Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Kiedy w roku 2043 odkryto układ planetarny towarzyszący odległej o około 10,7 lat świetlnych od Ziemi Epsilon Eridani, rozpoczęto przygotowania do wyprawy badawczej w te okolice galaktyki. Było to ogromne przedsięwzięcie i wymagało znacznych nakładów finansowych oraz wielkiego wysiłku inżynierów projektujących gwiazdolot, dlatego zdecydowano się na współfinansowanie ekspedycji przez wszystkie najbogatsze, a zarazem wysoko rozwinięte państwa. Cała społeczność międzynarodowa czekała w napięciu na chwilę, kiedy spełnią się marzenia ludzi o podróży poza układ słoneczny. Wielokrotnie przypominano film z pierwszego lądowania człowieka na księżycu oraz stare kroniki, w których pokazywano niezwykłe zainteresowanie ludzi obserwujących to wydarzenie na ekranach telewizorów.
Dopiero w dniu 11 lipca 2047 roku, o godzinie dziewiętnastej czasu uniwersalnego wszystkie stacje radiowe i telewizyjne przekazały od dawna oczekiwaną wiadomość. Choć wypowiadana była ona w wielu językach, to jej treść wyglądała niemal identycznie i dotyczyła pierwszego w historii ludzkości startu załogowego statku kosmicznego dalekiego zasięgu. Statek ów po odłączeniu się od bazy księżycowej „Selene” miał opuścić Układ Słoneczny i udać się w daleką podróż, która miała potrwać zaledwie – dzięki osiąganiu przez gwiazdolot szybkości nadświetlnej – około piętnastu lat. Poinformowano również o składzie międzynarodowej załogi, na czele której stanął pułkownik Jonathan F. Preston, natomiast na jego zastępcę powołano majora Lwa Leontijewicza Popowa. W składzie ponad stuosobowej załogi znalazło się również czternaście kobiet. Do dzielnych pionierów międzygwiezdnych podróży życzenia szczęśliwego powrotu wysłali niemal wszyscy przywódcy państw zrzeszonych w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Życzenia napłynęły również ze Stolicy Apostolskiej.
Na holoprojekcjach można był zaobserwować, jak od bazy kosmicznej odrywa się potężny walec gwiazdolotu i odczytać umieszczony wzdłuż kadłuba dwujęzyczny napis:
*** STAR *** ЗВЕЗДА ***
W centrum dowodzenia lotami kosmicznymi, wyposażonym w dziesiątki stanowisk komputerowych, za pulpitami których siedzieli informatycy nadzorujący z ziemi przebieg pierwszej części lotu. Wielka holoprojekcja w jednej części centrum ukazywała świetlny punkt przesuwający się na tle trójwymiarowej mapy nieba, zmierzający ku jaskrawo błyszczącemu celowi, którym był Epsilon Eridana.

2

Ponieważ jeszcze przed startem większa część podróżników – poza dowództwem gwiazdolotu, pracownikami obsługi technicznej oraz niewielką grupą naukowców poddana została hibernacji przestrzeni na pokładzie było aż nadto. Nie brakowało również miejsc w salach odnowy biologicznej, na basenie, w ogrodzie i innych miejscach przeznaczonych dla rozrywki i relaksu załogi. Podróż przebiegała spokojnie i bez emocji, dlatego wszyscy chętnie korzystali z tych udogodnień. Któregoś dnia w sali odpraw gwiazdolotu zwołana została narada.
– Tak więc, w dniu dzisiejszym, o godzinie 14:27 czasu pokładowego główny komputer podał sygnał rozpoczęcia hamowania. Oznacza to, szanowni państwo, że osiągnęliśmy półmetek.
– Czyżby pan nie miał zamiaru powracać na ziemię, pułkowniku? – odezwał się Pawłowski.
– A, tak. Przepraszam. Oczywiście ćwierćmetek. Czy w związku z powyższym są jakieś pytania?
– Proponuję zorganizować z tej okazji bal kostiumowy – wyrwał się niepoprawny żartowniś – doktor Johanson.
– Doktorze, czy pan kiedykolwiek spoważnieje? – z uśmiechem zapytał Preston.
– Mam nadzieję, że nie. W przeciwnym wypadku nie zdołałbym do końca wytrzymać z wami na tej wycieczce. Wam wszystkim również zalecam trochę mniej powagi, a będziecie zdrowsi.
– A wtedy umrze pan z nudów – do rozmowy włączył się Popow.
– Nie ma obawy. Przy takim kucharzu, jak nasz, będę miał cały czas pracę przy leczeniu waszych żołądków – zaśmiał się lekarz.
– Aha. Majorze Popow, zdaje mi się, że chciał pan jeszcze porozmawiać z pilotami...
– Zgadza się.
– A zatem pilotów proszę o pozostanie; reszta jest wolna.


