Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Lubię cmentarze. Nawet nie chodzi o dotykanie oczami, stopami tajemnicy (lub niezbitego faktu) przemijania. To raczej kwestia wyciszenia. Nigdzie w zaułkach miasta nie ma tak spokojnej atmosfery jak pomiędzy marmurowymi płytami, w wąskich ścieżkach pomiędzy brzozami. Gdzieniegdzie skulone, zgrzybiałe postacie ludzi, dla których napis na płycie N.N. to coś więcej niż nic mi nie mówiące imię i nazwisko osoby zmarłej przed 20 laty. Zaskakujące, jak wiele się myśli o tym, co pozostanie. Powstają później mauzolea w marmurze. Monumentalizm małych człowieczków wychyla swój cień zza drugiej strony.

Osobna historia to cmentarz żydowski. Zawieszona na bramie w dwóch językach tabliczka informuje żeby nie wchodzić bez nakrycia głowy. Kultura narodu z pejsami i w jarmułkach zawsze mnie fascynowała, zwłaszcza że mają z nami wiele wspólnego. Założyciele tego jakiego znamy Izraela rodzili się pod Modlinem, Tarnowem i Przemyślem. Po polsku mówili lepiej niż Wałęsa. Interesuje hermetyczność jaką zachowują w XXI wieku. Niezwykła wola przetrwania, wreszcie ponadprzeciętna inteligencja. Nie żebym czuł jakąś specjalną miłość do nich, po prostu pełne dystansu zadziwienie.

Krążę czasem od ronda Babka – ciekawe ile osób wie, że nazywa się ono rondo Radosława i ile z nich wie, skąd ta nazwa – wzdłuż Powązek w kierunku Woli. Wola. Wola. To nie ta cholerna Praga, którą znam i kocham, ale też poznaję każdego dnia zaułki półfabrycznej, półmieszkaniowej dzielnicy. Stare robotnicze domy. Obok nowsze osiedla. Kiedyś krążąc na powolnym spacerze spytałem pana pod siedemdziesiątkę gdzie jest Żytnia. Z dużą powagą powiedział „Żytnia? To stara Warszawa!”. Historię trzeba cenić i mieć nadzieję, że kolejne pokolenia też będą cenić. Wszystko co pozostaje, to właśnie wspomnienia. Nothing else matters, powtarzając tytuł utworu nadmiernie owłosionego zespołu z Seattle.

Sam koniec Centrum. Jana Pawła. Przed różowymi szyldami seks shopów stoją rechoczący młodzieńcy. Krótkoobcięte włosy, modne buty, twarze nieskażone błyskiem inteligencji. W środku na pięterku na krześle rozwalił się podstarzały wąsaty onanista z brzuszkiem. Przed nim znudzona ośmiogodzinnym dniem pracy tańczy brudna, zmęczona striptizerka. Ostatnie parę dych i pójdzie do domu odebrać dzieciaka z przedszkola. Teoretycznie każdy ma takie życie, jakie sobie ułoży. To nie dobrymi chęciami, ale teoriami wybrukowane jest piekło. Osobiście raczej wierzę w przypadek. To uspokaja moje brudne sumienie. Pozwala na stwierdzenie, że wszystko co mi się udaje, to i tak nie moja zasługa i uspokaja w momentach uorażek. Niewzruszony wiem, że nie jestem ich winien. Może przesadzam, ale zaskakująco dużo jest dziełem sekwencji losowych zdarzeń. Otwórz kiedyś oczy, to może też to zauważysz.

