Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Kuba nie wierzył własnym oczom i uszom. Stojąc przed kilkupiętrowym biurowcem w centrum Tychów, był świadkiem szopki, jakiej nie widział w życiu. Ubrana w kupiony naprędce strój kapielowy Edyta spacerowała wzdłuż chodnika i niczym panienka na meczu bokserskim, trzymała w rękach planszę z napisem: „Wyprzedaż sprzętów biurowych”. Z każdą chwilą gęstniał wokół niej tłumek mężczyzn.
- Szanowni państwo!!! Nasz szef wyjeżdża na kilkuletni staż do USA. W związku z tym chciałabym państwu zaproponować odkupienie wyposażenia biura po naprawdę konkurencyjnych cenach. Tylko dziś, tylko dla odważnych. Taka okazja już nie nie nadarzy.
Faceci słuchali jak zaczarowani, kobiety prychały, machały rękami i szły dalej. Kuba po raz pierwszy pomyślał, że może jednak ten pomysł wypali. Porwani z pobliskiego baru „ U Krychy” panowie Zenek i Romek znosili z drugiego piętra coraz więcej sprzętów. Na ulicy stały już stoły i biurka, a na nich sporo biurowej elektroniki oraz wyposażenie kuchni.
- Ta oto drukarka laserowa firmy Cannon prawie nie była użytkowana. Drukowała głównie dokumenty i korenspondencję firmową. Posiada wciąż aktualną gwarancję, a tonery są zużyte zaledwie w połowie. Cena jest śmieszna...
Jakiś łysawy jegomość z wielkimi plamami pod pachami wziął drukarkę od ręki. Dalej Edyta zachwalała telefon z faxem, kserokopiarkę, niszczarkę do dokumentów, komputery, ruter do internetu, kuchenkę mikrofalową, czajnik, a nawet komplet posrebrzanych sztućców.
Ubawiony i zachwycony Kuba podpierał ścianę, paląc papierosa za papierosem. Martwiło go już tylko co zrobi, jeśli nagle zjawi się Straż Miejska, Policja lub jakaś specjalistyczna komórka od spraw moralności w rodzaju Brygady Moherowych Beretów lub Osiedlowego Związku Żon i Wdów.
Nagle z budynku wybiegł niewielki człowieczek z papierową aktówką pod pachą.
- Co za cyrk mi urządzacie?! – wykrzyknął – Ja tu prowadzę poważne interesy.
Widząc błagalne spojrzenie Edyty, Kuba złapał faceta za rękę i siłą odciągnął na bok. Sam nie wiedział jak to się stało i jak w ogóle wpadł na ten pomysł, ale nagle zaczął mówić:
- Niech pan posłucha. Dzwoniłem po różnych redakcjach. Za parę chwil zjawią się tu dziennikarze. Jestem pewien, że opiszą ten incydent. Jedni wezmą go za genialny chwyt marketingowy, inni zganią za nagość, a reszta po prostu wydrukuje zdjęcia tej ładnej pani. Tak czy owak reklamę ma pan zapewnioną. Ile ma pan wolnej powierzchni do wynajęcia?
- No..., jest trochę.
- Jutro już nie będzie. Gwarantuję.
Ogłupiały facet rozglądał się dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Kuba modlił się w duchu, żeby złapał ten haczyk.
- To rzeczy Tymona – powiedział nagle zarządca – Wyprowadza się, a nie zapłacił ostatniego czynszu.
- Za pół godziny przyniosę gotówkę osobiście.