3


Salkę projekcyjna gwiazdolotu opuściła niewielka grupa pionierów podróży międzygwiezdnych, pośród których znajdowała się Sylwia oraz pilot promu – Patrick O’Hara.
– Coś ty taka zgaszona, Sylwio? Nie lubisz starych filmów?
– Nie powiem, że nie lubię. Często mają więcej uroku, a na pewno znacznie więcej do przekazania, niż dzisiejsze holoprojekcje, jednak te wszystkie komedie, a szczególnie filmy przygodowe i horrory są prawie jednakowe. Jedynie Dziecko Rosemary oglądałam po raz trzeci bez znudzenia. Teraz przepraszam cię, ale wybieram się na siłownię.
– A czy mógłbym ci towarzyszyć?
– Oczywiście. Siłownia dostępna jest dla wszystkich...

4

W sali odpraw odbywała się prowadzona przez Pawłowskiego narada.
– Jak większości z was wiadomo, potwierdziliśmy istnienie podobnego do naszego układu planetarnego. Tak więc, jeden z celów naszej wyprawy został osiągnięty. Bliższych informacji na ten temat udzieli nam doktor Sumiko Harada. Bardzo proszę, pani doktor.
– Udało nam się potwierdzić istnienie układu planetarnego złożonego, z co najmniej pięciu planet. Pierwsza z nich, o masie osiem dziesiątych masy Ziemi oraz druga,
czterokrotnie przekraczająca masę naszej planety krążą po orbitach mieszczących się w obrębie hipotetycznej ekosfery.
– Dlaczego hipotetycznej? – przerwał jeden z uczestników narady.
– Chodzi o ekosferę, w obrębie której mogłoby się rozwinąć życie podobne do ziemskiego. Trzy następne o masach: – kontynuowała Sumiko – cztery i sześć dziesiątych, dwa i osiem dziesiątych oraz jeden, coma jeden mają orbity znacznie oddalone od gwiazdy centralnej. Ze zrozumiałych względów zainteresować powinniśmy się głównie pierwszą z nich.
– Dziękuję. Będziemy – ma się rozumieć – prowadzić badania całego układu, skupimy się jednak przede wszystkim na tej ziemiopodobnej. Jeżeli są jakieś pytania, to proszę...
Wobec braku chętnych do zabrania głosu Pawłowski zakończył spotkanie.

5

Pułkownik Preston leżąc w swojej kabinie na koi rozwiązywał pewien problem szachowy, który zaprzątał jego umysł od kilku już dni, gdy rozległ się sygnał interkomu.
– Odbiór – powiedział i ukazała się holoprojekcja z twarzą Pawłowskiego.
– Mamy bombę, pułkowniku.
– Tak?
– Na Primie jest tlen.
– Na jakiej primie?
– Ach, tak. Pan jeszcze nie zna naszego kodu. Odkrytym planetom nadaliśmy nazwy zgodne z ich łacińską numeracją, a więc Prima, Secunda, Tertia i tak dalej.
– Rozumiem. I powiada pan, że na tej pierwszej jest tlen?
– To nie wszystko. Jest też woda. I w ogóle dosyć gęsta atmosfera.
– Jakie wnioski?
– Na szczegółowe wnioski jest jeszcze za wcześnie. W każdym razie uważam za konieczne wejście na jej orbitę i szczegółowe jej zbadanie. Jeśli nawet nie istnieje na niej życie, to niewykluczone, że mogłaby się w przyszłości nadawać do skolonizowania przez ludzi.
– W porządku. Myślę, że ma pan rację. Musimy ją dokładnie zbadać. Proszę zarządzić wybudzanie całej załogi.