Be nice. Be nice. Takie przykazanie zawiesiłem nad łóżkiem, podobno pomaga w podprogowym wprowadzaniu każdego przesłania do sparszywiałej świadomości. W piekarni stoję w kolejce czekając aż młoda, z wyglądu niezbyt rozgarnięta dziewczyna zapakuje bułki do szarej torby. Za mną baba w średnim wieku pcha się w moją stronę i usiłuje przepchnąć mnie swoją masą. Rzut oka w tył. Brak reakcji. Czuję jak parasolem stuka mi po łydce. Znowu obrót w tył. „Kurwa. Mogłaby się pani nie pchać?”. Wokół zapada cisza. All eyes on me. Pani Jadzia, pewnie księgowa w niedużej firmie robi krok w tył. Już nie będzie się pchać. Przynajmniej dzisiaj. Zaskakujące jak skutecznie na ludzi na pozór normalnych, tzw. średnia klasa, pewnie wykształceni, działa chamstwo. Czasem tylko chamstwo pomaga.

Dzień w dzień wsiadam i wysiadam na przystanku Majakowskiego. Ci, którzy mieli dosyć. Plath, Majakowski i rzesze innych, w większości nieznanych, mieszkających na Kamczatce, w Szanghaju i Ursusie. Pewnego dnia znudziło im się, zgubili sens i odkręcili kurek z gazem, skoczyli z odpowiedniego piętra, przypadkiem połknęli całą fiolkę tabletek nasennych. Jasnym okiem patrzę za okno i widzę przestrzeń. Zbyt kocham prosty widok zza szyby, smak cappucino, bicie serca jak biegnę na autobus, prymitywną frajdę jak Barcelona wygrywa. Chwile, to właśnie one nadają sens

Za dziesięć lat świat skurczy się do pracy, do której będziesz zapieprzać pięć dni w tygodniu i żony z małym wrzeszczącym bachorem, z którymi będziesz siedzieć w centrum handlowym przez dwa pozostałe. Lepiej nie zostać tłustym skurwysynem awanturującym się o za wolną obsługę na stacji benzynowej i koncentrującym wątłe uczucie przywiązania do własnego syna na dostarczanych co miesiąc nowych grach na Playstation.

Wciąż wychodzę na ulice i patrzę naokoło. Wreszcie tak oczekiwana wiosna. Kolejna wiosna, którą chcę pamiętać. Czas na okrążenie po jeszcze nie zielonym, ale już bezśnieżnym, pozbawionym oblodzenia parku. Oddech.

Opublikowano

postrzępiłeś ale chętnie poskładałam te skrawki aby obejrzeć stolicę twoimi "ajsami" :)
codziennie poznaję ją od nowa, tę wyciszoną cmentarozadumaną , tę hałśliwoautobusową, tę chamskowulgarną, tę śmiejącą się gołymi brzuchami pięknych dziewcząt...tysiące skrawków a każdy ciekawy

Opublikowano

No bywam w tych miejscach, bywam ale czemu o tym piszesz, jakaś nowe odkrycie? kolejny manifest wrażllwości? odebrałem to jaki taki garnek z misz masz, wszystkiego po trochu,

najpierw fascynacja cmentarzami, a zwlaszcza jednym, i konczysz zdaniem :"Nie żebym czuł jakąś specjalną miłość do nich, po prostu pełne dystansu zadziwienie."

Jeśli o tym piszesz to nie z byle powodu czy kaprysu,

to najciekawszy fragment, całości

potem troche flashów stolicznych, narzekania, humoru owłosionych szarpidrutów :)) , potem metafizyka, nie rozumiem o co chodzi z tymi teoriami jako posadzka wiecznych czeluści, ale pewnie dlatego, ze jestem glupi i niewyksztalcony..

to zapamiętam bo jest zajebiste:Za dziesięć lat świat skurczy się do pracy, do której będziesz zapieprzać pięć dni w tygodniu i żony z małym wrzeszczącym bachorem, z którymi będziesz siedzieć w centrum handlowym przez dwa pozostałe. Lepiej nie zostać tłustym skurwysynem awanturującym się o za wolną obsługę na stacji benzynowej i koncentrującym wątłe uczucie przywiązania do własnego syna na dostarczanych co miesiąc nowych grach na Playstation...zamiast zapieprzac rzuciłbym tylko zapierdalać. i żony....coś tu składniowo nie gra...słaby jest ten drugi człon zdania a szkoda,

Takie sobie, może nawet trochę do przodu niż przeciętnie...

plus

Opublikowano

Czy to MIchał-Reaktywacja? Nie jestem pewien czy teraz podążasz we właściwym kierunku. Tekst o studentach był taki sobie. Teraz piszesz przewodnik? Dodaj więcej przemyśleń, ruchu, akcji, bo sam opis miejsc nie wystarcza. Oczywiście styl jest ok.

