Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To ciało – trzyma mnie – bardzo silnie. Nie mogę się uwolnić. Trzy godziny siedzę w miejscu – na kanapie. Mój mózg jak gąbka wchłania kolejną porcję reklam telewizyjnych. Palce mi lekko drgają. Nerwowe tiki na twarzy. Gdyby mnie ktoś teraz zobaczył...
Mały zastój w życiorysie. Ta chwila nie potrwa jednak jeszcze zbyt długo, gdyż dzisiaj muszę wyjść ze swego ciała. Opuścić byt doczesny i rozejrzeć się za jakimiś „bytami niedoczesnymi”.
Tak! - malutka transformacja i udało się. Jestem psem. Szczekam, uwiązany na łańcuchu przy budzie. Mam tak bardzo brudną sierść, że można ją pomylić ze szmatą.
Właściciel, człek z natury surowy, podaje mi w starym garnku resztki z obiadu. Ohyda. Gdyby dał choćby małe skrzydełko. Ale – nie – on daje mi niesmaczny ryż z wodą i suchym chlebem.
Znikam stąd. Jeszcze tylko zostawię swojemu panu mały podarek na wycieraczce, w ramach podzięki za jego szczodrość.
Och jak fajnie – jestem kobietą. Mam piękne blond włosy. Wszyscy mężczyźni patrzą na mnie na ulicy. Biedni seksiści oddaliby wszystko, ażeby spędzić ze mną choćby minutę. Mężczyzna – chodzący testosteron, prostacko usposobiony, ale posiadający silny wdzięk osobisty. Kobieta – emanuje od niej potężna energia, która onieśmiela i zniewala.
Jadę windą. Na czwartym piętrze wsiada czterdziestoparoletni grubas ze znaczną łysiną. Strasznie od niego śmierdzi potem. Zapewne nie mył się od dwóch dni (tak na marginesie - to przetłuszczają mu się włosy, a na butach widać resztki błota). To typowy facet w podeszłym wieku. Troszkę się ślini na mój widok. Ciekawe, co by zrobił gdyby dowiedział się, że nie jestem kobietą.
Uff.. Wysiadł na dziewiątym piętrze, a ja wysiadam na czternastym. Wychodzę z windy i wita mnie banda lizusów. Władza to jest to! Twardzi „macho” zginają kolana i ciężko pracują za marne 1100 zł miesięcznie.
Nie zostaję tu długo. Źle się czuję w tym kapitalistycznym molochu. Potrzebuję teraz doświadczyć czegoś bardziej ekstremalnego. Zamieniam się w banknot 100 złotowy. Ktoś płaci mną w supermarkecie. Biedak nie wie, że kurczak którego kupił, jest zielony ze starości.
Zostałem włożony do kasy. Za chwilę ktoś mnie wyjął i zgiął na pół. Miałem krzyknąć: „to boli!”, ale przecież banknoty pozbawione są wrażliwości na ból itp. Po chwili zostałem wyrzucony do śmieci. „Cholera”- byłem fałszywką. Niestety tak kończy ktoś, kto chce być kimś innym. Ja jednak jestem ambitnym pieniążkiem, więc opuszczam ten byt materialny, aby przetransformować się w coś niezwykłego.
Jestem krukiem. Fruwam sobie beztrosko nad miastem. Z ziemi ludzkość może podziwiać czerń moich skrzydeł. Ta Idylla nie trwa zbyt długo. Ktoś do mnie strzela… i... trafia... spadam w dół. Rozbijam się na szybie samochodu. Tym razem czuję ból. Robi się czerwono dookoła i ciemno, coraz ciemniej, aż zasypiam. Teraz mam w ręce pilota. Dzwoni do mnie sąsiad z dołu i oznajmia, że na szybie mojego auta rozbił się jakiś ptak...