Spojrzenie wodnistych oczu faceta przesunęło się po twarzy Kuby i jakby przyciągane magnesem powędrowało ku pośladkom Edyty.
- Zgoda. Za pół godziny nie chcę was tu widzieć.
Kuba poczuł kropelki potu na plecach. Przez ten czas z blatów poznikała większość rzeczy, a pęczek banknotów pysznił się zatkniety za paskiem stringów na biodrze Edyty.
Kiedy została już tylko ogromna, trzyczęściowa szafa i długie biurko prezesa, Kuba zwątpił, że ktokolwiek się na nie skusi. Wtedy jakiś mężczyzna kupił biurko dla swojego ośmioletniego syna, a szafę panowie Zenek i Romek postanowili spieniężyć na własną rękę.
- Nie wierzę! Poszło wszystko! – Kuba prawie podskakiwał z radości.
Zobaczył inną Edytę. Skupioną na pracy, z policzkami rumianymi z emocji i dumy. Była kimś zupełnie innym, niż Patrycja tańcząca na rurze w nocnym klubie. Miał ją przytulić, gdy między nimi stanął wysoki, nieźle ubrany facet z wyżelowanym irokezem na głowie.
- Myślę, że miałbym dla pani pracę – powiedział głębokim, lekko chropowatym głosem, wręczając jej wizytowkę.
Edyta obróciła ją w palcach i posłała mu delikatny uśmiech.
- Chyba do pana zadzwonię.
- Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Dobra robota.
Odwrócił się i poszedł do zaparkowanego po drugiej stronie ulicy samochodu.
- Cztery i pół tysiąca! – pisnęła nagle Edyta.
- Jesteś niezwykła. Naprawdę.
- Chodźmy coś zjeść. Chyba zasłużyliśmy?
- Jak jasna cholera. Rozlicz się tylko z panami. Na pewno zwietrzało im piwo. Ja lecę do kasy zapłacić zaległy czynsz.
Chichocząc przez całą drogę, wstapili do restauracji. Zamówili górę jedzenia i butelkę niezłego wina.
- Za nowoodkryte powołanie! – Kuba wzniósł wysoko kieliszek.
Edyta stuknęła kieliszkiem i nic nie powiedziała. Jedli w milczeniu.
- Teraz, gdy emocje opadły, obawiam się, że nie umiałabym tego powtórzyć – odezwała się w końcu.
- Mickiewicz też napisał tylko jedną improwizację. Za to Wielką – Kuba uśmiechnął się szeroko.
- Ty jak już coś powiesz...
Zadzwonił telefon Kuby.
- Jak tam? Aha. My też zrobiliśmy swoje. Teraz jemy w „Europejskiej”. Oki. Do zoba.
Pięć minut później Krystian usiadł obok nich. Pocałował Edytę w policzek i mocno ją przytulił.
- Dziękuję. Naprawdę nie umiem powiedzieć, jak dużo to dla mnie znaczy – rzekł wzruszony - Posłuchajcie. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, wszyscy straciliśmy pracę i nie bardzo wiemy co dalej. Pomyślałem, że zanim każde z nas osobna zastanowi się co będzie robił, moglibyśmy wykorzystać ten piękny czas i trochę odpocząć. Razem.
Szybkim ruchem Krystian położył na stole trzy małe książeczki z logo Tunis Air.
- Co to jest? – spytała Edyta, krztusząc się resztką schabu ze śliwkami.
Kuba wiedział. Usmiechnął się tylko i pokiwał głową.
- Trzy wycieczki do Tunezji – sapnął Krystian – Tydzień pod palmami. Mam nadzieję, że wszyscy mają paszporty.



