Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

"Należy zbudować popularny, oszczędzający czas środek przewozu, przy wykonywaniu czynności służbowych i wypoczynku, przeznaczony dla racjonalizatorów, przodowników pracy, aktywistów, naukowców, przodujących przedstawicieli inteligencji" –
Uchwała Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
i Prezydium Rządu z maja 1953 roku.





Nazywam się Lubkiewicz, Marian Lubkiewicz. Po prostu tak mi się życie ułożyło, że mam dobrze. Żonę mam dobrą. Gotuje w szkole. Zawsze coś przyniesie. Nie musi jak inne po kolejkach wystawać. To najważniejsze. Zdrowa jest. Może nie najładniejsza, ale czy to takie ważne. Dzieci mam dobre. Czwórkę. Dobrze się uczą. Po prostu mają taki dryg od Boga, że im wszystko lekko przychodzi. Inny dzieciak to się napoci, namęczy zanim jakieś zadanie rozwiąże z rachunków, a moje raz, dwa wszystko obliczają. Teściów nie mam najlepszych, ale z tym mam dobrze, że mieszkają w Szczecinie. Mieszkanie mam ładne, niezbyt wielkie, ale naprawdę bardzo ładne, mi się podoba. Ważne że mamy telewizor i jak w kwietniu leciał w kosmos Gagarin to ze trzydzieści osób przyszło. Wszyscy chwalili. Jakie piękne mieszkanie mówili, jaki wspaniały ten telewizor, po prostu wszystko widać. I kanapki z pasztetową pyszne, a ogóreczki skąd, o tej porze? Trochę się moja piekliła, że jej dywan zabłocili, ale co tam, dałem w pysk i się uspokoiła. W domu musi być porządek i każdy powinien znać swoje miejsce.
Mam dobrą robotę, nazwy zakładu nie ujawnię, bo to tajemnica służbowa, powiem tylko, że produkujemy Syreny. Bardzo dobry samochód. Nowoczesny. Podobno za kilka lat ma być tak, że każdy będzie mógł przyjść do sklepu, wyłożyć gotówkę i cześć. Wsiadać i jechać. Do Częstochowy można na przykład. Żonkę z boku, dzieciaki na tył. Kanapa taka, że cała czwórka się zmieści. Ach to będzie życie. Powiem w wielkim sekrecie, ja tam im tak do końca nie wierzę. No bo jakby to tak było, że byle łajza mogłaby z ulicy przyjść i auto kupić. Pijak jakiś albo złodziej. Samochód to dla porządnych ludzi powinien być. Dlatego zacząłem zbierać na Syrenkę. Nie chodzi wcale o pieniądze. Mam dojścia. Po prostu. A zresztą opowiem po kolei.
U nas na zakładzie pracuje pewna Gienia. Gienia tak naprawdę nazywa się Gienek i robi w straży zakładowej. Gienia jest ciotką, pedziem znaczy. Mówi zniewieściałym głosem i co najgorsze Gienia ma od dawna na mnie oko. Przez całe miesiące aż mi się niedobrze robiło na samą myśl. Jak mnie na rewizję brał, jak mnie niby po kieszeniach macał a do klejnotów się dobierał. Ohyda. I oczkami przewracał i do mnie tak – wąsalu (noszę od 15 lat) gdzie masz śrubkę. Raz to mało Gieni wpierdol nie spuściłem. Mówi, że jest zalecenie, żeby co setnego do gaci rozbierać, bo świece giną i jeszcze paski klinowe.
-A pójdziesz ty – mówię – zboczeńcu, myślisz, że w dupie świece wynoszę?