6

Składająca się z pięciu osób grupa eksploracyjna oraz trzyosobowa drużyna pomocnicza udały się do pomieszczenia, w którym przechowywano skafandry oraz całe pozostałe indywidualne wyposażenie kosmonautów. W przygotowaniu do wyprawy towarzyszyli im Preston i Pawłowski.
– Kiedy pierwsza grupa wyląduje na powierzchni Primy – przypominał Preston – wy będziecie krążyć na geostacjonarnej... No nie! Na – uśmiechnął się lekko – primostacjonarnej orbicie, by w razie potrzeby przyjść z natychmiastową pomocą.
– Chyba nie muszę przypominać o bezwzględnej konieczności utrzymywania ciągłej łączności z bazą? – dodał Pawłowski.
Potakiwanie głowami było wystarczającym potwierdzeniem.
Po nałożeniu kombinezonów i sprawdzeniu ekwipunku obie ekipy przeszły do śluzy, po czym udały się na pokład startowy, zaś Preston przeszedł do zwanego mostkiem kapitańskim centrum dowodzenia gwiazdolotu. Holoprojekcja pokazała obie załogi zajmujące miejsca w zmodyfikowanych promach typu Harrier Mars-39. Następnie, na polecenie Prestona otwarte zostały luki startowe i kosmiczne pojazdy po kolei opuściły pokład statku macierzystego, by po chwili, ich włączone na całą moc silniki popchnęły maszyny w kierunku błyszczącej niebieskawo w promieniach Epsilona Eridana planety.
Po niespełna godzinie lotu pierwszy z promów łagodnie osiadł na powierzchni Primy.
– Niezbyt zachęcająco to wygląda – powiedział Bob.
– Nawet gór porządnych nie ma. Nie to, co na Marsie – dodał Jean.
– Ani oceanów – Bob okazywał dezaprobatę.
– Wydaje mi się, panowie, że nie macie racji – do rozmowy włączyła się Sylwia. – Może się mylę, ale wydaje mi się, że na chwilę przed lądowaniem dostrzegłam przed nami jakiś połysk i chyba coś jeszcze. Nie widział pan tego, kapitanie?
– Chyba masz rację, Sylwio. To błyszczało, jak woda – odpowiedział O’Hara. – zaczniemy badanie planety od tego miejsca. Jak tam dane?
– Temperatura powietrz 293,1 Kelvina, gruntu – 295,7. Prędkość wiatru 1,2 metra na sekundę. Zawartość tlenu 5,2 procent, azotu 93,9, dwutlenku węgla 17 promili. Wilgotność 25 procent. Ciśnienie 783 hektopaskale – złożył raport Misza.
– W porządku. Pierwszy zespół do śluz! Powodzenia chłopcy!
Bob i Jean przeszli do śluzy i wyszli na zewnątrz. Po opuszczeniu rampy ładowni i wyładowaniu różnego rodzaju aparatury pomiarowej, podłączyli kable energetyczne i rozpoczęli pobieranie próbek gruntu.
– Słuchaj, Sylwio – odezwał się O’Hara. Mówiłaś, że przed lądowaniem ujrzałaś coś niezwykłego.
– Widziałam. Jestem pewna. Z tym, że nie twierdzę, iż było to coś niezwykłego, tyle tylko, że coś wyróżniającego się na tle pustyni.
– A ty, Misza?
– Przyznam się, że jednak nie. Ale, skoro widzieliście to oboje, to na pewno coś tam musi być.
– No, dobrze chłopcy. Skończyliście? Wracaj na pokład, Bob. Będziesz kontrolował pomiary i pilnował łączności. My uruchamiamy limuzynę i wyjeżdżamy do was.
– Yes, sir! Tylko nie zapomnijcie zabrać z sobą przewodnika. A jeśli natkniecie się na jakąś dobą knajpkę, to zamówcie dla mnie porządny stek i zimne piwo.
– Masz to u mnie, jak w banku – odpowiedział kapitan.