Opublikowano

Przybyłem, przeczytałem i... trochę się pogubiłem, ale zostawmy transformację.
Jedno pytanie i jedno zastrzeżenie:
Pytanie: 1100 brutto czy netto?
Bojeżeli netto, to i tak nieźle. Znam firmy, w których większość pracuje za minimum, czyli za ok 840 brutto.
Zastrzeżnie: Kruk jest ptakiem chronionym - nie poluje się na kruki.
Skąd więc strzał? I to nad miastem ;).

Serdecznie Pozdrawiam

Opublikowano

ja kruk, ja sowa, ja...
uśmiecham się czytając twoje słowa Adamie

Leszku, ten tekst jest dość mocno ironiczny, jest wiele gatunków chronionych, ale ludzie nie zawsze na to zwracają uwagę (brak wiedzy jednak nie zwalnia od odpowiedzialności)
a ta kwota - pisałem w 2003 roku (a sprawa biedronki nie była wtedy na topie) - więc juz nie pamiętam;) niech będzie więc brutto

pozdr!!

Opublikowano

onieśmiela i zniewala. - zabrzmiało mi to znajomo z jakiejś reklamy, chyba;)

nieźle inżynierze, ale mogłeś to jeszcze pociągnąć; bardziej uwydajnić swoje niemałe możliwości językowe. w poprzednich tekstach sprawniej budowałeś zdania, używałeś ciekawszych wyrazów.

tutaj jest zaledwie poprawnie, choc i tak lepiej od większości na tej stronie.

3maj się

Opublikowano

Przede wszystkim - czasowniki w Ios. l.poj czasu teraźniejszego zawsze kończą się literą "ę" (momentami dobrze napisałeś, a momentami źle). Musiałam to napisać. Wybacz, taka mała schiza na punkcie czystości języka;D.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

- rewelacyjna definicja. Powinna być w każdym słowniku, w każdej encyklopedii.

Tekst przypadł mi do gustu, zakończenie super (wiesz, kiedy doszłam do momentu "fruwam sobie beztrosko nad miastem" pomyślałam, że teraz ktoś powinien tę beztroskę ukrócić).

Podoba mi się. Właściwie to nawet bardzo.

pozdr
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

dawno napisałem o tych bytach, więc to nie to. Inspirowałem się raczej (czy jak zwykle muzyką, otoczeniem i stanem samopoczucia, a jak to pisałem trzy lata temu, to był on kiepski)

wiem o tym doskonale i zrzucam to na karb lenistwa, bo jak napisałem to nie sprawdziłem i taki surowy tekst został wklejony. Jak skończą się sesje i inne takie to poprawię błędy.

a co sądzisz o definicji kobiety? chyba trochę z tym wszystkim przesadziłem (zresztą co ja się będę usprawiedliwiał)

dzięki drogie panie za wizytę, komentarz
pozdr!!!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Eh, sesja... Byle do czwartku (ostatni egzamin), a potem prawie dwa tygodnie laby:D
(ps. a mogę wiedzieć co studiujesz, czy to tajemnica?)



"Kobieta – emanuje od niej potężna energia, która onieśmiela i zniewala" - ta definicja nie odnosi się do wszystkich kobiet. To zdecydowanie tylko o mnie:D.

pozdr
Opublikowano

krótko dynamicznie, ciekawie! pomysł naprawdę fajny. puenta skłaniajaca do refleksji...
może to tylko gra mojej wyobraźni jednak dla mnie kruk to symbol czego co jest w nas niepowtarzalne, unikatowe/ wkoncu kruki sa pod ochroną/ i codziennie zabijamy dawką bylejakości.
pozdrawiam

Opublikowano

oj maluśko mam czasu ostatnio na przyjemności, bywam tu przelotem, jak ...kruk :) i własnie tutuł mnie zwabił
udało ci się wciągnąć czarną w opowiadanie i pomimo niestaranności z "czasownikami" bardzo mi sie podobało a szczególnie zakończenie, pomysł z przechodzeniem w różne stany świadomości trafiony [chciałabym byc kotem:)]
pozdrowienia

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


no widzę żeś skromna;)

aha, ale jak nie miałem nic złego na myśli, bo przecie dobre inspiracje nie są złe

aż mnie podrzuciło do góry, no no takie pozytywy - fajnie. Jak się uporam z trudami studiowania przeczytam twoje ostatnie odcinki Conna.


doskonale to ujęłaś


trafiłaś w sedno, ja nie wiem kim chciałbym być - może lepszym doskonalszym człowiekiem...