Gienia się zaśmiał, pokazuje jakiś urzędowy papier i tam rzeczywiści stało, że świece giną i paski i żeby rozbierać. No to się Gieni dałem rozebrać. Po tym wydarzeniu coś się Gieni porobiło. Nic tylko na mój widok w płacz. To się pytam kiedyś, co się stało, bo mi się go szkoda zrobiło, a ten nic tylko ryczy. Parę tygodni potem daje mi kopertę. Wychodzę za zakład, czytam. Gienia mi miłość wyznaje, że spać nie może, jeść nie może, że odkąd mnie w gaciach zobaczył, to tylko Marian i Marian i z tego wszystkiego Gienia chce ze sobą skończyć, bo żadnej nie widzi nadziei. Uśmiałem się do łez. W domu sobie jednak wszystko jeszcze raz przemyślałem. Rozrysowałem. Następnego dnia, z barku podpieprzyłem czekoladę, co moja na Dzień Dziecka trzymała. Wchodzę rana do Gieni i bach mu czekoladę na stół. Srety tety truję mu, że Gienia jest fajny chłopak i że my możemy być kumple, że na piwo się możemy wybrać. Gienia patrzy na mnie i nie może uwierzyć w swoje szczęście.
-A na winko nie można, bo ja wolę winko.
No to się wybrałem z Gienią na winko do lokalu, tyle że w drugiej dzielnicy żeby mnie kumple z roboty nie zobaczyli. Siedzimy, gadamy. Gienia chrzani mi z pamięci jakieś angielskie wiersze, które sam poprzetłumaczał, że niby taki zdolny. Siedzę jak na tureckim kazaniu myślę jakby tu swój plan przekazać. Dopiero jaki mi po dwóch, czy trzech godzinach Gienia mówi, że dla mnie wszystko, to ja zacząłem swoje.
-Słuchaj Gieniu – Gienia nie lubiła jak się do niej zwracać Gienia – Słuchaj Gieniu, ty jesteś dobry chłopak i ja jestem dobry chłopak, jakoś do porozumienia dojdziemy, nie?
Gienia przytakuje chociaż pojęcia bladego nie ma o co chodzi.
-Gieniu kochany…
Gienia się w tym momencie zarumieniła.
-Jest taka sprawa, żebyś ty na moje wyjścia oko przymykał.
-Jak to? Nie mogę na ciebie patrzeć?
-Nie o to chodzi. Na mnie możesz. Jakby ci tu powiedzieć…
-Śmiało Marianku, nie bój się mnie.
-Postanowiłem zbierać na Syrenę.
-Ojej jak cudnie, zabierzesz mnie na przejażdżkę?
-Jasna rzecz. Niech tylko Gienio nie utrudnia.
-Ja miałbym utrudniać, ja pomogę, co trzeba?
-No mówię, niech Gienio oko przymyka. Bo ja tą Syrenę zamierzam z zakładu wynieść, po kawałku, w częściach…
-O Jezu!
-No.
-Marian, ty się dla mnie chcesz tak poświęcić?
-Pewnie. To co pomożesz?
-Marian, a koła, koła gdzie schowasz? – zmartwił się Gienia.
Pokazałem mu cały plan.
-Po prostu. Mniejsze części będę wynosił normalnie, po robocie. Koła, karoserię, drzwi, szyby i całą resztę która mi się nie zmieści będę musiał wynieść w nocy.
-W nocy?
-A co?
-Bo ja się boję ciemności.
-Ale masz nocne zmiany?
-Mam, ale nigdzie nie wychodzę. Siedzę w pakamerze.
-Gieniu będę z tobą, niczego się nie bój.
Gienia rozmarzonym wzrokiem szybował gdzieś pod sufitem. Nie wiem czy myślał o nocnych schadzkach, czy o przejażdżce ze mną, naszą wspólną Syreną 100.