Po chwili z luku wyjechał terenowy, kołowo-gąsienicowy pojazd elektryczny z O’Harą, Sylwią i Miszą na pokładzie. Do ekipy dosiadł się Jean i łazik ruszył w kierunku, w którym miało się znajdować to coś, co dostrzegli Sylwia i O’Hara. Za pojazdem uniosła się chmura pyłu. Jechali już około pół godziny, gdy Sylwia zapytała:
– Zauważyliście zmianę?
– Tak, jakby... Ale nie mogę się zorientować, na czym polega – odpowiedział O’Hara.
– To obejrzyjcie się za siebie – powiedział Misza.
– Nic nie widać – równocześnie odpowiedzieli Jean i O’Hara.
– No właśnie – z satysfakcją powiedział Misza.
– Teraz nic nie widać, a przedtem był tuman kurzu – dodała Sylwia.
– No faktycznie przestało się kurzyć – potwierdził Jean.
– Czyżby grunt był bardziej spoisty – wyraził przypuszczenie O’Hara.
– W pewnym sensie tak – Misza przyjął mentorski ton. – Jest bardziej wilgotny. Spójrzcie tam! – wskazał na wyraźnie ciemniejszą od otoczenia plamę na piasku.
– Zatrzymaj łazika! – rozkazał O’Hara.
Jean zatrzymał pojazd i wszyscy podeszli do wskazanego przez Miszę miejsca. Nagle idący przodem Jean zapadł się po kolana w ziemię, a gdy usiłował się wydostać z pułapki zagłębił się aż po pas.
– Merdè! To jakieś pieprzone bagno. Pomóżcie!
Wspólnymi siłami wyciągnęli biednego Francuza z pułapki.
– Wspaniała kąpiel – Jean nie stracił dobrego humoru. – Idealna na reumatyzm. Szkoda, że nie mam ze sobą kąpielówek.
– Nie krępuj się. Mogę się odwrócić – zażartowała Sylwia.
– Trzeba wziąć próbkę tego błocka – O’Hara nie przyłączył się do żartobliwego nastroju współtowarzyszy.
– A po co? Nie wystarczy ta, na garniturze Jeana? – ze śmiechem powiedziała Sylwia.
– Szefie, to nie jest błoto – włączył się Misza.
– A co?
– Nie jesteśmy na Ziemi. Błoto, to mieszanina gleby z wodą, a tutaj gleby nie ma. To jest zawiesina piasku i pyłu w wodzie, czyli kurzawka. A próbki już pobieram. Przecież w czymś takim może zaczynać się życie.
Po wzięciu próbek wszyscy ponownie zajęli miejsca we wszędołazie.
– Ostrożnie Jean – powiedział dowódca ekspedycji. – żeby nasza limuzyna cała nie poszła w twoje ślady.
Ruszyli naprzód, a po kilku minutach zza horyzontu wyłoniła się duża połyskliwa płaszczyzna. Po chwili nie mieli najmniejszych wątpliwości, że jest to pokaźnych rozmiarów zbiornik wodny. Gdy dojechali na brzeg Jean skręcił w prawo i łazik powoli posuwał się na granicy wody i lądu. W odległości kilkuset metrów widoczne były jakieś niewysokie pagórki.
– Co to takiego? – zapytał sam siebie Misza.
– Wydmy. To chyba oczywiste – pośpieszył z wyjaśnieniem Jean.
– Być może – skomentował O’Hara. – Ale włącz kamerę. – Baza! Widzicie?
– Tu Preston. Widzimy, ale trudno rozpoznać z tej perspektywy. Harrier2! Zmieńcie orbitę i spróbujcie nam to pokazać!
– Zgłasza się Harrier2. Już przystępujemy do manewru.
Zanim łazik dotarł do tajemniczych wzniesień jego pasażerowie otrzymali przekaz z Harriera2.
– Widzicie to, co ja? – wykrzyknął Jean.
– Widzimy – odpowiedział mu chór głosów.
– Co to jest, do diabła? – zastanawiał się O’Hara.
– To wygląda jak... – powoli powiedział Sylwia – ...jak...