*


Co ja robię? Ta myśl kołatała w głowie Edyty jak zacięta płyta. Nigdy nigdzie nie była, do tego samolotem... Już przed terminalem, na widok wielkich maszyn podchodzących do lądowania, doznała ścisku żołądka.
- Chyba nie dam rady – jęknęła.
Obaj cieszyli się jak dzieci przed wyruszeniem na wielką przygodę. Uśmiechnęli się krzywo, zupełnie nie rozumiejąc o co jej chodzi. Westchnęła ciężko.
- Ja się boję...
- Daj spokój – mruknął Kuba – Wszyscy robimy to po raz pierwszy.
- Boję się i już!
Krystian wziął ją delikatnie za ramię.
- Chodź do restauracji.
- Ty masz tylko jedno na myśli – zgromił go Kuba.
Krystian cmoknął niecierpliwie. Zauważyła, że najwyraźniej ma problem z alkoholem, czego młodszy przyjaciel nie akceptuje.
- Zaufaj mi, dobrze?
Usiedli na tarasie, skąd rozciągał się piękny widok na całe lotnisko. Jakiś samolot, niczym ogromne ptaszysko zerwał się nagle z pasa startowego i niemal pionowo pomknął w stronę nieba.
- Podwójną whisky i dwie kawy – powiedział Krystian do kelnerki.
Po chwili whisky stanęła przed zdezorientowaną Edytą.
- Co? – zapytała tylko.
- Pij. To jest słodkie.
- Wiem, cholera, jak smakuje whisky! Nie chcę jej pić.
Krystian spojrzał jej prosto w oczy. Ujrzała w nich ni to prośbę, żeby nie psuła tak fajnie rozpoczętej zabawy, ni żądanie podporzadkowania się woli grupy.
- Wypij. Dla mnie.
- To nic nie da – wzruszyła ramionami i wypiła.
Czuła się manipulowana, ale nie umiała odnaleźć w sobie dość siły, żeby walczyć. Tak naprawdę też bardzo chciała polecieć.
- W wypadkach drogowych ginie dużo więcej ludzi niż w katastrofach lotniczych – powiedział Kuba tym swoim mędrkowatym tonem inteligenta, który czasem ją ujmował, czasem drażnił.
- Nawet pociągi zderzają się częściej – dodał Krystian – Statystyka jest po naszej stronie.
Z fascynacją obserwowała jak zwierają szeregi, kiedy wymaga tego sytuacja. Tak samo było w klubie. Była przekonana, że Krystian nie wiedział, że Kuba chce zbiorowego seksu, a mimo to nawet nie drgnęła mu powieka. Faceci umieli grać w drużynie, intuicyjnie podejmować decyzję, kiedy grupa wymaga zrzeczenia się indywidualności. Różniło tych dwóch właściwie wszystko: wiek, wygląd, wykształcenie, sposób bycia, ubierania się, jedzenia, uprawiania seksu, myślenia, kłamania, mówienia prawdy... Tworzyli jednak zespół. Byli przyjaciółmi. Kobiety zdały się jej nagle przygnębiająco samotne, niby szczątki porozrzucane po całym świecie w taki sposób, że niemożliwe było stworzenie z nich jakiejkolwiek trwałej całości.
Edyta czuła, że alkohol zmiękcza ją od środka.
- Koniecznie chcecie mnie zabrać?
- Bez ciebie nie jedziemy.
- To zamówcie mi jeszcze drinka.
Krystian klasnął dłonią w kolano.
- Ja też się trochę boję...
- Chlejcie, chlejcie, kurza twarz – zaczął marudzić Kuba – A zresztą, zamówcie mi też chociaż piwo.
Edyta zarechotała brzydko i szybko zakryła ręką usta. Kręciło się jej w głowie, choć jeszcze nie na tyle, by zdecydowała się oderwać od ziemi w jakiejś kupie cholernie niebezpiecznego złomu.
Po następnym drinku dała się przeprowadzić przez odprawę i posadzić przy oknie w ciasnawym wnętrzu Boeinga 737.
- To będzie jazda...
Ciągle chichotała, wzbudzając wesołość towarzyszacych jej mężczyzn. Bawiły ją słowa kapitana, przekazywane przez interkom, wygibasy stewardessy, pokazującej, jak zapiąć pasy, skąd spadają maski tlenowe oraz którędy wyskoczyć w powietrzu lub już po zderzeniu z ziemią.
- Raz się żyje, raz umiera, to jest prawda, jak cholera.
Znowu ryczeli ze śmiechu.
- Panie szofer gazu, bo dolecieć chcę od razu.
Chichot, jaki wydawała, rozśmieszał ją i przerażał. Wiedziała, że to tylko reakcja na stres, ale jakaś część jej istoty nakazywała czuć zawstydzenie.
Samolot ruszył wolniutko i miękko, niczym limuzyna szejka. Nawet nie czuła, że się porusza, tylko widziała to przez okno. Przez jakiś czas wlókł się tym samym żółwim tempem, by nagle przyspieszyć. Edyta poczuła jak niewidzialna siła wbija ją w fotel i zobaczyła za oknem umykający szybko świat. Przyglądała się temu z odrobiną fascynacji i przerażenia. Na jej oczach zwalczano prawa fizyki, a to nie mogło skończyć się dobrze. Kiedy pilot właczył silniki odrzutowe, zamknęła oczy.