Wszystko szło jak z płatka. Wychodziłem z roboty z teczką pełną części, w kieszeniach śruby, w majtkach podkładki, za koszulką sprężyny. Czułem się jak ten rycerz. Huk był na szczęście na maszynowni taki, że mojego dzwonienia nie było słychać. Jak wyszedłem za bramę to zamiast na przystanek prosto przez park ruszałem na działkę. Kiedyś mija mnie matka z takim małym smrodem, z pięć lat. Ten mały tak patrzy na mnie, słucha, łeb przekrzywia i do matki – Mama czy ten pan to święty Mikołaj? Matka wytłumaczyła dzieciakowi, że żadnego świętego Mikołaja nie ma, tylko jest dziadek Mróz, ale on przychodzi zimą, a ten pan to jest tylko zwykłym złomiarzem. Przełknąłem obelgę. Starałem się potem unikać ludzi, a jak już się ktoś napatoczył, to kładłem się na ziemię i udawałem pijanego. Z każdym dniem w szopce na działce rosła góra części. Załatwiłem od kolegi numer „Młodego Technika” w którym była rozrysowana budowa silnika Syreny i śrubka po śrubce zacząłem skręcać.
Po trzech miesiącach silnik był gotowy. Nie odpalałem go, żeby nie denerwować sąsiadów, zaraz by się wszyscy zlecieli. Mało to zawiści na świecie? Ludzie z tej zawiści pokupywali sobie telewizory i siedzą po mieszkaniach. Na karty żeby kogoś na mówić wieczorem, nie mam mowy – dziennik muszą oglądać, albo film jest wojenny.
Gienia ciągle do mnie pisze listy. Tłumaczę mu, że się na razie spotykać nie możemy, póki cała sprawa nie zostanie załatwiona, a właściwie wyniesiona. Gienia mi pisze, że jak już złożę ten samochód to pojedziemy do NRF-u bo tam wolność i tacy jako on mogą normalnie po ulicach chodzić, za ręce się trzymać i nawet całować, co nikogo nie dziwi, bo skoro ktoś się kocha, to dlaczego ma się nie całować.
Jak tak czytam te listy to sobie myślę, że z Gienią mogą być problemy. Co on sobie wyobraża, owszem robi mi koleżeńską przysługę, przymyka oko jak go prosiłem, ale niech sobie nie myśli, że ja z nim i w ogóle. Wariat jakiś, coś trzeba będzie zrobić, żeby po wszystkim go uciszyć. Chociaż on jest tak samo w tym umoczony jak i ja, nic nikomu nie chlapnie, bo sam pójdzie do kicia. A może dostać 25 albo i gorzej w końcu było, nie było to jest szpiegostwo gospodarcze. Co z tego, że na małą skalę. Takiemu amerykańskiemu szpiegowi nie wiele trzeba. Wyciągnie malutki aparacik, cyk, cyk, maskę otworzy, cyk, cyk i zaraz w tym ich Niu Jorku będą jeździć jakieś Mustangi czy inne Fordy, jota w jotę jak nasze Syreny. I czy takiego kogoś nie powiesić? Przecież za licencję Polska Ludowa mogłaby otrzymać grube miliony dolarów, a tak bez jednego zielonego, za całkowite darmo będą se białe wyzyskiwacze naszymi autami jeździć.

Tej nocy wytoczyłem koła. Najpierw za zakład, potem po jednym na działkę. Spociłem się jak mysz. Gienia przesadził. Z łapami do mnie. Że on dla mnie tak się poświęca a ja nic mu w zamian nie daję.
-Mówiłem, że cię zabiorę na wycieczkę, mówiłem czy nie?
Gieni to nie wystarczyło. Objął mnie za szyję i do całowania. Jak mu nie lutnę z bańki. Myślałem, że ducha wyzionął.
-Gieniu wstawaj, wstawaj, co ci, żyjesz?
Z ust ciekła mu krew. Trząsł się i płakał.
-Uderzyłeś mnie, uderzyłeś mnie – powtarzał – Chciałem cię tylko pocałować.
Próbowałem się jakoś wytłumaczyć.
-Nie zwyczajny jestem. Było mi powiedzieć, a tak z zaskoczenia. Na drugi raz mów, cholera, otrzyj tą krew.
-Idź już.
No to poszedłem. Na drugi dzień dałem Gieni bombonierkę w kształcie serca. Nie chciał. Udawał obrażonego.