7

– ...jak przysypane piaskiem samoloty.
– Chyba Masz rację Sylwio. A tam dalej, te duże, to może jakieś hangary? Choć ich kształt jest jakiś dziwny i są trochę za małe. Może jakieś warsztaty... Przyjrzyjmy się temu z bliska – powiedział O’Hara.
Opuścili pojazd, podeszli do jednego ze wzniesień i usiłowali wspiąć się na nie, lecz uniemożliwiał to osuwający się piasek.
– Chyba muszę ponownie zażyć kąpieli – stwierdził Jean i wszedł do wody, by po wilgotniejszym nieco, a tym samym bardziej spoistym piasku wdrapać się na pagórek. Podszedłszy do jego najwyższego punktu rękami zaczął odgarniać piach. Po kilku minutach pracy wydma zaczęła się gwałtownie osuwać i oczom eksploratorów ukazał się fragment pionowego statecznika samolotu.
– Halo, baza! Widzicie to dobrze? Odkryliśmy pozostałości jakiejś nieznanej cywilizacji. Podjedziemy jeszcze do tego większego obiektu.
– Halo! Tu baza. Widzimy doskonale. Po obejrzeniu tego dużego obiektu wracajcie!
– Podjechali kilkaset metrów i przystąpili do lustracji większego pagórka, obchodząc go kilkakrotnie dookoła.
– Z niczym mi się ten kształt nie kojarzy – powiedział Jean – a już na pewno nie z samolotem.
– Wiecie co... Przyszło mi do głowy coś takiego, że aż boję się powiedzieć.
– Powiedz, Sylwio – zachęcił ją O’Hara. – Przecież w pierwszym przypadku trafiłaś.
– Będziecie się śmiać.
– Nie będziemy – odpowiedzieli pozostali.
– To mi przypomina... statek.
– Oczywiście – poparł jej opinię Misza. – Leżący na boku statek. Tam jest dziób, a tu... Patrzcie! Tam, w górze, to chyba ster. O, i widać również zarys nadbudówki.
– No, faktycznie – potwierdził O’Hara. – Ale skąd wziął się tu, na brzegu.
– Widocznie docierają tutaj jakieś prądy oceaniczne, wyrzucające uszkodzone statki na brzeg – powiedział Jean.
– Tak, wyrzucają statki – ironizował Misza. – a do tego dorzucają jeszcze samoloty.
– Prądy oceaniczne, powiadasz? – z powątpiewaniem powiedziała Sylwia. – Twoim zdaniem pływają tu statki... No, nie wiem. Według mnie to nie jest żaden ocean, ani nawet morze. Co prawda, nie widać drugiego brzegu, ale odnoszę wrażenie, że jest to raczej jezioro. Spore jezioro.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytał O’Hara.
– Przecież oboje, na chwilę przed lądowaniem zauważyliśmy tę błyszczącą powierzchnię, ale to na pewno nie było na tyle duże, by można by je uznać za morze. A ponadto, zbiornik wodny o znacznych rozmiarach zauważylibyśmy jeszcze z pokładu gwiazdolotu.
– No dobrze – upierał się przy swoim Jean – teraz jest tu jezioro, ale kiedyś, w jakiejś bliżej nie określonej przeszłości mógł w tym miejscu szumieć prawdziwy ocean.
– Może i masz rację – Sylwia zgodziła się z jego koncepcją. – Za jakiś czas wszystkiego na pewno się dowiemy.