Moment oderwania się od ziemi był przyjemny i prawie nieodczuwalny. Skrzydła samolotu zakołysały maszyną, a potem wszystko uspokoiło się i wszyscy na pokładzie zaczęli bić brawo. Dotarły do niej słowa kapitana, że teraz będą wznosić się na wysokość 9000 metrów, po czym będzie można rozpiąć pasy i skorzystać z oferty pokładowego baru.
- Jesteśmy ponad chmurami – wyszeptał zachwycony Krystian, którego łokieć nagle poczuła na piersi.
Zerknęła bojaźliwie. To był najpiękniejszy widok, jaki spotkała w życiu. Kłęby brudnawej waty zostały daleko w dole, takie mało ważne i śmieszne. Nieco dalej przezierało błękitne niebo, zaś powierzchnia ziemi wyglądała jak rysunek dziecka.
Kapitan oświadczył, że można rozpiąć pasy.
- Zajeboza – stwierdził krótko Kuba.
Stwierdziła, że jak na inteligencika, to było zbyt mało powiedziane, ale nie umiała mu odmówić racji.
Krystian poprosił stewardessę o drinki. Przeszkodził jej w przygotowaniach do podania zakąsek i napojów, jednak od ręki dostał co trzeba.
Stuknęli się szklankami.
- Za pomyślne wiatry!
- Miękkie lądowanie!
- Za statystykę!
Czemu to powiedziałam? Pomyślała. Wywołany demon próbował użyć swoich wpływów, ale zagłuszacz jeszcze działał.
Krystian rozsiadł się wygodnie i otworzył przewodnik Pascala.
- Najstarsze ślady obecności człowieka na terenie dzisiejszej Tunezji pochodzą sprzed około 1 miliona lat przed naszą erą...
Najpierw zachichotała, potem chrząknęła wymownie i zaczęła słuchać. Pięknie czytał. Zasłuchana w tembr jego mrukliwego, niskiego głosu, prawie nie rozumiała co czyta. Było coś o zmianach klimatycznych, Kartaginie, wojnach punickich, Wandalach, Turkach Osmańskich i Francuzach.
Siedzący przed nimi panowie bezceremonialnie otworzyli flaszkę i zaczęli polewać do papierowych kubków. Turyści. Zapracowani, zmęczeni, właśnie rozpoczynali pierwszą rundę odpoczynku. Ciekawe co będą pamiętać po powrocie? Zachichotała, tym razem w duchu.
Krystian czytał o niezrównoważonym prezydencie Burgibie i obecnie trwających rządach Ben Alego.
Mężczyźnom siedzącym przed nimi wódka zaczynała uderzać do głowy, bo zachowywali się coraz głośniej. Krystian podniósł wzrok znad książki.
- Chciałoby się powiedzieć: sza, panowie.
Kuba zaśmiał się krótko. Edyta nie wiedziała czemu. Popatrzyła na Krystiana, oczekując wyjaśnień.
- Był taki kawał – podjął Krystian – Do profesora Miodka przyszedł jakiś student i zapytał: Panie Profesorze, czy można znaleźć jakiś odpowiednik słowa „szachuje”? Owszem, odparł Miodek, można powiedzieć: ciszej, panowie.
Nie rozśmieszyło jej to.
- Ciekawe co by profesor Miodek powiedział na zwrot: piździ w pupę?
Zarechotali tak głośno, że grupa pijaczków z przodu obejrzała się, kto urządza im konkurencję w hałasowaniu.
Samolot to wznosił się, to opadał, sprawiając, że żołądek podchodził jej do gardła. Odmówiła poczestunku i starała się nie patrzeć, jak Krystian i Kuba pożerają jakiś gulasz z kuskusem w plastikowym pudełku.
- Fajnie się leci – stwierdziła na pół do siebie.
- Strach ma wielkie skrzydła – przyznał Kuba.
Morze w dole połyskiwało urokliwie. Mijali jakiś ląd. Pilot powiedział, że to Sycylia. Kuba z rumieńcem na twarzy nakazał wszystkim wypatrywać Etny. Nie dostrzegli jej. Musiała być za mała. Potem znów było tylko morze.
Krystian zaczął czytać o obyczajach, które muszą szanować turyści.
- Arabowie źle traktują kobiety – mruknęła.
- Patriarchat i fundamentalizm – Kuba mędrkowato pokiwał głową.
- Ty to masz gadane, inteligo.
- Kuba ma rację – włączył się Krystian – I tak jest nieźle, bo Ben Ali zniósł wielożeństwo. Teraz Arabowie mogą się znęcać tylko nad jedną kobietą.
- Chyba, że mają dużo córek – prychnęła.
Krystian z miną męczennika otworzył inną stronę na chybił trafił i zaczął czytać o czyhających na biednych turystów chorobach. Biegunka, lamblioza, czerwonka, tyfus, żółtaczka, polio,motylica, wścieklizna, febra, ugryzienia i ukąszenia...
- O cholera! – jęknęła Edyta.
- Cholera też jest – dodał rozbawiony Krystian.
Wtedy pilot z dumą oświadczył, że za pięć minut wylądują w Tunisie.

