego, choć wiedziała, że na nią nie patrzy. Nauczyła się odczuwać pewnego rodzaju szczęście w tym swoim gorzkim świecie. Pamiętała odległy widok z okna – miała przed oczami Artura który kładł Elizie ręce na ramionach. Dla Marty to jej popękane szczęście, było teraz tym co powstrzymywało ją przed odlotem.

***

Eliza spakowała się szybko – szczęśliwa że w pobliżu nie ma nikogo kto złapałby ją za skrzydła. Odeszła dokładnie pierwszego grudnia, rok i jeden dzień po wielkiej pomyłce, gdy uwierzyła, że można żyć bez miłości. Śnieg gęstniał z minuty na minutę i słabo było widać tę kobietę z walizką w ręku, która szła coraz szybciej, czy może wzlatywała coraz wyżej i wyżej.


Marta jak co dzień zrobiła mężowi śniadanie. Znów uciekł do pracy, a ona usiadła w fotelu, obitym spłowiałym pluszem. W jej zachowaniu była ta spokojna rezygnacja, właściwa ludziom pewnym, że nic się już nie zmieni. Czuła że nigdy więcej nie zapragnie poderwać się do lotu, że coraz silniej wrasta w swą błotnistą, ale dobrze już znaną ziemię. Spojrzała przez okno. Widziała tę postać uciekającą, unoszoną wiatrem. Odwróciła wzrok by nie myśleć o niej. I o nim.
Czekała aż syn się obudzi. Patrzyła z miłością na tą uśpioną postać.
...Był tak bardzo podobny do Artura.

Opublikowano

Według mnie, za szybko, za skrótowo, zbyt przeskakujesz. Z tego mogłoby powstać spokojnie więcej części; w obecnej formie kojarzy mi się to raczej ze streszczeniem. Streszczeniem utrzymanym w konwencji jakby harlequinowej. Na mnie nie zrobiło większego wrażenia, choć niektóre fragmenty dot. emocji są całkiem, całkiem. Pozdrawiam:)

Opublikowano

Najpierw tak technicznie:
drugie zdanie - "odruch" - początek trzeciego - "ruch"
nie wiem czy balkon może się chwiać; może zatrząsł się?; tratwa też się chyba nie chwieje
"...jak tratwa na możu. Musiało to być tylko złudzenie, bo był mocny i solidny" - balkon w pierwszej części poprzedniego zdania, potem tratwa i w nowym zdaniu znów do balkonu...
balkon był mocny i silny - mnie nie pasuje; to raczej cechy człowieka, a animizować balkonu nie widzę sensu.
Nie wiem jak nowy jest oddech tego mężczyzny, przecież od roku są małżeństwem, trzeba założyć, że wczęśniej też trochę ze sobą byli, więc nie taki nowy chyba? To samo z życiem. Chociaż tutaj jest problem z tym czasem - ciężko się rozeznać ile mogło czasu minąć od jednej sceny do drugiej; cała historia to najwyżej rok (zima, dziecko), wtedy te uwagi dwie mniej uzasadnione.
Mniej więcej zarzuty takiego rodzaju mam, szczególnie do dwóch pierwszych akapitach.

Co jest świetne? - sukienka drżąca z emocji i sposób przejścia od jednej bohaterki do drugiej - bardzo to misternie przygotowane, świetne!

Zgodzę się z Veggą, że za krótkie; faktycznie można by było pomyśleć o rozbudowaniu tej historii, szczególnie bym był ciekaw portretów psychologicznych tych dwóch kobiet (mężczyzn też!), bo w tak małej fomie ich dramat jest mało przekonujący, a mam przeczucie, że potrafiłabyś to zrobić tak, żeby byli bohaterowie żywymi ludźmi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Hihihi hahaha hii hii hhiii hahahahaha hhaha hahha hahah hahhaha uha ha
Uśmiałem się szczerze z Ewy...
Baron de Czarus to dopiero koment dał - fachowy...
Pozdrawiam miło Lady Aj i Ewę Piast

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...