8

Tymczasem na pokładzie gwiazdolotu odbywała się narada z udziałem Prestona, Popowa i Pawłowskiego.
– Uważam za celowe wysłanie na Primę promów z odpowiednim sprzętem i aparaturą. A jakie jest zdanie panów?
– Ależ, to jest po prostu konieczne, pułkowniku – odpowiedział Pawłowski. – Przecież to jest prawdziwa rewelacja. Pierwsza wyprawa ziemskiego statku kosmicznego w podróż międzygwiezdną i od razu trafiamy na ślady obcej cywilizacji. A może jej twórcy jeszcze gdzieś żyją? Może oczekują naszej pomocy? Musimy to wyjaśnić.
– Zgadzam się całkowicie z panem – dodał Popow. Jeśli nawet nie trafimy na żyjące istoty, to przecież możemy... nie – musimy się zapoznać chociaż z ich osiągnięciami z dziedziny technologii. Być może będziemy się mogli czegoś od nich nauczyć.
– Cieszę się, że reprezentujemy takie same poglądy w powyższej sprawie – Preston zaczął wydawać rozkazy naukowcom, pracownikom technicznym i pilotom. – Majorze, proszę się również przygotować do lądowania na Primie. Będzie pan bezpośrednio nadzorował całą operację.
– A ja? Chyba też powinienem się tam udać.
– Dobrze. Pan będzie odpowiedzialny za część naukową badań. Proszę sobie dobrać cztero,-pięcioosobowy zespół. Harrier1, zgłoś się!
– Zgłasza się Harrier1.
– Kapitanie O’Hara. Proszę sprawdzić spoistość gruntu w rejonie obiektów.
– Nie rozumiem pułkowniku.
– Nie chcemy, by któremuś z promów przydarzyła się taka przygoda, jak Jeanowi. Zobaczcie, czy w okolicy nie ma podobnych pułapek. Jeśli natraficie na taką, postawcie radiolatarnię. Potem wracajcie do bazy
– Rozkaz, pułkowniku!
Drużyna O’Hary sprawdziła otoczenie wraków i – nie stwierdziwszy niebezpiecznych miejsc ulokowała się w łaziku. W czasie, gdy wracali do promu, od gwiazdolotu oddalały się cztery kolejne Harriery, z technikami i naukowcami oraz sprzętem budowlanym na pokładach. Niedługo potem kolejno wylądowały nieopodal zasypanych samolotów i statków. Z otwartych ładowni powoli wypełzały buldożery, koparki, dźwigi i inny sprzęt. Technicy w tym samym czasie porozstawiali kamery holograficzne i używając kabli podłączyli je do generatorów.
– Po niezbyt długich przygotowaniach spychacz i koparki przystąpiły do prac przy pierwszym z odkrytych obiektów. Już pierwsze metry sześcienne piachu odsłoniły kadłub samolotu. Większa część pozostałych na gwiazdolocie, przebywała w centrum dowodzenia, obserwując holoprojekcję z wykopalisk. Gdy obraz ukazał wyłaniający się spod zwałów piachu kadłub samolotu i ukrywający się pod charakterystycznym „garbem” jego kokpit, naczelny inżynier gwiazdolotu – Tom Scott zerwał się z miejsca.
– Panie pułkowniku! Ja znam ten samolot! Widziałem taki w muzeum.
– Pozaziemski samolot widział pan w muzeum?
– To nie jest samolot pozaziemskiej cywilizacji. Tę maszynę wyprodukowano na Ziemi. To jest Boeing 747, zwany Jumbo Jetem.
Tymczasem koparki odsłoniły kolejne fragmenty maszyny, ukazując, ciągnący się wzdłuż kadłuba napis American Airlines.