No Gieniu, nie gniewaj się, koła bardzo ładnie wybrałeś, w sam raz pasują.
-Z nami koniec – powiedział – odsuwając czekoladki.
-Jak to koniec?
-Tak to. Ty mnie nie kochasz.
Chciałem powiedzieć, że owszem tak, ale jakoś nie mogłem. Kilka osób przechodziło przez bramę. Poczekałem chwilę.
-Przecież umawialiśmy się, ty mi pomożesz, a ja tobie…, no Gieniu, co z tobą?
-Dobrze – Gienia ożywił się. Nachylił się i szepnął mi na ucho - Przyjdziesz do mnie na noc.
Złapałem za klamkę. Już miałem wychodzić, kiedy dostrzegłem jak na zakład wjeżdżał inżynier Makowski. Kremowa Syrena świeciła w blasku porannego słońca jak anioł.
-Na noc? A po co?
Gienia uśmiechnął się filuternie.
-Zobaczysz.
-A co ja powiem żonie?
-Wymyśl coś, mój ty wąsalu.
Oj kosztowała mnie ta Syrena nie powiem. Po prostu tak mi się życie ułożyło. To co z Gienią w nocy, ech szkoda gadać, najważniejsze, że miesiąc później siadłem za kierownicą mojego własnego, ciężko zapracowanego auta. Tej radości nie potrafię opisać. Czułem się, jak, jak Bóg. Dociskałem pedał gazu a świat przesuwał się na przód. Otworzyłem okno, miły chłód powietrze owiewał mi twarz. Widziałem te wszystkie zawistne spojrzenia, gdyby mogli rozszarpali by mnie na miejscu. Patrzcie jaki bogacz, Syrenę se kupił, złodziej jaki, badylarz pewnie, albo cinkciarz. Skurwysyn, człowiekowi do pierwszego nie starcza, a ten…jak to się rozparł, jak królisko, jak to się nadyma, nawet dzień dobry nie powie. Po prostu, tak się zapatrzyłem, że nie zauważyłem tego jednego zakrętu. Z Syreny niewiele zostało. Za to dostałem rentę, niewielką, ale zawsze. Ważne, że żonę mam cały czas dobrą, wyprowadza mnie na spacery, wózek mi w zakładzie zrobili koledzy, Gienia wpada do mnie po pracy, mówi, że niedługo ucieknie do NRF-u, z takim Władkiem z narzędziowni. Wczoraj w nocy wynosili koła.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wszystkiego, co wiem, nauczyłem się od czarownic. Paracelsus
    • 20:48 M. 7 Al-Si [Jeśli mam mieć tylko Twój żar] Jacques Brel Jeśli mam mieć tylko Twój żar, by odziać nas w cud I ubrać w słońca czar przedmieść tych tęczę złud, Jeśli mam mieć tylko Twój żar Tylko dla tańca bzów - Jest mojej piosenki wart I ukojenia tchu... Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ranek ubrać - w mgłę, Jak biednych i tych co ich czart.. - W płaszcze wyszywane snem Jeśli mam mieć tylko Twój żar I modły, które do nieba ślę Za bolączki, jakie zna świat, Jak trubadura śpiew Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ofiarować tym, których jedyna gra To wejść w światła rym Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby wytyczyć szlak I znaleźć drogę wśród mar Tam, gdzie dróg wciąż brak Jeśli mam mieć tylko Twój żar By przekrzyczeć huk dział I tylko ten hymn, co ciszę skradł, By werblowi kazał, by zamilknąć chciał Wtedy, mając jedynie za broń Siłę, którą daje Twój żar, Wtedy ujmiemy w dłoń, Przyjaciele – Cały świat! "Zaraz będę ) za chwilę....( I. Od chryzantemy do chryzantemy Rozpadają się przyjaźnie Od chryzantemy do chryzantemy Zanikają w naszej jaźni ci, których kochaliśmy. Od chryzantemy do chryzantemy Inne kwiaty robią, co mogą Od chryzantemy do chryzantemy Mężczyźni płaczą; kobiety płyną obok. Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zawlec znów swoje kości stare Do słońca, aż do lata, Do wiosny, aż do jutra... Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zobaczyć raz, czy rzeka Ciągle jeszcze czeka, czy zatoka Jest dalej przystanią, znów tam stanąć... Zaraz będę, za parę chwil Ale dlaczego ja, czemu teraz Dlaczego już i dokąd, i po co mam iść ? Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, Zawsze byłem tylko przybyszem... Od chryzantemy do chryzantemy Za każdym razem coraz bardziej stary, Od chryzantemy do chryzantemy Coraz bardziej nie do pary... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów wsiąść w miłość, na gapę, Jak wsiada się w autobus, By już nie być sam, By być na czyimś progu, Znowu czuć się dobrze, tam... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów gwiazdami nakarmić Drżące ciało i paść martwy Miiłością spalony jak słońcem, Z sercem spopielonym... Zaraz będę, za chwilę.,. To nawet nie ty jesteś wcześniej - To ja już się spóźniłem Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, że będę Czy kiedykolwiek byłem kimś innym, niż przybyszem"? II. Oczywiście, przechodziły(-ście) burze: Dwadzieścia lat, to miłości )zgrubny( szal - Tysiąc razy, pakowałaś torby, (spałaś w biurze) Raz, tysiąc, wzbijałam/liśmy się w powietrza ]dal[ I każdy tu pamięta kąt, W tej } szpitalni { bez kołyski: Wybuchy, ]dawnych[ burz(y swąd); Nic nie przypomina(ło) niczego innego(whisky?) Tobie odebrało }wody{ smak(to błąd!) A mnie smak podbojów(dla oldbojów). Tak, Ale miłości ma Ma słodka, ] nie-[czuła ma cudowna miłości! Ja/Od (jasnego!)świtu aż do {końca} dniaWciąż cię kocham, wieszKocham cię Ja znam wszystkie )twoje( zaklęcia Ty znasz wszystkie Czary- [Mary me] Wodzi(a)łaś mnie z pułapki (do pułapki) szarmanckiego( -księcia Od czasu (do czasu), traciłe/am }cię{ Oczywiście, miałaMś kilku kochanków Musieliśmy (jakoś) zabić czas: Ciało musi się radować }o poranku] ]w ranku [ Ale w końcu, w końcu nad/nas... Potrzebowaliśmy mnóstwa talentu/jak kwlazł, właz Aby się zestarzeć, nie będąc dorosłymi {zejdź z ganku!} Im więcej czasu nas otacza I tym więcej )czasu( nas dręczy czas Ale czyż to nie najgorsza pułapka[nagra,cza] Dla kochanków, by żyli w pokoju (zgodnie,wraz)? Oczywiście, płaczesz trochę mniej, wkrótce Rozpadam się trochę później] kawałki/na[ Mniej chronimy nasze sekrety (przed/po wódce) Mniej pozostawiamy przypadkowi}-naj( Nie ufamy nurtowi życia. Pokrótce: malutcy!!! Tak.Ale to wciąż delikatna wojna(ciał/maj) [Instrumentalne zakończenie] Moja płaska ziemia Gdy Morze Północne uparcie bije w wysokich wydm asfalt, A białe płatki piany sypią się na ich grzbiety, Gdy gwałtowny przypływ uderza w czarny bazalt A mgła szara opada na wałów szkielety, Gdy podczas odpływu plaża jest dzika jak pustynia A mokry zachodni wiatr syczy jadowicie Wtedy moja ziemia stawia opór… staje się, zaczynia, Moja płaska ziemia… Moje stłamszone życie... Gdy deszcz moczy ulice, place i rabaty, Dachy i iglice strzelistych aktów kościołów, To jedyne góry na tej płaskiej ziemi bez kwiatów... Gdy ludzie to karły pod okiem aniołów... I gdy dni mijają w nudnej zwyczajności, A wzburzony wiatr wschodni sprawia, że ziemia jeszcze bardziej się płaszczy w swej uniżoności, Wtedy moja ziemia czeka… Moja płaska ziemia… Na której nie ma Ni zwierza, Ni człowieka Gdy niebo nad nami leżące delikatnie muska płaską wodę, Gdy ciążące niebo uczy nas pokory, Gdy niebo lekceważące dla pozoru