Wszystkim dziękuję i pozdrawiam!!!!
Opublikowano

:) Soczyste i smaczne. Trochę pestek się znajdzie ("Ale – nie – on daje mi niesmaczny ryż z wodą i suchym chlebem." - kij jeden wie, czemu to danie mi się wydaje okropne.), tym niemniej nie wiem na jakich studiach pisze się takie teksty (jak rozumiem chodziło o sesję zaliczeniową, czy jak to się tam, a nie erpegje?:>), ale chcę iść na to samo! Uzdrawiam i życzę udanej - obojętnie jakiej - sesji.

Opublikowano

no w końcu - poprawiłem błędy i jest nieco lepiej.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


to dobrze, że przełknąłeś, mnie też ten fragmet razi, ale czasami zdarza się, iż ktoś daje psu resztki - takie życie;)

hm, wiesz bracie - nie ma takich studiów, na których nauczą Cię pisania - samemu trza posiąść umiejętności - a forum służy ich kształtowaniu, więc pisz, pisz i pisz!!!!
pozdr!!!!
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Peany pochwalne już przebrzmiały, to może poszukam dziury w całym.
Palce mi lekko drgają. - niby nie ma się czego przyczepić, ale - mim zdaniem - palce drżą, nie drgają.
Strasznie od niego śmierdzi pot. - podobnie, jak powyżej, ale lepiej chyba "śmierdzi potem".
wrażliwości na ból itp. - nie wiem, po co to "itp". Po prostu - są pozbawione wrażliwości, albo jeszcze lepiej czucia.
Ja jednak jestem ambitnym pieniążkiem, więc opuszczam ten byt materialny - tu mi zgrzyta - przeciez tak naprawdę nie jesteś pieniądzem, a tym bardzie pieniążkiem - bądź, co bądź - stuzłotówka. Po prostu "jestem ambitny".
Czy kruk fruwa sobie beztrosko? Ptaszkowie niebiescy nie sieją, nie orzą? Nie on w ten sposób walczy o życie, szukając czegoś do zjedzenia.
No i na koniec: Idylla - niepotrzebnie wielkie "I".
Ale to są duperele. Przyłączam się więc do chóru i powiadam ci: Bueno, hombre

Opublikowano

odnośnie twoich sugestii Leszku:
drgają - ponieważ znajdują się pod wpływem działania nieokreślonej siły trasformacyjnej (patrz zmiana stanów świadomości)
wrażliwości... itp - ironiczny zabieg autora ujawniający jego negatywny stosunek do rozwodzenia się nad daną kwestią (czytaj.: nie chciałem dopisywać kolejnych epitetów)
z pieniążkiem też będę obstawał przy swoim -> w tym momencie jestem ambitnym pieniążkiem (znowuż ironia). Muszę tu zaznaczyć, że nie lubię wszelkich zdrobnień odnoszących się do finansów (a określenie pieniążki jest jednym z najgorszych)
w ogóle proszę nie odczytywać tego tekstu w kategoriach realizmu (kruk może sobie fruwać bestrosko w moim mniemaniu)
z tym potem masz rację

rzeczywiście tekst wymaga pewnego szlifu
dzięki za szczegółowe przeczytanie
pozdr!!!!

  • 5 lat później...
Opublikowano

Miałam wrażenie, że momentami język był zbyt prosty, ale ogólnie mi się podobało. Definicja mężczyzny bardzo Ci się udała, moje gratulacje.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...