9

Preston powstał z fotela i odwrócił się do zebranych.
– Panowie!. Sądziliśmy, że udało nam się dokonać – powiedział z przejęciem – sensacyjnego odkrycia śladów obcej cywilizacji. Zdawało się, że spełniło się jedno z marzeń ludzkości – odnalezienie kosmicznych braci. Tymczasem sensacja zdaje się być jeszcze większa, a przy tym całkowicie zaskakująca. Ziemski statek powietrzny w odległości ponad dziesięciu lat świetlnych od macierzystej planety, to rzecz absolutnie niewytłumaczalna, a jednak prawdziwa. Wykorzystamy wszelkie możliwe sposoby, by wyjaśnić tę tajemnicę. Przede wszystkim musimy dostać się do wnętrza samolotu.
– Będzie to trochę kłopotliwe, bo samolot jest przechylony i jego drzwi są dosyć głęboko zasypane – powiedział Scott.
– To wytniemy otwór w kadłubie – podjął decyzję Preston. – Słyszał pan, majorze?
– W porządku. Zaraz wyciągniemy aparat do cięcia metalu – odpowiedział Popow.
Technicy przystąpili do wycinania otworu w kadłubie samolotu. W związku z tym, że Epsilon Eridana ukrył się za horyzontem i zapadł szybki zmierzch, pracę skończyli korzystając ze światła jupiterów. Cała ekipa czekała z niecierpliwością nieopodal. Gdy wyważono płat poszycia do wnętrza maszyny wszedł Popow i Pawłowski i dwóch pilotów.
Wewnątrz kadłuba panowała ciemność rozjaśniana jedynie wpadającymi przez iluminatory smugami światła świecących na zewnątrz jupiterów. Zapalili więc umocowane do hełmów lampy i zaczęli przesuwać się pomiędzy rzędami foteli.
Kabina pasażerska była pusta.
– Idziemy do kokpitu – zdecydował Pawłowski.
Po schodach dostali się na górny pokład i przez otwarte drzwi weszli do kabiny pilotów. Tutaj też wszystko wydawało się być w porządku. Jeden z pilotów zasiadł w fotelu.
– Zna się pan na tym? – Zapytał Popow.
– Wszystkie samoloty są do siebie podobne. Może bez dłuższego treningu wystartować bym nie potrafił, ale ogólnie mogę go sprawdzić.
– Proszę więc to zrobić! – polecił Popow.
Pilot przez chwilę studiował tablicę przyrządów, po czym wcisnął kilka wyłączników i w kabinie rozbłysły blade światła oraz monitory kontrolne.
– Akumulatory niemal całkowicie rozładowane – stwierdził – ale wskazania przyrządów nie pokazują żadnych usterek. Paliwa powinno wystarczyć na jakieś pięć tysięcy kilometrów lotu. Gdyby akumulatory były sprawne, zapewne dałoby się go chyba uruchomić. Możemy jednak „pożyczyć” prąd z promu. Co pan na to?
– Chyba warto spróbować – powiedział Popow.
– To nie ma najmniejszego sensu. W atmosferze jest zbyt mało tlenu – do rozmowy włączył się Pawłowski.
– No tak, ma pan rację. Sprawdźmy jeszcze raz wszystkie zakamarki kabiny i wracajmy do Harrierów. Jutro czeka nas również sporo pracy.
Wrócili do przedziału pasażerskiego i przeszukali schowki na bagaż, podłogę pod fotelami i kieszenie w oparciach foteli. Znaleźli kilka osobistych drobiazgów, jak kapelusz, chusteczkę do nosa, pęk kluczy, parę rękawiczek i już mieli wychodzić na zewnątrz, gdy jeden z nich ujrzał leżącą na fotelu damską torebkę. Oprócz zwykłych kobiecych akcesoriów znaleźli w niej paszport na nazwisko Lynda Stratton oraz bilet na lot z Miami do Londynu, na którym wydrukowana była data 14 października 2006 roku.
– Czekajcie – powiedział Pawłowski. – To znaczy, że ten samolot wyleciał z Florydy pięćdziesiąt sześć ziemskich lat temu...
– Nic z tego nie rozumiem – Popow był równie zdziwiony, jak jego uczony kolega.
– Słuchajcie! – odezwała się Sylwia obserwująca przebieg wydarzeń z pokładu "Gwiazdy". – A może to ma coś wspólnego z Trójkątem Bermudzkim?

10

– Z jakim trójkątem? – Preston w zdziwieniu uniósł brwi.
– Z bermudzkim.
– A cóż to znowu takiego?
– W drugiej połowie dwudziestego wieku na obszarze, którego wierzchołki wyznaczają południowy skraj Florydy oraz Bermudy i Puerto Rico miały miejsce liczne zaginięcia samolotów, jachtów, a nawet pełnomorskich statków. Snuto wiele domysłów, w tym zakładano, że mogły być efektem działania przedstawicieli obcych cywilizacji, jednak przyczyny nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Dzisiejsze nasze znalezisko zdaje się hipotezy o obcych potwierdzać.
– Ciekawe... Ani w szkole lotniczej, ani w West Point nic nam o tym nie wspominano. A pani, mimo młodego wieku posiada takie informacje...
– Panie pułkowniku. Mimo, że studiowałam egzobiologię, to zdarzało mi się sięgać od czasu do czasu po inną literaturę, niż podręczniki akademickie – w głosie Sylwii dało się odczuć lekkie zirytowanie.
– Proszę się nie obruszać. W moich słowach naprawdę nie było ani odrobiny ironii, a jedynie podziw. Już pokazała pani, że ma wyczucie, a obecnie wykazała się również wiedzą. Może i tym razem również ma pani rację. Majorze Popow! Spróbujcie wymontować czarną skrzynkę. Postaramy się dokonać analizy wydarzeń zaistniałych w czasie tego lotu.
– W porządku, pułkowniku. Zaraz wyślę techników.
Po chwili wszystkie ekipy przeszły na spoczynek do swoich Harrierów, by po kilku godzinach snu podjąć prace przy odkopywaniu kolejnych obiektów. Już po kilku ruchach czerpaków przy największym z nich osunęły się zeń masy piachu, nieomal zasypując jedną z koparek. Po opadnięciu wielkiego kłębu kurzu wszyscy mogli ujrzeć wielki tankowiec w całej okazałości.
– Co najmniej dwieście tysięcy ton wyporności – ocenił półgłosem jeden z członków ekipy.
– Kolos – potwierdził Pawłowski. Ten to na pewno nie mógł tutaj dolecieć. Gdybym nie miał wątpliwości, że jesteśmy na Primie, to mógłbym sądzić, że przez pomyłkę znaleźliśmy się ponownie na Ziemi, na której wydarzył się jakiś kataklizm.
Tymczasem za pomocą umocowanej do wysięgnika platformy ekipa badawcza podniesiona została aż do nadbudówki statku, po czym wielkim kluczem rozbito szybę i ludzie dostali się do jej wnętrza. Z uwagi na znaczny przechył statku poruszali się częściej po ścianach, niż po podłodze, wspomagając się przy tym linami. Spenetrowano każdy zakamarek i stwierdzono, że – podobnie, jak w samolocie – nie było w nim żadnych ludzi. Nie stwierdzono również żadnych uszkodzeń, poza poprzewracanymi meblami i innym sprzętem, ale to było bez wątpienia skutkiem położenia się statku na burtę. Z gwiazdolotu poleciały na Primę kolejne Harriery dostarczając elementy do budowy niewielkiej bazy. Zwiększono przy tym ekipę badawczą, która już nie przerywając prac w nocy, odsłaniała kolejne obiekty. Na żadnym z nich nie stwierdzono obecności ludzi, ani innych żywych, bądź martwych – prócz pewnej ilości bakterii – organizmów pochodzenia ziemskiego.