się staje szare jak łupek z piekła rodem, Kiedy niebo na nas leżące jest blade jak glina, jak skóra chorych, Kiedy wiatr północny dzieli polder na cztery, Kiedy północny wiatr kradnie nam oddech, Wtedy moja ziemia pęka jak te poldery… Moja płaska ziemia… Mój wieczny bez, bezoddech... Kiedy Skalda lśni w południowym słońcu, A każda Flamandka zakłada letnią sukienkę, Kiedy pierwszy pająk tka pajęczyny w końcu, A pola tulipanów parują w lipcowym słońcu, przepięknie Kiedy południowy wiatr buszuje w zbożu, Kiedy wiatr południowy raduje się drogą i bezdrożem Wtedy moja ziemia świętuje… Moja płaska ziemia… Moje serce już niczego Nie żałuje... ─── WAŻNE STRONY

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      W porcie Amsterdam W porcie Amsterdam Są żeglarze, co śpiewają I sny, co sen odbierają, U wybrzeży portu Amsterdam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy śpią Jak sztandary, co lśnią Wzdłuż ponurych brzegów. Tam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy umierają Pełni piwa i dramatów z annałów O świcie, tam w porcie Amsterdam. Lecz w porcie Amsterdam Są żeglarze, co rodzą się W gęstym upale i nie rzadszej mgle Od oceanów ospały port Amsterdam, tam. ─── W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy chcą jeść Na zbyt białych obrusach, jak ich życia treść Ociekająca rybami – port Amsterdam. To nie przystań dla dam! Pokazują ci zęby całkiem połamane, Które sprawiają, że chcesz W jabłko Fortuny wgryźć się, Aby księżyc ubolewał, Że całuny chcą żreć, I pachnie dorszem żołądka treść... W samym jądrze frytki, Którą biorą w swoją wielką dłoń, By wrócić, wstają ze śmiechem do bitki. W burzliwym hałasie Zapinają rozporki i wychodzą, bekając w niedoczasie. W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, Pocierając brzuchy, jak zwyczaj każe, O brzuchy kobiet. Kręcą się, tańczą jak w żałobie, Jak wypluwane słońca, W rozdartym dźwięku skwaszonego akordeonu, tak bez końca. Wykręcają szyje, Aby lepiej słyszeć swój śmiech, co buty szyje, Aż nagle akordeon gaśnie. Wtedy z poważnym gestem, a potem z dumnym spojrzeniem, tak właśnie, Wyciągają swoich bękartów z powrotem na światło dzienne I piszą testament w synaptyczny atrament.... ─── W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, którzy piją, I piją, i piją znowu, I piją jeszcze trochę, każdy sam. Piją za zdrowie Amsterdamskich kurw Z Hamburga czy gdzie indziej tam: Z wszystkich tych dziur. Wreszcie piją zdrowie dam, Które im udzieliły swoich pięknych ciał, Które dają im swoją cnotę cnót, Za złotą monetę obciągają drut. A kiedy wreszcie nasycą się, Wtykają nosy w niebo, Wydmuchują nosy w całun gwiazd, Sikają się, jakby im zbierało się na płacz Nad niewiernymi kobietami, z którymi trzeba... W porcie Amsterdam, W porcie Amsterdam, W porcie nie dla dam, Porcie, gdzie każdy sam. ─── Marieke Jacques Brel Aj Marieke, Marieke Kochałam cię tak cudnie Między wieżami Gandawy I Brugii Aj Marieke, Marieke Dawno temu, zmienne l złudnie Między wieżami Brugii i Gandawy Bez miłości, cudnej miłości Wiatr wieje, cichy wiatr Bez miłości, pełnej miłość Morze płacze, szara morza dal... Bez miłości, cudnej miłości Światło cierpi, światło w cień A piasek trze moją ziemię przemiłą Moją płaską ziemię, o mojej Flandrii sen Aj Marieke, Marieke Flamandzkich nieb Kolor wież Z Brugii i Gandawy niesie