Opublikowano

Ostatnie parę dych i pójdzie do domu odebrać dzieciaka z przedszkola - do domu czy po dzieciaka? a może przecinek?

To uspokaja moje brudne sumienie. Pozwala na stwierdzenie, że wszystko co mi się udaje, to i tak nie moja zasługa i uspokaja w momentach uorażek - powtórzenie i literówka

bicie serca jak biegnę na autobus - sugeruję kiedy, albo gdy. "Jak" trochę nie pasuje.

Kolejna wiosna, którą chcę pamiętać - śliczne zdanie i za nie + bo cały tekst mnie nie powalił, chociaż jest trochę niezłych fragmentów

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Piotr, właśnie tak, wszystkie po trochu, począwszy od samego tytułu, który to wyraźnie sugeruje.

Zdaję sobie sprawę, że całość bez rewelacji, może nawet nie próbowałem, żeby ten tekst był jakimś cudem. Po prostu, zlepek myśli, spojrzeń, właśnie flashów z krajobrazu urban.

Dzięki za zajrzenie i liczne uwagi. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Michał-reloaded? ;) Może, z pewnością nie w tym tekście, ale wracam. Wreszcie mam czas. Ostatni rok to była tylko nauka, teraz troszeczkę mogę chociaż wieczorami znaleźć chwil dla siebie. Nie żebym za często pisał, ale właśnie w wolnym, spokojnym czasie myślę o tym, o czym ewentualnie chcę napisać.
Tekst o studentach był kolejnym tekstem nazwijmy to quasi-serii, przeznaczonej zdecydowanie dla małego światka studentów tamtej szkoły, zresztą na łamach tamtejszego miesiecznika się ukazywało parę podobnych felietonów.
Akcja i ruch to rzeczy, których nigdy nie potrafiłem (w przeciwieństwie do Ciebie, Ty piszesz tak znakomicie). Poza tym czasem kusi mnie redukcja wszystkiego do opisu. Nic, tylko opis, kalka tego co spada na siatkówkę.
Dziękuję za zajrzenie i pozdrawiam
MZ
Opublikowano

Witaj Michale! Nie wiedziałam, że Cię tu odnajdę. Ale odnalazłam i przyznaję, ze bardzo się cieszę, bo Twój tekst zrobił na mnie duże wrażenie. Na pewno jest to obraz świata sporządzony przez człowieka w drodze, a taki człowiek to chyba najczęściej obserwator, zapewne to miało duży wplyw na to, że owe "Postrzępione kawałki" tak mnie wciągnęły. Chciałoby się powiedzieć - "Wherever I may roam" ;)

"To nie dobrymi chęciami, ale teoriami wybrukowane jest piekło." - to zdanie jest jednym z tych, które sprawiają, że wartość twojego tekstu się potęguje, myslałam o tym, ale sama nigdy tak tego nie wyraziłam.

W ogóle pod całością się podpisuję i cieszę się, że mialam okazję przeczytać, na pewno bedę do tego fragmentu wracać.
Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Witaj Aniu,
bywam czasem w różnych dziwnych miejscach więc zaglądam i tutaj;)
Obserwowanie, bycie obserwatorem albo odgrywanie jego roli wciąż fascynuje mnie, co często staram się wyrazić, chociaż może nie jest to zawsze właściwe podejście.
Bardzo, bardzo miło, że zajrzałaś tutaj i podzieliłaś też pewne myśli.
Pozdrawiam serdecznie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...