Opublikowano

[quote] szkoda, że po kilku pierwszych zdaniach odechciało mi się czytać


Mnie nie chciało się wspiąć na Kilimandżaro :-(
[quote] ale to tylko mój gust, innym pewnie sie spodoba...no nie wiem...
Są czytelnicy, którzy nie zniżają się poniżej poziomu Dostojewskiego, Ecco, czy .......– ale ci tutaj w ogóle nie mają czego szukać. Ci którzy czytają głównie Browna, Ludluma, czy Mastertona powiedzą, że u mnie jest zbyt mało akcji, i zagadki, więc na pewno też im się nie spodoba. Niektórzy czytają jedynie wiadomości sportowe, a więc tego nie będą w stanie zrozumieć. Na koniec są tacy którzy nie czytają niczego – a zatem nie przeczytają również Złodziei. Mała więc szansa, bym zadowolił gusta kogokolwiek.
A ja... Cóż, ja piszę o tym, co mnie interesuje i czynię to w sposób, na jaki mnie stać.
Opublikowano

Ja Eco nie lubie (no, jedynie Wahadlo Foucaulta uwazam za arcydzielo), a tutaj mi sie podoba. Popracuj troche nad dialogami, niektore brzmia troche naiwnie, jak z Lundluma. A poza tym jest ok, czekam na rozwoj! Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


:-(
[quote]

A ja... Cóż, ja piszę o tym, co mnie interesuje i czynię to w sposób, na jaki mnie stać.

a stać cię i robisz to w miarę sprawnie technicznie, nie godzien jestem cię poprawiać, gdybyś tylko pisał o czymś ciekawszym, ale to jak już stwierdziłem kwestia gustu...
Opublikowano

Czytałem w warsztacie. Może lepiej że sobie na spokojnie prześledziłem, bo mogę bez zbędnych emocji coś napisać. Ze względu na to, iż moje uwagi już wcześniej przedstawiłem, to skupie się na odbiorze tekstu. Od jakiegoś czasu dominuje wydanie fizyczno-naukowe Leszka Dentmana z dobrze skonstruowaną fabułą a może sci-fi (Dr Nobody). Ja nie mam zastrzeżeń. Będę się tylko czepiał (chyba znowu) tego braku rysu psychologicznego bohaterów. Dobrze dla tekstu byłoby gdybyś więcej napisał o przeżyciach postaci (czego się obawiają, co czują, co ich podnieca, czym się interesują poza pracą). Teraz są odrobinę sztuczni. Zobaczymy co będzie dalej.
salve!!!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • powiedz mi kim jesteś w zapełnianiu jakiej wyrwy w nadawaniu jakiego sensu trafiłaś tutaj grać w zielone
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...