się Aj Marieke, Marieke Flamandzkie niebo daję w zastaw Płacz ze mną Od Brugii do Gandaw Bez miłości, cudnej miłości Gdy wieje wiatr, to już koniec Bez miłości, pięknej miłości Gdy morze płacze, już skończone Bez miłości, gdzie jest cudna miłość? Gdy światło cierpi, wszystko w cień A piasek harata moją ziemię, co skryła... Moja płaska ziemia, mój o Flandrii sen. Aj Marieke, Marieke Me flamandzkie niebo nieb Czy było ciężkie zbyt, Marieke? Z Brugii aż do Gandawy het? Aj Marieke, Marieke Od twoich dwudziestu lat Które tak pokochałem w mig? Z Brugii do Gandawyv aż Bez miłości, cudnej miłości Gdy śmieje się diabeł, czarny czort Bez miłości, pięknej miłości Gdy moje serce płonie, me serce, bo; Bez miłości, cudnej miłości Gdy umiera lato, smuci się czas A piasek szoruje moją ziemię tak miło Moja płaska ziemio, o Flandria na 5 Aj Marieke, Marieke Czas powraca powraca czas Z Brugii do Gandaw żyje w nas Aj Marieke, Marieke Zawraca czas Gdy kochałaś mnie Z Brugią i Gandawą wraz Aj, Marieke, Marieke Wieczorem w sam raz Entre les tours De Brugges à Gand Aj, Marieke, Marieke Każdy staw Otwiera wrota bram van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4)  III. Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas - Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostaw mnie tu Mnie nie zostaw, nie Mnie nie zostaw mu... Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wiedząc jak Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot  [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj tu Nie zostawiaj, chcę... Nie zostawiaj: Złu Ja dam ci Perły dżdżu Z krain tych, Gdzie nie pada znów I wydrążę z ziem Aż po śmierci tlen by skryć ciało twe W całun światł i złót I stworzę świat, gdzie miłość będzie królem twym miłość - prawem mym A królową - ty Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, bo... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, co... Nazbieram ci słów słów Bez sensu, lecz Ty zrozumiesz je... Opowiem ci baśń O kochankach tych Co widzieli razy dwa Jak płoną serca ich I: opowiem ci Baśń, jak ten król Co go zabił ból, bo Nie mógł spotkać twych dni Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, kto... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, to... widzieliśmy nie raz jak Ogień tryska znów Z góry starej jak świat Wulkanu, co wszak... Nie nów Przecież mówią wszem, że Ze spopielonych ziem lepszy diamentów plon, Niż z kwietniów wszech, bo on.. A gdy nadejdzie sen niebo w ogniu ma stać Wtedy Czerwień i Czerń swój ślub będą brać Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, czy... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, mi... Nie płaczę już Nic nie mówię, bo... Schowam się tuż tuż Patrzę na twą dłoń Patrzę przez twą skroń Patrzę w twoją toń ... Tańczę i śmieję się I słuchając cię Śpiewam, a potem milknę jak i gdzie... Daj mi ostać się Jako cień twego cienia cień twojej ręki cień,a nawet cień twojego psa Nie zostawiaj mnie  Nie zostawiaj, już... Mnie nie, nie Nie zostawiaj, tuż... ... Tuż ...   @Michał Pawica## Wstęp: List otwarty do Mistrza Wojciecha    
    • @Mel666   sierść jeży mi się na karku jak czytam ten wiersz.  Oryginalne pisanie. 
    • @Annna2 Przeczytałem z przyjemnością, pozdrawiam. 
    • @Anna_Sendor Po prostu - Przednio  !
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...