Opublikowano

niczego sobie...
jeśli to fragment całości, to czekam na więcej
jeśli nie, to i tak ładna historyjka
jest kilka usterek np. kiedy mowa o dotykaniu piersi i zaraz, że ona popatrzyła, to myślałem, że na tę rękę (to wydaje mi się bardziej prawdopodobne); przy wymienianiu różnic pomiędzy facetami, coś jest nie tak
jestem pod wrażeniem dialogów, bo zajmują prawie caly tekst a nie narzucają się; są bardzo naturalne. Jeśli jest dużo dialogów, to wtedy (przynajmniej ja) zwraca się większą uwagę na narratora i parę zgrzytów było.
duży +

Opublikowano

kolejny kawałek dobrej prozy, Ash! mam nadzieję, że wydawcy już się dobijają do twoich drzwi
ta część jest jakby spokojniejsza [pewnie dlatego, że za mało o seksie , hihi]
dialogi jak zawsze perfect
czekam na dalej...

Opublikowano

na prędce - na czym? naprędce
Taka okazja już nie nie przydarzy - okazja raczej się "nadarza", lub nie nadarza
sprzetów - ę
Cene jest śmieszna. - a
reki. - ę
Brygaty Moherowych Beretów - to zamierzone, czy lapsus?
tej ładne pani. - połknąłeś "j"
żeby zapał ten haczyk. - złapał
dostała ścisku żołądka - może raczej "doznała"
Podwójną łyski - domyślam się że to żart, ale w dialogu to chyba jednak niezbyt dobrze wygląda, co innego w komentarzu. Może powinieneś użyć raczej konkretnej nazwy? Johny Walker dobrze się "spalszcza". Poza tym dwukrotnie używasz "łysky" i raz "whisky" w jednym akapicie. Siegnij po synonimy.
Z nutą fascynacji obserwowała jak zwierają szeregi - nuta mi w tym zdaniu nie gra. Wymysl coś innego.
wódka zaczynała uderzaćdo - uderzać do
Tyle uwag krytycznych. Tekst, jak zwykle swietny, a dialogi rewelacyjne. Zmiana tytuły chyba wyszła mu na dobre. Czekam na Przygody Tymona na Czarnym Lądzie, oraz W krainie kangurów.
Vale

Opublikowano

Dzięki piękne wszystkim za wizytę. Reszta Tymona jest w zaawansowanych, ale nie podobało mi się tam i przerzuciłem tu. Poprawki niebawem naniosę. Mam już sieć w domu, choć nie jest tak, że nie ma z tym problemów. pozdrowienia

Opublikowano

"Spojrzenie wodnistych oczu faceta przesunęło się po twarzy Kuby i jakby przyciągane magnesem powędrowało ku pośladkom Edyty"
No poprostu miodzio :)
jak otworzysz jakąś katedrę z marszu zapisuje się na kurs.
pozdrawiam i czekam na cd.
A tak po za tym, to skąd nadajesz?

Opublikowano

Cześć, Jacenty! No - tera je oczień charaszo, choć może odrobina folkloru nie zaszkodziłaby:
- Podwójnego łiskacza i dwie kawy proszę! - masz ponownie zapis fonetyczny, a równocześnie lekkie przymrużenie oka. Up to you.
P.S.Koperowe poszło dzisiaj. Pozdrówka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...